Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Magia ukryta w kamieniu Katarzyna Grabowska Czasem pozory mylą… Julia za sprawą magii zostaje przeniesiona ze współczesnej polskiej wsi wprost do tajemniczej krainy zatopionej, zdawałoby się, w mrokach średniowiecza. Dzielni rycerze, piękne damy, rytualne uczty, łowy na skrzydlaki, wielka tajemnica i miłość, która pojawia się niespodziewanie i skutecznie może skomplikować życie. Trudne wybory, walka z własnym sumieniem i odwieczny dylemat pomiędzy tym, co słuszne, a tym, czego pragnie serce. Jak Julia odnajdzie się wśród tak odmiennych dla siebie realiów? Czy zdoła powrócić do domu? Czy odkryje sekret Mateo, którego imię wszyscy wypowiadają z lękiem? Katarzyna Grabowska Magia ukryta w kamieniu Redakcja Anna Seweryn Projekt okładki Maksym Leki Ilustracje na okładce © Sergey Nivens / Shutterstock © Bas van den Heuvel / Shutterstock © Barni1 / pixabay Redakcja techniczna, skład i łamanie Damian Walasek Opracowanie wersji elektronicznej Grzegorz Bociek Korekta Urszula Bańcerek Wydanie I, Chorzów 2018 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C tel. 600 472 609 office@videograf.pl www.videograf.pl (http://www.videograf.pl/) Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o 01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl (http://www.dictum.pl/) © Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2017 Tekst © Katarzyna Grabowska ISBN 978-83-7835-661-5 Moim kochanym Rodzicom oraz córkom, Basi i Karolince I. ZMIANA PLANÓW Zawsze lubiłam wszystko przemyśleć. Zanim coś zrobiłam, najpierw układałam plan: co, jak, kiedy. Przygotowywałam się systematycznie, wierząc, że tylko w pełni dopracowany harmonogram gwarantuje, iż to, co zamierzam, dojdzie do skutku bez zbędnych niespodzianek. Ze zdziwieniem, a nawet lekkim niesmakiem, patrzyłam na koleżanki, które nie prowadziły terminarza zajęć albo – o zgrozo – bez wcześniejszych przygotowań wybierały się na wakacje last minute. Dla mnie to było nie do pomyślenia. Przecież wszystko w życiu ma swój czas i musi zgrać się z innymi elementami. Bez dobrej organizacji można pogrążyć się w niezłym bałaganie, a stąd już tylko krok do totalnego chaosu. Tegoroczny wakacyjny wyjazd planowałam długo i wiele sobie po nim obiecywałam – w końcu to miał być mój pierwszy zupełnie samodzielny wypad. W dodatku jak najbardziej zasłużony. Przez ostatni rok ciężko pracowałam, aby zdać maturę, a wynik, jaki na niej otrzymałam, świadczył, iż naprawdę porządnie się przygotowałam. Upragniony indeks Uniwersytetu Medycznego w Łodzi na Wydziale Lekarskim był ukoronowaniem moich starań. Wraz z dwiema najlepszymi koleżankami z liceum wybrałyśmy kierunek podróży, przewertowałyśmy setki stron internetowych, aby znaleźć odpowiedni hotel i zamówiłyśmy bilety lotnicze. Ustaliłyśmy wszystko i dopiąwszy przygotowania na ostatni guzik, niecierpliwie odliczałyśmy dni do wyjazdu. W wyobraźni już widziałam siebie leżącą na gorącym piasku, pod palmami, gdy nagle wiadomość o chorobie babci Tosi sprawiła, że moja tak dokładnie zaplanowana letnia eskapada musiała zostać zmodyfikowana. Właściwie „modyfikacja” to niewłaściwe słowo. Bardziej pasuje tu zwrot, którego do tej pory starałam się nie dostrzegać, a już, broń Boże, używać. „Zmiana planów”. Brrr, cóż za okropne sformułowanie! Niestety, jak najbardziej odpowiednie w tej sytuacji. Ja, mistrzyni planowania i prawdziwa pasjonatka wszelkich terminarzy, zostałam zmuszona do zrezygnowania z misternie obmyślanej wyprawy na wybrzeże Costa Brava. Oczywiście nie ustąpiłam tak łatwo. O nie! Walczyłam jak lwica, jak gepard, jak pantera… Nie miałam jednak wyjścia. Babcia Tosia – mama mojej mamy. Szczuplutka siwowłosa staruszka o pomarszczonej skórze i niebieskich oczach, która po śmierci dziadka nie zdecydowała się na przeprowadzkę do miasta i została całkiem sama na gospodarstwie. Mama przy każdej okazji namawiała ją, aby sprzedała dom i ten niewielki kawałek ziemi, który jej jeszcze został, i wprowadziła się do naszego całkiem obszernego mieszkania na jednym z łódzkich osiedli. Tłumaczyła, że razem byłoby nam lepiej, że dzięki temu nie byłaby taka samotna, że odległość, jaka nas teraz dzieli, jest zbyt duża, abyśmy się często odwiedzały. Ja to rozumiałam i w pełni popierałam ten pomysł, tym bardziej że od rozwodu mama rzuciła się w wir pracy, chcąc zapewnić nam życie na jak najwyższym poziomie, dumnie odrzucając finansową pomoc mojego ojca, który w chwili, gdy związał się z inną, młodszą kobietą, praktycznie przestał dla niej istnieć. Gdyby babcia zamieszkała z nami, mnie także byłoby raźniej, kiedy mama wyjeżdża na kolejne konferencje, targi czy prowadzi negocjacje handlowe, gdzieś na drugiej półkuli. Niestety, babcia nie zgodziła się na przeprowadzkę, co doprowadziło do sytuacji, w której to ja zostałam postawiona pod ścianą. Mama, jak zwykle zajęta bardzo ważnymi sprawami związanymi z firmą, nie mogła rzucić wszystkiego na wiadomość o nagłej chorobie babci. A ja… No cóż, ja mogłam. Musiałam zrezygnować z planowanego od miesięcy wyjazdu. Nie byłam szczęśliwa, gdy wsiadałam do pociągu, który zamiast zawieźć mnie na lotnisko w Warszawie, podążył do Poznania, skąd rozklekotanym autobusem udałam się w dalszą podróż, wprost na zapadłą wieś obdarzoną niezwykle wymowną nazwą Kamienisko. Czułam się tak, jakby przygniotły mnie tony kamieni i uciskały z każdej strony. Żegnaj, Hiszpanio, żegnaj, gorący piasku i orzeźwiająca morska toni. Witaj, leśny dukcie, chmaro komarów, kleszczy i innych insektów. Dom babci odnalazłam z trudem, i to dzięki pomocy napotkanych po drodze ludzi. Głupio się przyznać, ale moje ostatnie wspomnienia związane z tym miejscem sięgają czasów, gdy byłam kilkuletnim dzieckiem. Mama nie lubiła wsi i unikała powrotów w rodzinne strony, woląc wakacje i inne nieliczne wolne dni spędzać w bardziej urokliwych, egzotycznych miejscach. To babcia czasami przyjeżdżała do nas, przywożąc ze sobą koszyk wypełniony przetworami domowej roboty. Uwielbiałam zwłaszcza dżem wiśniowy, którego smak nieodłącznie kojarzył się mi z jej krótkimi wizytami. Dopóki żył dziadek Heniek, wizyty te były częstsze, jednak po jego śmierci ich częstotliwość wyraźnie zmalała, aż w końcu, musiałam to teraz przyznać, nie widziałam babci od dobrego roku. Stanęłam przed furtką niepozornie wyglądającego gospodarstwa. Według numeru umieszczonego na parkanie to musiał być właściwy adres. Ze zdziwieniem patrzyłam na zszarzałe ze starości bielone ściany piętrowego budynku. Moją uwagę przykuł zapuszczony ogródek pod oknami, zarosły wybujałymi chwastami. Niepewnie pchnęłam furtkę i weszłam na podwórko. Natychmiast rzucił się do mnie pies – mieszaniec owczarka z czymś bliżej nieokreślonym – i zaczął donośnie szczekać. Cofnęłam się o krok, bojąc się ataku rozwścieczonej bestii. Ujadanie włochatego potwora wywabiło z domu właścicielkę posesji. Szczupła, wątła staruszka zatrzymała się na stopniach werandy. ‒ Burkas! Ty urwisie jeden! A będziesz ty cicho! Cicho! Burkas do nogi! – zawołała, a pies natychmiast stracił zainteresowanie moją osobą i niczym grzeczny domowy pupilek podbiegł do swojej pani, machając przy tym radośnie ogonem. Kobieta czule pogłaskała przyjaciela po łbie, po czym wolnym krokiem, tak jakby chodzenie sprawiało jej trudność, zeszła na dół. Teraz mogłam się jej lepiej przyjrzeć. Poczułam dziwny żal i smutek, widząc, jak się zmieniła. Jej pomarszczona skóra miała niezdrowy szarawy odcień. Kości policzkowe bardzo się uwidoczniły, nadając twarzy wyraz pewnej srogości, zaś cienie pod oczami kontrastowały z niezwykłą bladością cery. ‒ Babciu… – wyszeptałam, rzucając torbę podróżną w piach. Padłyśmy sobie w objęcia i przez chwilę się tuliłyśmy, ciesząc się ze spotkania. Jakże żałowałam, że zdecydowałam się na odwiedziny dopiero na wieść o chorobie… ‒ Julia… – Jej wychudzoną twarz rozjaśnił nikły uśmiech. – Aleś ty wypiękniała. Ho, ho, ale panna z ciebie. Ino patrzeć, jak jaki kawaler zastuka z prośbą o twoją rękę. ‒ Jak się czujesz? – zapytałam, nie zwracając uwagi na jej przepowiednie. ‒ Dobrze, moje dziecko. – Poprowadziła mnie na werandę i usiadła na drewnianej ławie, wskazując mi miejsce obok siebie. – Tylko to serce nie chce mnie już słuchać. Bije jak mu się podoba. Raz szaleje, a raz zwalnia… ‒ Ale bierzesz lekarstwa, tak jak kazał doktor? ‒ A co mi tam doktory pomogą? – Machnęła ręką, tak jakby oganiała się od wyjątkowo złośliwej muchy. – Swoje lata już na karku mam, wkrótce będzie czas się zbierać. Tylko kłopot przez starą babkę macie. ‒ Babciu! – zaprotestowałam, ale wiedziałam, że się nie myliła. Traktowałam ją jak kłopot i dopiero teraz zrozumiałam swój błąd. Było mi głupio, strasznie głupio! – Nie mów tak. Przecież my cię bardzo kochamy. ‒ Oj, dziecko, dziecko… Kochacie… Wy, młodzi, macie swoje życie, wielki świat. Gdzie mnie z tym konkurować. Tylko zawadzam… ‒ Przecież mama mówiła, żebyś przeniosła się do nas i z nami zamieszkała. A poza tym w mieście jest lepsza opieka medyczna – dodałam, jakby to był najważniejszy argument. ‒ Mnie tam już tylko piasek pomoże. On wszystko z człowieka wyciągnie. W nim wszyscy równi. A do miasta nie pójdę. Starych drzew się nie przesadza. Tu ziemia moja, tu moi przodkowie spoczywają. Jakbym mogła to zostawić? Jakbym mogła stąd odejść? Jak odejdę, to tylko tam. – Kościstym palcem wskazała niebo. Zrobiło się mi smutno. Jak można aż tak przywiązać się do jednego miejsca? Zrozumiałam jednak, że chwilowo nic nie zdziałam. Postanowiłam powoli, drobnymi kroczkami, przekonywać babcię do zmiany zdania. Na razie umilkłam, dając tym samym znak, że nie kwestionuję jej argumentów. Posiedziałyśmy jeszcze chwilę na werandzie, patrząc na szumiące za płotem brzozy i na Burkasa ganiającego po obejściu. Pies, widząc, że nie mam żadnych złych zamiarów wobec jego pani, zaakceptował moją obecność i nawet łaskawie pozwolił pogłaskać się po łbie. ‒ Tylko Burkas mi został. On jeden… – Mówiła dziwnie cicho, jej głos przepełniał smutek. – Prawda to, że ino pies jest prawdziwym przyjacielem, co go ni starość, ni bieda nie zraża. Babcia we wszystkim miała rację, a mnie było coraz bardziej głupio. Solennie obiecałam sobie w duchu, że zaopiekuję się nią najlepiej, jak będę potrafiła. Czasu nie cofnę, nie wymarzę minionych lat, ale przecież jeszcze mogę naprawić wszystko, co lekkomyślnie zaniedbałam. *** Szybko rozeznałam się w rozkładzie dnia babci i lekarstwach, jakie musiała zażywać o określonej porze. Sporządziłam grafik (ach, te przyzwyczajenia) i po kolacji przedstawiłam jej plan naszych najbliższych dni. Na siebie wzięłam wszystkie prace, babci zostawiając obowiązkowy odpoczynek. ‒ Tak po próżnicy mam siedzieć? – zdziwiła się, gdy odczytałam przygotowaną listę. ‒ O zdrowie masz dbać – wyjaśniłam pospiesznie. ‒ Ale żeby spać po obiedzie? Co to ja, osesek jestem? Ino brakuje, żebyś mi mleka nagotowała. ‒ A nagotuję. – Uśmiechnęłam się. – Musisz dużo odpoczywać, a ja dzięki temu nauczę się, jak dom prowadzić. ‒ No tak, tak – przyznała. – Ja niewiele młodsza od ciebie byłam, gdy za mąż wyszłam i na ojcowiźnie żeśmy się pobudowali z Heńkiem. Oj, o moim Heniu to wszyscy gadali, że złoty człowiek. Taki robotny, a kulturalny przy tym. Nie jak inne chłopy, co ino wódkę piją. On dużo czytał, gazetę prenumerował, do gminy jeździł, bo tam klub był. Sam książki mi podsuwał, abym też świat poznała. Często rozprawiał o różnych mądrych rzeczach i pytał, co ja o tym myślę. Traktował mnie jak równą sobie i tak mnie tym zapałem do nauki natchnął, że zapragnęłam zapisać się na kurs dokształcający dla dorosłych, który w gminie organizowali. Jednak los chciał inaczej… W ciążę zaszłam i musiałam z planów zrezygnować. Za dużo na głowie bym miała. Dom, gospodarstwo, dziecko. Ale przecież i bez papierka można żyć. Książek tyle dookoła. Wystarczy mądrość z nich wyczytać. Henio wiedział, co warte uwagi, i zawsze mi wskazał. Wspierał mnie i starał się, abym uwierzyła we własne możliwości. Dobry był. Bardzo dobry. I o wszystkim myślał. Jak Martusia się urodziła, to ino spojrzał i powiada: „Tosiuniu, mówię ci, z niej wielcy ludzie będą. Do szkół ją poślemy, niech ma lepszą przyszłość niż na roli”. Z zainteresowaniem wysłuchałam opowieści o dziadku Heniu i z radością zauważyłam, że te wspominki wpłynęły na babcię bardzo pozytywnie. Pod wpływem emocji na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec, nadając cerze zdrowszy wygląd. Nawet sine worki pod oczami wydawały się mniej widoczne. Od tego dnia faktycznie przejęłam na siebie wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem domu. Babcia, posłuszna zaleceniom lekarskim, moim namowom i chyba po części także bardziej osłabiona chorobą, niż się chciała do tego przyznać, wyjątkowo łatwo dała się przekonać, że sama doskonale sobie ze wszystkim poradzę. Grzecznie usunęła się z kuchni, dając mi całkowitą swobodę działania. Wreszcie mogłam pokazać, na co mnie stać. Zamiast leżeć na plaży Costa Brava, stałam przy piecu, gotowałam zupę na obiad, obierałam ziemniaki, tłukłam mięso na kotlety. Po prostu cud. II. OPOWIEŚĆ BABCI TOSI Kilka dni u babci Tosi minęło szybko. Mówiąc szczerze, nawet nie zorientowałam się kiedy. Jadąc tam, bałam się nudy, tymczasem okazało się, że na brak zajęć nie mogę narzekać. Liczne obowiązki domowe pochłaniały mnie prawie całkowicie, sprawiając, że ledwo znajdowałam trochę czasu dla siebie. Nie miałam jednak powodów do narzekań. Babcia okazała się niezwykle miłą towarzyszką. Chociaż sama nie mogła brać udziału w pracach domowych, lubiła przesiadywać ze mną w kuchni i snuć historie ze swojego życia. Wspaniale opisywała przeszłość, a przy tym znała tyle różnych przyśpiewek ludowych i legend, że wprost zatracałam się w jej opowieściach. W wyobraźni przenosiłam się do tych odległych czasów i opisywanych przez nią miejsc. Hiszpania straciła na swej atrakcyjności, a ja żałowałam, że tak późno doceniłam to, co miałam przecież na wyciągniecie ręki. Te wszystkie wakacje spędzone gdzieś w luksusowych hotelach wydawały się teraz czymś mało ważnym, wręcz zupełnie niepotrzebnym. Gdy ja podróżowałam po świecie, babcia była tu cały czas. Samotna, opuszczona przez najbliższych… Jak mogłam być tak głupia? Jak mogłam nie dostrzec tego, co najistotniejsze? Szczególnie polubiłam wieczory, gdy po pracowitym dniu mogłam wreszcie odpocząć. Wychodziłyśmy wtedy razem na werandę, gdzie czekała na nas drewniana ławeczka, wiklinowy fotel i niewielki koślawy stoliczek. Babcia siadała w fotelu, ja otulałam ją kocem, aby nie zmarzła, a pod plecy podkładałam jej ulubioną poduszkę. Przynosiłam z kuchni dzbanek z herbatą, dwa porcelanowe kubeczki i talerzyk z kruchymi ciasteczkami. Zajmowałam miejsce na ławeczce i popijając słodką herbatę, wsłuchiwałam się w babcine opowieści. Siedziałyśmy zwykle do późna, aż zaczynało się robić chłodniej. To był nasz czas, którego nie oddałabym za żadne skarby świata. Tego środowego wieczoru było tak samo. Nasz rytuał został rozpoczęty. Burkas jak zwykle podbiegł do nas i położył swój wielki łeb na kolanach babci, dając tym samym znak, że czeka na należną mu porcję pieszczot. Stara dłoń gładziła ciemny pysk psa, wolno przesuwając się po długich kudłach. Podwinęłam nogi pod siebie i czekałam na moment, kiedy babcia zacznie snuć kolejną opowieść. ‒ Ta ziemia jest piękna. – Wpatrywała się przed siebie, hen na widoczny w oddali las. Wprawdzie zbliżała się dziewiętnasta, ale latem o tej porze jest przecież jeszcze zupełnie widno. ‒ Ziemia jak ziemia – odezwałam się niepewnie, wykorzystując chwilę ciszy. – Chyba każdy uważa, że miejsce, w którym się urodził, jest piękne. ‒ Ale to miejsce jest wyjątkowe. – W jej głosie usłyszałam wyrzut. – To nie jest zwykła ziemia… – Umilkła ponownie. ‒ Dlaczego wyjątkowe? – Jej upór mnie zaintrygował. – Mama też tu się urodziła, a jednak wyjechała do Łodzi. A teraz podróżuje po całym świecie i… ‒ Martusia zawsze o tym marzyła. Ona tu nie pasowała. Była taka jak ojciec. Kamienisko nigdy nie stanowiło dla niej centrum wszechświata. ‒ Bo tu praktycznie nie ma nic ciekawego. – Musiałam to powiedzieć. – Żadnych zabytków, żadnych miejsc rozrywki. Do miasta daleko… ‒ Właśnie! A przecież czasem to, co istotne, nie musi być widoczne. Jeśli patrzy się duszą, to się widzi. Wy, młodzi, tylko do miasta byście uciekali, ojcowiznę zostawiali… Gdzie tradycja, przywiązanie do ziemi, obowiązek? ‒ Ależ babciu… – próbowałam zaprotestować, wyjaśnić, ale mnie nie słuchała. Nadal wpatrywała się w majaczącą w oddali ścianę drzew, tak jakby dostrzegła tam coś niezwykłego. Podążyłam wzrokiem za jej spojrzeniem. Zachodzące promienie słońca otuliły czerwoną poświatą wierzchołki sosen. Miałam wrażenie, że las płonie, a języki ognia sięgają do samego nieba. To była wyjątkowa chwila. ‒ Czy nie nazwiesz tego magią? – Babcia wyczuła mój zachwyt. – Czy widziałaś gdzieś równie cudowny zachód słońca? ‒ Faktycznie jest piękny – przyznałam. ‒ To las Stróża – wyjaśniła. – Nad jego lasem zawsze są takie piękne zachody. ‒ Stróża? ‒ Stróżowie to najstarsza rodzina w naszej wsi. Od niepamiętnych czasów las należał właśnie do nich. Dobre byli ludziska, spokojne, życzliwe, jeno zawsze trochę na uboczu się trzymali. Jak pójdziesz na spacer tą drogą, to przed samym lasem, na zupełnym pustkowiu, stoi ich zagroda. Teraz to już właściwie dom Mateusza, bo tylko on jeden się ostał. We wojnę prawie całą rodzinę Niemce rozstrzelali. Niby za to, że pomagali partyzantom. Ale czy to wina Stróżów, że Niemce do lasu łazili, chociaż im ludziska mówili, coby nie leźli? Mogli słuchać. Ale oni takie już niedowiarki. Weszli i nie wyszli. No to uznano, że to robota partyzantów. A później winnych szukali, by ich przykładnie ukarać i na Stróżów padło. Wyciągnęli ich z domu, zawlekli pod las… Nawet małych dzieciątek nie oszczędzili. – Wzdrygnęła się, tak jakby była naocznym świadkiem tamtych okropieństw. – Jeno Mateusz ostał. Moja mama opowiadała, że szczęście miał w nieszczęściu, bo tego dnia akurat w domu go nie było. Gdzie łaził, licho go tam wie. W każdym razie, gdy wrócił, to już sierotą był. Ludziska chcieli go przygarnąć, bo lat miał wtedy niewiele, chyba z jedenaście, ale się nie dał. Sam w domu pod lasem zamieszkał. Tu wszyscy życzliwi i pomocni, więc mu jedzenie zanosili, wspierać chcieli, ale on ich pomoc odrzucał. Stronił od innych. Pewnie ciągle miał wyrzuty sumienia, że jako jedyny ocalał, że tamtego dnia go tu nie było. Zresztą ludzie, jak to ludzie, widząc jego opór przed jakąkolwiek pomocą, gadać zaczęli, jakoby to on rodzinę Niemcom wydał, że niby tyle złości w nim siedziało. Niesprawiedliwe to było, ale na ludzkie gadanie nic się nie poradzi. W końcu Mateusz stał się najbardziej znienawidzoną osobą w okolicy, wszyscy omijali go z daleka. Babcia umilkła i sięgnęła po kubeczek z herbatą. Upiła łyk, po czym, zanim odstawiła naczynko, przez dłuższą chwilę obracała je w dłoniach. Zrozumiałam, że zbiera myśli, aby opowiedzieć mi ciąg dalszy historii Mateusza. ‒ Kiedy ja go poznałam, to on już dorosłym mężczyzną był. Przystojny jak mało kto, tylko z taką zawziętością w oczach… Ale co mu się dziwić, jak go ludzie obgadywali, a dzieciaki i kamieniem potrafiły rzucić, kiedy szedł przez wieś. Nie reagował nigdy. Usta tylko zaciskał i kroku nie zwalniał. Tak jakby to nie do niego było. Żył cicho i spokojnie. Nie wadził nikomu, zawsze usuwał się w bok, gdy ludzi przypadkowo na drodze spotykał. Całe dnie w lesie spędzał, rodzinie w miejscu kaźni kapliczkę własnoręcznie postawił. Ja dzieckiem wtedy byłam, a dzieciaki – wiadomo – jak co zakazane, to je do tego bardziej ciągnie. Matula mówiła, cobym omijała Mateusza z daleka, ale gdzieżbym tam jej słuchała. Wymykałam się z domu i biegłam na przełaj przez pola, pod las. Skradałam się w krzakach i podglądałam, jak Mateusz buduje kapliczkę. Jak krzyż stawia. Patrzyłam na niego i widziałam innego człowieka. Już nie był taki zawzięty, obcy. Uśmiechał się podczas tej pracy, przemawiał do kamienia, do drzew. Lubiłam tam chodzić i obserwować. Myślałam, że Mateusz mnie nie widzi, ale on chyba od samego początku był świadomy, że ma towarzystwo, chociaż się z tym nie zdradzał. Kiedyś jednak, gdy dzień był wyjątkowo gorący, a ja siedziałam w tych krzakach dobre dwie godziny bez picia, wstał i wziąwszy do ręki dzban, podszedł w pobliże kępy, za którą się ukrywałam. „Zimna woda” – powiedział, stawiając naczynie na ziemi i wracając na swoje miejsce. Nie chciałam się ujawniać, ale pragnienie było tak silne… Wygramoliłam się z krzaków i wzięłam dzban. Nie patrzył w moją stronę. „Dziękuję” – powiedziałam, gdy wreszcie ugasiłam pragnienie. Niepewnie, krok za krokiem, podeszłam do niego bliżej. „Gdzie postawić dzbanek?”. „Gdziekolwiek – odpowiedział, wreszcie odwracając się w moim kierunku. – Byle nie na słońcu, bo się za szybko nagrzeje. No, chyba że wypiłaś wszystko”. „Nie” – zaprzeczyłam, stawiając dzbanek pod drzewem. „Ty jesteś córką Rocha? – zapytał, a gdy przytaknęłam, ciągnął dalej: – Od dawna tu przychodzisz, widziałem cię. Nie masz innych, ciekawszych zajęć?”