Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Zapach ciemności. Tom 2 The dark duet C.J. Roberts Jeżeli „Dotyk ciemności” Cię zaskoczył, to po lekturze „Zapachu ciemności” będziesz porażona. Jeszcze nigdy miłość i przemoc nie były tak blisko…
Oswobodzony z seksualnej niewoli przez pakistańskiego oficera, Caleb jest obciążony długiem, który można odkupić wyłącznie krwią. Droga będzie długa i pełna niepewności, lecz los Caleba i Livvie wkrótce się przesądzi. Czy Caleb wyrzeknie się ukochanej na rzecz zemsty? Jaka jest cena rozgrzeszenia?
Obawiacie się nadmiaru scen erotycznych i „rozpadania na tysiąc kawałków”? Takich fragmentów jest stosunkowo niewiele. Nie są to przypadkowe opisy, owszem mocne i dosadne, ale przede wszystkim zasadne. Jest ból, przemoc i poniżenie, wszystko to łamane przez przyjemność. Nad lekturą unosi się ponura mgła, sugestywne opisy tworzą ciemność… Tę widzianą oczami Caleba i tę z perspektywy Livvie. Justyna Chaber, www.jusssi.pl C.J. Roberts The Dark Duet. Tom 2. Zapach ciemności Przekład Agnieszka Brodzik Tytuł oryginału: Seduced in the Dark Copyright © 2013 CJ Roberts, Neurotica Books, LLC www.aboutcjroberts.com facebook.com/dotykciemnosci Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015 Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015 Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek Redakcja: Magdalena Wójcik Korekta: Paulina Wierzbicka Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak Fotografia na okładce: © PKpix/Shutterstock Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki Wydanie elektroniczne 2018 eISBN 978-83-7976-342-9 CZWARTA STRONA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel.: 61 853-99-10 fax: 61 853-80-75 redakcja@czwartastrona.pl www.czwartastrona.pl Słowo do czytelnika Jeśli sięgasz po tę książkę, nie przeczytawszy Dotyku ciemności, zawróć natychmiast! Będziesz zagubiony. Do całej reszty: witajcie ponownie! Cieszę się, że postanowiliście kontynuować ze mną tę przygodę. Do stycznia 2013 roku Dotyk ciemności sprzedał się w liczbie ponad 70 tys. egzemplarzy. To niesamowite! Nie spodziewałam się osiągnąć tak wiele i wiem, że miałam ogromne szczęście. Sprawiliście, że ziściło się moje marzenie. Stawiłam czoła przeciwnościom losu. Przeżyłam odrzucenie i złamane serce. Nie mogę powiedzieć, że zawsze było warto; są rzeczy, które odwróciłabym za wszelką cenę. Jednak, patrząc w przyszłość, mogę z całą pewnością stwierdzić: nigdy wcześniej nie miałam więcej nadziei. Dziękuję. Jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy mi odmówili. Dzięki nim zrealizowałem cel samemu.     – Albert Einstein Książkę dedykuję Mojej córce. Pisanie tej powieści zajęło mi wiele miesięcy. Bywały dni, kiedy nie mogłam się bawić. Bywały wieczory, kiedy nie mogłam nakryć cię do snu. Jesteś zbyt mała, żeby zrozumieć, dlaczego mamusia musiała pracować, ale i tak mi wybaczyłaś. Twoja miłość zmieniła mnie na zawsze i odtąd będę każdego dnia starać się być ciebie warta. Jesteś moją spuścizną. Mojemu mężowi. Staram się czasami wyrazić moją miłość do ciebie, ale nie potrafię opisać jej słowami. Jesteś częścią mojej duszy i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Wystarczy powiedzieć, że jeśli mnie kiedyś opuścisz – podążę za tobą. Mojej mamie. Kiedy zastanawiam się, co to znaczy być silną, myślę o tobie. Dziękuję, że nigdy się nie poddałaś. Wiem, że nie byłabym nawet ułamkiem tej osoby, którą jestem dzisiaj, gdyby nie twoja miłość i wsparcie. Jesteś moją inspiracją. M. McCarthy. Pisz dalej, siostrzyczko. Twój dzień nadejdzie. Kocham cię. K.A. Ekvall. Dajesz mi nieźle popalić, dziewczyno, i uwielbiam cię za to. Nie mogę się doczekać chwili, gdy będę mogła odwdzięczyć się tym samym, więc pisz dalej! A. Mennie. Komplement z twoich ust jest jak deszcz na pustyni: rzadki i cenny. Dziękuję, że we mnie uwierzyłaś. M. Suarez. Byłam twoja już od słów „Przeczytałam Dotyk ciemności w wyniku przegranego zakładu”. Mojemu bratu, Scottowi. Dziękuję za niesamowite trailery, braciszku. W ten sposób prawie wynagrodziłeś mi wszystkie klapsy, jakie dostałam przez ciebie w dzieciństwie. Kocham cię! Pixel Mischief. Twoja wiedza na temat grafiki komputerowej pozostaje w cieniu jedynie twojego zapału do zdrady w kung-fu! R. Welborn, Y. Diaz oraz J. Aspinall. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wdzięczna jestem za waszą miłość i wsparcie. Sprawiliście, że moje hobby przerodziło się w karierę. Mam nadzieję, że przyjaźń, która nas połączyła, będzie rozwijać się jeszcze przez lata. Rilee James. Co ja mogę powiedzieć, uwielbiam cię jak jasna cholera. Któregoś dnia włączymy kamerę i świat nigdy nie będzie już taki sam. Lance’owi Yellow Robe’owi oraz Johnny’emu Osborne’owi. Z takimi przyjaciółmi mój mąż ciągle mi gdzieś znika! LOL! Uwielbiam was. Tym blogerom: SamsAwesomness.blogspot.com, TotallyBookedBlog.com, Maryse.Net. Bez was nie osiągnęłabym sukcesu. Zasługujecie na każdego swojego czytelnika! Independent Authors. Kiedy wydawcy nas nie chcą, pozostają jeszcze fani. Szczególne podziękowania dla Shiry Anthony, Anthony’ego Beala, Daisy Dunn, Rachel Firasek, Colleen Hoover, Sonny’ego Garretta, Tiny Reber oraz K. Rowe. Vino 100/The Tinderbox w Rapid City. Dziękuję za miło spędzone chwile, doskonałe rozmowy i niekończący się zapas dobrego alkoholu. Emily Turner – zapalonej czytelniczki i gramatycznej nazistki! Dzięki! Jeden Niedziela, 30 sierpnia 2009 Dzień 2: Wiwisekcja. Właśnie to słowo przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się, jak opisałabym swoje samopoczucie. Zupełnie jakby ktoś rozciął mnie skalpelem, a ze środka wydostały się tkanki i krwawe bąble. Słyszę, jak trzaskają żebra przy otwieraniu klatki piersiowej. Moje mokre i lepkie ograny zostają powoli wyciągnięte na zewnątrz, jeden po drugim, aż w końcu staję się zupełnie pusta. Pustka ta nie oznacza jednak kresu cierpienia. Ból sugeruje, że wciąż żyję. Wciąż. Żyję. Nade mną świecą sterylne, przemysłowe fluorescencyjne światła. Jedna z żarówek mruga i brzęczy, jakby miała się zaraz przepalić, walczy o życie. Już od godziny nie mogę przestać obserwować nadawanego przez nią alfabetem Morse’a komunikatu. Światło-ciemność-bzz-bzz-światło-ciemność. Bolą mnie oczy, a mimo to nie mogę odwrócić wzroku. Odpowiadam własnym komunikatem: Nie myśl o nim. Nie myśl o nim. Caleb. Nie myśl o nim. Ktoś mnie obserwuje. W takich miejscach zawsze ktoś cię obserwuje. Ktoś przychodzi ciągnąć za różne kable. Jedna osoba patrzy na wykres pracy serca, druga na rytm oddechów, a trzecia dba o to, żebym nic nie czuła. Nie myśl o nim. Kable. Te wystające z dłoni doprowadzają płyny i leki. Te przylepione do klatki piersiowej monitorują pracę serca. Czasami wstrzymuję oddech, żeby sprawdzić, czy się zatrzyma. Ono jednak tylko przyśpiesza, a ja po chwili muszę zaczerpnąć powietrza. Bzzzz-światło-ciemność. Jest też kobieta, która próbuje mnie karmić. Zdradza mi swoje imię, ale mam to w nosie. Ona się nie liczy. Nikt się nie liczy. Pyta mnie, jak się nazywam, jakby jej uprzejmość miała zachęcić mnie do mówienia. Nigdy nie odpowiadam. Nigdy nie jem. Nazywam się Kotek, a mojego pana nie ma. Co może być bardziej ważnego? Kątem oka widzę, jak obserwuje mnie z cienia. – Naprawdę myślisz, że błaganie ci coś da? – pyta mnie duch Caleba i uśmiecha się. Płaczę. Wydostaje się ze mnie głośny szloch, tak gwałtowny, że wstrząsa całym moim ciałem. Nie potrafię go powstrzymać. Pragnę Caleba, a zamiast tego dostaję leki. Pokarm jest dostarczany przez rurkę, kiedy śpię. Zawsze ktoś mnie obserwuje. Zawsze. Chcę stąd odejść. Przecież nic mi nie dolega. Gdyby Caleb tu był, wyszłabym stąd szczęśliwa, uśmiechnięta i kompletna. Ale jego nie ma, a oni nie pozwalają mi opłakiwać go w spokoju. * * Dzień 3: Zamykam oczy, a potem powoli znowu podnoszę powieki. Caleb stoi obok mnie. Serce zaczyna mi szybciej bić, a z oczu płyną łzy. Wreszcie tu przyjechał. Wreszcie przybył, żeby mnie stąd zabrać. Jego twarz jest ciepła, a uśmiech szeroki. Zauważam znajome wygięcie warg i wiem, że myśli o czymś niegrzecznym. Czuję mrowienie, które rodzi się w brzuchu i wędruje do cipki, sprawiając, że puchnie i zaczyna pulsować. Nie miałam orgazmu od wielu dni, choć wcześniej zdążyłam się do nich przyzwyczaić. – Mam cię uwolnić? Wyglądasz tak seksownie, gdy jesteś przypięta do łóżka – mówi z uśmiechem. – Tęskniłam za tobą – próbuję powiedzieć, ale moje usta okazują się niewiarygodnie suche i kiedy oblizuję dolną wargę językiem, na myśl przychodzi mi papier ścierny. Karmią mnie przez rurkę, która została wciśnięta mi do nosa; zawartość kroplówki spływa po gardle. Swędzi mnie tam i nie mogę się podrapać. Boli. Nie potrafię pozbyć się tej rurki i czuję jej zawartość za każdym razem, kiedy przełykam. Smakuje środkiem antyseptycznym. – Przepraszam – mówi Caleb. – Za co? – szepczę. Chcę, żeby przeprosił mnie za to, że tak długo zwlekał, by… wyznać mi miłość. – Za przywiązanie cię do łóżka – wyjaśnia. Marszczę brwi ze zdziwienia. Przecież on uwielbia mnie wiązać. – Kiedy zyskamy pewność, że jesteś stabilna emocjonalnie, uwolnimy cię. Coś tu jest nie tak. Coś tu jest bardzo nie tak. To przez te leki. – Wiesz, gdzie się znajdujesz, Olivio? – pyta łagodnie kobieta. Nie nazywam się Olivia. Nie jestem już tamtą dziewczyną. – Jestem doktor Janice Sloan i pracuję dla FBI – mówi. – Policjanci zdołali cię zidentyfikować dzięki zdjęciu dołączonemu do aktów sprawy zaginięcia. Twoja przyjaciółka, Nicole, zgłosiła porwanie. Szukaliśmy cię. Twoja matka bardzo się martwiła. Mam ochotę się odezwać i kazać jej się zamknąć. Dosłownie aż mnie świerzbi. Przestań! Przestań do mnie mówić. Ale ona nie zamierza milczeć. Będzie zadawać więcej pytań, tych samych pytań, a tym razem może się okazać, że będę musiała na nie odpowiedzieć. Wiem, że to jedyny sposób, żeby mnie wypuścili. Teraz trzymają mnie przywiązaną do łóżka i naszprycowaną lekami; mówią, że próbowałam skrzywdzić pielęgniarkę. Ja wyjaśniam, że to ona zaczęła. Nie prosiłam o przewiezienie do szpitala. Krew nie należała do mnie, a jej właściciel nie będzie za nią tęsknił. Byłam niemal pewna, że nie żyje. Wiem o tym, bo sama go zabiłam. – Rozumiem, że to dla ciebie trudne. Tak wiele przeszłaś… – Słyszę, jak kobieta przełyka głośno ślinę. – Nie potrafię sobie tego wyobrazić – ciągnie dalej. Z daleka śmierdzi od niej współczuciem, którego wcale sobie nie życzę. Nie od niej. Kobieta wyciąga rękę, żeby mnie dotknąć, a ja odruchowo cofam dłoń. Głośne szczęknięcie sprzączki pasa uderzającego o metalową ramę łóżka brzmi jak groźba przemocy. Jestem gotowa właśnie w ten sposób zareagować na kolejną próbę kontaktu fizycznego. Kobieta unosi obie ręce i odsuwa się o krok. Zaczynam oddychać spokojniej, a czarny krąg otaczający pole mojego widzenia znika. Świat odzyskuje kolory i ostrość. Teraz, gdy już zwróciła moją uwagę, zdaję sobie sprawę, że nie jest sama. Przyszła z mężczyzną, który uniósł głowę i patrzy na mnie jak na zagadkę, którą chce rozwiązać. To spojrzenie jest boleśnie znajome. Odwracam głowę w stronę okna i wbijam wzrok w światło wpadające przez szpary między żaluzjami. Ściska mnie w żołądku. Caleb. Wydaje mi się, że słyszę jego imię. Kiedyś patrzył na mnie w ten sposób. Zastanawiam się dlaczego, skoro najwyraźniej potrafił czytać mi w myślach. Z tęsknoty za nim wszystko mnie boli. Tak bardzo mi go brakuje. Czuję znowu, jak łzy zbierają się pod powiekami i wypływają kącikami oczu. Doktor Sloan nie odpuszcza. – Jak się czujesz? Rozmawiałam z naszym przedstawicielem, który był obecny podczas wstępnego badania, a także dowiedziałam się od policji w Laredo, co zaszło w trakcie twojego zatrzymania. Przełknęłam głośno ślinę, próbując odepchnąć napływające wspomnienia. Właśnie tego bardzo chciałam uniknąć. – Wiem, że to może wyglądać inaczej, ale jestem w szpitalu, żeby ci pomóc. Znalazłaś się tutaj ze względu na oskarżenie o napaść na funkcjonariuszy straży przygranicznej, posiadanie broni, stawianie oporu oraz podejrzenie popełnienia morderstwa. Moim zadaniem jest ustalenie twojej odpowiedzialności, ale też pomoc. Jestem pewna, że masz powody, dla których dopuściłaś się tego, o co się ciebie oskarża, ale nie pomogę ci, o ile nie wtajemniczysz mnie w swoją historię. Proszę, Olivio, daj sobie pomóc – mówi doktor Sloan. Czuję narastającą panikę. Moje serce już przyśpieszyło, a wzrok raz jeszcze zachodzi mgłą. Duszę się od łez zbierających się wokół rurki w gardle. Świat po stracie Caleba jest pełen bólu. Spodziewałam się tego. – Twoja matka próbuje znaleźć kogoś do opieki nad twoim rodzeństwem, żeby móc się z tobą zobaczyć – mówi. NIE! Niech się trzyma z dala ode mnie. – Powinna dotrzeć tutaj jutro albo pojutrze. Możesz porozmawiać z nią przez telefon, jeśli chcesz. Jęczę, żeby wreszcie zamilkła. Chcę, żeby wszyscy zostawili mnie w spokoju – ta kobieta, mężczyzna w kącie, moja matka, rodzeństwo, nawet Nicole. Nie chcę ich słuchać. Nie chcę ich oglądać. Odejdź, odejdź, odejdź. Drę się jak opętana. Nie wrócę do domu! – Caleb! – wołam. – Pomóż mi! Moje ciało chce się zwinąć w kłębek, ale nie może. Jestem uwięziona jak zwierzę w klatce, ku uciesze gawiedzi. Chcą wiedzieć, co się stało, ale oni nigdy, przenigdy tego nie zrozumieją. Nie mogę im powiedzieć. Ból jest mój i tylko mój. Krzyczę i krzyczę, aż w końcu ktoś podbiega i naciska wszystkie magiczne guziki. Leki przejmują kontrolę. Caleb. * * Dzień 5: Doskonale zdaję sobie sprawę, że znajduję się na oddziale psychiatrycznym szpitala. Powtarzano mi to wielokrotnie. Śmiać mi się chce z ironii sytuacji. Wypuszczą mnie wtedy, gdy będę w stanie ich o to poprosić, ale ja nie zamierzam się odzywać. Dosłownie stałam się własną zakładniczką. Może faktycznie zwariowałam. Może faktycznie pasuję do tego miejsca. Obtarcia na nadgarstkach i kostkach przybrały kolor wściekłej czerwieni. Chyba ostro walczyłam. Tęsknię za więzami. W pewnym sensie pozwalały mi wić się i szarpać. Dawały mi coś, przeciwko czemu mogłam się buntować. Bez nich… czuję się jak zdrajczyni. Nie jestem już więźniem i najwyraźniej pozwalam im mnie tu trzymać. Jem, kiedy przynoszą posiłki, żeby nie wciskali mi więcej rurek do nosa. Biorę prysznic, kiedy jest to konieczne. Wracam do łóżka jak grzeczna dziewczynka. Odpływam w nieświadomość pod wpływem leków. Och, uwielbiam leki. Tylko że oni nigdy nie zostawiają mnie samej. Zawsze ktoś mi towarzyszy, obserwując mnie jak króliczka doświadczalnego. Kiedy tylko mgła po lekach opada, od razu ich widzę: doktor Sloan i jej „partner”, agent Reeda. Mężczyzna lubi na mnie patrzeć. Odpowiadam tym samym. Kto pierwszy odwróci wzrok, przegrywa. Często ja jestem pierwsza. Jego wzrok jest niepokojący. W oczach Reeda dostrzegam znajomą determinację i przebiegłość, jakiej nie mogłabym dorównać. – Jesteś głodna? – zapytał. Czuję się, jakby mówił, że nie mam innego wyjścia i muszę się złamać; że w końcu dostanie to, czego ode mnie chce. Dręczę go milczeniem, a on czasami uśmiecha się pod nosem. W takich chwilach widmo Caleba staje się bardziej wyraźne. Nie doczekawszy się odpowiedzi, Caleb musnął palcami prawej dłoni dolną część mojej prawej piersi. Tego dnia jednak on pierwszy odwraca wzrok i skupia uwagę z powrotem na swoim laptopie. Wstukuje coś na klawiaturze, a potem myszką przewija informacje, których nie mogę dostrzec. Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc i uciekłam przed dotykiem Caleba, wciskając zamknięte oczy w skórę uniesionej ręki. Powoli sięga po swoją teczkę, która stoi na podłodze obok krzesła, i wyciąga z niej kilka brązowych folderów. Otwiera jeden z nich i zapisuje coś, marszcząc czoło. Jego wargi musnęły moje ucho… Wiem. Wiem, że Caleba tu nie ma. Postradałam zmysły. Właściwie to zauważam, że agent Reed jest całkiem przystojny. Nie tak przystojny jak Caleb. Mimo to wydaje mi się równie interesujący. Jego czarne jak smoła włosy wydają się nieco zbyt długie jak na wykonywany przez niego zawód, ale pozostają nienagannie ułożone. Miał na sobie typowy strój filmowego agenta: białą koszulę, czarny garnitur i ciemny krawat. Nosił to jednak swobodnie, jakby prywatnie ubierał się tak samo. Zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałby nago… Caleb zmienił mnie w kogoś takiego. Sam to przyznał. Jestem wszystkim, czym chciał, żebym była. I co dostałam w zamian? Wiedziałam, że się uśmiechnął, chociaż nie mogłam tego zobaczyć. Wstrząsnął mną dreszcz tak potężny, że moje ciało niemal rzuciło się w stronę Caleba. – Twoja matka powinna przyjechać dzisiaj – informuje agent Reed. Ton jego głosu pozostaje beznamiętny, ale wzrok mówi coś innego. Czeka na moją reakcję. Serce zaczyna mi szybciej bić, ale chwila mija szybko i znowu czuję… odrętwienie. Jest moją matką, a ja jej córką. To nieuniknione. W końcu będę musiała się z nią zobaczyć. I wiem, że wtedy będę musiała to powiedzieć. Będę musiała powiedzieć jej, że nie chcę wracać do domu. Będę musiała kazać jej o mnie zapomnieć. Z wdzięcznością przyjęłam wstrzymanie egzekucji, ale dlaczego aż pięć dni zajęło jej dotarcie tutaj? Może niepotrzebnie się martwiłam, że trudno będzie powiedzieć jej o moim odejściu. Nie wiem właściwie, co czuję. – Wyjaśnij mi, co się z tobą działo przez te prawie cztery miesiące. Jeśli wytłumaczysz, skąd wzięłaś broń i pieniądze, zadbam o to, żebyś dzisiaj wyszła ze szpitala razem z matką – obiecuje Reed tonem przedstawiciela handlowego, który chce mnie namówić na zakup towaru. Nie, dziękuję. Już wiedzą o pieniądzach, nie zajęło im to wiele czasu. Spoglądam na Reeda zmieszanym i niewinnym wzrokiem. Pieniądze? Wpatruje się we mnie przez sekundę, a potem spogląda na foldery i zapisuje coś skrycie. Agent Reed najwyraźniej nie łyknął mojej ściemy. Nie robi to na nim wrażenia. Przynajmniej nie mam do czynienia z kompletnym idiotą. Jego wargi musnęły moje ucho. – Odpowiesz mi z łaski swojej? Czy znowu mam cię do tego zmusić? Tik-tak. Czas ucieka, a ja nie mogę bez końca chować się za zasłoną milczenia. Ciążą na mnie dość poważne zarzuty. Najwyraźniej nie da się po prostu wejść z Meksyku do Stanów Zjednoczonych. Wiem, że powinnam współpracować i opowiedzieć całą historię, żeby zyskać poparcie Reeda, ale nie potrafię się przełamać. Jeśli zacznę mówić, nigdy nie będę mogła zostawić tego wszystkiego za sobą. Do końca życia będę w cieniu tego, co się wydarzyło przez ostatnie cztery miesiące. Co więcej, nie mam pojęcia, co właściwie powiedzieć! Po raz setny dzisiaj tęsknię za Calebem. Coś ścieka mi po szyi i zdaję sobie sprawę, że płaczę. Zastanawiam się, jak długo agent Reed mnie obserwował i czekał, aż się wreszcie złamię albo poddam. Czuję się zagubiona, a ta odrobina troski ze strony mężczyzny jest jak ostatnia deska ratunku. Nietrudno dostrzec w nim Caleba. – Tak – wydukałam. – Jestem głodna. Mija kilka długich i pełnych napięcia sekund, zanim mężczyzna