. W milczeniu pokręciłam głową. „Cicha z ciebie dziewczynka, nie znałem żadnej takiej. Zazwyczaj dziewczyny są głośne. – Roześmiał się. – To jak masz na imię, milcząca panienko? Bo mnie zwą Mateusz”. „Tosia” – wydukałam z trudem. „Tosia, czyli Antonina. Ładnie. A ile masz lat? Ja mam dziewiętnaście”. Stał na wprost mnie, taki wysoki, przystojny. Jego czarne włosy miękko opadały na ramiona, lekko skręcając się na końcach. „Dziewięć”. Przykucnął przy mnie i teraz nasze oczy znalazły się na tej samej wysokości. Miał bardzo ładne brązowe tęczówki. „Miło cię poznać, Tosiu”. Podał mi rękę, a ja z ociąganiem ją uścisnęłam. Jego dłoń była duża, silna i naznaczona ciężką pracą. Od tego dnia nawiązała się między nami szczególna przyjaźń. Już nie musiałam się ukrywać. Moi rodzice nie wiedzieli, gdzie spędzam całe dnie, a ja stałam się jedyną towarzyszką Mateusza. ‒ Nie bałaś się, babciu? – Ta opowieść zaintrygowała mnie na dobre. Nigdy nie słyszałam o tym etapie jej życia. – On był od ciebie starszy i w ogóle… ‒ A czego miałam się bać? Mateusz okazał się bardzo miłym człowiekiem. Pokazał mi najlepsze polanki, gdzie rosły maliny, wskazał sekretne miejsca pełne grzybów. A ja w zamian uczyłam go pisać i czytać, bo nigdy nie skończył żadnej szkoły. To, co ludzie gadali, nie było prawdą. Lata mijały, a my nadal się przyjaźniliśmy. To była szczególna więź. Myślę nawet, że to mogło być coś więcej… ‒ Zakochałaś się w nim? – Aż mi dech zaparło z wrażenia. Ale gdzie w tym wszystkim miejsce dla dziadka Henia? ‒ Pewnie się zakochałam. – Babcia przymknęła oczy. – A może kochałam go przez cały czas. Dziś już trudno mi to sobie przypomnieć. ‒ To dlaczego nie wyszłaś za niego, tylko za dziadka Henia? ‒ Dobre pytanie. – Zadumała się na moment i wreszcie oderwała wzrok od lasu, za którym słońce zdążyło się już skryć. Ponownie przytknęła kubek do warg. Piła małymi łykami, rozkoszując się aromatem i smakiem napoju. ‒ Bo ja kochałam go tak bardziej duszą – mówiła, nadal wolno obracając naczynie w pomarszczonych dłoniach. – Ale on pewnie myślał inaczej… Miałam wtedy siedemnaście lat i od roku spotykałam się z Heńkiem, przy aprobacie rodziców. Mateusz wiedział o tym i coraz rzadziej się uśmiechał. W jego oczach widoczny był smutek, ale ja, głupia, zupełnie tego nie rozumiałam. Teraz, na starość, wszystko widzę wyraźniej. Tamtego dnia czekał na mnie, gdy wracałam od koleżanki. Zapytał, czy może mnie odprowadzić kawałek. Zgodziłam się, więc szliśmy obok siebie w milczeniu. I wtedy przystanął. „Tosiu, nie jesteś już tą małą dziewczynką, która zakradała się pod las, aby popatrzeć, jak buduję kapliczkę”. „Każdy dorasta…” – jakaż ja byłam wtedy niefrasobliwa! „Jesteś śliczną dziewczyną. – Ujął moją dłoń, a ja poczułam, że serce zaczyna mi szybciej bić. – Czy myślałaś kiedyś, że mógłbym stać się dla ciebie kimś więcej niż tylko przyjacielem?”. „Ja…” – pragnęłam zapaść się pod ziemię. Patrzył mi prosto w oczy, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć. „Co byś powiedziała, gdybym poprosił cię o rękę? Nie jestem bogaty, ale mam las. Potrafię pracować i nigdy nie bałem się roboty. Wiem, że ludziska we wsi różnie o mnie gadają, ale przecież ty znasz prawdę, wiesz jaki jestem. Nie wierzysz w te kłamstwa. Jesteś jedyną osobą, która mnie rozumie i…”. „Spotykam się z Heńkiem”. Opuściłam głowę, nie miałam siły znieść jego spojrzenia. „Czy to znaczy, że…”. „Ja naprawdę cię lubię. Ja…”. „Tak, wiem, Tosiu. – Puścił moją dłoń. – Życzę ci dużo szczęścia. Henio to dobry człowiek, wykształcony. W mieście do szkoły chodzi. Nie to co ja”. „Mateuszu, to nie tak…”. „Bądź szczęśliwa” – powtórzył, odwracając się do mnie plecami i odchodząc piaszczystą drogą w stronę lasu. „Mateuszu!” – zawołałam, ale nie zareagował. Chciałam pobiec za nim, jednak nie uczyniłam tego. „Dlaczego?”, zapytasz. Sama nie wiem. Może się bałam. Tak, bałam się. Kim mogłam być przy nim? Antoniną Stróż, żyjącą na uboczu, z dala od wsi? Żoną osoby, która według ludzi doprowadziła do śmierci swojej rodziny? Znałam prawdę, ale cóż z tego? Nie potrafiłam zaryzykować. Nie miałam w sobie tyle odwagi. Nie chciałam takiego życia! Bałam się bycia inną. Umilkła. Widziałam, jak nerwowo obraca kubek w dłoniach, skupiając na tej czynności całą swoją uwagę. Tak jakby to małe naczynko było w stanie zmienić przeszłość. Nigdy nie widziałam babci takiej zadumanej. Wspomnienie pierwszej miłości nadal musiało sprawiać jej ból. Czy żałowała, że dokonała właśnie takiego wyboru? ‒ Od tej pory Mateusz mnie unikał, a i ja nie narzucałam się mu ze swoim towarzystwem. Heniek skończył naukę w technikum i wrócił na wieś. Dostał pracę w gminie i odkupił kawał ziemi. To była dobra partia. Gdy poprosił o moją rękę, nie mogłam odmówić. Zresztą kochałam go. Może nie tak jak Mateusza, ale i tak była to miłość silna i prawdziwa, która przetrwała do końca jego życia. ‒ A co z Mateuszem? – Czułam, że policzki płoną mi z podniecenia. – Co się z nim stało? ‒ A co się miało stać? Żyje, tak jak żył. Samotny, milczący, z dala od ludzi. Od tamtego dnia nigdy już z nim nie rozmawiałam. Właściwie nawet nie widywałam go. Kilka razy wybrałam się w stronę lasu Stróża, ale nie napotkałam go na drodze. Podejrzewałam, że mnie unikał. No i ja też w końcu dałam sobie z tym spokój. Miałam Heńka, a później na świat przyszła Martusia. ‒ Naprawdę nigdy więcej go nie widziałaś? Przecież musiał chodzić do wsi po zakupy. – Nie mogłam w to uwierzyć. ‒ Nigdy – powtórzyła z mocą. – On zawsze stronił od ludzi, a wtedy odciął się całkowicie. Nawet ludziska gadały, co wyniósł się stąd, ale ktoś widział go gdzieś tam przy robocie, co znaczyło, że nadal tu mieszka. ‒ Musiał cię bardzo kochać – szepnęłam. ‒ Kto go tam wie, co on musiał. – Potarła dłonią czoło, jakby starała się przypomnieć sobie coś ważnego. – Kto go tam wie. ‒ A gdy dziadek umarł, nie myślałaś, aby spróbować jeszcze raz? Mogłaś iść do niego, wszystko mu wytłumaczyć. Od wojny minęło tyle lat… Nawet jeśli krążyły plotki, to przecież pewnie przycichły. Jeśli także go kochałaś… ‒ Juleczko, skarbie… O czym ty mówisz? – Odstawiła kubek na stolik. – Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Zraniłam go, a ta rana nigdy się nie zagoi. Ale popatrz no, moja droga, któż to do nas idzie? Furtka ogrodzenia otworzyła się i na podwórko weszła korpulentna starsza kobieta w pasiastej kolorowej chuście zarzuconej na ramiona. ‒ Witajcie! – zawołała przybyła, głaszcząc jednocześnie Burkasa, który momentalnie przypadł do niej, wesoło merdając długim ogonem. Widać była tu częstym gościem, gdyż pies okazywał jej swoją sympatię. Poszłam do kuchni po jeszcze jeden kubek dla naszego niespodziewanego gościa, który już się sadowił na ławeczce na wprost babci. ‒ Jaka z tej twojej wnuczki już duża panna. – Z werandy doszedł mnie głos kobiety. – I taka urodziwa. Wykapana Martusia. III. KAMIEŃ Następnego dnia po obiedzie, gdy babcia poszła do swojego pokoju na wzmacniającą drzemkę, postanowiłam udać się na spacer do lasu Stróża i zobaczyć, chociażby z oddali, gospodarstwo pierwszej miłości mojej babci. Droga była daleka – rodzina Stróżów faktycznie musiała bardzo stronić od ludzi. Chociaż od czasów wojny wieś znacznie się rozrosła, to jednak nadal ich obejście znajdowało się w zupełnym odosobnieniu. Wreszcie, gdy po półgodzinnym marszu doszłam do skraju lasu, zauważyłam stojący na uboczu, chylący się ku ziemi parterowy dom. Chociaż bardziej przypominał zwykłą chałupę, która nawet za czasów swojej świetności nie miała prawa pretendować do miana porządnej siedziby. Niewysoki drewniany płot otaczał chałupkę i dwie dzikie jabłonki. Podchodząc bliżej, dostrzegłam postać w kapeluszu, opartą o płot i najwyraźniej patrzącą w moją stronę. Czyżby to był ten słynny Mateusz, który chowa się przed ludźmi? Ten, o którym krążą złe legendy? Ten, którego moja babcia tak bardzo zraniła? I co mam teraz zrobić? Udać, że go nie zauważyłam, i minąć jak gdyby nigdy nic? Przywitać się? Ale przecież go nie znam. Na szczęście on sam przerwał moje rozterki. Wyprostował się i zdjął z głowy słomkowy kapelusz. Jego siwe włosy natychmiast rozwiał wiatr, przysłaniając na chwilę twarz, jednak mężczyzna szybko odgarnął niesforne kosmyki i uważnie na mnie popatrzył. ‒ Dzień dobry panience! ‒ Dzień dobry – odpowiedziałam grzecznie, zwalniając kroku i podchodząc do ogrodzenia, przy którym stał. ‒ Widziałem z daleka, jak idziesz i zastanawiałem się, czy zajdziesz tutaj. Ludzie zazwyczaj omijają to miejsce szerokim łukiem. Musisz być nietutejsza. Tak, nigdy cię tu nie widziałem. – Nie spuszczał ze mnie wzroku. ‒ Przyjechałam do babci – odpowiedziałam. – Babcia dużo opowiadała mi o tym lesie, więc chciałam się przejść i… ‒ A nie opowiadała ci o dziwaku mieszkającym pod lasem? – Wykrzywił się. – Tu ludziska różne głupoty lubią gadać. ‒ Moja babcia nie gada głupot – zapewniłam. ‒ Ciekawe, ciekawe… – zamruczał pod nosem. – To babcia musi być niezwykłą osobą. ‒ Jest niezwykła – przyznałam. – Może pan ją zna. Antonina Jabłonakowa. Wydało mi się, że mężczyzna znieruchomiał. Uśmiech zamarł na jego ustach. ‒ Antonina, córka Rocha – wyszeptał. ‒ Tak, to ona – potwierdziłam. ‒ I co tam u Tosi słychać? Jak jej zdrowie? – Siwowłosy mężczyzna zmrużył oczy, patrząc na mnie z uwagą. Wydało mi się, że bacznie mnie obserwuje, jakby miał podjąć jakąś ważną decyzję. ‒ Już lepiej, dziękuję. – Czułam się trochę nieswojo, pewnie dlatego, że wokół nie było żywej duszy oprócz mnie i Mateusza Stróża, o którym krążyły różne tajemnicze opowieści. ‒ Lepiej? Czyżby chorowała? – Nutka niepokoju zadrgała w jego głosie. ‒ Serce ma chore, nie może się przemęczać – wyjaśniłam, zastanawiając się, czy miałam prawo mu o tym mówić. – Dlatego przyjechałam i jej pomagam. ‒ Tosia serce ma chore… – powtórzył cicho. – Mała Tosia. Taktownie milczałam, czekając, aż otrząśnie się ze wspomnień. ‒ To babcia o lesie ci historie opowiadała? – zapytał wreszcie, po długiej ciszy, która wydawała się prawie wiecznością. ‒ Tak. ‒ I co takiego mówiła? ‒ A takie tam… – zawstydziłam się. Głupio byłoby opowiadać Mateuszowi o tym, co usłyszałam. On jednak sam wybawił mnie z kłopotu. ‒ No to pewnie i o głazie ci mówiła. ‒ O głazie? ‒ Tym stojącym w lesie. – Wskazał ręką w stronę niedalekiej gęstwiny. – Tym, którego ludziska tak bardzo się boją. Którego przeklętym zwą. ‒ Boją się? – zainteresowałam się. Dlaczego babcia pominęła w swoich opowieściach ten jakże intrygujący szczegół? Może po prostu nie doszła jeszcze do tej części opowieści. Cóż, w końcu mieszkam u niej dopiero od niedawna. ‒ Są na nim wyryte jakieś znaki. Niektórzy uważają, że to dzieło diabelskich rąk. Ci, którzy chcieli go zobaczyć, już ponoć nigdy nie wyszli z lasu. Ale nie wierz w to tak bezgranicznie – starał się mnie uspokoić, widocznie dostrzegając moje przerażenie. – Ja tam często bywam i jak widzisz, mam się całkiem dobrze. Zresztą co tam ja. Twoja babcia w młodości także widziała ten obelisk. Natychmiast pomyślałam, że to Mateusz musiał tam ją zabrać. Pewnie odsłonił przed nią wszystkie swoje tajemnice, była jedyną osobą, której ufał. A ona… Nawet zrobiło mi się za nią trochę wstyd, chociaż sama zastanawiałam się nad tym, jak ja bym zareagowała, gdybym znalazła się w podobnej sytuacji. Czy odważyłabym się na związek z mężczyzną, którego uważano za zdrajcę winnego śmierci całej swojej rodziny? ‒ Nie słyszałaś o tym kamieniu – stwierdził, trafnie rozumiejąc moje milczenie. – Tosia nic ci o nim nie mówiła. Jesteś zbyt zaskoczona i nie potrafisz tego ukryć. ‒ Ma pan rację. ‒ Może to i dobrze, że ci nie mówiła. – Podrapał się po głowie i z powrotem włożył na nią kapelusz. Szerokie rondo rzucało teraz cień, skutecznie zasłaniający jego oczy. Byłam jednak pewna, że nadal uważnie mi się przygląda. ‒ To może pan mi opowie? – Sama nie wiem, skąd miałam w sobie tyle śmiałości. ‒ Ja? A to niby z jakiej racji? – Coś nieprzyjemnego pojawiło się w jego głosie. – Co to ja dla panienki jaka rodzina? A może to panienka nie wie, z kim teraz rozmawia? Może i o Stróżu nic babcia panience nie wspomniała? Czy mogłam go okłamać i zaprzeczyć? Nie, nie mogłam. ‒ Wiem, kim pan jest. Babcia mówiła, że był pan dla niej kimś bardzo ważnym. ‒ Ważnym? Chyba nie aż tak bardzo. – Odwrócił się do mnie plecami i ruszył wolno w stronę chałupy. ‒ To nie opowie mi pan o tym kamieniu? – zawołałam za nim. ‒ Zapytaj Antoninę. – Nawet się nie obejrzał. Po chwili wszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Postałam jeszcze chwilę, gapiąc się za nim, ale wreszcie wybudziłam się z zamyślenia. Spojrzałam na ciemną linię drzew, które zdawały się mnie przyzywać. Tajemniczy głaz nęcił niczym zakazany owoc, który im bardziej niedostępny, tym większą budzi pokusę. Miałam ogromną ochotę zagłębić się w las i odszukać ów niezwykły kamień, o którym krążyły legendy. Jakie? Gdybym tylko miała czas, na pewno od razu zajęłabym się rozwiązywaniem tej tajemnicy. Zerknęłam na zegarek. „No właśnie, czasu mi brak. Za dwadzieścia minut powinnam podać babci lekarstwo. To nic, wrócę do domu i podpytam ją o to, o czym opowiadał Mateusz, a do lasu wybiorę się jutro” – postanowiłam. Do kolacji nawet nie wspomniałam o spotkaniu ze Stróżem. Zostawiłam tę wiadomość na później, gdy, jak każdego wieczoru, usiądziemy razem na werandzie, aby napić się herbaty. Tym razem przysunęłam ławeczkę bliżej jej fotela. Spojrzałam tam, gdzie patrzyła staruszka. Las Stróża znowu spowity był czerwoną poświatą zachodzącego słońca. ‒ Babciu… – Wreszcie po dłuższej chwili milczenia i kontemplowania cudnego zjawiska, odważyłam się zabrać głos. – Mogłabyś mi opowiedzieć o kamieniu? ‒ O czym? ‒ O tym głazie, co znajduje się w lesie Stróża. ‒ A ty skąd o tym wiesz? – Do tej pory siedziała przygarbiona, ale teraz gwałtownie się wyprostowała i zwróciła w moją stronę. Na jej wychudzonej twarzy widoczne było napięcie. – Kto ci mówił o głazie? Ktoś ze wsi? ‒ Nie. Mateusz… ‒ Mateusz? – Głęboko zaczerpnęła powietrza. – Mateusz? Gdzie? ‒ Poszłam dziś w stronę lasu Stróża i spotkałam go przy obejściu. ‒ Nie schował się na twój widok? – Babcia złapała mnie za dłoń i mocno ścisnęła. ‒ Nie. Stał przy płocie i czekał, aż podejdę. Przywitał się ze mną. ‒ Niebywałe. – Pokręciła z niedowierzaniem głową. – Mateusz z tobą rozmawiał. Wiedział, kim jesteś? ‒ Powiedziałam mu. ‒ I co? Przestraszyłam się, że zanadto się denerwuje, więc szybko i nieskładnie zaczęłam opowiadać o niezwykłym spotkaniu. ‒ O Boże, Boże. I jak zareagował? ‒ No zapytał o twoje zdrowie, a potem czy opowiadałaś mi coś o tym kamieniu. ‒ Tyle lat… Boże, tyle lat… Unikał mnie, chował się, gdy przechodziłam w pobliżu, a do ciebie wyszedł. Pytał o mnie… Jak on wygląda? – Może udawała, że nie usłyszała wzmianki o kamieniu, co jeszcze bardziej mnie zaintrygowało. ‒ Normalnie. Wysoki jest, szczupły. Ma siwe włosy… Ale o co mu chodziło, jak mówił, abym zapytała ciebie o kamień? ‒ Kamień… – Puściła moją dłoń i wstała z fotela. – Wiesz co, Julciu, nie mam dziś ochoty siedzieć na werandzie. Chyba się wcześniej położę. Zmęczona jestem. Porozmawiamy jutro. Zostałam sama. Zrozumiałam, że najwyraźniej bała się opowiedzieć mi historię głazu. Tylko dlaczego? Jaką tajemnicę skrywał? Co było w nim takiego niezwykłego? Kamień jak kamień. O co w tym wszystkim chodzi? *** Następnego dnia przy śniadaniu babcia była milcząca i jakby nieobecna duchem. Rozlała herbatę i upuściła łyżeczkę. Obserwowałam ją przez cały czas, ale nie odezwałam się ani słowem. Dopiero gdy wstała od stołu, zatrzymałam ją. ‒ To o co chodzi z tym kamieniem? ‒ A, to. – Machnęła ręką, jakbym zapytała o coś naprawdę mało istotnego. Wiedziałam jednak, że to tylko pozory, próba uśpienia mojej czujności. ‒ Opowiesz mi? ‒ Ale nie ma o czym. Od tego kamienia wzięła się nazwa naszej miejscowości. Kiedyś chyba był tu dla ludzi ważny, szanowali go. Może jakiemu dawnemu bogowi był poświęcony… Ja tam nie wiem i jak było, już nikt nie dowiedzie. To bardzo odległe dzieje. Tu w okolicy diabelskim go zwą, bo opowieści krążyły, że ci, co go widzieli, zniknęli. ‒ Ty, babciu, go widziałaś, prawda? ‒ Mateusz ci powiedział? Tak, widziałam. Zabrał mnie do niego i pokazał. I jak możesz sama stwierdzić, nie zniknęłam. To wszystko bajdurzenie tylko. Zwykły kamień, nie ma o czym mówić. Te słowa jakoś mnie nie przekonały. Babcia za bardzo starała się wmówić mi, że kamień znajdujący się w lesie jest całkiem zwyczajny. Coś było z nim nie tak, a ja postanowiłam się tego dowiedzieć. ‒ Obiecaj mi, Julciu, że nie pójdziesz oglądać tego kamienia. Naprawdę nie ma na co patrzeć. To tylko zwykły kamień – powtórzyła z uporem, a ja nabrałam pewności, że wcale taki zwykły nie jest. ‒ Ale jeśli to tylko kamień, to przecież nic mi nie będzie, jak go zobaczę. ‒ Nie! – Uniosła głos, ale momentalnie uzmysłowiła sobie, że zachowuje się zbyt impulsywnie. – Ten las nie jest zbyt bezpieczny, dużo dzikiego zwierza tam chodzi. Dziki można spotkać, wilki. Lepiej nie chodź. Tyle jest innych miejsc, które możesz zobaczyć. A widziałaś już ruiny młyna wodnego? Mówię ci, piękne. To była ewidentna próba zmiany tematu. Kamień nęcił coraz bardziej, a im dłużej babcia starała się przekonać mnie, że nie mam po co chodzić do lasu, nabierałam pewności, że właśnie to muszę zrobić. Niestety, babcia, widocznie niezbyt mi ufając i obawiając się, że zmylę jej czujność, zaczęła wymyślać różne dodatkowe zajęcia, które dokładnie burzyły mój dotychczasowy, tak skrupulatnie ułożony harmonogram. Dodatkowo starała się nie spuszczać mnie z oka, towarzysząc mi przy wykonywaniu wszystkich prac domowych, i jedynymi momentami, kiedy zostawałam sama, były więc tylko noce oraz krótkie wyprawy po zakupy do wsi. Ale nawet wtedy czekała na mnie przy furtce, pilnując, abym przypadkiem nie skręciła na drogę wiodącą do lasu. IV. LAS STRÓŻA Minął kolejny tydzień. Siedem dni, podczas których ja kombinowałam, jak zmylić czujność babci, a ona starała się mnie pilnować. Ta nasza wspólna zabawa w kotka i myszkę była trochę męcząca i naprawdę miałam jej dość. Przecież to niemożliwe, aby powstrzymała mnie przed czymś tak błahym i mało znaczącym, jak zwykły spacer do lasu. Nie jestem już dzieckiem! Szczęście uśmiechnęło się do mnie w kolejną środę. Rano, po śniadaniu, zabrałam się za sprzątanie sypialni, pełnej bibelotów. Oczywiście babcia przez cały ten czas wiernie mi towarzyszyła, opowiadając o czasach, gdy moja mama była mała i czym lubiła się bawić. Wystarczyło, że wzięłam do ręki kolejną porcelanową figurkę, aby ją odkurzyć, a ona już miała historię z tym związaną. Dzięki temu dowiedziałam się, że moja mama uwielbiała ustawiać figurki baletnic. Bawiła się nimi niczym lalkami, a ręcznie malowanemu fajansowemu kotkowi obtłukła kiedyś kawałek ogona. Na szczęście po kilkugodzinnych opowieściach babcia poczuła się wyraźnie zmęczona i gdy zjadła obiad, postanowiła nieco się zdrzemnąć. Wzięłam książkę, zapewniając ją, że ja w tym czasie grzecznie sobie poczytam. Oczywiście wcale nie miałam takiego zamiaru. Gdy po kilkunastu minutach oczekiwania usłyszałam wreszcie pochrapywanie, od razu poszłam na piętro, do swojego pokoju, po przygotowany wcześniej podręczny plecaczek, z którym nigdy się nie rozstawałam, i tak naszykowana, bez chwili zwłoki, ruszyłam w stronę lasu. Wiedziałam, że robię źle, ale byłam zdecydowana zobaczyć kamień, który tak usilnie próbowała ukryć przede mną babcia. Droga tym razem wcale mi się nie dłużyła i wkrótce doszłam do gospodarstwa Stróża. Rozglądałam się dookoła, ale nigdzie nie widziałam Mateusza. Może siedział w domu albo udał się na wycieczkę po okolicy. Żałowałam, że go nie ma, ponieważ miałam jeszcze kilka pytań. Nie mogłam jednak dłużej na niego czekać, bo sen babci nie będzie przecież trwać w nieskończoność. Przypuszczałam, że obudzi się, zanim zdążę wrócić, jednak wolałam, aby nie musiała się denerwować moją zbyt długą nieobecnością. Jakoś wszystko jej wytłumaczę i na pewno mnie zrozumie. Przecież to tylko kamień… Doszłam do lasu i zatrzymałam się przy pierwszej linii drzew. Chociaż dzień był ciepły, czułam chłód ciągnący z wnętrza boru. ‒ Ooo, a kogoż my tu mamy? – Usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się wolno. Tuż za mną stał Mateusz Stróż, ubrany w szare spodnie z szelkami i białą, zapiętą pod samą szyję koszulę. Opierał się o sękaty kostur, który widocznie służył mu jako podpórka podczas wędrówek, a na głowie, tak jak poprzednio, miał słomkowy kapelusz. ‒ Dzień dobry – przywitałam się grzecznie. ‒ Już myślałem, że panienka nie przyjdzie więcej. ‒ A dlaczego miałabym nie przyjść? ‒ A bo ja to wiem? Może babcia coś panience powiedziała. – Położył nacisk na słowo „powiedziała”. – Może się panienka przestraszyła? ‒ Niby czego miałabym się przestraszyć? Lasu? Kamienia? Nie