przerwie niekończącą się ciszę. – Możesz mi nie wierzyć, ale chcemy dla ciebie jak najlepiej. Jeśli nie spróbujesz pomóc nam pomóc tobie, wkrótce stracisz panowanie nad tym, co się z tobą dzieje. – Chwila ciszy dla lepszego efektu. – Potrzebuję informacji. Jeśli się boisz, możemy zapewnić ci ochronę, ale musisz okazać dobrą wolę. Każdy kolejny dzień, kiedy nic nie mówisz, oznacza kurczenie się twoich szans. Czuję na sobie jego wzrok i wiem, że próbuje swoimi ciemnymi oczami skłonić mnie do udzielenia odpowiedzi. Przez chwilę chcę wierzyć, że naprawdę pragnie mi pomóc. Mogę sobie pozwolić na zaufanie nieznajomemu? Co takiego chciał ode mnie, czego nie mógł sobie po prostu wziąć? Otwieram usta, a słowa czają się na czubku języka. Skrzywdzi go, jeśli coś powiem. Zaciskam z powrotem wargi. Agent Reed wydaje się sfrustrowany. I chyba słusznie. Bierze kolejny głęboki wdech i patrzy na mnie, jakby mówił „dobra, sama o to prosiłaś”. Sięga ręką do teczki i wyciąga z niej jeden z brązowych folderów, na które wcześniej patrzył. Otwiera go i najpierw wpatruje się w jego zawartość, a potem we mnie. Nachylił się nade mną i przysunął smakowicie pachnący kęs mięsa do moich warg. Przez chwilę wydaje się niepewny, ale potem wraca jego determinacja. Wyciąga ze środka kartkę i podchodzi, trzymając ją luźno w dłoni. W pewnym sensie nie chcę na to patrzeć, ale nie potrafię się powstrzymać. Muszę spojrzeć. Serce zaczyna mi szybciej bić. Każde włókno mojego jestestwa zaczyna drgać, jakby ktoś próbował na nich wygrywać piosenkę. Czuję palące łzy w oczach, a z ust wydobywa się dźwięk wyrażający jednocześnie radość i smutek. To zdjęcie Caleba! To zdjęcie jego pięknej, surowej twarzy. Tak bardzo chcę po nie sięgnąć, wyciągam szyję, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Z niemal nieskrywaną ulgą otworzyłam usta, ale on gwałtownie się odsunął. – Znasz tego mężczyznę? – pyta agent Reed, ale jego ton wyraźnie pokazuje, że już zna odpowiedź. Pogrywa sobie ze mną i dobrze mu idzie. W akompaniamencie zduszonego szlochu jeszcze raz próbuję chwycić fotografię. Agent Reed trzyma ją tuż poza moim zasięgiem. – Ty skurwielu – szepczę ochryple, gapiąc się w kawałek papieru. Jeśli mrugnę, zniknie? Za chwilę wszystko powtórzył. Nie próbuję ponownie chwycić fotografii, lecz nie potrafię odwrócić od niej wzroku. Caleb jest na niej młodszy, ale niewiele. To wciąż mój Caleb. Jego jasne włosy podmuch wiatru odrzucił do tyłu, a błękit oczu wygląda cudownie, gdy patrzy w obiektyw. Jego usta, pełne i doskonałe do całowania, utworzyły pełną irytacji linię na idealnej twarzy. Ma na sobie białą koszulę, a wiatr rozchylił jej poły, ukazując kuszący widok. To mój Caleb. Pragnę mojego Caleba. Spoglądam spode łba na agenta Reeda i wreszcie łamię śluby milczenia, nasycając każdą sylabę gniewem: – Daj. Mi. To. Oczy mężczyzny na ułamek sekundy otwierają się szeroko. Dostrzegam pyszałkowate zadowolenie z siebie, ale zaraz znika. Rundę pierwszą wygrał agent Reed. – Czyli jednak go znasz? – kpi. Patrzę na niego groźnie. Podchodzi bliżej, wyciągając do mnie zdjęcie. I znowu. Wyciągam po nie rękę, ale on je cofa. Za każdym razem przysuwałam się bliżej i bliżej, aż w końcu wcisnęłam się między jego nogi, trzymając ręce po obu stronach jego ciała. Caleb nauczył mnie kilku rzeczy na temat potyczek, których nie mogę wygrać. Chciałby, żebym ruszyła głową i wykorzystała wszystkie swoje atuty, aby dostać to, czego potrzebuję. Zmuszam swoją twarz, by wyrażała spokój i smutek. To drugie przychodzi bez trudu. – Tak… znałam go. Celowo wbijam wzrok w kolana i pozwalam, by z moich oczu popłynęły łzy. – Znałaś? – pyta zaciekawionym głosem agent Reed. Kiwam głową i zaczynam głośno szlochać. – Daj mi zdjęcie – szepczę. – Najpierw powiedz mi to, czego chcę – odpowiada mężczyzna. Wiem, że myśli dokładnie to, co chciałam, żeby myślał. – On… – nie potrafię opanować żalu, nie muszę udawać bólu. – Umarł w moich rękach. Oczami wyobraźni natychmiast widzę Caleba, jego szklany wzrok i ciało pokryte krwią oraz piachem. To właśnie w tamtej chwili go straciłam. Zaledwie kilka godzin wcześniej trzymał mnie w ramionach i myślałam, że wreszcie wszystko będzie dobrze. Wystarczyło pukanie do drzwi… i sprawy przybrały zupełnie inny obrót. Agent Reed ostrożnie robi krok do przodu. – Widzę, że to dla ciebie trudne, ale muszę wiedzieć, jak to się stało, panno Ruiz. – Daj mi zdjęcie – płaczę. Mężczyzna znowu się do mnie zbliża. – Powiedz mi, jak to się stało – szepcze. Nie raz już grał w tę grę. Podnoszę wzrok i patrzę na niego groźnie spod mokrych od łez rzęs. – Próbował mnie ochronić. – Przed czym? Kolejny krok do przodu – tak blisko, tak chętnie. – Przed Rafiqiem. Agent Reed bez słowa odwraca się, żeby wyjąć kolejną fotografię z folderu i mi ją pokazać. – Masz na myśli tego człowieka? Syczę. Dosłownie syczę. Oboje jesteśmy zdziwieni moją reakcją. Nie wiedziałam, że potrafię być taka zdziczała. Podoba mi się to. Czuję, że jestem zdolna do wszystkiego. Nagle rzuciłam się na niego, przytrzymałam jego rękę i otoczyłam ustami palce, żeby skraść jedzenie. O mój Boże, było takie pyszne. Agent Reed stoi blisko i wydaje się zupełnie zaskoczony, gdy nagle łapię go za kołnierz koszuli i przyciskam swoje usta do jego. Upuszcza folder. Mój! Mimo szoku udaje mu się przycisnąć mnie z powrotem do łóżka. Zakłada mi kajdanki i przykuwa do metalowej ramy. Zanim udaje mi się złapać dokumenty, on ma je już w swoich rękach. Caleb szybko zareagował, łapiąc mnie za czubek języka i szczypiąc wściekle, jednocześnie drugą ręką chwytając mnie za kark. Jego twarz wykrzywia gniew i niedowierzanie. – Co ty wyprawiasz? – szepcze i ociera wargi, a potem patrzy na swoje palce, jakby spodziewał się znaleźć na nich odpowiedź. Jedzenie wypadło na podłogę, a ja zaskomlałam z powodu jego utraty. Kiedy próbuję się odezwać, zamiast tego krzyczę z frustracji, a pod powiekami zbierają mi się łzy wściekłości. Jesteś dumna i rozpuszczona, ale ja wybiję ci z głowy te złe maniery. Kiedy do środka wchodzi pielęgniarka, przestraszona i z ręką na piersi, agent Reed uprzejmie każe jej spływać. – Lepiej? – pyta, unosząc brew. Spoglądam na skute ręce. – Ani trochę… Wiwisekcja. Światło-ciemność-bzz-bzz-światło-ciemność. Caleb, tęsknię za tobą. – Pomóż mi go złapać, Olivio. – Waha się na moment, najwyraźniej zastanawiając się nad czymś. – Wiem, że nie jestem przyjemny, ale może potrzebujesz kogoś takiego jak ja po swojej stronie. Caleb. Odejdź, odejdź, odejdź. Serce mnie boli. – Proszę… daj mi zdjęcie. Agent Reed wchodzi w zasięg mojego wzroku, ale ja tylko gapię się na jego krawat. – Jeśli dam ci to zdjęcie, opowiesz mi, co się stało? Odpowiesz na moje pytania? Zagryzam dolną wargę, a gdy znajduje się w moich ustach, oblizuję ją. Teraz albo nigdy, a nigdy nie wchodzi w rachubę. Stało się to, co nieuniknione. – Rozepnij kajdanki. Mężczyzna obrzuca mnie badawczym spojrzeniem. Wiem, że jego umysł pracuje na najwyższych obrotach, próbując znaleźć sposób, by skłonić mnie do mówienia. Zaufanie nie może być jednostronne. W końcu Reed robi krok do przodu i powoli, ostrożnie rozpina kajdanki. – I jak? – pyta. – Powiem ci wszystko, ale tylko tobie. W zamian dasz mi każde jego zdjęcie, jakie masz, i wyciągniesz mnie stąd. – Serce biło mi jak oszalałe, ale zebrałam się wreszcie na odwagę; nigdy się nie poddaję. – Daj mi zdjęcie – mówię, wyciągając rękę. Agent Reed krzywi się na myśl, że nie może ze mną wygrać. Niechętnie zbiera zawartość folderu i podaje mi zdjęcie Caleba. – Najpierw będziesz musiała odpowiedzieć na moje pytania, a potem porozmawiam z przełożonymi o umowie. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby cię ochronić, ale musisz zacząć mówić. Musisz mi wyjaśnić, dlaczego wygląda na to, że miałaś z tą sprawą więcej wspólnego, niż powinnaś jako ledwie osiemnastoletnia dziewczyna. Nikt już dla mnie nie istnieje, gdy wpatruję się w twarz Caleba. Szlocham i muskam palcami znajome rysy twarzy. Kocham cię, Caleb. – Przyniosę kawę – oznajmia agent Reed, a w jego głosie słyszę pewną rezygnację, choć pozostaje zdeterminowany. – A kiedy wrócę, spodziewam się wyjaśnień. Nie zauważam, kiedy wychodzi, ale mam to gdzieś. Wiem, że daje mi czas, bym mogła rozpaczać w samotności. Wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Tym razem usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Pierwszy raz od pięciu dni jestem sama. Podejrzewam, że minie dużo czasu, zanim znowu będę mogła spędzić chwilę z Calebem. Całuję go drżącymi ustami. Dwa Calebowi wydawało się, że o naturze ludzkiej jedno można powiedzieć z całą pewnością: chcemy tego, czego mieć nie możemy. Dla Ewy był to zakazany owoc. Dla Caleba – Livvie. Noc nie należała do spokojnych. Livvie jęczała i drżała przez sen, a serce w piersi Caleba zdawało się stawać przy każdym najmniejszym dźwięku. Podał jej kolejną dawkę morfiny i po jakimś czasie jej ciało zdawało się wyciszać, chociaż pod powiekami oczy wciąż poruszały nerwowo. Domyślał się, że to przez koszmary. Teraz, gdy nie musiał się obawiać, że jego gest zostanie przyjęty ze zdziwieniem albo niechęcią, kusiło go, by ją dotknąć. Przytulał ją wcześniej i obojgu dało to nieco wytchnienia, ale wciąż nie mógł pozbyć się z pamięci wiadomości od Rafiqa. Jak szybko pojawi się w Meksyku? Jak zareaguje na Livvie i jej opłakany stan? Ile jeszcze czasu zostało, zanim Rafiq odbierze mu Livvie? Odbierze. Co za przedziwne, potworne i nieznane mu słowo. Zamknął oczy i spróbował skupić się na rzeczywistości. Ty ją oddajesz. Otworzył oczy. A im szybciej, tym lepiej. Nie mógł dłużej bujać w obłokach. Odkąd pamięta, przeżycie zawdzięczał stąpaniu twardo po ziemi. Był zimny i wyrachowany. Nie mógł tracić czasu na moralne dylematy. Mimo to chciał trochę pomarzyć. Chciał znaleźć w swoich uczuciach powód do spacyfikowania tego cynicznego mężczyzny w jego głowie. A jednak nie potrafił. Prawda była taka, że pragnął Livvie. Niestety równie prawdziwe było to, że nie takie było ich przeznaczenie. Przyciągnął dziewczynę jeszcze bliżej, ostrożnie, żeby nie ścisnąć jej połamanych żeber czy zranionego ramienia, i zanurzył twarz w jej długich włosach, napawając się jej zapachem. Powiedział jej, że nie jest księciem na białym koniu, jednak pominął to, iż najchętniej by nim został. Kiedyś, dawno temu, może i był… normalny. Zanim go porwano, zanim zaczęło się bicie, gwałcenie i zabijanie – mógł być kimś innym, niż jest teraz. Nigdy nie myślał w ten sposób, nigdy nie zastanawiał się, gdzie zawiodłyby go inne drogi. Żył bieżącą chwilą i bez fantazjowania. A jednak teraz marzył. Marzył o byciu takim mężczyzną, który mógłby dać Livvie to, czego zawsze pragnęła. Takim mężczyzną, którego mogłaby… Ale ty nie jesteś taki, prawda? Caleb westchnął, doskonale znając odpowiedź na to pytanie. Nigdy nie dał sobie narzucać wyobrażeń innych ludzi na jego temat, ale kiedy wreszcie czegoś sam zapragnął, poczuł się rozczarowany życiem, które wcześniej nie tylko akceptował, ale które od czasu do czasu dawało mu przyjemność. Chciał, żeby ta tęsknota i poczucie żalu go opuściły. Chciał żyć tylko po to, by wytropić i zdobyć ofiarę – od bardzo dawna tylko to miało dla niego sens. Nawet w mrocznych chwilach, kiedy jego wiara w możliwość odnalezienia Vladka została nieco zachwiana, nigdy nie myślał o czymś więcej niż to, czym był. Jednak wystarczyło trzy i pół tygodnia z Livvie, które dziewczyna w większości spędziła zamknięta w ciemnym pokoju, a wszystko nagle przestało mieć znaczenie. Te nowe pragnienia były głupie, naiwne i niebezpieczne. Człowiek nie może się diametralnie zmienić w tak krótkim czasie. Nadal pozostawał sobą. A jednak czuł się inaczej, nawet jeśli przeczyła temu logika. Gdyby nie wspomnienia, te potworne, pieprzone wspomnienia z czasów, gdy Narweh bił go i gwałcił. Gdyby nie zobaczył Livvie we krwi, poranionej i drżącej w rękach tamtego motocyklisty – nie miałby teraz poczucia, że jego świat trzęsie się w posadach. Boże! Jaką okrutną karę im wymierzył. Tego rodzaju gniewu nie czuł już od bardzo dawna. A jednak niczego nie żałował. Delektował się wyrazem twarzy członków gangu w chwili, gdy wbił w ciało Małego nóż aż po rękojeść, a jego krew trysnęła na niego samego, na ściany, na wszystko dokoła. Zemsta! Taki miał cel. Miło jest wiedzieć, dokąd się zmierza. Był pewien, że znowu poczuje ten przypływ energii. Poczuje to w tej samej sekundzie, gdy zobaczy w oczach Vladka, że ten pojął swój los, a trwać będzie do chwili, gdy wyzionie ducha. Caleba przeszedł dreszcz. Pragnął już teraz poczuć tę satysfakcję. Nic nie mogło się z tym równać. Nawet dziewczyny nie pragnął tak bardzo. Znienawidzi cię. Na zawsze. Zapragnie się zemścić. – Wiem – wyszeptał Caleb w ciemność pokoju. Nie mogąc oprzeć się pustce, jaką obiecywał sen, uciekł w objęcia Morfeusza. * * Chłopiec za nic nie chciał się wykąpać. – Caleb, nie będę ci sto razy powtarzał! Śmierdzisz! Aż łeb wykręca. Minęło już kilka dni, a ty nadal jesteś cały we krwi. Ktoś cię zobaczy i wtedy dopiero będziesz miał kłopoty, chłopcze. – Jestem Kéleb. Jestem psem! Rozszarpałem swojego pana na strzępy. Poznałem smak krwi i spodobało mi się! Nie umyję się i będę nosił na sobie krew jako oznakę honoru. Oczy Rafiqa zwęziły się, rysy wyostrzyły. – Do wody. Natychmiast. Chłopiec wyprostował się i spojrzał spode łba na swojego nowego pana. Rafiq był przystojny, o wiele, wiele przystojniejszy od Narweha, a na przyuczonym do prostytucji dzieciaku robiło to wrażenie. Rafiq był też znacznie silniejszy od Narweha i mógł chłopca bardziej skrzywdzić, ale nie zamierzał poddać się lękowi i nie stchórzy przed mężczyzną, który najwyraźniej chciał zostać jego nowym panem. Stał się już mężczyzną, mężczyzną! Sam zdecyduje, kiedy ma zmyć pieprzoną krew z twarzy. – Nie! Rafiq wstał. Jego spojrzenie było surowe i groźne. Chłopiec głośno przełknął ślinę i mimo najlepszych chęci nie potrafił udawać, że się nie boi. Kiedy Rafiq podszedł bliżej, chłopiec ledwo opanował odruch skulenia się. Poczuł dotyk chropowatej skóry Rafiqa, gdy twarda ręka mężczyzny wylądowała na jego karku i ścisnęła tak mocno, że się skrzywił, ale nie na tyle, by sprowokować go do ataku lub ucieczki. Rafiq pochylił się i warknął mu do ucha: – Albo się umyjesz, albo tak cię spiorę, że nigdy więcej do głowy ci nie przyjdzie, żeby mi się stawiać. Chłopiec poczuł napływające do oczu łzy. Nie z powodu bólu, ale dlatego, że nagle ogarnął go ogromny strach i zapragnął, by Rafiq przestał się na niego gniewać. Nie miał nikogo więcej. Wciąż był bardzo młody i nie poradziłby sobie sam. Przez rasę i wygląd nie może liczyć na przychylność miejscowych. Jeśli nie chciał wrócić do prostytucji, mógł liczyć wyłącznie na pomoc Rafiqa. – Nie chcę – prosił szeptem. Ucisk ręki na karku nieco zelżał, a chłopiec zacisnął powieki, żeby powstrzymać wzbierające pod nimi łzy. Nie zamierzał się rozpłakać. – Dlaczego? – Chcę wiedzieć, że on jest martwy. To wydarzyło się tak szybko. Tak szybko, a on… zasłużył na cierpienie! Chciałem, żeby cierpiał, Rafiq. Za to wszystko, co mi zrobił, za cały ten ból… Chciałem, żeby poczuł to samo. Jeśli zmyję krew… Oczy chłopca patrzyły błagalnie. – Wtedy stanie się tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło? – powiedział cicho Rafiq. – Tak – wydusił chłopiec przez ściśnięte gardło. Rafiq westchnął. – Nikt nie wie lepiej, jak się czujesz, niż ja, Caleb. Nie możesz jednak mi się sprzeciwiać; nie możesz zachowywać się jak rozpuszczony bachor! Nie jesteś już Kélebem. Umyj się. Obiecuję ci, że nawet gdy to zrobisz, Narweh pozostanie trupem. Chłopiec próbował wywinąć się spod ręki Rafiqa. – Nie! Nie! Nie! Nie umyję się! Twarz Rafiqa wykrzywiła się w groźnym grymasie. – Jak sobie życzysz, Kéleb. Zacisnął mocniej dłoń na karku chłopaka, a ten skrzywił się i raz jeszcze spróbował się wyrwać. Wtedy druga ręka Rafiqa wylądowała na jego twarzy z głośnym plaśnięciem. Caleb znał już ból, więc mógł bez problemu wytrzymać, ale uderzenie i tak zdołało go ogłuszyć. Chciał się odsunąć, ale Rafiq nie zamierzał go puścić. – Do wody! – ryknął z taką siłą, że Calebowi zadzwoniło w uszach. – Nie! – wołał chłopiec, a po jego twarzy ciekły łzy. Rafiq zgiął się wpół i przełożył sobie dzieciaka przez ramię. Ignorując uderzenia pięści w plecy, ruszył prosto do łazienki i dosłownie wrzucił Caleba do wanny. Puszczając mimo uszu wściekłe wrzaski i inwektywy rzucane pod jego adresem, odkręcił kran i zimna woda zaczęła wlewać się do środka. Caleb szarpnął całym ciałem, czując dotyk lodowatej wilgoci na skórze. Nie mogąc się oprzeć gwałtownym emocjom, uderzył Rafiqa w twarz i w połowie wydostał się z wanny, tym samym wzbudzając jeszcze większy gniew swojego nowego pana. Poczuł, jak dłoń Rafiqa zwija się w pięść, zagarniając włosy chłopca, a potem ból skóry na głowie i karku, gdy został pociągnięty do tyłu. Chłopca otoczyła woda, gdy Rafiq przycisnął go do dna wanny. Przestraszył się. – Będziesz mnie słuchał, chłopcze! Inaczej utopię cię, tu i teraz. Należysz do mnie. Rozumiesz? Do ust i nosa Caleba wdarła się woda. Nie słyszał dokładnie słów Rafiqa, ale rozpoznał w głosie mężczyzny trzymającego go pod wodą gniew. Przeczucie zbliżającej się śmierci sprawiło, że znieruchomiał ze strachu. Wszystko. Oddałby wszystko, żeby nigdy więcej nie czuć tego rodzaju przerażenia. Powietrza! Znalazłszy się nad powierzchnią wody, Caleb gwałtownie zaczerpnął tchu i zaczął szukać po omacku podparcia. Znalazł ramiona Rafiqa i rzucił się w stronę ciepła i bezpieczeństwa jego ciała. Nie pozwolił się odepchnąć. Nie przejmował się własnym spanikowanym krzykiem, chciał tylko wydostać się z wanny. Pragnął jedynie ciepła i powietrza. Silne ręce złapały go za ramiona i potrząsnęły. – Uspokój się, Caleb. Oddychaj – powiedział Rafiq łagodnym, choć zdecydowanym tonem. – Spokojnie, Caleb. Nie wepchnę cię więcej pod wodę, o ile mnie posłuchasz. Spokój! Caleb z całych sił starał się wykonać polecenie Rafiqa. Trzymał się mocno jego ramion, powtarzając sobie raz po raz, że nie trafi do wody, dopóki nie puści. Uspokoił się i zadrżał, biorąc swój pierwszy normalny oddech. Potem przyszła kolej na następne, aż w końcu cały strach z niego uleciał i pozostał tylko gniew. Powoli puścił ramiona Rafiqa i opadł na dno wanny. Trząsł się z zimna, drżały mu wargi, ale nie zamierzał poprosić o ciepłą wodę. – Nienawidzę cię – rzucił pomimo szczękania zębami. Spojrzenie Rafiqa było spokojne i opanowane. Ze złośliwym uśmieszkiem na ustach wstał i wyszedł z łazienki. W oczach Caleba zebrały się łzy wściekłości, a ponieważ został sam, pozwolił im popłynąć po policzkach. Pewny, że Rafiq nie wróci, odkręcił ciepłą wodę i przysunął się bliżej w nadziei, że szybciej się ogrzeje. Zdjął przemoczone ubrania przez głowę i rzucił je na podłogę z poczuciem satysfakcji z poczynionego w ten sposób bałaganu. Czysty, niepohamowany