należę do osób lękliwych. ‒ Cieszy mnie to bardzo. Czego więc dowiedziała się panienka o kamieniu? ‒ Że od niego wzięła się nazwa miejscowości. ‒ To faktycznie dużo! – Roześmiał się. – No ale to prawda, Kamienisko wzięło swoją nazwę od tego obelisku. Moi przodkowie ją nadali. My tu pierwsi byli. To nasza ziemia. Nasza… – powtórzył. ‒ Tak, wiem, las należy do pana… ‒ Ziemia, a na niej las i kamień – poprawił. – Stróże zawsze mieli pieczę nad kamieniem. To nasze zadanie z dziada pradziada. Nasz obowiązek. Ja ostatni zostałem. ‒ Dlaczego kamienia trzeba pilnować? ‒ Mówiłem, że to nie jest taki zwykły kamień. Mówiłem, a panienka nie słuchała. To miejsce szczególne, jedyne takie… Ono sprawia, że nic już nie jest takie, jak się nam wydaje. ‒ I pan w to wierzy? Zaczęłam podejrzewać, że Mateusz zbzikował na stare lata. A może był szaleńcem od zawsze? To, co mówił, było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Kamień to kamień. No, chyba że faktycznie było w nim coś niezwykłego. Właśnie dlatego musiałam go zobaczyć, aby osobiście się przekonać. ‒ A czemu mam nie wierzyć? – Teraz to on wyglądał na zaskoczonego moją ignorancją. – Sam widziałem, więc znam moc tego głazu. Tosia też… – To dlatego nic ci o nim powiedzieć nie chciała. Bała się, że i ty możesz to zobaczyć. ‒ Co? – Tętno mi przyspieszyło. Babcia ewidentnie skrywała jakąś tajemnicę. Jej lęk przed moją ewentualną wyprawą do lasu Stróża w poszukiwaniu kamienia stawał się coraz bardziej zrozumiały. Nie chciała, abym poszła oglądać głaz, gdyż sama musiała coś zobaczyć. I to coś bardzo ją przestraszyło. Może tak bardzo, że właśnie przez to zerwała kontakty z Mateuszem. Może jej wcześniejsza opowieść wcale nie była do końca prawdziwa? ‒ Chcesz to zobaczyć? – zapytał. – Masz w sobie tyle odwagi? ‒ Nie wierzę, że ten głaz jest niezwykły – powiedziałam twardo, przecząc jednocześnie swoim własnym myślom. – Ale bardzo chętnie go zobaczę. ‒ Jak zobaczysz, to zrozumiesz. Chyba się uśmiechnął, ale pewności nie miałam, bo rondo kapelusza przesłaniało mu twarz. ‒ To gdzie on jest? – Rozejrzałam się dookoła, szukając dróżki wiodącej w las. Uniósł kostur i wskazał nim pomiędzy drzewa. ‒ Tam jest wydeptany przeze mnie przesmyk, który wiedzie wprost na polankę. Ludzie po tym lesie nie chodzą, ale to i dobrze. Nikt spokoju kamienia nie zakłóca. Pokażę panience, gdzie ta dróżka. No, chyba że jednak panienka zlękła się i zdanie zmieniła? ‒ A to niby czemu? Ja tak łatwo zdania nie zmieniam. Jak coś postanowię, to realizuję. Nadal mam ochotę, i to ogromną, aby ów tajemniczy kamień obejrzeć – zapewniłam z przekonaniem. ‒ I bardzo dobrze. – Znowu wsparł się na kosturze i pokuśtykał wzdłuż linii drzew. – Pójdzie panienka za mną. Tędy. Szłam za nim, patrząc na jego plecy. Z tego, co mówiła babcia, wywnioskowałam, że musi być od niej o dziesięć lat starszy. Jednak oprócz przygarbionej sylwetki i wyraźnej trudności przy poruszaniu się wyglądał nad wyraz dobrze jak na swój wiek. Już wcześniej zauważyłam, że jego skóra nie jest pomarszczona, a i oczy zachowały młodzieńczy blask. ‒ Jesteśmy na miejscu, dalej z tobą nie idę. – Mateusz zatrzymał się przy ledwie widocznym przesmyku między drzewami, obok niewysokiej kamiennej kapliczki. Przypomniałam sobie słowa babci. Tu musiała odbyć się egzekucja Stróżów. Tu Mateusz zbudował kapliczkę ku czci ich pamięci. ‒ Dziękuję… ‒ Nie dziękuj – przerwał mi. – I uważaj na siebie. Cokolwiek się zdarzy… Ty jej wnuczką jesteś, więc… Nie dowiedziałam się jednak, co znaczy to „więc”, bo Mateusz odwrócił się i odszedł szybko tam, skąd dopiero przyszliśmy, pozostawiając mnie samą. Zdziwiłam się trochę, a jego ostatnie słowa obudziły we mnie lęk. Mam na siebie uważać? Cokolwiek się zdarzy? I co ma do tego fakt, że jestem wnuczką mojej babci? Zanim zagłębiłam się w lesie, przyjrzałam się dokładniej kapliczce. Zbudowana z kamieni, tworzących sporych rozmiarów kopczyk z wgłębieniem przypominającym grotę i drewnianym krzyżem zatkniętym na szczycie. To jej budowę musiała podglądać zza krzaków babcia, gdy była dziewczynką. Rozejrzałam się dookoła, starając się umiejscowić ewentualną kryjówkę małej Tosi. Podeszłam bliżej kapliczki. Mój wzrok spoczął na kamieniu złożonym wewnątrz groty. Duży głaz, porośnięty od dołu mchem z wyrzeźbionymi na wierzchu literami. Pismo było koślawe, niewyraźne, jakby wykonane niewprawioną w piśmie ręką. Teraz przypomniałam sobie, jak babcia mówiła, że Mateusz nie potrafił czytać ani pisać i że to ona uczyła go liter. ‒ Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną[1 - Fragment Psalmu 23] – odczytałam nieporadnie wykonany napis. Poprawiłam na ramieniu plecaczek, z którym się nigdy nie rozstawałam, a który skrywał w swym wnętrzu same najpotrzebniejsze rzeczy: latarkę (to na wypadek ciemności), pomadkę, cienie do powiek, konturówkę, tusz do rzęs i lusterko (gdyby trzeba było odświeżyć makijaż), telefon komórkowy z aparatem fotograficznym (zawsze dobrze jest pozostawać w kontakcie i mieć możliwość uwiecznienia ważnych chwil), mp3 (muzyka jest dobra na wszystko, a szczególnie moja ulubiona, klasyczna), jo-jo (aby pobawić się, gdy potrzeba), zapałki (prawdziwy podróżnik zawsze ma je przy sobie). Spojrzałam na ręczny zegarek. Dochodziła godzina piętnasta. „Jak długo babcia może spać? Była bardzo zmęczona, ale jeśli obudzi się, zanim zdążę wrócić, będzie się denerwować. Lepiej jak się pospieszę” – stwierdziłam i bez dłuższego zastanawiania się weszłam w leśną gęstwinę. Promienie słońca z trudem przeciskały się przez gęstą koronę drzew, zaczęłam więc odczuwać chłód. Moja krótka, powiewna sukienka, idealna na gorące popołudnie, raczej nie nadawała się na wycieczkę do lasu. Zaczęłam żałować, że nie założyłam dżinsów, tym bardziej że krzaki drapały mi nogi. Całe szczęście, że zamiast modnych japonek na stopach miałam lniane balerinki. Dróżka wiodła w głąb lasu. Ciszę przerywały trele ptaków. Jednak im dalej się posuwałam, tym bardziej mrok gęstniał, drzewa były coraz wyższe, niższe krzaki rozkładały gałęzie, niemal zasłaniając dróżkę, a ptasie śpiewy cichły. Nagle szlak się skończył i wydostałam się na odsłoniętą polanę. Słoneczne światło oślepiło moje przywykłe już do ciemności oczy. Przymknęłam powieki. Chwilę trwało, zanim znowu mogłam normalnie patrzeć. Dostrzegłam podłużny, wysmukły głaz, przywodzący na myśl obelisk z Place de la Concorde w Paryżu. Miał podobny kształt, tylko był dużo mniejszy. Mógł mieć około dwóch metrów wysokości, gdyż przewyższał mnie mniej więcej o głowę. Ku górze zwężał się, nabierając kształtu stożka. Jego wierzchołek zdawał się celować wprost w środek błękitnych przestworzy, widocznych nad polanką. Stałam w pewnym oddaleniu od kamienia, gdyż dróżka kończyła się na linii drzew. Polankę porastały nad wyraz wybujałe paprocie. Widocznie od dawna nikt nie podchodził bezpośrednio do obelisku. Przez chwilę się wahałam, ale uznałam, że skoro zaszłam już tak daleko, to te kilka kroków więcej nie zrobi różnicy. Stąpając ostrożnie pomiędzy ogromnymi paprociami, przedarłam się w pobliże głazu. Teraz widziałam go lepiej. Tajemnicze napisy nie przypominały mi niczego, z czym do tej pory się spotkałam. Patrzyłam na rzędy starannie wyżłobionych znaków, zastanawiając się, co mogą oznaczać. Wśród plątaniny przeróżnych symboli dopatrzyłam się czegoś, co wyglądało jak słońce. Z trudem torując sobie drogę pomiędzy paprociami, okrążyłam obelisk. Cztery boki, na rogach lekko zaokrąglone, w całości pokryte tymi dziwnymi wyżłobionymi znakami. Oczywiście musiały je wykonać ludzkie ręce… Nie wierzyłam w to, że zrobił je diabeł! Wyjęłam z plecaczka aparat telefoniczny, aby uwiecznić te niezwykłe hieroglify na zdjęciach. W tym momencie uzmysłowiłam sobie, że wokół panowała przytłaczająca cisza. Nie było już słychać świergotu ptaków, który towarzyszył mi przez całą drogę. Poczułam lęk. Nagle ciszę przerwało chrapliwe krakanie kruka. Zabrzmiało jak alarm, echem roznoszący się po zamarłym lesie. Aparat wypadł mi z rąk i zginął w paprociach. Schyliłam się pospiesznie, aby go podnieść. Z konarów drzew zerwały się, przestraszone krzykiem kruka, ukryte tam ptaki i wzbiły się wysoko. Spotęgowany echem odgłos trzepotu ich skrzydeł brzmiał przeraźliwie, jakby zwiastował nadciągające nieszczęście. Wymacałam dłonią aparat i podniósłszy go z ziemi, schowałam do plecaka, zamierzając jak najprędzej stąd odejść. To miejsce dziwnie na mnie działało. Miałam wrażenie, że jestem obserwowana, a ze wszystkich zaciemnionych miejsc wypełzają długie, ciemne języki dymu, wijąc się w moją stronę niczym stado węży. Niesamowita atmosfera, prawie jak z horroru, zaczęła udzielać mi się na dobre. Zrozumiałam, dlaczego babcia nie chciała, abym tu przychodziła. Jak mogłam być tak głupia i lekkomyślna? Poczułam, że zaczyna brakować mi tchu. Zachwiałam się i aby nie upaść, wyciągnęłam rękę, opierając ją o zimny głaz. Nagle świat zawirował i zapadł się w czarną dziurę. Miałam wrażenie, że lecę gdzieś w dół, że jakiś nieznany wir wciąga mnie w głąb czegoś. Czego? Nie miałam pojęcia. Chyba straciłam przytomność. V. PRZEBUDZENIE Gdy się ocknęłam, nadal leżałam przy dziwnym obelisku, ale zamiast słonecznego nieba miałam nad sobą ciężkie burzowe chmury. Zasłabłam? Czyżbym była nieprzytomna aż tak długo? „Muszę szybko wracać do domu, bo babcia na pewno już się niepokoi. Która właściwie jest godzina?” – pomyślałam i spojrzałam na zegarek. Dwie po trzeciej? Niemożliwe! Przyjrzałam się dokładniej wskazówkom. No tak! Stały nieruchomo w jednym miejscu, nie mając zamiaru nawet drgnąć. Potrząsnęłam kilka razy ręką, na której miałam założony zegarek, ale nawet to nie obudziło czasomierza. Z trudem odnalazłam dróżkę, która wydała mi się jeszcze bardziej zarośnięta i niedostępna niż wcześniej. Przedzierając się przez chaszcze i złorzecząc ile wlezie na ostre kolce jeżyn, starałam się wytłumaczyć sobie racjonalnie to, co się stało, jednak jakoś nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Ufff… Wreszcie wydostałam się na drogę i… Kurczę, musiałam pójść w złą stronę! Gdzie kapliczka? Gdzie asfaltowa szosa? Przed sobą miałam piaszczysty, poorany bruzdami trakt. I co teraz? Zawracać i szukać właściwej ścieżki? Nie! Tylko nie to! Niebo było już zupełnie zasnute chmurami i dookoła panowały nieprzyjemne ciemności. Za nic w świecie nie wejdę kolejny raz do tego lasu. Babcia… No tak, muszę ją zawiadomić, aby się nie martwiła. Wygrzebałam z plecaka telefon komórkowy i z nadzieją spojrzałam na wyświetlacz. Masz ci los! No tak, tego można było się spodziewać. Zawsze w filmach tak się dzieje. Gdy bohaterka znajduje się na jakimś pustkowiu, to na bank telefon nie będzie miał zasięgu. Mój właśnie nie miał. Spróbowałam odnaleźć takie położenie, gdzie ewentualnie antenka mogłaby wyłapać bodaj najsłabszy sygnał, ale na nic się to zdało. Zanim wrzuciłam aparat z powrotem do plecaka, sprawdziłam jeszcze godzinę na wyświetlaczu. Dwie po piętnastej. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego wszystkie dostępne mi zegary zatrzymały się na tej godzinie? Jak to dobrze, że wzięłam ze sobą latarkę! Z ulgą nacisnęłam przełącznik i oświetliłam ciemności snopem światła. Od razu poczułam się raźniej. Chyba nigdy wcześniej tu nie byłam. Tak, na pewno nie szłam tędy. Piaszczysta droga wyglądała na bardzo zaniedbaną, a liczne koleiny świadczyły o tym, że nikt o nią nie dbał. Czarne balerinki szybko pokryły się kurzem, który dodatkowo osiadł i na moich odsłoniętych nogach. Pomyślałam, że babcia się załamie, kiedy zobaczy mnie w tym stanie. Podrapana, z krwawymi śladami na łydkach, zakurzona, z igliwiem we włosach. Jeszcze pomyśli, że ktoś mnie napadł. Zaczęłam obmyślać jakąś sensowną historyjkę, którą mogłabym ją uraczyć, i tak mnie to pochłonęło, że prawie przeoczyłam mijane gospodarstwo. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko, iż było ciemno, a w żadnym oknie domu nie paliło się światło, więc trudno było go dojrzeć, tym bardziej że nie znajdował się bezpośrednio przy samej drodze, tylko bardziej na uboczu, tak jak chałupa Stróża. Jednak to nie był dom Mateusza. Pobiegłam na przełaj przez pole, marząc, aby gospodarze byli w domu i wyrazili chęć podwiezienia mnie do babci. Jednak im bardziej zbliżałam się do zabudowań, tym moja radość słabła. To musiała być jakaś rudera, dawno opuszczona przez ludzi. Krzywy płot, drewniane ściany, dach kryty słomą… Zwolniłam kroku i podeszłam do furtki. Chałupa Stróża wydała mi się przy tym budynku prawdziwą willą. ‒ Na świętości Burii! – Usłyszałam piskliwy kobiecy głos, a gdy skierowałam w jego stronę światło latarki, wrzask wzmógł się i jakaś postać okutana w dziwne długie szaty wbiegła do chaty. ‒ Czy może mi pani wskazać drogę do…? – zaczęłam, ale w tym momencie na progu pojawił się wysoki, postawny mężczyzna, ubrany w sięgającą do kolan koszulę i śmieszne workowate spodnie. Osobnik trzymał ogromne widły, które skierował prosto w moją stronę. ‒ Poszło stąd, nieczyste szczenię, co zło sprowadza na uczciwych ludzi! – fuknął na mnie groźnie. – Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! ‒ Przepraszam pana. – Z wrażenia zaschło mi w gardle. A jeśli to jakaś sekta? Może to przed nimi chciała mnie uchronić babcia? ‒ Niech święty wiatr odeśle cię tam, gdzie twoje miejsce albo niech moje widły przebiją twoje przeżarte złem serce – zaintonował śpiewnie, wymachując groźnym narzędziem. ‒ Już idę, już idę! – Wolałam nie czekać, aż zbliży się do mnie, tylko ile sił w nogach pobiegłam z powrotem na piaszczysty trakt. Nie oglądałam się za siebie, miałam jednak pewność, że dziwny facet mnie nie goni. Jakoś podświadomie wyczuwałam, że on także się bał. Ale czego? Wprawdzie nigdy nie uważałam się za piękność, ale z pewnością mój wygląd nie mógł nikogo przerazić. Jestem szczupłą szatynką średniego wzrostu, obdarzoną wyrazistymi zielonymi oczami. Mam regularne rysy twarzy i ładny podbródek. Jedyne, co naprawdę przysparza mi zmartwień, to niesforne włosy, które opadając miękkimi kaskadami na ramiona, żyją swoim własnym życiem. Żebym nie wiem jak się starała i tak nie potrafię ich ujarzmić. Puszą się niesamowicie, sprawiając, że zawsze wyglądam tak, jakbym się nie uczesała. Mimo licznych zabiegów i wymyślania przeróżnych mniej lub bardziej skomplikowanych fryzur one i tak jakimś dziwnym sposobem potrafią wyswobodzić się ze splotów i spinek, wybierając wolność i tworząc na mojej głowie artystyczny nieład. To właśnie przez nie otrzymałam w gimnazjum przezwisko „Piorunek”, które wiernie towarzyszyło mi przez trzy lata nauki w murach szacownej szkoły, a następnie powędrowało ze mną do liceum. Wątpiłam, abym mogła się go tak łatwo pozbyć. Gdy byłam już w bezpiecznej odległości od niegościnnych zabudowań, zwolniłam kroku. Jak długo szłam? Nie wiem. Zmęczenie dawało mi się coraz bardziej we znaki i po kilkudziesięciu kolejnych próbach odszukania zasięgu i skontaktowania się z kimkolwiek (na wyświetlaczu cały czas widoczna była godzina piętnasta zero dwie, chociaż szłam już dobre kilkadziesiąt minut), zrozumiałam, że jak nic spędzę tę noc pod gołym niebem. Jedynym pocieszeniem był fakt, że ciemne burzowe chmury nie przyniosły jednak deszczu. Najgorzej, że zawiodłam babcię. Miałam się nią opiekować, a tymczasem teraz przysparzałam samych kłopotów. Na pewno szalała z niepokoju, co też się ze mną dzieje. Może zawiadomi policję? Co za wstyd! Przez cały czas wyrzucałam sobie w myślach moje nierozsądne zachowanie, ale poza ogromnym poczuciem winy nic więcej mi to nie dawało. W ciemnościach pobłądziłam w terenie i niestety, nie potrafiłam odnaleźć drogi powrotnej. Gdybym chociaż mogła zadzwonić po pomoc, ale gdzie tam! Telefon uparcie nie odnajdywał zasięgu, skazując mnie na nocleg pod gołym niebem. Perspektywa nie była zachęcająca, zważywszy, że nagle po letnim upale nie pozostało ani śladu, a chłód wieczoru coraz mocniej dawał się we znaki, ale nie miałam innego wyboru. Zatrzymałam się pod niewielką jabłonką rosnącą przy drodze. Usiadłam w wysokiej, dawno niekoszonej trawie i oparłszy plecy o chropowaty pień drzewa, przyciągnęłam nogi do siebie, opierając brodę o kolana. Objęłam się ramionami, starając zachować chociaż resztki ciepła. Sen długo nie nadchodził. Skulona w niewygodnej pozycji, walczyłam ze strachem, który mnie wprost paraliżował. Jeszcze nigdy nie spałam pod gołym niebem, w dodatku w tak niesprzyjających warunkach. Byłam zagubiona, osamotniona i pełna wyrzutów sumienia. To nie najlepsza mieszanka. Dodatkowo każdy szmer, który docierał do moich uszu, powodował przyspieszone bicie serca. Gdzieś w zakamarkach umysłu kołatała się nadzieja, że może jakiś zabłąkany samochód będzie przejeżdżał w pobliżu i uda mi się go zatrzymać. Niestety, czas mijał, a wybawienie się nie pojawiło. Pewnie po takich zaniedbanych bocznych drogach nikt nie podróżuje, zwłaszcza nocą. *** Obudziły mnie pierwsze krople deszczu. Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale widać zmęczenie wzięło górę nad strachem. Uniosłam głowę, pragnąc rozeznać się w sytuacji. Świtało, a nad polami unosiła się mgła. Było mi zimno, czułam głód i pragnienie, a na dodatek marzyłam o kąpieli. Z trudem rozprostowałam ścierpnięte ciało. Żebym tylko nie dostała zapalenia płuc… Wyszłam na drogę i aż krzyknęłam. To, co zobaczyłam, przeszło moja najśmielsze wyobrażenia. A może ja nadal śniłam? Dla pewności uszczypnęłam się kilka razy w rękę. To nie sen. W oddali widziałam wyraźne zarysy warownej budowli, przypominającej zamek. Zamek tutaj? I nagle naszła mnie dziwna, wręcz absurdalna myśl. Tak, wiem, to zakrawało na szaleństwo, ale jedyne wytłumaczenie – nieważne czy rozsądne czy głupie – jakie przyszło mi do głowy, to takie, że przeniosłam się w czasie. Przeniosłam się w czasie! A to numer! Jak nic to średniowiecze. No i ten zamek. To by tłumaczyło, dlaczego wczoraj wieczorem gościu w długiej koszuli zamierzył się na mnie widłami, a kobieta uciekła na widok latarki. Wzięli mnie za wysłannika sił nieczystych, który pojawił się, aby zabrać ich dusze. Nieźle! Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach! To nie może być prawda! To nie może być prawda! A jeśli to dalsza część snu? Szczypałam się w ramię tak długo, aż w końcu całe się zaczerwieniło. Ból, który czułam, był prawdziwy, aż nadto prawdziwy. Stałam oto na piaszczystej, pooranej bruzdami drodze, na wprost warownego zamczyska, daleko od własnego domu i czasów, jakie znałam. W tej chwili czułam się chyba najbardziej samotnym człowiekiem na ziemi. Ba, we wszechświecie! Jeśli w nocy się bałam, to teraz mój lęk urósł do rozmiarów monstrualnych. Wręcz przytłaczał mnie, paraliżując zmysły. Co mam zrobić? Jak żyć? Gdzie szukać ratunku? W ogóle, jakim cudem się tu znalazłam? Czyżby to ten kamień? Gdy go dotknęłam… Boże, Boże… To musiało być wtedy… Tylko gdzie, do cholery, jest ten głaz? Jakoś wątpiłam, że będę potrafiła odnaleźć powrotną drogę do niego. Miałam ochotę się rozpłakać, ale nie zdążyłam, bo zobaczyłam właśnie zbliżających się od strony zamku pięciu jeźdźców na koniach. Rozejrzałam się dookoła, szukając drogi ucieczki. Rzuciłam się biegiem w stronę najbliższych drzew, modląc się w duchu, abym nie została zauważona. Co mogłoby mi grozić, gdyby grupa średniowiecznych rycerzy napotkała mnie na środku traktu? Wyobraźnia podpowiadała mi niestworzone, mrożące krew w żyłach scenariusze. Tętent końskich kopyt był coraz bliższy. Nie przestając biec, odwróciłam głowę i zobaczyłam, że jeźdźcy podążają wprost za mną. Zauważyli mnie i najpewniej mój widok ich zaintrygował – cóż, faktycznie wyglądałam bardzo egzotycznie w porównaniu z tym, do czego przywykli. Nie miałam żadnych szans na ucieczkę, tym bardziej że jeden z wojaków uniósł coś, co przypominało kuszę i wycelował prosto we mnie. Zatrzymałam się i uniosłam do góry ręce w geście poddania. „Niech się dzieje wola nieba, nie mam siły biec dalej. Zresztą ze strzałą w plecach daleko nie ucieknę. Lepiej stawić czoło przeznaczeniu”. Rycerze otoczyli mnie, uniemożliwiając jakąkolwiek ucieczkę. Dobrze wiedziałam, co czekało wszelkich odmieńców w tamtych czasach. A ja byłam inna. I to jeszcze jak inna! ‒ Wiedźma, jak nic! – zawołał jeden z nich, ten, który mierzył do mnie z kuszy. Spojrzałam do góry na jego twarz obdarzoną bujnym rudym zarostem. ‒ Albo inne czarcie szczenię – dorzucił kolejny, którego nos przywodził mi na myśl boksera po stoczeniu najcięższej z walk. ‒ Coś ty za jedna? – Trzeci z mężczyzn zeskoczył z konia i podszedł do mnie. Dostrzegłam, że ma bardzo ładne brązowe oczy i regularne, szlachetne rysy twarzy. Może to jakiś książę? Tak, wyglądał na kogoś ważniejszego od reszty, nawet jego szaty były bardziej wytworne. Przy pasie miał przytroczony połyskujący miecz. ‒ Jestem Julia. – Spróbowałam przywołać uśmiech na usta, co wcale nie było takie łatwe, zważywszy na nader niesprzyjające okoliczności. Z trudem powstrzymywałam się przed płaczem, ale mój głos i tak niepokojąco drżał. Powoli opuściłam ręce. ‒ Julia – powtórzył, odgarniając z czoła czarne włosy, które niesfornie wiły się wzdłuż jego twarzy, opadając luźno na ramiona. Musiałam przyznać, że robił piorunujące wrażenie. Nawet teraz, gdy mój los wydawał się bardzo niepewny, nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że ten średniowieczny facet jest megaprzystojniakiem. ‒ Weylin, lepiej na nią uważaj! To wiedźma i zna pewnie mnóstwo magicznych sztuczek! – zawołał jeden z jego kompanów. – Oczadzi cię jeszcze albo inny urok rzuci i będziem się musieli tłumaczyć przed Ekhardem. ‒ Wcale nie jestem wiedźmą – zaprotestowałam, czując, że wraca mi odwaga. Nie pozwolę, aby ktoś bezpodstawnie oskarżał mnie o bycie czarownicą. Może i trafiłam do średniowiecza, ale to wcale nie znaczyło, że mam zakończyć życie, wijąc się jak robak i błagając o litość. Trzeba walczyć o przetrwanie, dopóki jest choć cień nadziei. Postanowiłam improwizować. ‒ Przybyłam z innego, dalekiego kraju… z… Nibylandii! – wykrzyknęłam, przypominając sobie historię o Piotrusiu Panie. – Jestem… jestem… – Kim, do licha, mogę być, aby nie narazić się średniowiecznym rycerzom? – Jestem dobrą czarodziejką, która podróżuje po świecie i pomaga ludziom. Przez chwilę chciałam powiedzieć, iż jestem wróżką, tak jak pamiętny Dzwoneczek, jednak zawczasu ugryzłam się w język. Czy w średniowieczu znano wróżki? Może tak, ale pewnie zupełnie inne niż ta, za którą chciałam uchodzić. Bardziej właściwe wydało się mi porównanie do czarodziejki. W żadnym wypadku czarownicy! O nie! Czarodziejka, i to w dodatku koniecznie dobra! ‒ He, he… – Śmiech rycerzy podrażnił moje uszy. Nie lubię, jak ktoś się ze mnie nabija, a już najbardziej takie niezbyt rozgarnięte osiłki. ‒ Pomagasz ludziom? – Weylin dał ręką znak rudowłosemu, aby opuścił kuszę, co niezbyt chętnie wykonał. ‒ Tak, tak – zapewniłam z największą gorliwością. Nabrałam dziwnego przekonania, że mogłam liczyć na Weylina. Nie wiem, dlaczego tak pomyślałam, po prostu poczułam, że mnie nie skrzywdzi. Oczywiście mogłam się mylić, ale i tak nie pozostało mi nic innego jak zdać się na kobiecy instynkt. – Jestem jak amulet, który, gdzie się pojawi, tam szczęście przynosi. ‒ Dlaczego miałbym ci wierzyć? – Uważnie wpatrywał się prosto w moje oczy, a ja z każdą chwilą utwierdzałam się w przekonaniu, że kto jak kto, ale on mnie zrozumie i nie zawiedzie. – Tak rzec każdy może. ‒ Ale czy każdy może sprawić, że rozbłyśnie światło? – Pokazałam na swój plecak, a następnie wyjęłam z niego pudełko zapałek i zademonstrowałam, jak pod wpływem pocierania patyczkiem o bok pudełeczka jedna z nich zaczyna jasno płonąć. ‒ Na wszystkie świętości! Toż to przeklęty ogień Mateo! – zawył rozdzierająco jeden z rycerzy, ale nie zdążyłam zauważyć który. ‒ Nie ma co z nią gadać! To zło wcielone! – zawtórował posiadacz bokserskiego nosa, sięgając po przytroczony do boku ogromny miecz. ‒ Dość! – Okrzyk Weylina powstrzymał go. Brunet wytrącił mi z rąk pudełko. Wątły ogienek zgasł, zanim zapałka upadła na ziemię. ‒ Ja… – Nie wiedziałam, co powiedzieć, byłam zbyt przerażona. ‒ Jeśli życie ci miłe, nigdy więcej tego nie używaj – przestrzegł mnie, a w jego głosie słychać było groźną nutę. Rozgniótł butem pudełko, wciskając je w rozmokłą ziemię. Przytaknęłam skinieniem głowy. Zwykły ogień tak bardzo ich przeraził? Nazwali go przeklętym ogniem Mateo? Cóż to za zacofany naród? ‒ Przepraszam – wyszeptałam niepewnie. – Nie chciałam nikogo przestraszyć. Jeśli boicie się ognia, mogę sprawić, że zapłonie, ale parzyć nie będzie. ‒ Jakże chcesz tego dokonać? Nie ma osoby, która by nad ogniem taką władzę miała. ‒ Poczekaj, panie, a zaraz ci pokażę. Pospiesznie przerzucałam zawartość plecaka, aby wreszcie wydostać metalową latarkę. Jeśli to mi nie pomoże, to już po mnie. Wstrzymując oddech, podsunęłam ją ciemnowłosemu mężczyźnie. Wyciągnął dłoń i dotknął zimnej stali. W jego oczach pojawiło się prawdziwe zaciekawienie. Zafascynowany, wpatrywał się w nieznany sobie przedmiot. ‒ Zaprawdę niezwykłe, ale światła żadnego tu nie widzę. Tym bardziej światła, które nie parzy i krzywdy nijakiej nie czyni nikomu. – Jego słowom zawtórował zgodny śmiech kompanii. ‒ Oto i ono. – Nacisnęłam włącznik i strumień światła padł na twarz Weylina. W pierwszej chwili cofnął się, zaskoczony, gwałtownie mrużąc oczy, a jego kamraci znów zaczęli na mnie pomstować. Bokser schwycił za miecz, kierując we mnie jego ostrze, ale ponownie wystarczył jeden gest ręki Weylina, aby posłusznie opuścił broń. ‒ Zaprawdę niezwykłe – powtórzył. Bez pytania odebrał mi latarkę, po czym uważnie się jej przyjrzał, obracając ją w dłoniach na wszystkie strony. Pomyślałam, że musiał być bardzo odważny, skoro nie uląkł się piekielnego przedmiotu. Przecież, rozumując jego kategoriami, coś takiego jak latarka nie miało prawa istnieć. ‒ I ja też bym tak mógł? – zapytał. ‒ Nie każdy potrafi, ale ciebie mogę nauczyć – zapewniłam cicho i wskazałam mu przycisk na obudowie latarki. – Naciśnij go, panie. Nie zawahał się ani sekundy. Przycisnął włącznik i ciągły snop światła zaczął pulsować. ‒ Jeszcze raz – zachęciłam go. I znów zrobił to bez wahania. Światło zgasło. ‒ To musi być działanie sił nieczystych. Nie dajmy się zwieść jej niewieściej delikatności. Widzieliśmy, że miała ogień Mateo, wiemy, co to oznacza. Nikt inny nie mógłby być w posiadaniu takich rzeczy. Jeśli nie chcesz, Weylinie, abyśmy ją zabili, to zostawmy tę dziewkę samopas. Zła na zamek nie lza nam zwozić – głos zabrał czwarty z jeźdźców, młody, czarnowłosy, atrakcyjny mężczyzna, którego twarz szpeciła podłużna blizna, znacząca lewy policzek. Weylin jednak zdawał się nie słuchać słów innych, za co w głębi duszy byłam mu bardzo wdzięczna. Zdążyłam już się zorientować, że tylko on mógł mi zapewnić bezpieczeństwo. Reszta nie odważyłaby się kwestionować jego zdania, musiał mieć wśród nich prawdziwe poważanie. Milcząc, schował latarkę za pas i chwyciwszy mnie wpół, posadził na swoim koniu, sam zgrabnie wskakując tuż za mną. ‒ Zabierasz ją? – zdziwił się posiadacz bokserskiego nosa. – Nie słuchasz głosu rozsądku Hermana? Licho ciągniesz z nami? Chcesz zagładę sprowadzić na dwór naszego dobrodzieja? Chcesz powtórzyć historię? ‒ Niech książę Ekhard ją zobaczy. Na jego ziemi ją spotkaliśmy, jego więc jest. ‒ Nie wiem, czy to dobry pomysł – próbował oponować bokser, ale Weylin go nie słuchał. Ściągnął wodze konia i nie oglądając się na swoich towarzyszy, ruszył w stronę zamku. Niewielka mżawka, która obudziła mnie dziś rano, przeszła nagle w prawdziwą ulewę. Rozpadało się na całego, włosy dokładnie obkleiły mi twarz i szyję, a sukienka nieprzyzwoicie przylgnęła do ciała. Przez cienki materiał czułam muskularne ciało Weylina i równomierne bicie jego serca. Zasłuchałam się w te uderzenia, odnajdując w nich spokój. VI. NA DWORZE KSIĘCIA EKHARDA Zamek zbliżał się do nas, a raczej to my zbliżaliśmy się do niego. Po drodze minęliśmy rzędy stłoczonych pod murami chat, a także rzesze obdartych wieśniaków, którzy kłaniali się z pokorą. Przez zwodzony most wjechaliśmy w bramę i znaleźliśmy się na kwadratowym dziedzińcu. Weylin zeskoczył z konia i zsadził mnie bez słowa. Pewnie wyglądałam trochę niezdarnie, ale w końcu nigdy nie jeździłam konno. Przekazał wierzchowca stajennemu i popychając mnie delikatnie przed sobą, skierował się w stronę wejścia, pozostawiając swoich towarzyszy na dziedzińcu. ‒ Te, Weylin! – Zza pleców słyszałam śmiechy rycerzy. – Tylko nie daj się omotać czarownicy. One najlepiej wyglądają na stosie. Strażnik pokłonił się Weylinowi i popatrzył na mnie z przerażeniem. Kolejny, który wziął mnie za wysłannika piekieł? No chyba muszę coś ze sobą zrobić. Może zmienić barwę włosów? Zawsze wiedziałam, że mężczyźni wolą blondynki, a jednak nadal pozostawałam przy swoim naturalnym, ciemnym kolorze. Krętymi schodami udaliśmy się na górę i minąwszy wąski korytarz, po którego obu stronach porozwieszane były barwne proporce, weszliśmy do przestronnej sali. Dostrzegłam grupkę ludzi, stłoczoną wkoło stołu, którego centralne miejsce zajmował postawny mężczyzna w średnim wieku, o jasnych, bujnych włosach, poprzetykanych cieniutkimi pasemkami siwizny. Spośród zebranych wyróżniała go grawerowana złota przepaska na czole oraz kolor szat. Ciemnoczerwony płaszcz okalał jego ramiona i spływał w dół krzesła, rozpościerając się na podłodze. Twarz mężczyzny wydała mi się poważna, rysy regularne, ale jakby wyostrzone, nos prosty, proporcjonalny. Brązowe oczy patrzyły na mnie uważnie. Weylin poprowadził mnie prosto do niego, a gdy znaleźliśmy się w pobliżu, pchnął tak, że upadłam na kolana. Sam skłonił głowę przed władcą. ‒ Przyprowadziłem ci, panie, czarodziejkę, którą spotkaliśmy podczas naszej porannej wyprawy. Twierdzi, że pomaga ludziom. ‒ Czarodziejkę? – Mężczyzna popatrzył na mnie ze zdziwieniem, a pozostali zaczęli szeptać między sobą. – Nie wygląda na taką. ‒ Utrzymuje, że nią jest. Na pewno nie pochodzi stąd i… – Umilkł na moment, jakby zastanawiając się, co powiedzieć władcy. – …miała ogień Mateo – dokończył ciszej. ‒ Ogień Mateo? – Książę gwałtownie wstał z krzesła, a reszta mężczyzn wydała z siebie dziwny dźwięk, jakby jęku. – I ty ją na zamek przyciągnąłeś? Czy zdajesz sobie sprawę, coś zrobił? ‒ Wybacz, panie, ale ona oprócz ognia Mateo miała przy sobie światło, które nie parzy i zmieniać się potrafi. Jestem pewien, że nie ma w niej zła, którego tak się lękamy. ‒ A ty skąd miałbyś to wiedzieć? Mój ojciec też dał się przed laty zwieść słowom tego przeklętego… Gdyby go wtedy nie przyjął pod swój dach… Gdyby nie ulitował się nad zagubionym dziecięciem. Powiadam ci, Weylinie, zło różne przybiera postacie, a najgorsze zło zazwyczaj ma oblicze tak niewinne, jak ta dziewka. – Wskazał na mnie z obrzydzeniem. ‒ Ręczę za nią, panie. Nie lza nam ferować wyroku, gdy nie mamy dowodów winy. A jeśli teraz otrzymaliśmy dar dobra, a zaślepieni nienawiścią, odrzucimy go? Daj jej, panie, szansę. ‒ A niby dlaczego miałbym to robić, Weylinie? Podaj mi chociaż jeden sensowny powód. Przekonaj mnie, że mogę zaufać tej dziewce. Jaką mogę mieć pewność, że nie zwiodła cię jej uroda lub domieszka złej krwi twego ojca. – W tym momencie Ekhard umilkł, tak jakby sam przeraził się swoich słów. W sali zapanowała nienaturalna cisza. Zebrani przy stole rycerze również przestali między sobą szeptać, tylko patrzyli na mnie z pełną pogardą. Weylin pobladł. Zauważyłam, jak mięsień na jego prawym policzku drgał. Podziwiałam, że potrafił zachować spokój, chociaż widać było, że wewnątrz wszystko aż się w nim burzyło. Słowa władcy musiały go bardzo dotknąć. ‒ Pokazała mi to. – Wyjął zza pasa latarkę i wręczył ją władcy. Mężczyzna z pewnym wahaniem ujął w dłonie nieznany sobie przedmiot i długo oglądał ze wszystkich stron. ‒ Zaiste niezwykłe dziwo, ale do czego to służy? ‒ Robi światło. To dobre światło, które krzywdy nijakiej nikomu nie czyni. ‒ W jaki sposób? To niemożliwe! Ogień zawsze parzy. Nie ma takiej mocy, która mogłaby okiełznać jego niszczycielską naturę. Zaprawdę to musiałoby być działanie czarów, magii dającej ochronę. Jeśli ta dziewka potrafi coś takiego… Jeśli udowodni, to gotów jestem dać jej schronienie, ale to ty, Weylinie, przejmiesz za nią pełną odpowiedzialność. Brunet skinął głową na znak zgody, po czym szturchnął mnie ramieniem, dając znać, abym wstała. Podniosłam się więc posłusznie z klęczek i nieśmiało zbliżyłam do władcy. Wyciągnęłam rękę, czekając, aż odda mi latarkę. Patrzył na mnie uważnie i wyczytałam z jego wzroku, że jest zgorszony moim widokiem, jednak po chwili wahania podał mi przedmiot. Nacisnęłam włącznik, demonstrując wszystkim zebranym snop światła. ‒ Na świętości Burii! – Władca okrążył mnie dookoła, uważnie obserwując. Miałam wrażenie, jakbym była przedmiotem wystawionym na sprzedaż i wcale mi się to nie podobało. Nie mogłam jednak zaprotestować, gdyż właśnie ważyły się moje losy. Mężczyzna w pełnym skupieniu wpatrywał się w blask wydobywający się z latarki, który, aby zwiększyć efekt, przestawiłam na tryb pulsowania. ‒ Co jeszcze potrafisz? Wyłączyłam latarkę i odstawiłam ją na stół, zauważając przy tym zatrwożone spojrzenia zebranych. No cóż, to, co dla mnie było czymś zwyczajnym, dla nich jawiło się jako magiczne i zapewne sprowadzone za pomocą sił nieczystych. Moje życie zależało teraz od decyzji władcy. Jeśli i on uzna, że jestem wysłannikiem sił zła, to już po mnie. Bez słowa wyjęłam jo-jo i wprawiłam je w ruch. Książę nie odrywał wzroku od wirującego krążka. ‒ Umyć, nakarmić i odziać! – zakomenderował, gdy zakończyłam kilkuminutowy pokaz. – Niech nie sieje zgorszenia swym nieprzystojnym strojem. Zaprawdę to czarodziejka z jakiegoś odległego kraju i nie ma w niej zła, które sprowadził ze sobą Mateo – wydał werdykt, który przyjęłam z prawdziwą ulgą. – Przyprowadź ją dziś, Weylinie, na wieczorną ucztę, niech zabawi swoimi sztuczkami gości. Jesteś za nią odpowiedzialny – przypomniał. Weylin mocno schwycił mnie za ramię i kłaniając się dwornie zgromadzonym, popychając mnie przed sobą, wyszedł z sali. Nie odzywał się ani słowem, prowadząc po kolejnych, krętych schodach gdzieś na górę. Tych schodów, korytarzy i krużganków było tyle, że szybko straciłam rachubę i poczułam się, jakbym była w labiryncie. Na pewno sama nie zdołałabym się stąd uwolnić. Weylin pchnął kolejne, ciężkie drzwi i weszliśmy do niewielkiej komnaty. Pod oknem, na rzeźbionym krzesełku siedziała młoda dziewczyna, ubrana w długą, ciężką, fioletową suknię, przewiązaną w pasie złotym sznureczkiem, i najspokojniej w świecie wyszywała białą serwetę. Na włosach miała coś na kształt siateczki, która dokładnie przykrywała jej prostą fryzurę. ‒ Witaj, Laveno. Przyprowadziłem ci moją podopieczną i chciałbym prosić, abyś się nią zajęła. ‒ Och, bracie! – Dziewczyna zerwała się z krzesełka i odłożyła robótkę na siedzenie. – Cóż to za bidulka? ‒ Umyj ją, odziej i nakarm. – Nie odpowiedział na jej pytanie. – Ekhard chce, aby była obecna na dzisiejszej uczcie. ‒ Tak, bracie. – Pokłoniła się przed nim i podeszła do mnie. W jej oczach widziałam lęk, ale i ciekawość. Nie przywykła widać sprzeciwiać się bratu, bo mimo strachu, jaki w niej wzbudzałam, bez protestów zgodziła się zastosować do jego poleceń. Weylin zostawił nas same, a Lavena sumiennie zabrała się do wypełniania zaleceń swego brata. Zawołała służące i gdy te napełniły wielką drewnianą balię wodą, poleciła mi rozebrać się i wejść do niej. Zrobiłam to z wielką przyjemnością. Umyta i wypachniona, gdyż służki wtarły we mnie jakieś wonne olejki, bez słowa sprzeciwu założyłam jedną z sukien Laveny – granatowa, ze złotymi wykończeniami, była nawet milutka w dotyku, chociaż wyglądała na ciężką i faktycznie taka była. Służące wyczesały moje skołtunione włosy i ułożyły skromną fryzurkę, którą, tak jak Lavenie, ukryły pod cieniutką siateczką. Patrzyłam w lustro i nie poznawałam samej siebie. Nawet dobrze się czułam jako „średniowieczna” dama. „A jeśli będę musiała tu zostać na zawsze? – przeraziłam się tej myśli. – Niedorzeczność! Moje miejsce jest daleko stąd, w zupełnie innej rzeczywistości. Na pewno to, iż obecnie tutaj się znajduję, jest tylko stanem przejściowym. Czymś, co nie będzie zbyt długo trwało. Tak! Musi tak być! Nie ma innej możliwości!”. Kiedy służąca przyniosła posiłek – składający się z kawałka świeżutkiego ciasta, jakiegoś nieznanego mi owocu, który okazał się nad wyraz smaczny, oraz małej miseczki czegoś, co przypominało kaszę mannę przyrządzoną na słodko i posypaną owocowymi wiórkami – Lavena zaczęła mi tłumaczyć, jak się zachowywać w towarzystwie. Widać wywnioskowała, że jestem kimś nieokrzesanym, kto będzie popełniał same gafy. ‒ Kim jesteś? – Lavena była ciekawa informacji na mój temat i wykorzystała pierwszą sposobność, kiedy zostałyśmy same bez towarzystwa służby, aby zadać to pytanie. Nie chciałam kłamać, ale przecież prawdy by nie zrozumiała. Musiałam szybko wymyślić jakąś wiarygodną historię. ‒ Na imię mam Julia i pochodzę z pewnego odległego księstwa, Nibylandii. – Postanowiłam podtrzymać wersję z rana, którą uraczyłam już napotkanych na trakcie rycerzy z Weylinem na czele. – Jestem czarodziejką. ‒ Czarodziejką? – W oczach Laveny pojawiło się zaciekawienie. – I potrafisz wyczarować różne rzeczy? ‒ Ja… ja tak naprawdę dopiero się uczę być czarodziejką. Wiele już umiem, ale nie wszystko – zaznaczyłam ostrożnie. ‒ A życzenia potrafisz spełniać? – Rozejrzała się dookoła, jakby sprawdzając, czy nikt nie podsłuchuje. ‒ Życzenia spełnia Święty Mikołaj. – Roześmiałam się, ale Lavena nie zrozumiała mojego żartu. Spoważniałam więc i nachyliwszy się w stronę siostry Weylina, zapytałam szeptem: – A czego byś chciała? Zaczerwieniła się jak pensjonarka. ‒ Chciałabym, aby Weylin był szczęśliwy, bo on… – wyszeptała, ale nie dokończyła, co miała na myśli, gdyż właśnie w tej chwili weszła jedna ze służek, informując, że Weylin czeka w sąsiedniej komnacie. Razem z Laveną przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia. Już od progu zauważyłam, że Weylin wygląda dużo lepiej niż rano. Eleganckie, zapewne bardzo kosztowne szaty, obszyte gronostajem, oraz gruby złoty łańcuch na szyi upodabniały go do aktora hollywoodzkiego, grającego rolę średniowiecznego władcy. Nawet się rozmarzyłam. ‒ Weź ze sobą swoje magiczne przybory – przypomniał mi, posłusznie więc wróciłam po plecaczek. Gdy pojawiłam się ponownie, Weylin nadstawił mi ramię, a ja delikatnie ujęłam go pod rękę, tak jak uczyła mnie Lavena. Poczułam się przy tym jak prawdziwa dama. Szkoda tylko, że mój towarzysz nie obdarzył mnie żadnym komplementem. A byłam prawie pewna, że w tej nowej odsłonie wywrę na nim duże wrażenie. Cóż, pomyliłam się. Zdziwiłam się, że Lavena nie będzie nam towarzyszyć, ale widocznie tutaj było to regułą, gdyż ani Weylin jej nie namawiał, ani ona nie wspomniała o chęci uczestnictwa w przyjęciu wydawanym przez Ekharda. ‒ Do zobaczenia później! – zawołałam, ochoczo podążając u boku Weylina w stronę wyjścia. – Opowiem ci, jak było na przyjęciu. ‒ Myślisz, że tu wrócisz? – zapytał szeptem. Odgłos zamykanych drzwi zabrzmiał niczym łoskot zatrzaskiwanego wieka trumny. O matko! Co oni ze mną zrobią? Co to za uczta? Weylina najwidoczniej usatysfakcjonowało przerażenie malujące się na mojej twarzy, bo więcej się już nie odezwał. Czułam się jak skazaniec, podążający na miejsce kaźni. Bezwolnie pozwoliłam się prowadzić labiryntem korytarzy, po setkach stromych stopni, prosto do sali jadalnej. Tuż przed wejściem do izby biesiadnej Weylin zatrzymał się jednak, tak jakby się wahał, po czym spojrzał na mnie. W jego wzroku dostrzegłam coś na kształt litości. Mimowolnie zadrżałam, a on to wyczuł. ‒ Nie bój się – powiedział, wolno wymawiając każde słowo. – Jeśli naprawdę złych zamiarów nie skrywasz w swym sercu, zawsze możesz liczyć na moje wsparcie. Dopóki jestem obok, nic ci nie grozi. Kimkolwiek jesteś. ‒ Obiecujesz? – chciałam się upewnić, chociaż nie miałam powodów, aby mu nie wierzyć. ‒ Obiecuję – powtórzył. Dwaj strażnicy stojący przy drzwiach otworzyli je przed nami. Weylin mocniej uścisnął moją rękę, po czym wprowadził mnie do środka. Po drugiej stronie drzwi stała kolejna dwójka wartowników. Widać książę dbał o swoje bezpieczeństwo albo… albo przedsięwziął środki ostrożności, aby uniemożliwić mi ucieczkę. VII. UCZTA Mimo przerażenia paraliżującego moje zmysły rozejrzałam się po pomieszczeniu. Pochodnie umieszczone w uchwytach na ścianach kopciły niemiłosiernie, zadymiając wnętrze. Plątanina różnorodnych zapachów i jeszcze ten gryzący dym od razu po wejściu przyprawiły mnie o ból głowy. Trzy podłużne, drewniane stoły, zestawione razem i tworzące prostokątną literę U, uginały się od półmisków pełnych jedzenia. Wśród potraw dopatrzyłam się dwóch upieczonych w całości prosiaków, które niczym trofea zajmowały środek stołu. Na dużych, okrągłych tacach pyszniły się dorodne sztuki pieczonego drobiu, a także grube plastry przeróżnych mięs. Pomiędzy nimi poustawiano pękate sosjerki, okrągłe, głębokie naczynia wypełnione czymś, co przypominało mi kaszę ze skwarkami, oraz patery, na których piętrzyły się wielgachne pajdy chleba. Na centralnym miejscu przy stole siedział Ekhard, a widząc nas, dał znać, abyśmy podeszli. Weylin zajął miejsce tuż obok niego, a mnie kazał usiąść po swojej lewej stronie. Oczy wszystkich zdawały się skupione wyłącznie na mnie. ‒ Widzę, Weylinie, że dobrze wywiązałeś się ze swojego zadania. Rano przybłęda, wieczorem prawdziwa dama. Gdybym nie znał prawdy, nigdy nie przypuszczałbym, że ta dziewka nie ze szlacheckiej krwi zrodzona. Książę nawet nie starał się mówić cicho, tak jakby fakt, że to usłyszę, nie miał dla niego żadnego znaczenia. Cóż, byłam tylko przybłędą, przygarniętą dzięki litości władcy. Moje życie i osoba nic tu nie znaczyły. Kaprys pana decydował o moim istnieniu. Właściwie powinnam być