gniew przelewał się w jego ciele niczym prawdziwa, otaczająca go teraz woda. Przyciągnął kolana do brody i wgryzł się w ciało, drapiąc je zębami. Łzy jednak nie dawały za wygraną i w dalszym ciągu płynęły po jego policzkach. Czuł się słaby i żałosny. Nie potrafił powstrzymać wpływu Rafiqa. Wbił mocniej zęby, tęskniąc za fizycznym bólem, który ulżyłby mu w cierpieniach. Chciał krzyczeć. Chciał zadawać ciosy i niszczyć. Chciał znowu zabijać. Przejechał paznokciami po ramionach, a gdy z przeciętej skóry popłynęły kropelki krwi, poczuł jednocześnie ból i ulgę. Powtórzył wszystko od nowa, czując jeszcze więcej bólu i jeszcze większą ulgę. W wodzie krew Caleba mieszała się z krwią Narweha. Nie wiedział, jakie uczucia powinien wywołać w nim ten widok. Opanowało go odrętwienie. Gapił się, zaczarowany, jak w wodzie rozpuszcza się krew człowieka, który tak długo go torturował. Kim się teraz stał? Nie był już Kélebem, psem Narweha. Tylko to jedno imię znał, tylko tym jednym był. Nie żyje. Naprawdę nie żyje. Jego myśli powędrowały do Teheranu; do tamtej nocy, gdy zamordował swojego właściciela, swojego oprawcę i opiekuna jednocześnie. Kéleb podniósł broń, a na twarzy tamtego na moment pojawił się szok, a potem też strach. Wtedy jednak posłał chłopcu to spojrzenie – to, które przypominało mu, że w oczach Narweha nie zasługuje na miano człowieka – a potem Kéleb nacisnął spust i poczuł odrzut potężnej broni. Przegapił. Przegapił chwilę śmierci Narweha. Na jego twarzy, klatce piersiowej i we włosach wylądowały strzępki ciała, ale nie zwrócił na nie uwagi. Powlókł się w kierunku Narweha. Nie słyszał żadnego charczenia, żadnego chrapliwego oddechu… zobaczył tylko nieruchome zwłoki. Poczuł wtedy… smutek. Narweh nie błagał. Nie klęczał u stóp Kéleba, prosząc o litość i sprzebaczenie. Nie, Caleb nigdy nie usłyszał błagań Narweha, a teraz jego dawny pan nie żył. Jednak pod warstwą smutku kryło się błogie uczucie ulgi. Ale masz teraz nowego właściciela, prawda? Zacisnął powieki na chwilę i wziął głęboki wdech. Potem wypełnił polecenie Rafiqa i zmył z siebie swoje dawne życie. * * Caleb gwałtownie się obudził, czując niepokój. Próbował sięgnąć po sen, który śpiesznie opuszczał jego świadomość. Było tam coś… coś ważnego. Teraz jednak zniknęło. Sfrustrowany przez dłuższą chwilę nie zauważył, że Kotek pilnie mu się przygląda. Wyglądała potwornie. Siniaki i otarcia na jej twarzy rysowały się o wiele wyraźniej niż zeszłej nocy. Spuchnięte i fioletowe powieki odznaczały się na rudobrunatnej skórze. Jej nos, wolny już od bandaży, także wydawał się zaczerwieniony. Mimo tych wszystkich obrażeń nadal widział w niej Kotka, który się nie poddaje. Znowu odezwało się jego serce – poczuł ukłucie w piersi. Nie dał tego po sobie poznać. Chciał się odezwać, ale zabrakło mu słów. Po ich spotkaniu zeszłej nocy i po wiadomości od Rafiqa, co mógłby jej powiedzieć? Jedyne, co dla niej miał, to kolejne złe wieści. Postanowił zakomunikować coś oczywistego: – Wstało już słońce. Kotek zmrużyła oczy i natychmiast się skrzywiła. – Wiem, nie śpię już od jakiegoś czasu – oznajmiła ponuro. Caleb odwrócił wzrok, udając nagłe zainteresowanie otoczeniem. Omal tego nie spieprzył – omal jej nie pieprzył. To nie mogło się wydarzyć. Poczuł, że pilnie muszą opuścić to miejsce, najlepiej od razu, ale nie potrafił powiedzieć tego na głos. Mieli za sobą noc pełną wrażeń. – Czy coś cię boli? Możesz usiąść? – wyszeptał. – Nie wiem. Za bardzo cierpię, żeby choć spróbować – odparła równie cicho Kotek. Patrzyli na siebie o sekundę za długo, a ich spojrzenia za bardzo się do siebie zbliżyły, nim zdążyli szybko, niemal pośpiesznie, odwrócić wzrok. Woleli patrzeć gdziekolwiek, byle nie na siebie. – A może jestem po prostu zbyt przerażona tym, co się może dzisiaj wydarzyć. Albo jutro. Może wolę znowu zasnąć i obudzić się w innym życiu. W jej głosie dało się usłyszeć ból, który, jak dobrze wiedział, nie był tylko fizyczny. Caleb zerknął w stronę dziewczyny i zauważył, że nie płacze. Gapiła się tylko w przestrzeń, zbyt odrętwiała na łzy, jak się domyślał. Dobrze znał to uczucie. A teraz to. Limbo. Stan istnienia, którego nigdy nie doświadczył. Poczuł się unieruchomiony tym, co się wydarzyło, bo chociaż wcześniej jego życie było popieprzone, przynajmniej miał nad nim kontrolę. Teraz znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Wspólna egzystencja przyczyni się tylko do większego bólu i agonii. Caleb podrapał się po twarzy, wbijając palce w szczecinę porastającą policzki, jakby odwróciwszy w ten sposób uwagę, nie musiał już więcej patrzeć na Kotka i mówić jej, że czas stąd uciec, i mimo wydarzeń zeszłej nocy… pozostawała jego więźniem. Nadal był jej panem. – Pieprzyć to – sapnęła, tym razem głośno, jakby przebudziła się z odrętwienia. – Omówmy to jeszcze raz, Caleb. Co się teraz stanie? Caleb. Po prostu na nią popatrzył. Znowu to zrobiła, zwróciła się do niego po imieniu. Wiedział, że powinien ją poprawić, wymusić na niej tytułowanie go panem, żeby odbudować hierarchię i dzielące ich bariery. A jednak nie potrafił. Po prostu nie potrafił. Nie miał już sił, był wykończony. – Teraz chyba zjemy śniadanie. Potem będziemy musieli stąd wyjść. Resztą wolałbym się teraz nie zajmować – oznajmił. Próbował powiedzieć to lekko, ale nie wyszło mu to naturalnie i Kotek się poznała. – A co z wydarzeniami zeszłej nocy? Kotek też próbowała zadać swoje pytanie swobodnym tonem, ale Caleb znał ją zbyt dobrze, by nie wiedzieć, co tak naprawdę ją interesowało. Chciała wiedzieć, czy coś dla niego znaczyła; czy fakt, że prawie się… pieprzyli, wpłynął jakoś na jego decyzję o sprzedaniu jej w niewolę. Tak naprawdę odpowiedź brzmiała… tak i nie. Vladek nadal powinien zapłacić, a Kotek musiała odegrać swoją rolę. Nie mogli się już wycofać. – Powiedziałem ci wszystko, co chciałaś wiedzieć. – Zawahał się i kontynuował łagodniej: – Nic więcej ode mnie nie wyciągniesz. Przestań wypytywać. Wyskoczył z łóżka i ruszył w stronę łazienki. Już w środku zaczął szukać szczoteczki do zębów, unikając patrzenia w lustro. Znalazł dwie, sięgnął po tę mniej zużytą i nałożył na nią trochę pasty. Zarazki to najmniejsze z jego zmartwień. Chociaż brał prysznic zaledwie kilka godzin wcześniej, odkręcił ciepłą wodę i tylko ciepłą wodę, a potem zaczął zdejmować z siebie pożyczone ubrania. Woda parzyła, a ciało odruchowo próbowało odsunąć się od niebezpiecznej temperatury, ale Caleb mu na to nie pozwolił. Zmusił się do zniesienia bólu. Zacisnął zęby i zignorował fakt, że na skórze w niektórych miejscach zapewne pojawią się pęcherze. Oparł ręce o ściankę prysznica i pozwolił, by kilka gorących biczy wodnych oczyściło jego głowę z całego tego mętliku. Poczuł napięcie w mięśniach pleców, które już odczuły karę. Blizny ożyły i zaczęły mrowić. Właśnie na to uczucie czekał. Blizny przypominały mu, kim był, skąd pochodził i dlaczego musiał kontynuować swoją misję. Ukrop parzył mu pośladki i genitalia, a w gardle rosła gula. Nie pozwoli sobie na te emocje. Zdusi je i uwięzi w piersi. Zsunął ręce i złapał krocze, żeby ochronić je przed gorącą karą. Rozległo się pukanie do drzwi i Caleb gwałtownie obrócił głowę w stronę wejścia. W środku pojawiła się dziewczyna; zapowiedziała wizytę pukaniem, ale nie czekała na zaproszenie. Ogarnęła go fala szoku. Nie potrafił ukryć tego przed nią i bez zastanowienia odkręcił kurek z zimną wodą. Ta chwila powinna należeć tylko do niego! Cóż, przynajmniej Kotek nie uciekła. Ale w zasadzie gdzie miałaby uciekać? Spojrzała na niego… całego. Nawet mimo ogromnej ilości pary wodnej widział, jak mocno się zaczerwieniła. Może i była wstydliwą dziewicą, ale nie uciekła wzrokiem przed jego nagością. Ich spojrzenia wreszcie się spotkały. – Chciałam… – Kotek chrząknęła i spróbowała odezwać się raz jeszcze, ale słowa utknęły jej w gardle. Za to już się nie czerwieniła. – Potrzebujesz czegoś? – warknął Caleb. Starał się wcześniej opanować emocje, a kiedy mu przerwała, poczuł się w pewnym sensie obnażony, może nawet bezbronny, i nie podobało mu się to. Z drugiej strony, ona również była naga, ponieważ wciąż nie ubrała się po wydarzeniach z zeszłej nocy, a to też zbiło go z tropu. Otaksował ją wzrokiem, centymetr po centymetrze, a wtedy cały rozsądek wyparował. Jego penis poruszył się, skryty rękoma. Caleb powinien skrzywić się pod wpływem rozciągającej się spieczonej skóry, ale nie bolało go tak, jak się spodziewał, bowiem nagle przyjemność i cierpienie zlały się w jedno. Kotek wyprostowała się, a jej postawa zdradzała pewność siebie. – Tak, faktycznie potrzebuję czegoś. Całe mnóstwo rzeczy. Od czego mam zacząć? Patrzył na nią zszokowany. Naprawdę to powiedziała? Jemu? Wiedział, że powinien się wściec, ale zamiast tego odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech. To przekomarzanie brzmiało znajomo i, co dziwne, wywiało z niego wszystkie skonfliktowane emocje, które dopiero co nie dawały mu spokoju. Znał tę część gry – to była jego gra, bez względu na to, jak mocno dziewczyna się w nią zaangażowała. Przemówił z twarzą odwróconą do ścianki prysznica, próbując nie dać po sobie poznać rozbawienia: – A czy to nie może poczekać, aż skończę się myć? – A ponieważ nie potrafił się powstrzymać, dodał jeszcze: – Chyba że masz ochotę wejść tutaj i odwdzięczyć się za wczoraj? Zaryzykował spojrzenie w jej stronę. Zaczerwieniła się, ale głowę nadal trzymała wysoko. – Właściwie to tak. To znaczy nie, ale… – Westchnęła. – Chciałabym wziąć prysznic, a ponieważ jestem praktycznie kaleka, przydałaby mi się pomoc. Jeśli jednak masz się zachowywać jak dupek… – Kiwnęła głową, jakby chciała dodać: „No dobra, powiedziałam to”. Caleb nie zdołał zdusić śmiechu. Jego humor znacznie się poprawił, więc postanowił pozwolić Kotkowi na dokazywanie. Tak było znacznie bezpieczniej i prościej. Wiedział, że zareagował zupełnie inaczej niż zwykle, w innej sytuacji, z inną dziewczyną. W tej chwili jednak czuł cholernie wielką ulgę przez to, że towarzyszyło mu coś w rodzaju radości, a nie ten mętlik w głowie, z którym się obudził. Zamierzał mocno się tego uczepić. Otworzył drzwi do prysznica i posłał dziewczynie najbardziej sprośny uśmiech, na jaki było go stać. – W takim razie zapraszam. Postaram się nie być dupkiem. Nie odpowiedziała mu uśmiechem, a zamiast tego wolała pozostać przy rozgniewanej minie. W pewnym sensie w ten sposób buntowała się przeciwko niemu, ale akceptował tę postawę, bo kiedyś nienawiść wobec niego może utrzymać ją przy życiu. Potrzebowała go, a on był zdeterminowany zrobić dla niej wszystko, co w jego mocy. Przynajmniej tyle był jej winien. Cofnął się o krok, gdy weszła do środka. Trzymała nisko głowę, a policzki nadal miała zaróżowione, ale też fioletowe, zielone, żółte i sine. Ostrożnie się do niego zbliżyła. Nagle przebłyski jej pobitego, krwawiącego ciała i przeszłości Caleba zlały się w jedną wizję, niczym czyjeś potworne wspomnienie. Ogarnęła go fala silnych emocji i cieszył się, że para i szum wody wszystko ukryły. Caleb zamrugał, walcząc z myślami i głosami przetaczającymi się przez jego umysł. Kiedy dziewczyna wyciągnęła do niego rękę i wsparła się na jego ramieniu, widział tylko ją i myślał tylko o niej. – Rany, ale tu saunę urządziłeś – stwierdziła, a potem spojrzała na niego, krzywiąc się. – Możesz trochę zmniejszyć temperaturę? – Nie wiem. A umiesz poprosić? – W głosie Caleba nadal dało się słyszeć rozbawienie, ale wracał też niepokój. – Ładnie proszę. W jednej sekundzie zmieniła się z powrotem w dziewczynę z zeszłej nocy: uwodzicielską, drapieżną… całą Livvie. Caleb powoli wciągnął powietrze i odwrócił się, żeby przykręcić gorącą wodę. Nie zdawał sobie sprawy ze swojego błędu, dopóki nie usłyszał stłumionego okrzyku i nie poczuł ręki Kotka na plecach. – Nie dotykaj – warknął i znowu stanął twarzą do niej. Jej otwarte szeroko oczy napełniły się panicznym strachem, a dłoń przykryła usta. Caleb zacisnął pięści, a ona odsunęła się od niego. Zabolało go to, że spodziewała się uderzenia pięścią. Zmusił się do rozluźnienia palców, a widok spokoju powoli wracającego na jej twarz bardzo mu to ułatwił. Kiedy wreszcie stanął przed nią, z rękoma po bokach ciała i otwartymi dłońmi, ze spojrzeniem celowo wyrażającym zupełny spokój – wreszcie odjęła rękę od ust, a z jej oczu zniknęło przerażenie. Zaczęła przyglądać mu się uważnie, poszukując sposobu na bezkonfliktowe zbliżenie się do niego. Powoli wyciągnęła dłoń, a jej palce otarły się o niego, bez słowa prosząc o pozwolenie. Cofnął powoli ramię, zaledwie kilka centymetrów, wyrażając tym samym odmowę intymności. Patrzył, jak dziewczyna spuszcza wzrok, ale mimo to posuwa się do przodu i przeciąga palcem wskazującym po nadgarstku Caleba. – No dalej, Caleb – wyszeptała cicho. Nie podniosła głowy, w ten sposób pozwalając mu na reakcję poza polem jej widzenia. Dostał gęsiej skórki. Gdyby nie była w tak opłakanym stanie, może by ją odepchnął. Zamiast tego pozwolił jej się zbliżyć. Dotykały go teraz dwa palce; sunęły powoli po jego nadgarstku w dół dłoni. Pozwalał na to. Wciągnął głęboko powietrze i nie protestował, gdy ich dłonie się splotły. Patrzył ponad jej głową. Poczuł, jak jego ręka się podnosi. Poczuł, jak opuszki palców muskają żebra Livvie. A potem ramię. I w końcu policzek. Tutaj. Tutaj mnie zranili. Ciało Caleba zachwiało się lekko. – Pocałuj mnie – wyszeptała, tym samym dając mu okazję do zapomnienia. Skorzystał z niej. Jego pierś zatrzęsła się od mocy westchnienia, a usta wyszły na spotkanie zwróconej ku niemu twarzy Livvie. Zaczęli jęczeć jednocześnie. Cholera! Tak! Niczego tak nie pragnął, jak unieść Livvie i przyszpilić do ścianki prysznica, a potem pieprzyć tak długo, aż zniknie cała frustracja, gniew, pożądanie i wyrzuty sumienia. Odplątali palce, a Caleb sięgnął do piersi dziewczyny i ścisnął obie. Jego dotyk był szorstki, spragniony, ale ona odpowiedziała z równą intensywnością. Jego kciuki zatoczyły koła wokół sutków. Jej ciało natychmiast zareagowało na jego sprawne ruchy. Twarde koniuszki sutków ocierały się o poduszki jego palców, a usta poddały się gorączkowym pocałunkom. Drżące dłonie dziewczyny zsunęły się w dół. Jej palce oplotły biodra, a paznokcie wbiły się w podrażnioną skórę. Teraz nadszedł czas na głośny jęk Caleba. Ciało, wciąż drażliwe po spłukaniu go ukropem, mimo wszystko z chęcią powitało ból, zwłaszcza w połączeniu z przyjemnością. Chciał więcej. Chciał wszystko. Caleb zrobił krok do przodu. Livvie cofnęła się, nie przerywając namiętnych pocałunków. Rozpoczęli taniec, który ich ciała dobrze już znały. Dziewczyna przygryzła wargi Caleba, zaskakując go, lecz po chwili ich języki znów się spotkały. Caleb wykorzystał to, że Livvie była przyciśnięta plecami do ścianki prysznica, i przysunął się bliżej, całując mocniej. Jego wzwiedziony penis otarł się o jej brzuch; pchnął go w jej śliskie ciało. – Auć! – zawołała. Przerwała pocałunek i złapała się za podbrzusze, zginając się lekko w pasie pod wpływem bólu. Caleb natychmiast się wycofał. – Cholera, nie pomyślałem – jęknął, trzymając ręce po bokach i zaciskając dłonie w pięści. – Nic ci nie jest? – Nie, nic – zapewniła, ale jej głos mówił co innego. – Nic się nie stało, tylko daj mi sekundkę. Calebowi zrobiło się głupio, gdy tak stał nad nią ze sterczącym fiutem. Co on sobie myślał, cholera jasna. Nie powinien tego robić. Wahał się między tym, co powinien, a czego chciał. To musi się skończyć. – Musimy przestać. Livvie wyciągnęła rękę do góry, a Caleb pozwolił jej się oprzeć o jego ramię. Nie spodziewał się, że jej druga dłoń wyląduje na jego penisie. Ścisnęła go, a Caleb głośno jęknął. – Nie – zaprotestowała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Nie chcę przestać. Nie chcę myśleć. Chcę zostać tutaj i udawać, że nic nas nie czeka po wyjściu. Słowa Livvie wydawały się dotykać czegoś głęboko w nim schowanego; czegoś, czego sam nie potrafił dosięgnąć. Oczywiście, liczył się też sam fizyczny dotyk jej dłoni na jego penisie. Syknął przez zaciśnięte szczęki. Palce dziewczyny ciasno oplotły jego prącie, ale nie były dość długie, żeby się stykać. Zacisnęła znowu. Więcej przyjemności. Więcej bólu. – Nie możemy. Skrzywdzę cię – powiedział Caleb. Livvie go puściła, a gdy krew napłynęła do główki penisa, uczucie to sprawiło, że omal znowu nie wcisnął go w rękę dziewczyny. Jęknął, gdy opuszkami palców przesunęła po nabrzmiałej skórze. – Cóż, jak tak patrzę na ciebie, to wierzę. Czy wszyscy jesteście… tacy? To znaczy… czy wszyscy mężczyźni są tak wyposażeni? Caleb dotknął jej ręki i przytrzymał. – Nie mów teraz o innych mężczyznach. Nie kiedy masz mojego fiuta w ręku. Nie był zazdrosny. To nie było w jego stylu; zazwyczaj nie zależało mu na tyle, by pojawiła się zazdrość. Jednak jej pytanie przypomniało mu, jak wiele wiedział o innych i cholernie mu się to nie podobało. – Przepraszam – wyszeptała i zaczerwieniła się. – Chyba nie wypada, prawda? Livvie uśmiechnęła się do Caleba, ostrożnie i pięknie mimo obrażeń. Twarda sztuka. Brązowe oczy dziewczyny wciąż przyciągały jego uwagę, nawet bardziej niż wcześniej. Pozwolił sobie zapatrzeć się w nie i zauważył, że dziewczyna odwdzięczyła się tym samym. Czuł pod palcami i na penisie drżenie jej dłoni. Jęknął i patrzył, jak jej źrenice się rozszerzają, zwiększając głębię spojrzenia; zastanawiał się, czy jego oczy reagują podobnie. Caleb przyglądał się, jak koci język dziewczyny przesuwa się powoli po jej dolnej wardze, a potem znika w środku. Livvie przygryzła usta, a on głośno przełknął ślinę. – Nie – powiedział chrapliwym głosem – zwłaszcza w tej pozycji. – Uśmiechnął się do niej. – Mimo to zapewniam, że mój penis jest wyjątkowy. Livvie rozciągnęła usta w uśmiechu. – Nie mogę uwierzyć… że zmieściłeś go we mnie. Słysząc te słowa, Caleb wypchnął biodra do przodu. Jego penis dobrze pamiętał, jak pieprzył jej tyłek, pamiętał tę ciasnotę i ciepło czekające na niego w środku. Pamiętał jej jęki i wzdychania, gdy wygięła się, wpuszczając go do środka. – Nie mogę. Nie możemy. Jego własne chrypienie zaskoczyło go. Pragnął seksu tak bardzo, że nie potrafił tego ukryć. Livvie podeszła bliżej i przysunęła głowę do jego piersi. Caleb otoczył ją ramionami, jakby instynktownie. – Chcę, żebyś doszedł – szepnęła z ustami przy jego skórze, wstydliwie i uwodzicielsko. Jej dłoń w dalszym ciągu go trzymała i właśnie zaczęła poruszać się w górę i w dół. Caleb wspiął się na palce i jęknął, nie mogąc oprzeć się rozkosznemu ocieraniu się skóry o skórę, ale udało mu się powstrzymać przed wbiciem penisa w miękkość jej piersi, które spotykały się z jego główką. – Nie przerywaj – wydyszał. Oparł się jedną ręką o ścianę za Livvie, prostując ramię tak, by pamiętać, że nie może przygnieść dziewczyny. Drugą ręką przytrzymywał ją delikatnie przy sobie. Zauważył, że jej zranione ramię opierało się o niego, a dłoń spoczęła na biodrach, wciąż