wdzięczna, że od razu nie wylądowałam na stosie. Dla takich dziwadeł jak ja w tej rzeczywistości mógł być tylko jeden los. ‒ Dziękuję, panie, za twoje słowa, jednako te pochwały należą się w całości Lavenie, gdyż to ona zadbała o tę dziewkę. ‒ Mniejsza z tym. – Książę wzniósł do góry rękę ze srebrnym kielichem, wysadzanym dookoła dużymi, czerwonymi kamieniami. – Wypijmy za powodzenie łowów! – krzyknął gromko, a mężczyźni zgromadzeni w komnacie zgodnie mu zawtórowali. Siedziałam na krześle, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Strach toczył walkę z ciekawością i ta ostatnia wygrywała. Moje zmysły rejestrowały obrazy, które wyglądały niczym przeniesione z planu filmu kostiumowego. Byłam oszołomiona gwarem i dymem, który szczelnie wypełniał pomieszczenie. Przede mną na stole pyszniły się wykwintne dania, podane na srebrnej zastawie. Kobiet w towarzystwie nie dostrzegłam, oczywiście nie licząc mnie, ale najwidoczniej ja nie byłam tu liczona jako szlachetna dama. Robiłam za dziwadło i atrakcję wieczoru. Czułam to bardzo wyraźnie, gdyż mimo niezwykle swobodnej atmosfery przy stole mężczyźni zerkali na mnie co trochę, obserwując, jak się zachowuję, co robię. Początkowo unikałam ich spojrzeń, ale w końcu zaczęłam bezczelnie się na nich gapić, co chyba również było dla nich szokiem. A co mi tam! Przesunęłam wzrokiem po twarzach zgromadzonych, bez trudu wyławiając wśród tej gromady znajome mi już, charakterystyczne oblicze boksera z krzywym nosem oraz posiadacza niezwykle bujnego rudego zarostu. ‒ Nie jesteś głodna? A może czarodziejki nic nie jedzą? – Weylin wskazał głową na stół. – Wszelakiego jadła tu dostatek. Pewnie nigdy takowego nie widziałaś. ‒ A żebyś wiedział, że widziałam. – Uśmiechnęłam się złośliwie. – I tak się składa, że czarodziejki z mojej krainy spożywają posiłki. Aby to udowodnić, sięgnęłam w stronę leżącego na najbliższej tacy pieczonego kurczaka (albo innego przedstawiciela drobiowatych – trudno mi było to ocenić) i oderwałam jedną z nóżek, nie bacząc na tłuszcz, który pobrudził mi palce. Weylin z zaciekawieniem patrzył, jak wgryzam się w dobrze wypieczone mięsiwo. Ten smak mnie urzekł. Nigdy nie jadłam czegoś równie pysznego. Mięso było takie delikatne, dobrze doprawione, pachniało aromatem, który przywodził mi na myśl leśny biwak. Uczta zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Nie wiem, jak długo biesiadowaliśmy, w każdym razie, gdy tylko jakieś potrawy znikały ze stołu, natychmiast na ich miejsce przynoszone były nowe. Mężczyźni nie żałowali sobie wina i ich donośny śmiech rozbrzmiewał na okrągło. Jedno, co mi przeszkadzało, to brak sztućców. Wszyscy sięgali do półmisków rękami, bez względu na to, czy był to pieczony drób, czy jakieś inne mięso, ociekające tłuszczem lub sosem, resztki zaś rzucali za siebie. No cóż, musiałam robić tak jak i oni. Wino lało się strumieniami, a z braku innych możliwości ja również musiałam korzystać z tego trunku. Nie byłam przyzwyczajona do picia alkoholu, więc po opróżnieniu dwóch pełnych kielichów, poczułam się senna. Moje powieki robiły się coraz cięższe i właśnie zastanawiałam się, czy ktoś zauważy, jeśli zamknę oczy i chwilę się zdrzemnę, gdy Weylin delikatnie poklepał mnie po dłoni. ‒ Teraz pora na ciebie. Otrząsnęłam się z półsnu i zauważyłam, że śmiechy jakby umilkły, a wszyscy zgromadzeni zwrócili się w moją stronę. Ekhard spod lekko zmrużonych powiek patrzył na mnie, a gdy tylko spojrzałam na niego, klasnął i wskazał na podwyższenie, które właśnie ustawiono na środku pomiędzy stołami. ‒ Pokaż nam, co potrafisz, dziewko! – zarządził. Wyjęłam z plecaczka jo-jo i wstałam z krzesła. Zakręciło mi się w głowie i zachwiałam się lekko, ale Weylin błyskawicznie stanął obok mnie, podtrzymując ramieniem. Tylko jego interwencji zawdzięczałam, że nie upadłam. ‒ Dziękuję – wymamrotałam niewyraźnie, próbując ukryć zmieszanie. Pozwoliłam podprowadzić się do przygotowanej sceny, czyli dwóch zsuniętych razem drewnianych ławek. ‒ Niech Ekhard nie żałuje, że cię przygarnął – szepnął mi do ucha, chwytając mnie w pasie i stawiając na przygotowanym podwyższeniu. Nie odszedł na wcześniej zajmowane miejsce, tylko stanął kawałek z boku i oparty o róg stołu uważnie mnie obserwował. ‒ Czarodziejka z odległej krainy pokaże nam dziś swoje sztuczki. Zaprawdę powiadam wam, panowie, to, co widziałem rano, z niczym nie może się równać. Światło zamknięte w srebrnej lasce. I to światło, które może pulsować lub świecić ciągłym, jasnym blaskiem. Jaśniejsze niż ogień świecy i nie kopci. Prawdziwy cud. – Światło latarki faktycznie musiało wywrzeć na Ekhardzie ogromne wrażenie, skoro tak o nim mówił. ‒ Takowy cud, jak przeklęty ogień Mateo? – padło pytanie z sali, ale nie wiedziałam, kto je zadał. ‒ Nie. Tamto światło świeciło tak długo, jak długo płonął patyczek. To świeci, a patyczek żaden nie płonie. I nie można się poparzyć. – Książę skinął na jednego ze służących stojących za jego siedziskiem i natychmiast usłużny dworak podał mu moją latarkę, którą rano zostawiłam na stole w komnacie rycerskiej. – Oto i ono. – Ekhard podniósł do góry rękę, pokazując wszystkim przedmiot, o którym opowiadał. Po sali przeszedł szmer. ‒ A gdzie to światło? – znowu ktoś zadał pytanie. Książę obracał latarkę w dłoniach, ale nie potrafił jej włączyć. ‒ A może trzeba siły nieczyste wezwać, aby światłem rozbłysły? – Salwa śmiechu przetoczyła się po pomieszczeniu. Weylin odwrócił się do tyłu i sięgnąwszy przez stół, odebrał od księcia latarkę. Nacisnął przycisk, który pokazywałam mu rano. Snop światła wystrzelił z latarki. Śmiech umilkł. Oczy wszystkich utkwione były w tym niezwykłym przedmiocie. ‒ Oto i światło. – Ekhard odchrząknął, chcąc ukryć zmieszanie, że sam nie potrafił tego zrobić. – Ale to nie wszystko. Weylin nacisnął przełącznik i światło zaczęło pulsować. Z jakiegoś gardła wyrwał się okrzyk podziwu, a może strachu. ‒ Na świętości Burii! – zakrzyknął siwowłosy, ale z wyglądu wcale jeszcze nie taki stary mężczyzna, podnosząc się od stołu. Miał długie, proste włosy, które luźno opadały na plecy i ramiona. Twarz o surowych rysach była nadal urodziwa i gładka. Stalowoszare, pełne blasku oczy z wyraźną wrogością patrzyły na mnie. ‒ Piekielne sztuczki. Światło zamknięte w lasce. To bluźnierstwo! Bluźnierstwo! Zło na zamek zostało wpuszczone i zło to siedzi przy naszym stole. Ucztuje z nami! A ty, Ekhardzie, patrzysz na to i przyzwalasz? Po tym wszystkim, co się już stało? ‒ Panuj nad sobą, Dewinie – upomniał go książę. – Nie mamy pewności, że ta dziewka ze złymi zamiarami przybyła. To jeno białogłowa. Może i jest czarodziejką pragnącą dobra ludzi? Jej przedmioty krzywdy nie czynią. Ogień nie parzy. Siwowłosy, nazwany Dewinem, wycelował we mnie szczupłą, bladą rękę, wysuwającą się z szerokiego rękawa ciemnozielonej szaty. Słowa księcia z całą pewnością go nie przekonały. ‒ Błagam cię, panie, racz mnie wysłuchać. Racja, że to jeno białogłowa, ale jaką pewność mamy, że zło tym razem pod postacią niewinnej dziewki kolejny raz nie chce nawiedzić naszego zamku? Mało to nam problemów? Przychodzi nie wiadomo skąd, cuda i dziwy ze sobą przynosi. Omamić nas chce, uśpić czujność. Tak samo było, gdy przed laty… Biedna siostra waszej książęcej mości… Wtedy też wasza książęca mość dał się zwieść, omamić. Nic dobrego z tego nie było i teraz też nie będzie. Wygnać trza albo lepiej zawczasu spalić… ‒ Zamilcz, Dewinie! – Książę poczerwieniał na twarzy. – Nie wspominaj mojej siostry i nie podważaj mego autorytetu! Spojrzałam na Weylina i zobaczyłam, jak zaciska nerwowo dłonie na rękojeści miecza. Zagryzł usta, a mięsień na jego policzku drgał szaleńczo. ‒ Wybacz, panie… – Dewin skłonił głowę. – …ale nie zamierzam milczeć, gdy historia się powtarza. Wasza siostra za swą lekkomyślność okrutnych cierpień zaznała, a ziemie nasze krwią spłynęły. Krwią niewinnych istot. Nie możemy pozwolić, aby ten czarci pomiot… Weylin nie wytrzymał. Skoczył i stanąwszy przede mną, wyciągnął miecz, ustawiając się tak, jakby chciał mnie bronić. ‒ Nikt nie będzie obrażał imienia mojej matki! – krzyknął, a ja zrozumiałam, że to nie o mnie mu chodziło. ‒ Wystarczy, Weylinie. Ekhard wstał z krzesła, a szmer głosów natychmiast umilkł. Oczy wszystkich zwróciły się na władcę. ‒ Nikt nie będzie obrażał honoru naszej rodziny. Dewin właśnie nas opuszcza. – Książę zwrócił się do wartowników stojących przy drzwiach, a oni bezzwłocznie podeszli do siwowłosego, stając po jego bokach. – Wyprowadźcie go – polecił. ‒ To, że mnie wyrzucisz, nie sprawi, że historia się nie powtórzy. Czy ty nie widzisz, Ekhardzie, że twoja rodzina znowu jest zagrożona? Stracisz wszystko, bo przyjmujesz pod swój dach czarcich wysłanników. Stracisz wszystko, Ekhardzie. Zgromadzeni w milczeniu przyglądali się, jak wartownicy wyprowadzają szarpiącego się mężczyznę. Nawet gdy już zamknęły się za nimi drzwi, nadal jeszcze słychać było złowrogie pokrzykiwanie Dewina. ‒ No, panowie, wracajmy do pokazu. A ty, Weylinie, usiądź przy mnie. Weylin niechętnie wrócił na wcześniej zajmowane miejsce. Powoli opuścił miecz, tak jakby obawiał się, że atak może się powtórzyć. Nic jednak złego się nie wydarzyło, a pozostali biesiadnicy nie okazywali najmniejszego zainteresowania ewentualną potyczką. Zaprezentowałam zgromadzonym trzymane w dłoni jo-jo i po chwili wypuściłam je, czekając, aż sznureczek rozwinie się do końca. Gdy krążek wracał do góry, zwijając sznureczek, okrzyki zachwytu utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem mistrzem. Kilkuminutowy pokaz wszyscy oglądali z zapartym tchem. Następnie wyjęłam z plecaczka telefon komórkowy i pstryknęłam kilka zdjęć biesiadnikom. Jakże się dziwili, gdy później pokazywałam ich utrwalone wizerunki. Dla Ekharda przygotowałam coś ekstra – nagrałam krótki film z jego udziałem. Na koniec wzięłam mp3 i włączywszy swój ulubiony kawałek, założyłam słuchawki na uszy władcy. Na początku się wystraszył, a później zaczął wystukiwać rytm palcami na blacie stołu. Poprosił, abym nauczyła tej piosenki jego chór. Cóż, w końcu piękno przeboju Time to say goodbye, śpiewanego przez Andreę Bocellego i Sarę Brightman, jest ponadczasowe. Incydent z Dewinem nie zmącił dobrej atmosfery, ale pozostawił ślad w mojej pamięci. Przed laty musiało się tu coś stać. Musiał przybyć ktoś, może z czasów mi współczesnych. Pewnie to on pokazał im zapałki. I przez niego księstwo nawiedziło jakieś nieszczęście. Tylko kto się do niego przyczynił i co wspólnego miała z tym matka Weylina? Na razie musiałam poskromić swoją ciekawość i skoncentrować się na zabawianiu gości księcia. Chyba dobrze wywiązałam się z tego zadania, bo kiedy skończyłam występ, gromkie brawa nie były jedyną nagrodą, jaką za niego otrzymałam. Na zakończenie wieczoru Ekhard wręczył mi swój własny, zdjęty z palca, sygnet z ogromnym szmaragdowym kamieniem. Byłam zadowolona, ale wino cały czas szumiało mi w głowie, a senność dawała o sobie znać z coraz większą siłą. Ziewnęłam kilkakrotnie, co nie uszło uwagi Ekharda. ‒ Nasza czarodziejka widać, że zmęczona. Niech wypocznie, aby kolejnego wieczoru mogła nam nowe cuda pokazać – zarządził, dając tym znak, że uczta dobiegła końca. – Odprowadź ją, Weylinie, coby nie pobłądziła po ciemnicy. Miej na nią baczenie, bo… ‒ Tak, panie. Weylin schwycił mnie jedną ręką za łokieć, a w drugą wziął mój plecaczek, który zostawiłam na oparciu krzesła. Nawet nie zdążyłam się odezwać, gdy niemalże wywlekł mnie z komnaty. Przez chwilę starałam się dorównać mu kroku, ale szedł tak szybko, że było to niewykonalne. Potknęłam się o jeden ze stopni, a on momentalnie zwolnił i odwrócił się w moją stronę. ‒ Nie tak szybko – wydusiłam z siebie. Nie odezwał się, ale teraz szedł już wolniej. Korytarze tonęły w mroku, który słabo rozpraszały pochodnie zatknięte w metalowe uchwyty na ścianach. Nawet nie starałam się zapamiętać drogi. W pewnym momencie poczułam jednak na twarzy podmuch wiatru i uzmysłowiłam sobie, że zapewne znaleźliśmy się na krużganku otaczającym wewnętrzny dziedziniec. ‒ Co za piękna noc – westchnęłam, zaciągając się świeżym powietrzem wolnym od dymu świec i pochodni, jakim przesiąknięta była sala biesiadna. Wyswobodziłam rękę z uścisku Weylina i chwiejnym krokiem podeszłam do balustrady. Oparłam się o nią. Uniosłam głowę do góry, pragnąc wypatrzeć gwiazd. Niestety, niebo było czarne, nieprzeniknione. Bez gwiazd i księżyca. ‒ Jesteś inna niż znane mi kobiety. Weylin stał z tyłu, najwyraźniej mnie obserwując. ‒ Bo jestem czarodziejką. – Roześmiałam się, a alkohol cudownie szumiał w mojej nieprzywykłej do picia głowie. ‒ Skąd naprawdę przybyłaś? Wreszcie postąpił te dwa dzielące nas kroki i zrównał się ze mną. Znajdował się dokładnie tuż obok. Nasze ramiona prawie się stykały. ‒ A czy to ważne? Ciekawe, jak by zareagował, gdybym powiedziała prawdę. Czy mógłby w nią uwierzyć? Pewnie czarodziejki, wróżki, wiedźmy i inne dziwne stwory były dla niego bardziej realne niż kobiety przenoszące się w czasie wprost z dwudziestego pierwszego wieku do… No właśnie, gdzie ja jestem? Warunki życia, zamek, rycerze, wieśniacy… wszystko wskazywało na to, że przeniosłam się w jakieś dawno minione wieki. Porozumiewaliśmy się bez trudu, chociaż używali oni czasem zabawnych zwrotów, więc zapewne byłam gdzieś na terenach polskich. Ale ta niby Polska była jakaś dziwna… nie tylko dlatego, że imiona brzmiały zupełnie obco, ani nie dlatego, że nie przypominałam sobie z lekcji historii żadnego księcia Ekharda… Cały czas miałam wrażenie, że tu wszystko jest jakieś inne i zupełnie nic z tego nie rozumiałam. ‒ Jak zwą twoje księstwo? – zapytałam, zwracając twarz w jego stronę. ‒ Buria – odpowiedział. Nasze oczy spotkały się, a ja poczułam dziwne drżenie. Pewnie to wina alkoholu. Chciałam zapytać, gdzie znajduje się Buria, bo jakoś z niczym mi się nie kojarzyła, ale bałam się, bo… on wtedy mógłby zapytać, gdzie znajduje się ta moja Nibylandia, jak się dostałam do Burii… I co wtedy miałabym powiedzieć? Zamiast tego zadałam najgłupsze pytanie, na jakie było mnie w tej chwili stać: ‒ O co chodziło Dewinowi, gdy mówił o twojej matce? Weylin zesztywniał, a po chwili odwrócił się gwałtownie. Piękna chwila właśnie się skończyła. ‒ Chodź! – Jego głos zabrzmiał niebywale szorstko. Mocno chwycił mnie za rękę, mimowolnie sprawiając mi ból. Nie miałam innego wyjścia, jak ruszyć za nim. ‒ Przepraszam, ja nie chciałam… – próbowałam załagodzić sytuację, ale udawał, że mnie nie słyszy. ‒ Życzę ci dobrej nocy – odezwał się dopiero, gdy odprowadził mnie do komnat Laveny. ‒ Dziękuję – wydukałam, ale on mnie nie słuchał. Zamaszystym krokiem podszedł do drzwi. Peleryna upięta na jego ramionach zafurkotała pod wpływem tego gwałtownego ruchu. Wyglądał tak, jakby się szykował do skoku w przepaść. Lavena, która czekała na mój powrót, była równie zaskoczona jego zachowaniem. Stała koło mnie w długiej, miękkiej, seledynowej sukni z narzuconym na wierzch także długim, aksamitnym, ciemnozielonym kaftanem, zapiętym na trzy fantazyjne zapinki na wysokości klatki piersiowej. Szerokie rękawy szaty zwieszały się luźno, niczym skrzydła ptaka, muskając końcówkami posadzkę. ‒ Czyżbyś uchybiła czymś Weylinowi lub Ekhardowi? – zapytała, gdy zostałyśmy same. Z trudem walczyłam z coraz silniejszą sennością i szumem w głowie. Spróbowałam sformułować jakieś logiczne zdanie, ale z mojego gardła wydobył się tylko niewyraźny bełkot. Na szczęście Lavena dostrzegła mój stan i kładąc to na karb zmęczenia, nie nalegała na udzielenie odpowiedzi. Objęła mnie troskliwie w pasie i podtrzymując ze wszystkich sił, gdyż nogi właśnie w przedziwny sposób odmówiły mi posłuszeństwa, zaprowadziła do komnaty sypialnej. VIII. POCZĄTEK NOWEGO ŻYCIA Błogi sen długo trzymał mnie w swych objęciach. Spałam, nie martwiąc się planem dnia, nie przejmując się czekającymi obowiązkami. Spałam, śniąc o przystojnym rycerzu, który na gniadym koniu uwoził mnie w dal. Daleko, daleko, kierując się w stronę tęczy. To były piękne marzenia, lecz, niestety, w pewnej chwili zakłócone narastającym powoli bólem głowy. Piękny książę zsadził mnie z konia na ziemię i nie oglądając się za siebie, odjechał w dal. Krzyczałam za nim, ale nie reagował. Ból głowy stawał się coraz silniejszy. Zauważyłam, że zaczyna spowijać mnie nieprzyjemna, wilgotna, szara mgła. Krzyk uwiązł mi w gardle. ‒ Julio, Julio, obudź się. – Usłyszałam przytłumiony, dziwnie obcy głos, dobiegający właśnie z tej mgły. Zebrałam w sobie wszystkie siły i otworzyłam ciężkie powieki. ‒ Już idę, babciu – wymamrotałam z trudem. Miałam wrażenie, że moje usta wyschły na wiór, a głowa za chwilę eksploduje. Uniosłam rękę do czoła i poczułam na nim coś mokrego. Obrazy były jeszcze zbyt rozmazane, nie mogłam więc dobrze przyjrzeć się otoczeniu, miałam jednak pewność, że ktoś pochyla się nade mną. Co się stało? Wczoraj w lesie, gdy upadłam, musiałam uderzyć się w głowę – stąd ten ból i zawroty. Pewnie Mateusz, zaniepokojony moją długą nieobecnością, wrócił na polankę i mnie tam odnalazł. Tak, na pewno. Narobiłam tylko zmartwień babci. A przecież to ja miałam się nią opiekować. ‒ Spokojnie, nie zdejmuj okładu. Usłyszałam znowu ten głos, który jednak nie należał do babci. Był zbyt młodzieńczy i taki dźwięczny. Ktoś powstrzymał moją rękę od zdjęcia kompresu z czoła. ‒ Co się stało? Wytężyłam wzrok, próbując skupić go na stojącej w pobliżu postaci. Niestety, obraz wciąż się rozmazywał niczym na pędzącej karuzeli. Wirowało mi też w głowie. ‒ Uczta ci nie posłużyła. Wino za mocne było. Uczta? Wino? Skoncentrowałam myśli, podejmując rozpaczliwą próbę usystematyzowania tego, co było snem, a co jawą. A może ja nadal śnię? Uszczypnęłam się w ramię i poczułam ból. Las! Kamień! O matko! Teraz do mnie dotarło. Zamknęłam oczy, modląc się, aby to jednak był tylko sen. To sen, tylko sen. Przecież człowiek nie może przenieść się w czasie. Kompletna bzdura! ‒ Napij się tego. Ktoś pomógł mi się unieść i przytknął mi do ust naczynie z jakąś chłodną, dziwnie pachnącą substancją. Skrzywiłam się na sam zapach. Chociaż moje wnętrzności aż się skręcały, błagając o odrobinę wody, postanowiłam, że żadna siła nie zmusi mnie do wypicia tego ohydztwa. ‒ Musisz się napić. To tylko napar z skrzeczokrzewu i krwawnika. Poczujesz się po nim o wiele lepiej. Gorzej na pewno się już nie poczuję. Niechętnie uchyliłam spierzchnięte wargi. Napój był niesmaczny, ale cudownie gasił pragnienie. Przynosił ulgę wysuszonemu gardłu. Piłam, dopóki w pucharze nie pojawiło się dno, po czym ponownie położyłam się na poduszce. Po kilku minutach ból głowy jakby trochę zelżał. Zasnęłam. Nie wiem, ile spałam, ale ten sen był dobroczynny, być może wywołany działaniem naparu, którym mnie napojono. Kiedy otworzyłam oczy, nie miałam już problemu z ostrością widzenia. Obraz był klarowny i mogłam rozróżnić wszystkie szczegóły otoczenia. Dostrzegłam kolumienki wspierające baldachim zawieszony nad łóżkiem, ciemnozielone kotary upięte po bokach posłania i dziewczynę w fioletowej sukni, siedzącą na jego skraju. ‒ Lavena – wyszeptałam, a ona odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła. ‒ Wreszcie wracasz do żywych. Ale nam strachu napędziłaś. Myśleliśmy, że cię kto podtruł na uczcie. Książę Ekhard był wielce zafrasowany. Na szczęście Dewin zna lekarstwa wszelakie i uwarzył ci ziół. ‒ Dewin? Pamiętałam to imię. Poczułam nieprzyjemny ucisk w brzuchu na myśl o siwowłosym mężczyźnie, który tak nieprzychylnie odniósł się do mnie wczorajszego wieczoru. Jeśli ktoś na uczcie miałby mnie otruć, to właśnie tylko on. ‒ To nasz nadworny medyk i mag wielce uczony – zapewniła, a ja odniosłam dziwne wrażenie, że nie mówi mi o wszystkim. Unikała mego wzroku, patrząc gdzieś w bok. – Jak nikt zna się na ziołach i mikstury skuteczne uwarzyć potrafi. On odgadł, że do wina nie przywykłaś. ‒ Bo u nas wina nie pije się beczkami. Zdjęłam z głowy okład i oddałam go Lavenie. Byłam zła, że sprowadzili do mnie Dewina, nawet jeśli był jedynym lekarzem w okolicy. Sto razy bardziej wolałabym mieć ból głowy i kaca, niż być leczoną przez osobę, która niechybnie życzy mi śmierci. ‒ To co wy pijecie do posiłków? Przynieś obiad dla naszego gościa – zwróciła się do służki, oddając jej niepotrzebny już kompres, a ta skłoniła się nisko i pospiesznie opuściła komnatę. ‒ Wodę, herbatę, czasem kawę. Ja lubię też colę. – Wyliczyłam jednym tchem, myślami krążąc już wokół zamówionego posiłku. Właśnie poczułam, jak bardzo jestem głodna! ‒ Dziwna ta twoja kraina. Nigdy o czymś takim nie słyszałam. Mam nadzieję, że trochę mi o niej opowiesz. Oczywiście nie teraz, bo wiem, że musisz się posilić i przygotować przed wieczornym występem, ale przecież mamy mnóstwo czasu. Weylin mówił, że zostaniesz u nas na dłużej. ‒ Był tutaj? – zapytałam nieśmiało. Ostatnie, czego chciałam, to żeby zobaczył mnie nieprzytomną od nadmiaru alkoholu. ‒ Jeszcze nie, ale tylko patrzeć, jak się zjawi. Jego