drażliwych po gorącym prysznicu. W dalszym ciągu go pieściła. Otworzył usta i cicho wypuścił powietrze, próbując nie jęczeć. Mięśnie brzucha napięły się. Dziewczyna wykonywała niewprawne ruchy, brakowało im harmonii, raz były niebiańsko delikatne, a za chwilę przypominały gwałtowne szarpanie, ale i tak mu się podobało. Dotykała go, bo tego chciała; nie istniał żaden inny powód. Co ty ze mną wyprawiasz, Livvie? W następnej minucie jego umysł się zresetował. Nie mogąc dłużej się opierać, wepchnął głębiej penisa w jej dłoń, wysuwając biodra do przodu tak, by dotknąć niesamowitych piersi dziewczyny. Rujnujesz mi życie… Tak miękkie. Tak piekielnie miękkie. – O… Boże – wymsknęło mu się, ale miał to gdzieś. Tuż przy jego piersi Livvie dyszała z podniecenia i wysiłku. Palce zacisnęły się mocniej na biodrach i przysunęły je jeszcze bliżej, a potem odepchnęły do tyłu. Więcej. O kurwa! Proszę, więcej. – Mocniej, Livvie, ściśnij mocniej – jęknął. Livvie posłuchała, posyłając Caleba w stan nirwany. Czuł się, jakby zaraz miał spalić się od środka. – Nie przerywaj. Właśnie tak. – O matko, Caleb. Jesteś taki twardy – w głosie Livvie słychać było czyste pożądanie. – Chcę, żebyś doszedł. Chcę zobaczyć, jak dochodzisz. Próbowała się odsunąć, ale Caleb przysunął ją jeszcze bliżej. Pokręcił głową. – Nie patrz na mnie, patrz na mojego kutasa. Patrz, jak dochodzę na ciebie. Palce Livvie zacisnęły się mocniej i przyspieszyły. Caleb nie mógł już dłużej wytrzymać. Z głośnym jękiem wspiął się na palce i wytrysnął na jędrne piersi Livvie. Dysząc i próbując nie zemdleć, usłyszał pisk zaskoczonej dziewczyny. – O. Mój. Boże! – szepnęła i zaśmiała się. Spojrzała w dół na swoje ciało, a jej mina była bezcenna. – Jestem cała umazana. Fuj. Caleb, to się klei. Caleb wybuchnął śmiechem i patrzył, jak dziewczyna próbuje zmyć z siebie jego nasienie. Uśmiechnął się szelmowsko. – Bardziej się klei, gdy jest mokre – ostrzegł. Odwrócił się i sięgnął po mydło. Zamarł na chwilę pod wpływem dotyku jej dłoni na plecach. Westchnął głęboko. Ciągle rozpalony po orgazmie nie miał już energii na kłótnie czy walki. Spiął się, gdy podeszła bliżej. Zacisnął powieki, gdy przesuwała palcami po poszarpanych białych liniach znaczących jego tył. Skórę wciąż miał zaczerwienioną po polewaniu jej ukropem i wiedział, że przez to blizny są jeszcze lepiej widoczne. Livvie nie była pierwszą osobą, która je widzi. Nie wstydził się ich i nie krył swojego ciała przed kochankami. Nigdy jednak o tym nie rozmawiał, przenigdy. – Co się stało? Szept był bardzo cichy. Caleb mógłby go nie usłyszeć, gdyby nie spodziewał się tego pytania. – Popierdolone dzieciństwo się stało – powiedział beznamiętnie. Czuł oddech Livvie wędrujący po jego skórze. Całowała jego blizny. Trzy Livvie wsiadła do samochodu i trzasnęła drzwiami. Próbowała to ukrywać, ale Caleb doskonale widział, jak się krzywi i masuje obojczyk. – Szczęśliwa? Dałaś drzwiom nauczkę? – kpił z niej, łagodnie się podśmiewając. Zmrużyła oczy, patrząc na niego. Jej gniew był dobrze widoczny. – Nie mogę uwierzyć w to, co zrobiłeś tym ludziom, Caleb. Jesteś… Zresztą, nieważne. Możemy już ruszać? Gniew Caleba, wcześniej stłumiony pod wpływem niespodziewanego orgazmu, teraz rozgorzał na nowo. – A w co dokładnie nie możesz uwierzyć? – warknął, wpychając klucz do stacyjki skradzionego samochodu. – W to, że uratowałem cię z rąk niedoszłych gwałcicieli, którzy omal cię nie zabili? A może w to, że wiele ryzykując, porwałem lekarza, żeby ci pomógł? Wyjaśnij mi, w co dokładnie nie dowierzasz, ponieważ chciałbym wiedzieć na przyszłość, czego więcej nie powinienem dla ciebie robić. – Zmienił bieg i ruszył. Przez chwilę miał zupełnie w nosie, czy Livvie zdążyła się przypiąć pasami. Zapadła cisza. Caleb wbił się głębiej w fotel, zadowolony. Przecież ich nie zabił. Lekarz i jego żona mogli nadal żyć jak dawniej. Livvie z przerażeniem odkryła, że zostawił ich zeszłej nocy przywiązanych do krzeseł w jadalni. Pomijając fakt, że nie mogąc skorzystać z toalety, zmoczyli się, co było obrzydliwe, nic im nie dolegało. W innej sytuacji nie zostawiłby ich w tak dobrym stanie. Caleb zastanawiał się, jak Livvie wtedy by zareagowała. – Dziękuję – wymamrotała z fotelu pasażera. – Za co? – dopytywał Caleb, wciąż zirytowany. – Za uratowanie życia. Nawet jeśli teraz przez ciebie znowu będzie zagrożone – wyszeptała. Caleb nie potrafił nic na to odpowiedzieć. Przecież dokładnie to zamierzał uczynić. Zawieźć ją do Tuxtepec, oddać w ręce Rafiqa, wyszkolić, sprzedać… utracić ją na zawsze. I zabić Vladka. Nie zapominaj o tym. Ta myśl nie uśpiła rodzących się w nim wyrzutów sumienia. Robiło mu się ciężko na duszy, a w głowie panował bałagan. Mimo to nie mógł sobie pozwolić na okazanie słabości. Cała jego wewnętrzna walka musiała pozostać w ukryciu. – Nie ma za co, Kotku – zadrwił. Kątem oka zobaczył, jak ociera łzę i strzepuje ją na podłogę samochodu. Rujnujesz mi życie! Pod prysznicem szło im znacznie lepiej; wszystko było łatwiejsze, gdy istnieli tylko oni dwoje, a cały świat zewnętrzny wydawał się nieistotny i zbyt odległy, by dotarły do niego myśli Caleba. Teraz jednak, w samochodzie, świat znowu im towarzyszył, a dla odmiany Kotek jakby się oddalała. Po tym, jak dała mu więcej przyjemności, niż kiedykolwiek miał – i to ręką, niczym więcej – cieszył się możliwością namydlenia jej skóry i obserwowania strużek wody obmywającej jędrne szczyty jej sutków oraz zbocza jej opalonego brzucha i bioder, by zniknąć za ciemnym trójkątem między udami. Tam również jej dotknął, przeczesując palcami jej niezbyt bujne owłosienie, by poczuć, jak jej śliskie ciało otwiera się, zapraszając go do środka. Czuł się, jakby rozchylał płatki kwiatu, różowe i pełne życia, błyszczące od rosy i pożądania. Uklęknął przed nią jak przed boginią. Otworzyła się przed nim, głodna, spragniona. Każdy jego zmysł skupiony był na niej. Czuł zapach jej pożądania, widział skórę ciemniejącą od napływającej krwi, pod opuszkami palców czuł drżenie, a do jego uszu docierały ciche jęki. Błagała go, by jej posmakował. Zaczął powoli lizać jej maleńki pączek. Och! Jak bardzo go wtedy pragnęła. Rozsunęła jeszcze szerzej nogi, złapała go za włosy i przyciągnęła bliżej. – Błagaj – wyszeptał w jej skórę. – Błagam, Caleb. Błagam, liż mnie. Posłuchał i dał jej jedno, długie liźnięcie po rozchylonych płatkach. – Proszę, jeszcze. Proszę – zaszlochała. – Powiedz, że chcesz, bym wylizał twoją cipkę. Szarpnęła go mocniej za włosy. – Caleb! – zawołała. – Powiedz to. Chcę usłyszeć, jak mówisz sprośne rzeczy. Zawahała się. Jej biodra zakołysały się w stronę jego ust, ale nie dał jej nic prócz pocałunków samymi ustami. – Proszę, Caleb. Wy-wyliż moją… cipkę. Nic i nigdy bardziej go nie podniecało. Rozsunął jej nogi szeroko, opierając uda o swoje ramiona, a potem przycisnął twarz do jej cipki. Czy ją lizał? Raczej pożerał. Ból najwyraźniej przestał być dla niej problemem, bo kołysała się i wyginała przy jego chciwych ustach. Jej dłonie przytrzymywały jego głowę, przyciskając ją mocniej, domagając się więcej i więcej, choć dawał jej tak wiele. Kiedy wreszcie doszła, jej cipka zassała jego język. Mokre, pulsujące, trzepoczące ciało. Jej soki wypłynęły do jego ust, a on nie tylko wypił ten pyszny nektar, lecz próbował też wycisnąć go więcej z jej ciała jeszcze długo po tym, jak poprosiła go, by przestał. Ale to było wtedy, a teraz to co innego. Caleb westchnął ciężko, sfrustrowany takim obrotem spraw. Bardziej niż zachowanie Kotka martwiła go perspektywa zbliżającej się wizyty Rafiqa. Próbował wcześniej się do niego dodzwonić, kiedy Kotek się ubierała i czesała włosy, ale nie doczekał się odpowiedzi. Caleb mógł tylko zgadywać, czy Rafiq zdążył już wyruszyć w drogę czy po prostu go ignorował. Miał nadzieję, że chodzi o to drugie. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował po niewątpliwie bardzo długiej i męczącej podróży samochodem, była konfrontacja z Rafiqiem. Łączyły ich relacje bardziej niż skomplikowane. Rafiq był kiedyś dla Caleba opiekunem, przyjacielem. A teraz? Rafiq nazywał go swoim bratem, ale był kimś znacznie więcej. Miał w swoich rękach władzę nad Calebem, z czym ten nigdy nie czuł się komfortowo. Caleb jako nastolatek był trudny. Po zabiciu Narweha zostało mu mnóstwo strachu, który zmienił się w gniew. Zdarzały się momenty, kiedy się kłócili, a wtedy dostrzegał w Rafiqu rzeczy, których nigdy nie chciał zobaczyć. Rafiq nie powstrzyma się przed niczym na drodze do osiągnięcia swoich celów. Wszystkich dało się zastąpić; każdy mógł zostać poświęcony dla sprawy. Gdyby stało się to konieczne, Rafiq mógłby zabić też Caleba, więc musiał być przygotowany, by uderzyć pierwszy. Istotą ich współpracy było to, że żaden nie czerpałby przyjemności z pozbycia się tego drugiego. Jadąc przez wąskie uliczki, Caleb rozmyślał o tym, co zrobi, jeśli Rafiq wyjdzie im na spotkanie w Tuxtepec. Zacisnął mocniej palce na kierownicy. Przecież doskonale wiedział, co zrobi i właśnie na tym polegał problem. Przygotuje ją. – Podróż zajmie nam cały dzień i jeszcze część jutra. Poluźnił chwyt na kierownicy i odchylił się w fotelu. Powinien przestać traktować ją tak łagodnie. Dziewczyna musi stać się twardsza; on sam wiedział najlepiej, że brutalna rzeczywistość potrafi szybko otrzeźwić nawet największego optymistę. Pierwszym krokiem było przekazanie Livvie prawdy na temat jej przyszłości, ale teraz musiał zrobić