sługa już nas powiadomił, że Weylin wrócił z porannego objazdu. ‒ Z porannego objazdu? – zaciekawiłam się. Przypuszczałam, że wczorajsze spotkanie z gromadą rycerzy pod przewodnictwem Weylina było wynikiem właśnie takiej eskapady. Zjawili się nagle i jak by nie patrzeć dzięki temu dzisiejszą noc spędziłam w wygodnym łóżku, a nie pod przydrożnym drzewem. Wolałam nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby akurat tamtędy nie przejeżdżali. ‒ Często wybiera się na takie wycieczki? ‒ To taka jego tradycja. Zawsze rano ze swoją drużyną jedzie na objazd okolicy. Właściwie stara się jak najwięcej czasu spędzać poza murami. Myślę, że w zamku mu ciasno. Dusi się tu. Ci wszyscy ludzie, którzy go otaczają… Gdyby nie Ekhard, pewnie by… – Umilkła, jakby spłoszona, że powiedziała o kilka słów za dużo. Zauważyłam, jak nerwowo zaczęła skubać rąbek sukni. Złote hafty na rękawach mieniły się w blasku pochodni. Refleksy świetlne tworzyły na materiale przedziwną mozaikę światłocieni. Dziwiłam się, że pochodnie płoną nawet w dzień, ale faktycznie bez nich w komnacie byłoby ciemno. Miałam ogromną ochotę wyciągnąć z Laveny więcej informacji o jej bracie. Gdy Dewin wspomniał o jego matce, bardzo go to rozzłościło. Nie wiem dlaczego, ale miałam dziwne przeczucie, że musiało to mieć związek z kimś, kto prawdopodobnie przybył z moich czasów. Przecież Dewin wyraźnie mówił, że nie ma pewności, iż zło, skryte obecnie w mojej postaci, ponownie nie nawiedziło zamku. Ponownie! Czyli to nie pierwszy raz! Już miałam otworzyć usta, aby zadać nurtujące mnie pytanie, gdy drzwi komnaty się otworzyły, a służąca oznajmiła, że przybył Weylin. Lavena natychmiast wstała i wyszła razem ze służką, zostawiając mnie samą. Z pewnym trudem podniosłam się z łóżka i otulona kocem podeszłam ostrożnie do niedomkniętych drzwi. Ponieważ szłam boso, nie było słychać moich kroków. Zatrzymałam się przy framudze i uważając, aby nie zostać odkrytą, zerknęłam do sąsiadującego pomieszczenia. ‒ Witaj, siostro! Weylin bynajmniej nie okazywał braterskiej wylewności. Stał sztywno wyprostowany na wprost Laveny, która pokłoniła się przed nim niczym przed jakimś wielkim panem. ‒ Jak nasza podopieczna? ‒ Szczęśliwie już wszystko z nią dobrze. ‒ Czyli da radę wieczorem uświetnić ucztę swym występem? ‒ Tylko miej baczenie, żeby wina nie piła. Lavena podeszła do brata. Położyła mu dłoń na ramieniu, strząsając z niego jakiś niewidoczny paproch. W tym geście dostrzegłam wiele czułości. Co to za straszne czasy, gdzie mężczyźnie nie wolno okazywać uczuć nawet wobec swych bliskich? A może to tylko Weylin jest takim gburem? Jakoś trudno było mi w to uwierzyć. ‒ Skąd miałem wiedzieć, że ona nienawykła do naszych zwyczajów? Rozmawiali ze sobą, nie mając pojęcia, że obserwuję ich przez szparę w uchylonych drzwiach. O to mi zresztą chodziło, bo mogłam spokojnie przyjrzeć się memu wybawcy. Dziś Weylin ubrany był w brązową, długą do kolan tunikę, zapinaną z przodu na liczne złote guziki. Pod szyją widać było stójkę od białej koszuli. Brązowe, wąskie spodnie, wpuszczone w wysokie skórzane buty, sięgające powyżej kostek, dopełniały obrazu. ‒ Ekhard byłby niepocieszony, gdyby nie mogła wystąpić. Bardzo zależy mu na tym, aby ona… aby ta… ‒ Julia – podpowiedziała Lavena. ‒ Aby Julia zjawiła się dzisiaj – dokończył. ‒ Zjawi się. Dewin obiecał. ‒ To dobrze. Nie mam do niego zaufania, ale tylko on jeden był w stanie tak szybko jej pomóc, a poza tym chyba nie zrobiłby niczego, co mogłoby cię zasmucić. ‒ Co się stało wczoraj na uczcie? – Udała, że nie usłyszała ostatniej części zdania, tak jakby najwyraźniej czegoś się wstydziła. – Za co Ekhard kazał wyrzucić Dewina? ‒ Wspomniał naszą matkę – uciął krótko. – Przyjdę później po… po Julię. – Odwrócił się i równym krokiem podszedł do drzwi. W progu zatrzymał się jeszcze na moment. – Balduria rodzić zaczęła i ponoć kiepsko z nią jest. Herman mówił, że ciebie wzywa. ‒ Och, biedaczka! Zaraz do niej pobiegnę. Dziękuję, bracie, żeś mi o tym powiedział. Drzwi wyjściowe trzasnęły, a ja pospiesznie wróciłam do łóżka, nie chcąc, aby ktokolwiek odkrył, iż podsłuchiwałam. ‒ Wybacz, ale nie będę mogła towarzystwa ci dotrzymać. Dwórki się tobą zajmą. – Lavena zajrzała tylko do sypialni. – Balduria mnie wzywa, a że ona dla mnie prawie jak siostra, nie mogę jej w potrzebie zostawić. ‒ Oczywiście, nie ma sprawy. – Uśmiechnęłam się do niej. – Mną się nie przejmuj. To całkiem zrozumiałe, że chcesz być przy… – Zająknęłam się, gdyż o mały włos nie zdradziłam tego, iż podsłuchałam rozmowę Laveny z Weylinem. Nie miałam przecież prawa wiedzieć, że Balduria rodzi i pojawiły się komplikacje. – Przy swojej przyjaciółce, gdy ta cię potrzebuje – dokończyłam. ‒ A ty potrzebujesz czegoś jeszcze ode mnie? – spytała nerwowo, pragnąc pewnie jak najszybciej podążyć do komnat Baldurii. ‒ Nie, nic, tylko… – Zawahałam się, zastanawiając, czy jeszcze zawracać jej głowę, czy przełożyć tę rozmowę na później, jednak moja głupia ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. – Książę często urządza uczty? To niby proste pytanie chyba ją zaskoczyło, bo otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. ‒ Skąd takie przypuszczenie? ‒ Wczoraj uczta, dziś uczta… pewnie jutro także. Mocną głowę muszą mieć wasi rycerze. Ja po jednej ledwo żyję. ‒ Dzisiejsza uczta jest ostatnią – powiedziała dobitnie, akcentując słowo „ostatnią”. – Akurat teraz jest czas łowów. ‒ Łowów? ‒ Raz na trzy lata organizowane są łowy. Najznamienitsi rycerze biorą w nich udział. Z całego księstwa się zjeżdżają. To ważny moment. Przed łowami wszyscy panowie przez sześć wieczorów ucztują, a siódmego dnia rankiem jadą na polowanie. Dziś właśnie pora na tę ostatnią, szóstą biesiadę. ‒ Każda okazja jest dobra do świętowania. Tydzień balangi, a później dzikie łowy niewinnych zwierzątek. To się nazywa rzeź! – wykrzyknęłam oburzona. W głowie nie mieściło mi się coś równie okropnego. W tej epoce, w której się znalazłam i którą uważałam za średniowiecze, niezłe życie mieli rycerze. Albo ucztowali, albo polowali. No pewnie były jeszcze jakieś wojny czy coś takiego, ale na razie jeszcze nikt nic o nich nie wspomniał, wnioskowałam więc, że trafiłam na okres pokoju. ‒ Nie mów tak! – Szybko pokonała dzielącą nas odległość. Najwyraźniej moje wystąpienie wyprowadziło ją z równowagi, gdyż dłonie jej drżały, a w oczach pojawiły się łzy. – Nie każdy z nich wróci do domu… Niektórzy ucztują ostatni raz w życiu. ‒ Co? – Z wrażenia mnie zatkało. – Dlaczego? ‒ Przecież to łowy. – Dla niej było to zupełnie oczywiste, dla mnie stanowiło niezrozumiałą, całkiem abstrakcyjną sytuację. ‒ Nie rozumiem… Faceci piją, bawią się w najlepsze, a później, aby podbudować swoje męskie ego, jadą na polowanie, zabijając przy tym niewinne stworzenia. Dla mnie to obrzydliwość. I dlaczego mówisz, że część tych dzielnych wojaków nie wraca już do domów? Czyżby po takiej imprezie nie potrafili utrzymać się w siodle i spadając, skręcali sobie karki? – Roześmiałam się, ubawiona własnym dowcipem, jednak Lavena nie wyglądała na rozweseloną. ‒ Jak możesz tak mówić? – Dumnie uniosła głowę, zadzierając odrobinę brodę. Miała ładny profil z regularnymi rysami. Jej jasne włosy, teraz nieskrępowane siateczką, luźno opadały na plecy, układając się w lekko skręcone loki. ‒ No a po co są takie polowania? Aby faceci mogli zaspokoić swoją żądzę mordu! Wcześniej ucztują, piją i napychają sobie brzuchy, a później… Na wspomnienie jedzenia mój żołądek mocno skręcił się z głodu, domagając się strawy. Jedynym pocieszeniem było to, iż Lavena poleciła przynieść obiad, było więc pewne, że jej życzenie wkrótce zostanie spełnione. Ból głowy minął całkowicie i obecnie nie miałam już żadnych objawów przedawkowania alkoholu. Zioła Dewina czyniły cuda, nawet jeśli ich twórca sam był mało przyjemnym typkiem. ‒ Obrażasz tych dzielnych rycerzy, w tym i mojego brata. Łowy to poważna sprawa. Oni ryzykują dla nas swoim życiem, a ty takie rzeczy wygadujesz. Wybaczam ci tylko dlatego, że z daleka pochodzisz. ‒ Przepraszam, Laveno! Wyraz jej oczu mnie przestraszył. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowałam, to utrata przychylności siostry Weylina. Byłam tu zaledwie dobę, a już zdążyłam dorobić się całej armii wrogów. Jak tak dalej pójdzie, moje życie w tej dziwnej krainie stanie pod znakiem zapytania. Gwałtownie uklękłam w pościeli i złożyłam dłonie jak do modlitwy. ‒ Wybacz mi moją ignorancję. Masz rację, nie wiem nic o waszym życiu, więc niepotrzebnie się wypowiadam. To wszystko wina tego, że kraj, z którego pochodzę, jest zupełnie inny niż wasz. Jeśli opowiesz mi, wyjaśnisz, to ja wszystko zrozumiem. O co chodzi z tym polowaniem? Byłam pewna, że wreszcie otrzymam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, jednak zanim Lavena zdążyła cokolwiek powiedzieć, powróciła służąca, niosąc dużą tacę, zastawioną srebrnymi naczyniami. Zapach potraw mile połechtał mój nos. ‒ Nie mnie z tobą o tym rozmawiać, zresztą nie mam czasu. Moja przyjaciółka mnie potrzebuje. – Lavena skorzystała z nadarzającej się okazji. Odwróciła wzrok, tak jakby nie miała ochoty zaszczycić mnie więcej swoim spojrzeniem. – Nie znam cię, nie wiem, kim jesteś. Weylin kazał się tobą zająć, ale nie wiem, czy mogę zdradzać nasze sekrety. Jak będziesz szła z nim na ucztę, to go zapytaj. Jeśli zechce, to ci opowie, jeśli nie, to już nie moja sprawa. – Wyminąwszy dwórkę, wyszła z pomieszczenia. IX. ROK SIÓDMYCH ŁOWÓW Obiad był pyszny. Pieczony drób smakował wybornie, zaś placuszki nadziewane owocami wprost rozpływały się w ustach. Pokrzepiona tak obfitym posiłkiem, nabrałam sił i chęci do życia. Po kacu nie został nawet ślad. Ach, gdyby w naszych czasach lekarze znali tak rewelacyjne środki na problemy wynikłe z nadużycia alkoholu. Może dopytam o recepturę i gdy wrócę, opatentuję ten specyfik, zbijając na nim fortunę? Pomysł był świetny, tylko… Czy ja kiedykolwiek wrócę do domu? Czy zobaczę jeszcze babcię? Biedna, pewnie od zmysłów odchodzi, martwiąc się o mnie. Naszły mnie okropne, wręcz monstrualne wyrzuty sumienia. Gdyby nie moja głupota i ciekawość, nadal spokojnie żyłabym w Kamienisku, zajmując się schorowaną staruszką. Jednak w przysłowiu „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła” jest wiele racji. Wstałam z łóżka. Kamienna posadzka ziębiła bose stopy. Chłód zdawał się wyzierać z każdego zakamarka pomieszczenia. Grube mury nie przepuszczały słonecznego ciepła, a zresztą wcale tego słońca nie widziałam. Pogoda cały czas była paskudna, wręcz jesienna. Wzdrygnęłam się, obejmując ramionami, aby chociaż trochę się rozgrzać. Długa lniana koszula nocna nie chroniła zbyt dobrze przed chłodem. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu czegoś do ubrania. Pomieszczenie było obszerne, prawie puste, nie licząc ogromnego łoża z baldachimem, stojącego pod jedną z węższych ścian, dwóch zasłanych skórami kufrów oraz drewnianej, solidnej ławy, ustawionej w pobliżu wygaszonego kominka. Na ścianie nad ławą wisiały trzy ręcznie tkane kilimy z motywem roślinnym, zaś nad kominkiem znajdowała się połyskująca tarcza z wygrawerowanym na niej dziwnym stworem – ni to ptakiem, ni to smokiem, stojącym na dwóch tylnych łapach z przednimi uniesionymi jakby do ciosu i z rozpostartymi skrzydłami. Podeszłam do strzelistego, wąskiego okna na przeciwległej drzwiom ścianie i wyjrzałam na zewnątrz. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to zasnute chmurami, szare niebo. Widok na okolicę nie był raczej zbyt ciekawy. Szarobure połacie ziemi, porośnięte krzakami, i zwarta linia lasu na horyzoncie. Skrzypnęły drzwi i do komnaty ktoś wszedł. Zaciekawiona, odwróciłam się. W progu stała młoda służąca, patrząca na mnie z niepokojem. ‒ Miałam to… panience… oddać… – wyszeptała, wyciągając przed siebie rękę. W trzymanym przez nią przedmiocie od razu rozpoznałam mój plecak. ‒ Och! – krzyknęłam radośnie. Podbiegłam do dziewczyny i chwyciłam ten jakże cenny dla mnie skarb. Mój jedyny łącznik ze światem, z którego pochodziłam. Coś, co sprawiało, że wierzyłam, że miałam pewność, iż nie jestem wariatką. Miejsce, gdzie się teraz znajdowałam, nie było moim domem i nigdy nim być nie mogło. Urodziłam się w dwudziestym pierwszym wieku, w dobie wszechobecnej techniki. W świecie diametralnie różnym od buriańskiego. Tęskniłam za babcią, za mamą, nawet za Burkasem. Oddałabym wszystko, aby obudzić się z tego dziwnego snu. To jednak nie był sen. Dlaczego nie słuchałam słów babci? Dlaczego poszłam do tego przeklętego kamienia? Dziewczyna pokłoniła się przede mną, po czym pospiesznie wycofała z komnaty, starannie zamykając za sobą drzwi. Odniosłam wrażenie, że wzbudzałam w niej prawdziwy lęk, jednak obecnie nie miałam ochoty głębiej się nad tym zastanawiać. Odzyskałam przecież pamiątki z przeszłości i teraz to zaprzątało wszystkie moje myśli. Z czułością przycisnęłam dżinsowy plecak do piersi. Moje skarby, mój cały majątek… Skuliłam się na łóżku, tuląc do piersi spraną torbę. Przez kilka minut trwałam w bezruchu, jakby bojąc się, że ktoś zaraz wpadnie do komnaty i wydrze mi siłą mój jedyny dobytek. Wreszcie z namaszczeniem otworzyłam klapkę plecaczka i wyjąwszy z kieszonki telefon komórkowy, spojrzałam na czarny ekran. Ponieważ nie znano tu elektryczności, nie mogłam naładować komórki, aby więc zaoszczędzić baterię, po prostu wyłączałam aparat. Obracałam w dłoniach ten jakże niepozorny przedmiot. W dwudziestym pierwszym wieku miał go prawie każdy, nie wyłączając dzieci z pierwszej klasy szkoły podstawowej. Tu, gdzie się znalazłam, byłam jedynym posiadaczem komórki. Nawet zabawnie to brzmi – pierwszy telefon komórkowy pojawił się w średniowieczu (jakoś kurczowo trzymałam się myśli, że przeniosłam się w czasie). Może kiedyś, za kilkaset lat, archeolodzy odkopią jakiś grobowiec i znajdą w nim szczątki kobiety z telefonem w dłoni. To byłby numer! Już widzę te wszystkie nagłówki gazet. Pewnie sama bym była tym zaskoczona, tyle tylko, że nie będę, bo to moje kości odkopią. Nacisnęłam przycisk ON. Na wyświetlaczu pojawił się widok wieży Eiffla. Przez chwilę aparat próbował zlokalizować sieć, po czym wyświetliła się informacja o braku zasięgu. Ikonka baterii była wypełniona w jednej czwartej, a zegar uparcie pokazywał godzinę piętnastą zero dwie. Otworzyłam folder ze zdjęciami i odszukałam ostatnie fotki. Babcia siedząca na werandzie, moja mama wpatrzona w ekran laptopa, koleżanki z liceum robiące głupie miny. Jakże mi teraz tego brakowało. Poczułam łzę spływającą po policzku. Nie wytarłam jej, pozwoliłam, aby skapnęła na koszulę. Ponownie wyłączyłam telefon i schowałam do kieszonki plecaczka. Chciałam wyć z rozpaczy, chciałam rzucić się na kamienne ściany i walić głową w mur. Czułam ogromną, przytłaczającą bezsilność. Nigdy nie byłam w równie beznadziejnej sytuacji. Mój cały uporządkowany świat legł właśnie w gruzach. Gdzie plan dnia, gdzie ustalanie harmonogramu zajęć? Nie miałam nawet zegarka, aby sprawdzić, która dokładnie jest godzina. Czy już do końca życia miałam robić za kuglarkę, uświetniającą swymi występami książęce uczty? Od razu wyobraziłam sobie siebie za pięćdziesiąt lat, z pomarszczoną skórą, siwymi włosami, jak stojąc na podwyższeniu, pokazuję po raz stutysięczny sztuczki z jo-jo. Ktoś w ogóle będzie chciał jeszcze to oglądać? A co stanie się ze mną, gdy moje pokazy się znudzą? Bateria w telefonie i mp3 starczy może jeszcze na dwa dni. Co potem? Bałam się. Naprawdę okropnie się bałam. Byłam wręcz sparaliżowana strachem. Wciągałam powietrze do płuc, ale każdy kolejny haust był dla mnie torturą. Ta niepewność… Ta tęsknota za najbliższymi… Czy czuliście kiedyś pustkę? Wszechogarniającą, bezdenną pustkę, która odbiera chęć do życia i sprawia, że świat traci swoje barwy? Ja właśnie tak się czułam i znikąd nie mogłam liczyć na ratunek. W tej krainie, gdzie przyszło mi teraz żyć, nie było ani jednej życzliwej mi duszy. Nawet Lavena przestała darzyć mnie sympatią. Niepotrzebnie wypowiadałam swoje opinie na temat polowań. Nie powinnam w ogóle zabierać głosu w sprawach dotyczących tego świata. Ja tu nie pasuję, to nie jest moje miejsce. Ekhard na razie traktuje mnie jak zabawkę. Kuglarkę, błazna. Jeśli dzięki temu mam dach nad głową, jedzenie i jestem w miarę bezpieczna, to muszę starać się, aby tego nie utracić. Mogłam się już przekonać, że bez protektora, który stanąłby w mojej obronie, nie mam co liczyć na długie życie. Kompani Weylina byli chętni, aby wysłać mnie na stos, a Dewin z ochotą poparłby ich zamierzenia. Dodatkowo miałam prawie stuprocentową pewność, że nie byliby w tym osamotnieni. Tylko Ekhard, Weylin i Lavena mogli stać się moją gwarancją nietykalności, a ja właśnie nieopatrznie uraziłam jedną z tych osób. Moje żałosne rozmyślania przerwało ponowne pojawienie się dwórki, która wróciła po naczynia z obiadu. Jej widok poprawił mi nastrój. Postanowiłam, że od tej chwili postaram się zjednać do siebie jak największą liczbę osób. Pokażę im, jaka jestem przyjazna, sympatyczna i w ogóle dobra. A zacznę od tej dziewczyny. ‒ Jak miło cię widzieć – zagadnęłam, uśmiechając się przy tym przymilnie. Zatrzymała się niezdecydowana i popatrzyła na mnie z widocznym strachem. ‒ Jak masz na imię? Bo ja jestem Julia – ciągnęłam, niezrażona jej milczeniem. ‒ Marion – wydukała. Była bardzo młoda, zapewne młodsza ode mnie. W skromnej, długiej do ziemi szarej sukni z białym fartuchem zawiązanym w pasie oraz w białym czepku, szczelnie osłaniającym włosy, wyglądała niczym mniszka. ‒ To tak jak dziewczyna Robin Hooda – zażartowałam. ‒ Panienka wybaczy, ale nie znam żadnego Hooda – odpowiedziała zmieszana. ‒ Jasne. Ja tylko tak… – Muszę się bardziej starać. – Ładny ten zamek. – Nie traciłam nadziei na nawiązanie rozmowy. Marion zabrała tacę z łóżka i popatrzyła na mnie jak na szaleńca. ‒ Książę Ekhard dba o swoje włości. ‒ Tak, to widać – przyznałam skwapliwie. – Ziemia piękna, ludzie szczodrobliwi. Chyba nie wiedziała, co mi odpowiedzieć, gdyż tylko stała i patrzyła na mnie. ‒ A możesz mi powiedzieć, jaką datę dziś mamy? – To doskonały pomysł! Wreszcie dowiem się dokładnie, do jakiej epoki trafiłam. ‒ Dziś dzień ostatniej uczty. ‒ A dokładniej? Który rok? Miesiąc? – podpowiedziałam, pragnąc naprowadzić to widać niezbyt rozgarnięte dziewczę na właściwe tory. Zadrżała, tak jakbym groziła jej czymś niewysłowienie strasznym. Mogłabym przysiąc, że pod nosem wymamrotała cicho jakąś modlitwę albo egzorcyzm. ‒ Który rok mamy? – powtórzyłam, nadal się przymilając. ‒ Rok siódmych łowów. Mówiła tak cicho, że ledwie ją rozumiałam. ‒ Łowów? Przypomniałam sobie, jak Lavena mówiła o tym, że polowanie odbywa się co trzy lata, co pomnożone przez siedem daje nam okres dwudziestojednoletni. Dziwna miara czasu, wcale jej nie znałam. Z nauki w szkole oraz różnych filmów i książek wiedziałam co nieco o średniowieczu, ale teraz okazywało się, że moja wiedza była zupełnie nieadekwatna do tego, co tu zastałam. Czyżbym aż tak się myliła? Nie, to raczej niemożliwe! ‒ A pora roku jaka jest? Zauważyłam, że niebo chmurami zasnute. Czyżby była jesień? Pojęcie pory roku musiało być dla niej równie abstrakcyjne, jak wszystko, co mówiłam. Patrzyła na mnie jak na szaleńca albo innego, równie groźnego dziwoląga. ‒ Czy już po zbiorach, czy jeszcze przed nimi? – zapytałam, pragnąc ułatwić jej odpowiedź, jednak i to nie pomogło. Dziewczyna najwyraźniej była wyjątkowo ograniczona umysłowo. Zaczęłam dziwić się, że Lavena wzięła sobie kogoś takiego na dwórkę. ‒ Ja… Czy ja mogę odejść? – Marion trzęsła się jak osika, a naczynia ustawione na trzymanej przez nią tacy pobrzękiwały, wydając metaliczny odgłos. ‒ Dziękuję, bardzo mi pomogłaś. – Nie przestawałam się uśmiechać. – Czy mogłabyś jeszcze tylko znaleźć mi coś do ubrania? Zimno tu strasznie. Pokłoniła się przede mną, cały czas pobrzękując zastawą, po czym w nadzwyczaj szybkim tempie opuściła komnatę. Znowu zostałam sama, tym razem jednak nie na długo. Po chwili wróciła jakaś inna, starsza dwórka, trzymająca na ramieniu naręcze przeróżnych strojów. ‒ Niech panienka nie męczy Marion. Ta kobieta była odważniejsza od swojej poprzedniczki, bo sama zaczęła rozmowę. Rozłożyła ubrania na łóżku i popatrzyła na mnie, podpierając się przy tym pod boki. Była niewysoka i korpulentna, odziana w taką samą szarą suknię jak Marion, ale zamiast białego fartucha miała na sobie coś na kształt czarnej, długiej do ziemi kamizelki bez rękawów, sznurowanej z przodu na wysokości klatki piersiowej i rozchylającej się od pasa w dół, ukazując materiał spodniej warstwy. Jej włosy, zamiast mnisiego czepka, zakrywał czarny toczek, ozdobiony misternym haftem, upięty za pomocą kilku ozdobnych szpil. ‒ Ależ wcale nie miałam takiego zamiaru! Zapytałam jedynie o datę. ‒ Marion od pracy tu jest, nie żeby o jakichś datach rozprawiać. – Zielone oczy wpatrywały się we mnie z napięciem. – Skąd panienka przybyła? ‒ Z… Nibylandii – powtórzyłam przygotowaną wcześniej wersję. ‒ Czy to Mateo panienkę tu przysłał? – W jej głosie słychać było napięcie. Mateo? Kim był ten mężczyzna, którego imię wszyscy wymawiali z takim strachem? Jeśli to on pokazał im zapałki, czy pochodził z moich czasów? A jeśli tak, to co takiego strasznego zrobił, że naraził się na gniew wszystkich? ‒ Nie znam nikogo o tym imieniu – zapewniłam gorliwie. – Trafiłam tu zupełnie przypadkowo. To stało się poniekąd wbrew mojej woli. Oddałabym wszystko, aby wrócić do domu. ‒ To czemu panienka nie wraca? – Nie wyglądała na przekonaną. ‒ Bo za cholerę nie wiem jak! Upsss… chyba nie powinnam bluźnić, na szczęście kobieta nie zrozumiała znaczenia tego słowa. I bardzo dobrze. ‒ I nie chce panienka skrzywdzić panienki Laveny ani panicza Weylina? ‒ Nie. Ani mi to w głowie. ‒ I naszej krainy też panienka nie chce na zatracenie skazać? ‒ Przysięgam, że nawet przez chwilę nie miałam takich zamiarów. ‒ Niech panienka pamięta, że ja patrzę i będę mieć baczenie na panienkę. Gdyby panienka coś złego uczynić chciała… Mniemam, że panienka fałszywych słów nie prawi, dlatego wierzyć panience będę. ‒ Dziękuję. – W pewien sposób poczułam ulgę. – Mnie także nie jest łatwo. Nie znam tu nikogo, sama jestem jak palec. Tęsknię za domem. Wasze życie i zwyczaje są mi całkiem obce. ‒ Niech panienka mnie się słucha, a wszystko dobrze będzie. Ja Lavenę wykarmiłam od dziecięcia, gdy ino na świecie się pojawiła. Jej biedna matula, a pani nasza… Niech panienka mnie się słucha – powtórzyła. ‒ Będę. Uroczyście obiecuję. Żałowałam, że przerwała tak interesujący temat, dotyczący matki Weylina i jego siostry, ale nie chciałam pytaniami spłoszyć kobiety, która mogła pomóc rozwiązać kilka nurtujących mnie zagadek. Nie popełnię już takiego błędu jak przy Lavenie. ‒ Tu stroje panienka ma. – Wskazała na łóżko. – Wszystkie po Lavenie, ale całkiem dobre jeszcze. Kilka codziennych i jedna na dzisiejszą ucztę, szczególna. Ze stosu ubrań wybrała atłasową suknię w odcieniu écru z długimi, rozcinanymi, dwuwarstwowymi rękawami i stanikiem zdobionym drobniutkimi perełkami. Musiałam przyznać, że szata wyglądała olśniewająco. Oczami wyobraźni już się w niej widziałam, dumnie kroczącą u boku Weylina. ‒ Jest piękna – wyszeptałam, dotykając delikatnego, mieniącego się materiału. – Nigdy czegoś takiego nie widziałam. ‒ Bo to materiał szlachetny i na zamówienie sprowadzany. Nasze tkaczki go nie utkały, choć wprawione są w swoim rzemiośle. W tej sukni będzie panienka wyglądać niczym księżniczka jaka. – Kobieta sama z podziwem przyglądała się kreacji. – Pamiętam, jak Lavena pierwszy raz ją założyła. To było wtedy, gdy poselstwo z Kantonii przybyło. Wszyscy byli urodą naszej panienki zachwyceni, bo to i po prawdzie drugiej równie urodziwej ze świecą trudno szukać. ‒ Lavena też będzie na dzisiejszej uczcie? – wtrąciłam niby niewinne pytanko. ‒ A gdzieżby tam! – żachnęła się służąca. – Toż to nie rycerz, tylko dama. Gdzie jej na takową ucztę iść! ‒ Nie rozumiem waszych zwyczajów. Cóż złego jest w uczcie? Wszyscy świętują i bawią się. Czemu kobiety nie mogą w nich brać udziału? ‒ W innych ucztach mogą, ale nie w tych przed łowami. ‒ Dlaczego? Serce zaczęło mi szybciej bić. Ta kobieta była kopalnią wiedzy, a ja tej wiedzy bardzo teraz potrzebowałam. Znowu jednak się zagalopowałam. ‒ Co to za uczta, a przede wszystkim o co chodzi z tymi łowami? Czemu nimi czas mierzycie? Co było wcześniej? I dlaczego mnie ów zakaz nie dotyczy? ‒ Dość tego. Niech panienka o nic więcej nie pyta. I tak dużo powiedziałam. Są rzeczy, o których kobiety rozprawiać nie powinny! – krzyknęła, ucinając wszelkie dyskusje. – Niech się lepiej panienka ogarnie, bo to nie przystoi cały dzień w koszulinie po komnacie biegać. Czyli nie dowiedziałam się niczego nowego. Zbyt dużo tych wszystkich tajemnic. Rok siódmych łowów? Jeśli tylko mężczyźni mogą rozmawiać o takich rzeczach, to w takim razie muszę zapytać jednego z nich. Lavena proponowała, abym zapytała Weylina, wątpiłam jednak, by chciał udzielić mi odpowiedzi. Książę Ekhard także odpadał. Kompania Weylina? Do tej pory drżałam na wspomnienie wczorajszego porannego spotkania z nimi. Kto mi pozostał? Dewin? Osoba, która chciała się mnie pozbyć, ale jednocześnie pomogła mi, gdy byłam niedysponowana. Nie rwałam się do spotkania z nim, ale w tym momencie on jeden wydawał się odpowiednią osobą. Jako człowiek zaufany i uczony, z pewnością wiedział o wszystkim, co tak bardzo mnie interesowało. Tylko czy zechce się tym ze mną podzielić? A może zna sposób, abym mogła wrócić do siebie? Po wczorajszym wieczorze nie pałał do mnie zapewne nawet odrobiną sympatii, ale jeśli uda mi się go przekonać, że nie jestem złem wcielonym… Jeśli jakimś cudem uwierzy mi, że nie przysłały mnie tu siły nieczyste z misją zniszczenia Burii? Tak, być może to właśnie on jest moją jedyną nadzieją. ‒ Chyba znowu gorzej się czuję. – Specjalnie zniżyłam ton, udając nagłe zasłabnięcie. – Och, słabo mi. – Wdzięcznie opadłam na poduszki. – Potrzebuję medyka. Och, jaka ciemność… – Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że nabiorę tę poczciwą kobiecinę. Nie myliłam się. Najpierw kilkakrotnie uderzyła mnie lekko w policzek, próbując w ten sposób mnie ocucić, ale gdy to nie poskutkowało, pospiesznie opuściła komnatę. Miałam nadzieję, że udała się po Dewina. Oby! Przecież chyba nie na próżno dałam się spoliczkować. X. POMOCNIK MEDYKA Leżałam bez ruchu, uważnie wsłuchując się w odgłosy dobiegające z korytarza. Na razie panowała cisza i jakoś nikt nie spieszył mi z pomocą. Oczekiwanie przedłużało się, a pozycja, w której upadłam, niby to zemdlona, do najwygodniejszych nie należała. Miałam ochotę rozprostować ścierpnięte członki, ale obawa przed nagłym powrotem służącej skutecznie mnie przed tym powstrzymywała. Nie chciałam, aby mój doskonały plan legł w gruzach. Wreszcie po całej wieczności doczekałam się. Do moich uszu doleciał strzęp rozmowy prowadzonej za uchylonymi drzwiami komnaty. ‒ Tak nagle źle się poczuła, a przecież już wszystko z nią dobrze było. Obiad cały zjadła, a apetyt taki miała, że niejeden rycerz by rady nie dał. – Rozpoznałam głos korpulentnej dwórki. – Ubrania jej przyniosłam, chwilę porozmawiałyśmy i nagle zbladło toto i krzyknęło, że ciemno jej przed oczami. Jeszcze tylko poprosić o medyka zdołała i świadomość straciła. Oj, da mi panienka Lavena. Że też to akurat teraz musiało się trafić. I jeszcze mistrz Dewin nieobecny… Mistrz Dewin nieobecny? Ta wiadomość nie była tym, czego się spodziewałam. Jak to, nie prowadzą do mnie medyka? ‒ Żona Hermana rodzić zaczęła, o czym, Comto, wiecie, bo i panienka Lavena do komnat Hermanowych pobiegła – odpowiedział męski, miło brzmiący głos. ‒ Wiem, wiem, tylko dziwi mnie wielce, że do zwykłej rycerskiej żony samego mistrza trudzą. Kto to słyszał? Lavena lubiła tę Baldurię, to i rozumiem, że być przy niej chciała, ale żeby zaraz sam mistrz… Jakby nie można było powituchy wezwać. ‒ Oj, Comto, Comto, sama wiesz najlepiej, jaka z tej Baldurii chudzina. Toż to dziewczątko młodsze od panienki Laveny, to i nie dziwne, że maluchowi trudno na świat się wydostać. Panienka Lavena mistrza wezwać kazała, bo tylko on jeden jest władny życie i matce, i dziecku ocalić. A mistrz Dewin panience odmówić nie zdoła. ‒ Co prawda, to prawda. Dewin w panienkę Lavenę wpatrzon jak w obrazek. Nieba by jej przychylił. Aż mi serce krwawi, gdy pomnę, co książę Ekhard na nim wymusił. ‒ To temat zakazany i lepiej o tym nie prawcie, Comto. Jak jest, tak jest. Mistrz przysięgi złożonej księciu łamać nie zamierza. Oddał to, co najcenniejsze, i choć cierpi, to jednak w milczeniu znosi swój los. Zastanowiły mnie te słowa. Czyżby mistrz Dewin miłością zakazaną darzył Lavenę? Cóż za absurdalny pomysł! Przecież ten niesympatyczny gość nie wydawał się zdolny do miłości. Było w nim tyle złości, nienawiści… Ale może dla Laveny miał inne uczucia, bardziej serdeczne i gorące? Taki staruch? Ile on mógł mieć lat? Wyglądał co najmniej na sto! Lavena do niego nie pasowała i wątpiłam, aby odwzajemniała to chore uczucie. ‒ Nie ma drugiego nad mistrza Dewina, chociaż i ty, Ewenie, wiedzę masz przeogromną. ‒ Sam mistrz mym nauczycielem. ‒ Szczęście miałeś, nieboraku, gdy cię Dewin znalazł na trakcie. Jakaż to matka okrutna mogła tak niemowlę w rowie przydrożnym zostawić, na pastwę dzikich stworzeń? Toż to cud niemały, że mistrz akuratnie tamtędy podróżował i płacz twój usłyszał. Jakem cię pierwszy raz zobaczyła, to taki maluśki byłeś. Tylko ta buźka zapłakana z zawiniątka ci wystawała. Nikt nie dawał ci wiele życia, ale mistrz sobie tylko wiadomym sposobem sprawił, żeś umknął z rąk śmierci. ‒ I w każdej minucie mego życia wdzięczny mu jestem za to ogromnie. ‒ Kto by to pomyślał, że kiedyś z ciebie uczeń Dewina wyrośnie. Łobuziakiem byłeś, co się zowie. Chyba wszystkie dwórki na ciebie narzekały, a kucharka do dziś wspomina, jak jej kota do gulaszu wrzuciłeś. Mężczyzna parsknął śmiechem. ‒ A i od ciebie, Comto, nieraz przez grzbiet szmatą dostałem. ‒ Ja niezasłużenie nigdy razów nie wymierzam. ‒ Dajmy już pokój temu. Tamte czasy już dawno za nami. Lepiej zajmijmy się waszym gościem, który zaniemógł. Czyli mówicie, że nagle zemdlała? ‒ Tak. Nawet ją cucić sama próbowałam, ale nic to nie dało. Oj, panienka Lavena i panicz Weylin nie będą zadowoleni… A i książę Ekhard pewnikiem złość swoją okaże. ‒ Nie rozpaczaj, Comto, ino prowadź do chorej. ‒ A toż tu, za tymi drzwiami. W tym momencie skrzypnęły szerzej otwierane podwoje. Po chwili czyjaś ciepła dłoń spoczęła na moim czole. ‒ Gorączki nie ma. Ciało dobrze ukrwione. Męski głos brzmiał tuż obok. Jego posiadacz pochylał się nade mną, sprawdzając mój stan. Gdybym uchyliła powieki, mogłabym mu się przyjrzeć, jednak jeszcze nie chciałam się zdradzać. Tym bardziej że Comta znajdowała się w pobliżu. Mężczyzna ujął mnie za przegub ręki i wymacał puls. Przez chwilę uważnie wsłuchiwał się w tętno. ‒ Droga Comto, czy możesz na chwilę zostawić mnie z chorą? ‒ Jakże to? Sam na sam? Toż to się nie godzi! ‒ Znasz mnie dobrze i wiesz, że waszej podopiecznej nic nie grozi z mojej strony. Jako medyk muszę terapię odpowiednią zastosować, a obiecałem Dewinowi, że arkanów sztuki medycznej nie zdradzę nikomu. Chcesz, bym słowo dane memu mistrzowi i opiekunowi złamał? Chcesz, bym na człowieka niegodnego wyszedł? ‒ Ale jak to będzie wyglądać? Comta czuła się rozdarta między wymogami przyzwoitości a obowiązkiem ratowania mi zdrowia. Czy miała zostawić mnie samą z mężczyzną, czy też wbrew prawu uczestniczyć w terapii, która nie wiedzieć czemu tajemnicą była owiana i nikt postronny nie mógł jej zobaczyć? Właściwie powinnam się bać, bo brzmiało to groźnie. Comta też pewnie się bała. ‒ Comto, nikt się o tym nie dowie. Ty będziesz mieć czyste sumienie i ja także – przekonywał nieznajomy, którego bardzo byłam ciekawa. Gdybym uniosła trochę powieki, mogłabym mu się przyjrzeć, jednak zdradziłabym wówczas, że udaję omdlenie. Musiałam grać swoją rolę bez niepotrzebnego ryzyka. ‒ Dajesz słowo, iż nic jej nie będzie i ocknie się rychło? Comta doszła chyba do wniosku, że lepiej zostawić mnie samą z nieznajomym i spodziewać się mego uzdrowienia, niż narazić się na gniew Ekharda. ‒ Bez wątpienia tak właśnie się stanie. Oddalające się kroki służącej były jedynym odgłosem, który przez chwilę słyszałam. Później trzasnęły zamykane drzwi. ‒ No, już możesz przestać udawać. Mężczyzna puścił moją dłoń. Nie zareagowałam, niepewna, co powinnam zrobić. Zbyt łatwo mnie zdemaskował. ‒ Wiem, że wcale nie zemdlałaś. Potrafię rozpoznać, gdy ktoś jeno udaje chorobę. Twój puls jest prawidłowy, skóra ciepła. Nie mam pojęcia, czemu robisz to przedstawienie, ale mniemam, że miałaś ważny powód, aby wezwać medyka. Musiałam mu przyznać rację, nie było sensu dalej udawać. Oszukanie Comty było rzeczą prostą, tu jednak miałam do czynienia z kimś obeznanym w chorobach. Chociaż nie z Dewinem. Niepewnie otworzyłam oczy i zamrugałam, zaskoczona tym, co widzę. Otóż przy moim łożu stał wysoki, szczupły mężczyzna. Ciemne, kręcone włosy, zgodnie z panującą tu modą, luźno opadały na jego ramiona. Ciemnozielona szata, chociaż skromna i pozbawiona jakichkolwiek ozdób, bardzo mu pasowała i podkreślała nienaganną sylwetkę. Krótka tunika kończyła się w połowie uda i przewiązana była lnianym sznurkiem z długimi, zwisającymi do ziemi troczkami, zakończonymi chwościkami. Dopasowane, również ciemnozielone spodnie bardziej wyglądały na rajtuzy i właściwie w czasach mi współczesnych żaden szanujący się facet nigdy by ich nie założył, ale musiałam przyznać, że Ewen prezentował się w nich całkiem dobrze. Jednak najbardziej niezwykła była twarz mężczyzny, obdarzona delikatnymi, niemalże kobiecymi rysami i naznaczona pewną szlachetnością. Tylko niewielki, ciemniejszy cień zarostu na policzkach i brodzie świadczył, że jednak nie jest kobietą. Był piękny, ale pięknem niezwykłym, wręcz ulotnym. Niczym anioł, który przez przypadek zabłądził na ziemię. Nigdy nie widziałam równie urodziwego mężczyzny i byłam pewna, że raczej już nie zobaczę. Niebieskie niczym skrawek nieba oczy, przysłonięte gęstą firanką czarnych rzęs, patrzyły na mnie wyczekująco. Poprawiłam się więc na łóżku i podciągając pled pod szyję, usiadłam. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać i zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, posuwając się do takiego fortelu. ‒ Czemu zawdzięczam to przedstawienie? – zapytał spokojnym głosem. Nie wyglądał na zagniewanego czy zirytowanego. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Był poważny, skupiony, tak jakby intensywnie nad czymś się zastanawiał. ‒ Myślałam, że wezwą do mnie Dewina – wyznałam zgodnie z prawdą. Jakoś nie miałam ochoty go oszukiwać. ‒ Hmmm, ciekawe, zaprawdę ciekawe. Czyżbyś to nie ty była wczoraj przyczyną ujmy na honorze mego mistrza? Miał bardzo przyjemny tembr głosu, o czym przekonałam się, podsłuchując jego rozmowę z Comtą. Nie wydawał się groźny, ale przecież pozory często mylą. Czego mogłam się po nim spodziewać? Nie miałam zielonego pojęcia. ‒ Oj, to nie tak! Ja nic złego nie zrobiłam – próbowałam się wytłumaczyć. ‒ Twoje pojawienie się samo w sobie dobre nie było. Nie możesz zaprzeczyć, że pochodzisz z krainy, do której żadna nie wiedzie droga. Nie powinno cię tu być. Mistrz Dewin losem księstwa zatroskan jest wielce. Tacy przybysze jak ty nic dobrego ze sobą nie przynoszą. ‒ Ja chętnie stąd odejdę. Nawet zaraz. Tylko muszę się dowiedzieć jak! – zapewniłam z całą mocą. – Miałam nadzieję, że mistrz Dewin będzie mógł mi w tym pomóc. On mnie tu nie chce i ja także nie marzę o tym, aby spędzić tu resztę życia. Mamy ten sam cel. Domyślam się, że kiedyś już ktoś taki jak ja zjawił się na waszym zamku i to dlatego mistrz mnie nienawidzi. Zapewniam jednak, że nie mam nic wspólnego z moim poprzednikiem, nawet nie wiem, kim on był. Jeśli możecie pomóc mi stąd odejść i wrócić tam, gdzie moje miejsce, obiecuję solennie natychmiast zastosować się do waszych poleceń. ‒ Chcesz wrócić? Nie zaprzeczył, że mieli już do czynienia z kimś takim jak ja. Z całą pewnością nie byłam pierwszą osobą, która przeniosła się tu z innej epoki. Tajemniczy Mateo, o którym wspomniała Comta, musiał być moim poprzednikiem. ‒ Chcę! ‒ I myślisz, że mistrz Dewin będzie chciał ci pomóc? ‒ Dokładnie. ‒ Ja nie byłbym tego tak bardzo pewien. – Odwrócił głowę w stronę zamkniętych drzwi i przez chwilę patrzył na nie w milczeniu, a następnie usiadł na brzegu łóżka, blisko mnie. ‒ Dlaczego tak uważasz? ‒ Bo mistrz Dewin urazę do ciebie żywi głęboką. To, co go wczoraj na uczcie spotkało, ujmą dla niego było okrutną. A wszystko to za twoją przyczyną… Dziś rano kolejna zniewaga go spotkała, gdyż sam Ekhard polecił mu miksturę dla ciebie przygotować i pod karą śmierci zobowiązał, że szkody ci żadnej swoim medykamentem nie wyrządzi. Jesteś ostatnią osobą, z którą mistrz Dewin chciałby rozmawiać. Właściwie miałaś szczęście niebywałe, że wezwany został do rodzącej. Gdyby nie to, na gniew jego jeszcze sroższy byś się naraziła. To niezbyt mądre było z twojej strony. ‒ I co teraz? – Kilkakrotnie pociągnęłam nosem, bo naprawdę zebrało mi się na płacz. Ostatkiem sił powstrzymywałam się przed szlochem. – Na zawsze mam tu być uwięziona? ‒ Czy źle ci tu bardzo? – Nie spuszczał ze mnie wzroku, a ja czułam się niezręcznie. – Wszak sam Ekhard nad tobą opiekę roztoczył, a jego opieka to najlepsze, co mogło cię spotkać. ‒ A ty, panie, nie mógłbyś mi pomóc? – zapytałam nagle. – Jeśli mistrz cię uczy, to pewnie znasz wiele… ‒ Nie potrafię odesłać cię do twojej krainy. Myślę, że nawet sam Dewin nie byłby w stanie tego uczynić. ‒ Ale był tu ktoś przede mną, prawda? Zjawił się ktoś taki jak ja? ‒ Był taki ktoś – przyznał. – Dawno temu. Mnie na świecie jeszcze nie było, ale do tej pory po zamku różne historie krążą. Dzieckiem się tu zjawił. Wychował się wraz z księciem Ekhardem i jego siostrą. Ponoć podbił serca wszystkich i zjednał sobie przyjaźń władcy. Druhem mu był najmilszym. Wszyscy go tu szanowali i podziwiali jego czyny, o niektórych bardowie pieśni nawet śpiewali. ‒ I co się z nim stało? Jak opuścił waszą krainę, bo przypuszczam, że tak się właśnie stało? Nie ma go tu już, prawda? ‒ Prawda to. Już go tu nie ma. – Kiwnął potakująco głową. ‒ I jak to zrobił? Adrenalina gwałtownie mi podskoczyła. Oto była moja szansa. Jeśli tajemniczy Mateo potrafił opuścić tę krainę, to i mnie mogło się udać. Musiałam się tylko dowiedzieć, jak tego dokonał. ‒ Umarł. Zginął w jednej z potyczek. To zabrzmiało jak wyrok. Miałam wrażenie, że rozstąpiła się przede mną ziemia i ukazała ogromna piekielna otchłań. ‒ Umarł? – powtórzyłam z niedowierzaniem. Tylko nie to! Musi być jakiś sposób opuszczenia tej przeklętej krainy i powrotu do domu! Niemożliwe, abym miała tu spędzić resztę życia! Przecież to jakiś cholerny absurd! Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach, nie w codziennym życiu. Moje dotychczasowe życie było normalne, uporządkowane. Zaplanowane w najdrobniejszym szczególe. Lubiłam je. Owszem, czasem marzyłam o przygodach, bo kto o nich nie marzy, ale przecież nie o takich! Chcę znowu usiąść z babcią na werandzie! Chcę patrzeć na zachód słońca nad lasem Stróża! Chcę nawet, aby przychodziły do nas w odwiedziny wszystkie kumoszki ze wsi. Pragnę tego z całego serca! Splotłam dłonie, mocno zaciskając palce, tak że kłykcie aż pobielały. Chciałam wyć, krzyczeć, szarpać włosy. Mnie nie powinno tu być! Powinnam teraz wygrzewać się na plaży Costa Brava, a nie siedzieć w zimnych murach średniowiecznego zamku. Błagam, niech ten sen już się skończy! Bo to musi być sen, koszmar jakiś… A może ja zachorowałam i to wszystko majaki w gorączce? To przecież nie może być prawda! Błagam, niech to nie będzie prawda! ‒ Umarł. Pochowano go i opłakano, lecz siły nieczyste mu sprzyjały. Kilka lat później wrócił – mówił spokojnie, wolno dobierając słowa, tak jakby chciał wzmocnić ich znaczenie. ‒ Co? Jakoś to do mnie nie dotarło. O co mu chodzi? Ten człowiek, który zjawił się tu przede mną, umarł, a następnie po latach znowu powrócił? Zmartwychwstał? To już nie absurd! To jakieś koszmarne science fiction! Albo faktycznie maligna. ‒ Pojawił się ponownie, a wraz z nim śmierć, ból i cierpienie – dokończył. XI. PRZYMIERZE Po tych słowach zapadła kompletna cisza. Mężczyzna siedział koło mnie i patrzył na mnie z uwagą, a ja nie potrafiłam pozbierać myśli. To, czego się dowiedziałam, było niczym wyrok, bez możliwości apelacji. Czy naprawdę los chciał, abym resztę mego życia spędziła w świecie, którego nie znałam i który był tak odmienny od wszystkiego, do czego przywykłam? Ewen wstał i wolnym krokiem podszedł do okna. Wyjrzał na zewnątrz, tak jakby w ogóle nie obchodził go mój stan. Potrzebowałam wsparcia, pociechy, lecz znikąd nie mogłam jej oczekiwać. ‒ Czy to znaczy, że jedyną możliwością wydostania się stąd jest śmierć? – zapytałam. Nie odwrócił się w moją stronę, jakby zafascynowany widokiem za oknem. ‒ Wydaje mi się, że tak – odpowiedział. ‒ Ale ja nie chcę umierać! – krzyknęłam, chyba nieco za głośno, bo doskoczył do mnie błyskawicznie i przyłożył mi palec do ust. ‒ Ciii… Jak Comta usłyszy, że krzyczysz, to pomyśli, że ci jaką krzywdę robię i niechybnie zajrzy do komnaty. A tego byś pewnie nie chciała? Miał całkowitą rację – nie chciałam na razie towarzystwa Comty. Chciałam maksymalnie wykorzystać obecność Ewena. Nie wiadomo przecież, kiedy ponownie będę mogła skorzystać z szansy dowiedzenia się czegoś o krainie, w której zapewne spędzę kolejnych kilkadziesiąt lat. Chociaż jeśli nadal miałam zakładać, iż znajduję się w średniowiecznych czasach, to szalało wtedy tyle chorób, że może się okazać, że tych lat będzie mniej. Chyba że się obudzę… Na razie jednak śniłam, a przynajmniej miałam taka nadzieję… skoro zaś tak, to muszę zrozumieć, jakimi prawami rządzi się to dziwne miejsce, w którym się znalazłam. Skinęłam głową na znak, że rozumiem i będę już zachowywać się cicho, odsunął się więc ode mnie, ale nadal stał blisko. ‒ Powiedziałeś, że tamten mężczyzna wrócił po śmierci. Jak mam to rozumieć? – zapytałam. ‒ Dokładnie tak, jak powiedziałem. – Wzruszył ramionami. – Umarł, został opłakany, a po kilku latach wrócił, tak jakby nic się nie stało. ‒ Może wcale nie umarł. – Uczepiłam się tej myśli. – Może po prostu wrócił do siebie, a po jakimś czasie zapragnął znowu was odwiedzić? – To wydawało mi się całkiem logiczne. ‒ On umarł. Jego ciało pochowano z wszelkimi honorami. Był martwy, a później pojawił się ponownie. Książę Ekhard nawet kazał grób rozkopać i trumnę wydobyć, aby sprawdzić. Wykopali, otworzyli. Trup był na swoim miejscu. ‒ A może to nie on, tylko ktoś podobny? Brat bliźniak? – przytoczyłam kolejny sensowny argument. ‒ To był Mateo. Ten sam Mateo, co w grobie złożon. Ten sam Mateo, którego zgniłe szczątki książę Ekhard jeszcze raz zobaczył. ‒ O, kurczę! – wyrwało się mi niechcący. ‒ Głodnaś? ‒ Nie, to tylko taki zwrot – wyjaśniłam pospiesznie. ‒ O, kurczę? – powtórzył ze zdziwieniem. – A co kurczak ma do grobu? ‒ Nie wiem, u nas się tak po prostu mówi. ‒ Ciekawe… – Potarł dłonią czoło. – Niezwykła to musi być kraina, gdzie o kurczakach przy śmierci się prawi. ‒ Więc mówisz, że ożył i wrócił do was? I co się stało? ‒ Łzy, śmierć, cierpienie – oto co się stało. To od tej pory niebo nad Burią chmurami zasnute. ‒ Te chmury nigdy nie znikają? To wszystko coraz mniej mi się podobało. Wieczne chmury nad księstwem, ożywający martwi… Czyżbym znalazła się w jakimś tandetnym horrorze? ‒ Wasza kraina zwie się Buria, ale gdzie się znajduje? Daleko stąd do Rzymu? – Dobrze pamiętałam powiedzenie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, więc może znali je też tutaj? ‒ Pierwszy raz słyszę taką nazwę. Czy ten Rzym to jakieś księstwo? Chyba się ze mnie nie nabijał, był całkiem poważny. ‒ A wiesz gdzie leży Paryż? – rzuciłam kolejne pytanie. ‒ Zaprawdę dziwne i nieznane mi nazwy wymieniasz. ‒ Dobra. To jakie miasta, państwa lub księstwa znasz? – Przez moment miałam ochotę dodać „na literkę s”, tak jak w grze, w którą lubiłam grać w dzieciństwie. ‒ Kantonię, Percewaldię, Grundię – zaczął wyliczać, a mnie z każdą kolejną nazwą coraz bardziej jeżył się włos na głowie, oczywiście o ile to tylko możliwe. ‒ Czy one są w Europie? – To była ostatnia deska ratunku. Być może moja znajomość średniowiecznych map pozostawiała wiele do życzenia, ale przecież chyba nawet w tak zamierzchłych czasach ludzie wiedzieli, na jakim kontynencie żyją? ‒ Również nie znam – odpowiedział tak spokojnie, że aż zwątpiłam. To gdzie ja się, do licha, znalazłam? ‒ A jaki rok mamy? – Głos drżał mi lekko. ‒ Rok siódmych łowów. – To określenie słyszałam już wcześniej. ‒ A miesiąc, dzień? Powiesz mi coś więcej? ‒ Dzień ostatniej uczty przed łowami. ‒ Macie w ogóle jakąś rachubę czasu? Kalendarz? ‒ Łowy określają ramy czasowe. ‒ A co było przed nimi? Sam mówiłeś, że to rok siódmych łowów. Co było przed pierwszymi łowami? ‒ Szczęście – odpowiedział krótko. – Ale to minęło i książę zakazał używać kalendarzy. Nie ma czasu, nie ma nic. Jest tylko zemsta. Tak powiedział i tak jest. ‒ Powiesz mi, o co chodzi z tymi łowami? ‒ Nie teraz. – Spojrzał w stronę drzwi. – Za długo już siedzimy sami. Comta gotowa zaraz tu wejść. Nie powinienem z tobą rozmawiać. Nie powinienem zdradzać ci sekretów Burii. ‒ A jednak zrobiłeś to – zauważyłam. – Dlaczego? ‒ Bo ja też obcy tu jestem. Mistrz Dewin życie mi uratował i opieką otoczył, ale zawsze, na każdym kroku, dawał odczuć, że jestem dla niego jeno przybłędą. Pragnąłem trochę uczucia, jakim rodzice swe dzieci darzą, a dostawałem tylko miskę strawy i dach nad głową. I nikt mnie nigdy nie potraktował jak swego. Nawet teraz, gdym już dorosły i praktykuję u mistrza. Jego wolą wzywać, na mnie z ukosa patrzą. Tak jak i ty żyję tu, bo muszę, ale ty chociaż wiesz, gdzie twoje miejsce. Ja nie wiem o sobie nic. Zrozumiałam, że dla Ewena byłam kimś bliskim, kimś, kto znalazł się w podobnym położeniu. Zaufał mi, gdyż sam potrzebował zaufania. ‒ Dziękuję. – Wyciągnęłam do niego prawą rękę. – Zapewniam cię, że zawsze możesz na mnie liczyć. Mam tyle pytań, ale z chęcią odpowiem także na wszystkie twoje zapytania. Zawrzyjmy pakt, umowę, dzięki której będziemy mieć pewność, że możemy na sobie polegać. ‒ Pakt? – Spojrzał na moją dłoń, ale nie wyciągnął swojej. ‒ Takie przymierze. Czekałam, aż wykona jakiś ruch, ale on tylko patrzył na mnie w zamyśleniu, tak jakby zastanawiał się, czy zaproponowana umowa korzyści mu jakieś przyniesie. Wreszcie powoli podniósł rękę i nasze palce się spotkały. Jego uścisk był silny i zdecydowany. ‒ I jak nasze niebożątko? – Skrzypienie drzwi było sygnałem, że zaniepokojona zbyt długim pozostawieniem nas samych do komnaty odważyła się zajrzeć Comta. Na pewno od dłuższej chwili walczyła z ciekawością i w końcu nie wytrzymała. ‒ Już wszystko dobrze. Właśnie miałem wychodzić. – Ewen mrugnął do mnie i puścił moją dłoń. Nachylił się jeszcze nade mną, tak jakby wsłuchiwał się w bicie serca. – Uważaj na wino na uczcie – wyszeptał, tak że tylko ja mogłam go usłyszeć. – Ono nie jest zwyczajne. Ma wzmagać odwagę rycerską. Pod żadnym pozorem nie pij z kielicha złotego, co krążyć będzie po izbie. Wyprostował się, zanim zdążyłam coś odpowiedzieć i odwrócił się w stronę służącej. ‒ Wasz gość zdrów jak ryba. Nic jej nie będzie. Baczcie tylko, coby się nie przeziębiła. Może warto w kominku większy ogień rozpalić, bo zimno tutaj okrutnie. Wyminął Comtę i nawet się nie oglądając, wyszedł z komnaty. ‒ Ale mi panienka stracha napędziła! – zaczęła utyskiwać korpulentna dwórka, załamując przy tym teatralnym gestem ręce. Widząc jednak, że nie mam ochoty rozmawiać, podeszła do kominka i wrzuciła do niego kilka szczap, schowanych do tej pory w stojącej w kącie drewnianej skrzyni, której wcześniej nie dostrzegłam. W kominku palił się maleńki ogień, który wcale nie dawał ciepła. Tlił się chyba tylko po to, by podtrzymać żar. Comta wzięła gruby drąg i poszturchała wrzucone szczapy, układając je w żarze. Drewno musiało być suche, bo płomyki niewidocznego niemal ognia zaczęły rosnąć i obejmować wrzucone drewno. Patrzyłam w ogień, tak jakbym w nim mogła odnaleźć wyjaśnienie tego, gdzie się znajduję i jak się uratować. Już wiedziałam, że nie znalazłam się tak po prostu w średniowieczu. Tego miejsca nie było też na żadnej znanej mi mapie. Może rozum płatał mi figle, ale nabrałam pewności, że przekroczyłam granice światów i trafiłam do krainy, o której „u nas” nikt nie ma pojęcia. Byłam bardzo, bardzo daleko od domu i najprawdopodobniej nie miałam szans na powrót. Moje położenie było opłakane, ale czy w związku z tym powinnam się poddać? Człowiek ma to do siebie, że nawet w najtragiczniejszej sytuacji szuka ratunku. Co było moją szansą? Musiałam zebrać wszystkie siły. Musiałam przestać się nad sobą użalać. Przymierze, które zawarłam z Ewenem, stanowiło pewnego rodzaju deskę ratunkową. Już nie tonęłam w bezdennej rozpaczy, teraz dryfowałam po wzburzonym oceanie. Czy dopłynę do brzegu? XII. RYZYKOWNY KROK Comta zajęła się mną naprawdę bardzo sumiennie, tak jakby czuła się winna mojego wcześniejszego zasłabnięcia. Wprawdzie zachowałam się wobec niej podle, udając nagłe omdlenie, ale dzięki temu wreszcie zdobyłam garść cennych informacji, a co więcej – sprzymierzeńca. Wprawdzie nie miałam pojęcia, w jaki sposób ponownie skontaktuję się z Ewenem, ale byłam pewna, że on sam o to zadba. Rozpalony w kominku ogień wesoło buzował, sprawiając, że chłodne pomieszczenie powoli wypełniało się ciepłem. To było bardzo przyjemne uczucie. Nie jestem fanką zimy i każdy chłodniejszy dzień to dla mnie prawdziwa męczarnia, a pogoda w Burii raczej nie rozpieszczała mieszkańców. Dwie służące, których wcześniej nie widziałam, ubrane w proste, workowate wręcz szare suknie, przyniosły drewniany cebrzyk. Unosząca się z niego para świadczyła, że jest pełen gorącej wody. Dziewczyny przelały ją do srebrnej misy, ustawionej przez Comtę na ławie. ‒ Panienka raczy się szykować, bo czas uczty się zbliża – ponagliła mnie pulchna dwórka. – Nie godzi się, aby książę Ekhard czekał. ‒ Jasne. Wstałam z łóżka i podeszłam do misy. Brakowało mi bieżącej wody, ale jak to się mówi „na bezrybiu i rak ryba”. Jeszcze gorzej znosiłam brak toalety, za którą tutaj robił porcelanowy nocnik, ukryty pod łożem. Gdy się z niego skorzystało, należało przywołać służkę, aby ta opróżniła naczynie. Muszę przyznać, że ta sytuacja była ogromnie krępująca. Również tutejszy papier toaletowy w niczym nie przypominał tego, do jakiego przywykłam. Skrawki pociętego papieru, zapisanego niezrozumiałymi dla mnie znakami, były twarde i nieprzyjemne w dotyku. Przed użyciem należało je pognieść w dłoniach, aby odrobinę zmiękczyć. Korzystając z tego „dobrodziejstwa”, gdyż – jak wyjaśniła Comta – nie każdego stać na takie luksusy, zastanawiałam się, jakim też pociętym dokumentem właśnie się podcieram. Toaleta nie zajęła mi zbyt dużo czasu. Gdy już się obmyłam, a służące wyniosły cebrzyk i misę, Comta pomogła mi zdjąć koszulę nocną i nałożyć coś na kształt lnianej halki oraz grubych wełnianych rajstop. Pończochy były brzydkie, brązowe, dodatkowo dosyć drapiące skórę, ale pocieszałam się, że spod długiej sukni nie będzie ich widać. Na stopy Comta założyła mi skórzane ciżemki, sięgające do kostki, z długimi, wywiniętymi ku górze noskami, zapinane na śmieszne supełki, które należało pozaplatać. Głównym elementem stroju była wizytowa, bardzo efektowna suknia Laveny, zdobiona drobnymi perełkami. Z prawdziwą przyjemnością założyłam ją na siebie i cierpliwie czekałam, aż dwórka zasznuruje gorset i poprawi fałdy kreacji. Materiał był miły w dotyku, przyjemny i chociaż składał się z kilku warstw zwojów, wcale nie był ciężki. Wreszcie Comta usadowiła mnie na kufrze i zajęła się rozczesywaniem moich splątanych włosów. Starała się być bardzo ostrożna i delikatna, jednak i tak kilka razy syknęłam z bólu, gdy pociągnęła za skołtunione loki. ‒ Proszę o wybaczenie, ale wczoraj z wieczora panienka od razu zasnęła i nie dane mi było rozczesać i zapleść panienki włosów. Któż to widział, aby spać tak rozkodruchanym? – usprawiedliwiała się. ‒ Nic się nie przejmuj. W mojej krainie kobiety, aby być piękne, podają się gorszym torturom – pocieszyłam ją. – Gdybyś słyszała o depilacji… – Parsknęłam śmiechem na samą myśl o tym, jak Comta zareagowałaby na taki zabieg. Układanie włosów zajęło Comcie najwięcej czasu. Troszkę się nudziłam i kilka razy musiałam ugryźć się w język, aby przypadkiem znowu nie wyskoczyć z jakimś głupim, niewygodnym pytaniem. Nie miałam zamiaru drażnić służby, która musiała zapewne mieć całkowity zakaz przekazywania mi jakichkolwiek wiadomości na temat tego miejsca i jego przeszłości. Ewen był moim informatorem i to powinno mi wystarczyć. Przynajmniej na razie. ‒ Gotowe. Comta odstąpiła krok do tyłu, po czym obeszła mnie dookoła, bacznie lustrując mój wygląd. Sama byłam ciekawa efektu, dlatego pospiesznie spojrzałam na otrzymane od Comty niewielkie lusterko, osadzone w srebrnej ramie z długą, wygodną do trzymania rączką. Takiego widoku się nie spodziewałam. Najwyraźniej czasy średniowieczne mi służą. Stop! Jakie średniowieczne? Już przecież ustaliłam, że to nie średniowiecze ani tym bardziej znana mi Ziemia. Na razie nie miałam pojęcia, gdzie dokładnie trafiłam, ale gdziekolwiek by to było, teraz czułam się piękna i zupełnie niepodobna do samej siebie. Tak! Czułam się piękna! Chyba pierwszy raz w życiu. Nie żebym wcześniej uważała się za jakąś nieatrakcyjną, szarą myszkę. Skądże! Mam w końcu regularne rysy twarzy, ładne zielone oczy, miły uśmiech. Jednak dopiero teraz, w tej dziwnej krainie, poczułam się naprawdę kobieco i wyjątkowo. I nie potrzebowałam do tego żadnych seksownych strojów. Suknia Laveny, chociaż długa i szczelnie zasłaniająca ciało, miała w sobie coś magicznego, ulotnego. Sprawiała, że czułam się jak księżniczka. Do tego fryzura wykonana przez Comtę: gładko zaczesane włosy, ściągnięte na karku, zaplecione misternie w warkocz i upięte w węzeł, który dodatkowo otoczony został delikatną srebrzystą siateczką z nanizanymi na jej nitki malutkimi perełkami, takimi samymi, jakimi ozdobiony był stanik sukni. ‒ To jest piękne – wyszeptałam, nadal nie mogąc oderwać od siebie wzroku. – Nie wiem, jak tego dokonałaś, Comto, ale sprawiłaś cud. Kilka razy obróciłam się w miejscu, podziwiając kolor i krój szaty, napawając się pięknem fryzury. ‒ Ino patrzeć, jak panicz Weylin się zjawi. Niech mu panienka wstydu jakiego nie przyniesie. W towarzystwie zacnych mężów lepiej nieproszonej głosu nie zabierać. Skromność przede wszystkim – pouczała mnie Comta, odbierając ode mnie lusterko i chowając je do wnętrza kufra. ‒ Tak, tak, wiem. Lavena już mi to wczoraj mówiła. A właśnie, gdzie ona jest? Czyżby jeszcze nie wróciła od przyjaciółki? ‒ Ano nie… – Comta westchnęła tak rozdzierająco, że poczułam skurcz w sercu. – Biedactwo, taka to zżyta z Baldurią była. Toż razem się wychowały. Jej strata będzie dla Laveny prawdziwym ciosem. ‒ Jak to strata? – nie zrozumiałam. – Przecież ta Balduria tylko rodzi. ‒ Jeśli mistrza Dewina wezwano, nie jest to zwykły poród. Alem przestrzegała, że Balduria do rodzenia się nie nadaje. Chude to takie, wątłe. Niektórym kobietom matkowanie niepisane. ‒ Oj, nie mów tak, Comto! Na pewno wszystko będzie dobrze. Ewen mówił, że mistrz Dewin nie ma sobie równych. ‒ Bo nie ma – przyznała. – Ale i on zmarłego do życia nie powróci ani tych, co śmierci sądzeni, z jej szponów nie wyrwie. ‒ Panicz Weylin przyszedł. Przez uchylone drzwi do komnaty lękliwie zajrzała Marion. Nadal się mnie bała i zerkała na mnie jak na jakieś okropne monstrum. Nawet mój olśniewający strój i wspaniała fryzura nie wpłynęły na zmianę jej nastawienia. ‒ W sam czas. – Comta splotła ręce na obfitym biuście i jeszcze raz popatrzyła na mnie uważnie. – Jużeśmy gotowe. Zanim opuściłyśmy komnatę, przypomniałam sobie o zabraniu plecaczka wraz z rekwizytami potrzebnymi do dzisiejszego pokazu. Jak to dobrze, że to ostatnia uczta przed łowami! Baterie w telefonie i mp3 były już prawie na wykończeniu, a przypuszczałam, że moja atrakcyjność po ich wyczerpaniu spadnie drastycznie. Bo niby co mogłam im wtedy pokazać? Może jakiś taniec? Może jakieś historie poopowiadać? Streścić ulubione seriale? Comta pierwsza wyszła z komnaty sypialnej do małego korytarzyka, łączącego to pomieszczenie z komnatą dzienną. Ja kroczyłam tuż za nią, zastanawiając się, jakie też wrażenie wywrze na Weylinie mój nowy image. Niestety, nie dane mi było się tego dowiedzieć. Weszłyśmy do izby, która swoim wystrojem przypominała poprzednią, tyle tylko, że zamiast obszernego łoża znajdowała się tu szeroka ława z rzeźbionym oparciem. W komnacie zobaczyłam Weylina, odzianego w ciemnobordowe szaty, tulącego do siebie zapłakaną Lavenę. Nawet nie zwrócił na nas uwagi, całkowicie pochłonięty pocieszaniem siostry. ‒ Panienko! – Comta podbiegła do nich, niczym matka spiesząca na ratunek skrzywdzonemu dziecku. Zdążyłam już zauważyć, że dwórka wszystkie swoje macierzyńskie uczucia przelała na siostrę Weylina i gotowa była jej nieba przychylić. Teraz cierpiała wraz z nią. ‒ Ach, Comto! – Lavena oderwała się od brata i padła w ramiona swojej piastunki, która od razu czule ją objęła. – Balduria umiera! Nie ma dla niej żadnego ratunku! Mistrz Dewin nie jest władny ocalić ani jej, ani dziecka. ‒ Och, moje biedactwo! – Comta nieporadnie gładziła dziewczynę po plecach, chcąc dodać jej otuchy. – Taki los pisany kobietom. Mężczyźni giną w walce, my – wydając na świat nowe życie. ‒ Ona umiera! – Lavena łkała, jakby nie słuchając słów opiekunki. – Umiera, a ja jej nie pomogę. Zawsze byłyśmy razem. Zawsze… A teraz ona odejdzie… I tak bardzo cierpi! ‒ Dlaczego mistrz Dewin nie jest w stanie jej pomóc? Oczywiście, nie udało mi się poskromić ciekawości i zadałam pytanie, które miało zaważyć na moim dalszym losie. Czasem człowiek robi coś, nie biorąc pod uwagę skutków, jakie może to wywołać, i tak właśnie stało się teraz. Lavena uniosła zapłakaną twarz i zwróciła ją w moją stronę. ‒ Dziecko jest źle ułożone. Mistrz próbował je obrócić, ale nie dał rady. Umrą oboje. ‒ A cesarskie cięcie? Poród przecież jest czymś tak naturalnym, zwykłym, że nie mogłam pojąć, jak można nie pomóc cierpiącej. Dopiero po chwili do mnie dotarło – ten świat jednak różnił się od mojego, i to bardzo. ‒ Co to jest cesarskie cięcie? – Lavena wyswobodziła się z uścisku Comty i zbliżyła do mnie. Łzy na jej policzkach błyszczały w świetle pochodni. ‒ Nie znacie czegoś takiego? Przecież w ten sposób można pomóc matce i wydobyć dziecko bez szkody dla niego, jak i dla rodzącej. A czasem, gdy jest już za późno dla matki, można chociażby ocalić maleństwo. – Zainteresowania medyczne bardzo mi się teraz przydały, chociaż moja wiedza była czysto teoretyczna. ‒ I to, o czym mówisz, mogłoby ją ocalić? – Lavena przestała płakać. ‒ Nie słuchaj jej, panienko – próbowała interweniować Comta, ale Lavena uciszyła ją ruchem ręki. – Potrafiłabyś ją ocalić? – zapytała. Spojrzałam na Weylina. Stał w pobliżu drzwi, milczący, zadumany. Jego spojrzenie zdawało się docierać w głąb mojej duszy. Zapragnęłam zaimponować mu, utwierdzić w przekonaniu, że nie jestem złem wcielonym. Mogę także sprawiać dobre rzeczy. Mogę ocalić Baldurię lub chociaż jej dziecko. ‒ Nie wiem, ale mogę spróbować – odpowiedziałam, nie spuszczając wzroku z Weylina. I w tym momencie dotarło do mnie, co powiedziałam. Głupia! Głupia! Jak mogłam zgodzić się na coś takiego? Ja i poród cesarski? Lekarza chcę udawać? Za kogo ja się mam? Ale się wkopałam. Może za jakie trzy lata na studiach mogłabym spróbować, ale teraz? Przecież to szaleństwo! ‒ Chodź! – Lavena chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. ‒ Panienko! – Comta nie zamierzała jednak nas puścić. – Panienka nie wie, co to za jedna? Skąd przybyła? Kim jest? A jeśli ona chce nas zniszczyć? Jeśli… ‒ Zamilcz – odezwał się teraz Weylin, który zdecydowanym gestem pchnął drzwi, otwierając je przed nami. – Nie zakładajmy, że każdy, kto nie pochodzi z Burii, musi mieć podłe zamiary. A jeśli ona przybyła tu po to, aby nam pomóc? ‒ A uczta? – Comta schwyciła się ostatniej deski ratunku. – Książę Ekhard czeka! To najważniejsza uczta przed łowami! – podkreśliła. Nikt jednak jej nie odpowiedział, bo opuściliśmy już komnatę. Lavena cały czas ściskała przegub mojej ręki i biegła wąskim korytarzem, prowadząc zapewne do izby Baldurii. Tuż za mną postępował Weylin, a krótki korowód zamykała Comta, która najwidoczniej postanowiła nie odstępować swojej pani. Nie odzywała się już jednak, co było mi nawet na rękę, bo miałam krótką chwilę na zastanowienie, co powinnam zrobić, gdy już dotrzemy na miejsce. Poród cesarski. Oglądałam go wiele razy w… serialu Chirurdzy. Uwielbiałam ten serial i to od niego wzięły się moje medyczne zainteresowania. Ale co innego oglądać, a co innego wykonać. Cesarskie cięcie to operacja i chociaż teoretycznie wiedziałam, co się podczas niej robi, to jednak potrzebny był wykwalifikowany personel. W życiu nie trzymałam w ręku skalpela! Czy będę potrafiła przeciąć brzuch i macicę, nie robiąc krzywdy rodzącej? Nie ma mowy, nie dam rady! A może wystarczy, jak poinstruuję Dewina? O tak! Na pewno wystarczy! Odetchnęłam z ulgą, pokrzepiona tą myślą. Wytłumaczę mu, na czym polega cesarskie cięcie i tym sposobem przyczynię się do rozwoju medycyny w Burii i zasłużę na wieczną wdzięczność Laveny oraz Weylina, a Dewin, jako medyk, na pewno da sobie radę z przeprowadzeniem operacji. Może dzięki temu zaskarbię sobie i jego wdzięczność? Służąca, która otworzyła nam drzwi komnaty Baldurii, była tak samo zapłakana, jak Lavena. Czerwony nos, podpuchnięte oczy oraz ślady łez na policzkach wymownie świadczyły, że jest załamana stanem, w jakim znajduje się jej pani. ‒ Żyje? – Głos Laveny drżał, gdy zadawała to pytanie. Służąca skinęła głową, po czym znów zaszlochała. Lavena odsunęła ją na bok i zaprowadziła nas do przyległej komnaty. Musiała być to sypialnia małżeńska, pełniąca obecnie rolę sali porodowej. Na wprost wejścia, na obszernym łożu, wśród zaplamionej krwią pościeli leżała drobna postać. Czarne włosy, splecione w długi warkocz, wiły się po poduszce i spływały w dół posłania. Niewiarygodnie blada twarz dziewczyny mokra była od potu i ściągnięta w wyrazie ogromnego bólu. Wyglądała niczym zmarła, a efekt ten potęgowały zamknięte powieki. Przy wezgłowiu klęczał ciemnowłosy mężczyzna i delikatnie gładził cierpiącą po głowie. Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/katarzyna-grabowska/magia-ukryta-w-kamieniu-41922656/?lfrom=334617187) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом. notes 1 Fragment Psalmu 23
КУПИТЬ И СКАЧАТЬ ЗА: 399.62 руб.