krok dalej. Musiał sprawić, że zrozumie. Dla nich dwojga nie było żadnej przyszłości. – Sugeruję, żebyś wykorzystała ten czas na zastanowienie się nad powagą twojej sytuacji. Wybaczam ci ucieczkę, ale tylko dlatego, że los już cię za nią pokarał. – Caleb nie odwracał wzroku od drogi; nie zamierzał pokazywać po sobie, że wie, jak ją tymi słowami rani. Echo jej bólu wydawało się przetaczać po jego ciele. A przynajmniej w to chciał wierzyć: że to echo. Przypomniał sobie dotyk jej ust na bliznach. Dziewczyna całowała moje blizny, a ja naznaczyłem ją jej własnymi. – Nadal zamierzasz wykonać plan? – zapytała głosem pełnym bólu, ale też gniewu i determinacji. Powtarzał sobie raz po raz: ona już knuje zemstę. Nigdy nie żywiła do ciebie żadnych uczuć. Jeśli będzie wystarczająco często to sobie wmawiał, wreszcie przyjmie to za prawdę. Dlatego powtarzał te słowa jak mantrę. Ona tobą pogrywa. Czeka tylko na moment, kiedy będzie mogła się ciebie pozbyć. – Nigdy nie powiedziałem, że nie zamierzam, Kotku. Niczego ci nie obiecywałem – odparł Caleb ostrym, nieugiętym tonem. Musiał ostatecznie pogrążyć wszelkie jej nadzieje na ich wspólną przyszłość. Tylko w ten sposób popchnie sprawy do przodu i zapewni jej przetrwanie. O twoje przetrwanie też tu chodzi. Caleb spodziewał się w każdej chwili odgłosów płaczu. Tak wyglądał ich taniec: ona z nim walczyła, on ją ranił, ona płakała… on czuł się jak gówno. Zaskoczyło go, gdy odpowiedziała hardo: – Obiecałeś mi, że jeśli będę słuchać twoich poleceń, zawsze lepiej na tym wyjdę. Nadal w to wierzysz, Caleb? Naprawdę myślisz, że w seksualnej niewoli będzie mi lepiej? – Tego już nie cofniesz – oznajmił. – Pierdol się – rzuciła. Oprócz wyrzutów sumienia palił go jeszcze gniew. Obiecał jej coś, owszem, ale nie to, co jej się wydawało. – Zamierzam nauczyć cię, jak to przetrwać. Moim celem od początku było zapewnienie ci tego, czego potrzebujesz. W tym sensie tak, obiecałem ci coś – syknął. – I obietnicy dotrzymam. Ale złożyłem też inne obietnice komuś, kto zasłużył na moją lojalność. – Czy ja też mam zasłużyć na twoją lojalność, Caleb? – zapytała szyderczo. – Dlaczego? A co z moją lojalnością? Co ty zrobiłeś, żeby na nią zasłużyć? Caleb zacisnął szczęki. – Jesteś gorszy do tamtych bandziorów – prychnęła, a jej ciało napięło się, gotowe do ataku. – Oni przynajmniej wiedzieli, że są potworami. A ty jesteś żałosny! Jesteś potworem, który wyobraża sobie, że jest kimś innym. Caleb poczuł, jak wzdłuż jego kręgosłupa wędruje fala gorąca i rozlewa się aż po palce. Zacisnął je na kierownicy, aż mu knykcie zbielały. Odruchowo chciał dziewczynę uderzyć; uwolnić rękę i wymierzyć Kotkowi policzek. Tylko co by tym udowodnił? Jedynie to, że miała rację, co oczywiście było prawdą. Tylko prawdziwy potwór mógłby zrobić to, co on zrobił. Tylko potwór mógłby mieć takie instynkty, tylko potwór mógłby pozostać obojętny na swoją naturę albo próbować ją racjonalizować. – Wiem, kim jestem – powiedział spokojnie. – Zawsze wiedziałem. Szybko otaksował ją spojrzeniem. Opadła z powrotem na fotel, ale jej spojrzenie nadal pełne było jadu. – To właśnie ty myślisz inaczej – stwierdził Caleb. Widział, że Kotek się wzdryga. Jego słowa najwyraźniej ją uraziły, ale powiedział prawdę. Prawda bolała ich oboje. Dziewczyna widziała w nim kogoś innego, kogo uznała za lepszego. Przez chwilę on też podzielał jej życzenia. Dopiero gdy stracił to przekonanie, zdał sobie sprawę, jak wiele dla niego znaczyło. Nikt nigdy nie uważał go za człowieka zdolnego do czegoś więcej, a on właśnie skrzywdził jedyną osobę, która tak myślała. Nie miało to większego znaczenia. Chciał powrócić do czasów, kiedy jeszcze się nie znali, kiedy jego życie było czarno-białe, a szarość nieistotna. Tęsknił za tą prostą egzystencją, wolną od moralnych dylematów, wyrzutów sumienia, wstydu, wszechogarniającego pożądania, a także najgorszego z grzechów – marzeń. Pragnął znowu móc położyć się do łóżka, wiedząc dokładnie, czego się spodziewać po przebudzeniu. Chciał, żeby Kotek zniknęła z jego życia i jego myśli. W zamkniętej przestrzeni samochodu panowała cisza, wymowna cisza. Caleb cieszył się, że może patrzyć przez okno na znikające pod kołami samochodu kilometry, oddalające ich coraz bardziej i bardziej od wydarzeń pod prysznicem, od ich wyznań i wszelkich złudzeń co do czekającej ich przyszłości. Po jakimś czasie wreszcie wjechali na wybrukowane, miejskie drogi. Otoczyła ich cywilizacja. Uwadze Caleba nie umknął moment, w którym Kotek się wyprostowała, a jej wzrok zaczął rejestrować wszelkie szczegóły okolicy. Podniosła zdrową rękę i przycisnęła dłoń do szyby. Caleb przełknął głośno ślinę i zignorował zachowanie dziewczyny, patrząc przed siebie. Słońce świeciło jasno, wypalając resztki porannego chłodu. Caleb wyciągnął rękę i włączył klimatyzację. Opuściłby szybę, gdyby wokół nie znajdowało się tylu ludzi zdolnych usłyszeć wołania o pomoc. Samochodu też będzie musiał się pozbyć, na wypadek gdyby lekarz nie dotrzymał słowa i Federalni już ich poszukiwali. Miał przy sobie kilkaset dolarów amerykańskich, a dzięki doktorkowi także kilka setek meksykańskich peso. Nie wystarczyłoby do przekupienia policjanta, ale z pewnością mieli dość, by zadowolić przeciętnego cwaniaczka sprawiającego kłopoty. Bez względu na to i tak musieli jak najszybciej dotrzeć do Tuxtepec. Caleb wjechał na rondo i wybrał zjazd prowadzący do Chihuahua. Będzie musiał się zatrzymać bliżej miasta i zdobyć wszystko, czego potrzebował. – Nie przekonam cię do zmiany zdania, prawda? – Wypowiedziane cicho słowa sprawiły, że Caleb wrócił myślami do samochodu. Nie chciał więcej tego robić. Nie chciał więcej rozmawiać. – Nie ma już odwrotu, prawda? Naprawdę zamierzasz na to pozwolić… czyż nie? – Spróbuj się zdrzemnąć, Kotku – powiedział drewnianym, beznamiętnym głosem. – Mamy przed sobą długą drogę. Nie dawała za wygraną, chociaż mówiła swobodnym tonem, jakby tylko myślała na głos, nie spodziewając się odpowiedzi: – Przyznaję… z początku myślałam… – Wzruszyła ramionami. – Naprawdę myślałam, że jesteś moim rycerzem w lśniącej zbroi. Głupie, wiem. Jej ironiczny smutek, gdy powtarzała słowa Caleba, miał wzbudzić w nim wyrzuty sumienia. On jednak starał się ją ignorować. Nie chciał dawać dziewczynie satysfakcji i dać się wciągnąć w kolejną sprzeczkę. – Zszokował mnie twój widok, gdy po mnie wróciłeś. Zszokowało mnie to, że… widziałam w tobie potwora. Przerażałeś mnie. Ale teraz? Teraz nie wiem już, co czuję – wyszeptała. Caleb mocniej zacisnął jedną dłoń na kierownicy, a drugą włączył radio, zalewając wnętrze głośną muzyką. Kotek odwróciła się w jego stronę, a jej rozmarzone spojrzenie sprzed chwili zastąpiły zmrużone oczy i zaciśnięte usta. Wyciągnęła rękę i wyłączyła radio. – A więc tak wygląda twoja odpowiedź? Caleb wziął głęboki wdech i spróbował pohamować gniew. – Myślisz, że jesteś taka cwana, co? – Wybuchnął pozbawionym wszelkiej radości, protekcjonalnym śmiechem. – Naprawdę wierzyłaś, że choć przez sekundę nie zdaję sobie sprawy z tego, co właśnie próbujesz zrobić? Chcesz, żebym poczuł wyrzuty sumienia i uwierzył, że coś do mnie czujesz. Dziewczyna skrzywiła się, zaciskając szczęki. – Wiesz, że znalazłaś się w pułapce, i szukasz wyjścia. Próbujesz uwieść mnie swoją miłosną gierką i wyznaniami, ale to nie zadziała. – Prychnął, kiedy zobaczył, jak Kotek udaje zaskoczoną i skrzywdzoną. – Daj sobie spokój z udawaniem. Nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Twoją grę można śmiesznie łatwo przejrzeć. Spodziewał się po niej gniewu, szykował się na atak, ale nie docenił jej. Zamiast inwektyw Kotek zaserwowała mu zimną, wyrachowaną logikę. – Masz rację, Caleb. Próbuję cię uwieść. Próbuję znaleźć wyjście z tej pojebanej sytuacji, którą zawdzięczam tobie. Co innego mogłabym zrobić? Co ty byś zrobił na moim miejscu? W jej oczach nie było łez, nie było też wściekłości. Zobaczył w nich tylko prawdę, a prawda zawsze ma większą moc. I przynosi większy ból. Caleb wiedział dokładnie, co zrobiłby na jej miejscu, ponieważ on przeżył to samo. Bywały chwile, kiedy próbował nakłonić klientów, by mu pomogli, uwolnili go i zabrali z rąk Narweha. Słyszał, jak mężczyźni kupujący jego ciało przysięgali, że go kochają. Pozwolił sobie uwierzyć w tkliwe słówka, które szeptali mu do ucha. Kiedy jednak wzięli już od niego wszystko, co mogli, zdradzali go przed Narwehem. Pamiętał dokładnie, jak serce mu się złamało, gdy Narweh powtórzył mu jego własne słowa, drwiąc z niego podczas bicia. – Przykro mi, że jestem w tym taka kiepska. Przykro mi, że dla ciebie to jest śmieszne, ale niestety nie potrafię lepiej. Znam tylko ciebie. Może to bez znaczenia, ale wcale nie próbuję cię oszukać. Nigdy cię nie okłamałam. Kiedy poprosiłam, żebyś się ze mną kochał, nie miało to żadnego drugiego dna. I boli mnie cholernie, że uważasz inaczej, bo… – w końcu głos się jej załamał, gdy łzy zniszczyły fasadę spokoju. Caleb poczuł panikę. Nie miał pojęcia, co zrobić. Jej słowa, jej obecność, jej ból, to wszystko wpływało na niego. Nienawidził tego. Wspomnienia, których tak długo próbował się pozbyć, teraz znowu wypłynęły na powierzchnię. Wiązały się z Livvie, wiązały się z jego cierpieniem i razem mogły pociągnąć go na dno. Kotek wzięła drżący oddech i dzięki temu zapanowała nad sobą. Otarła oczy, odetchnęła jeszcze raz, a potem wycofała się w swoją część samochodu, znowu spoglądając na mijający ją świat. Od czasu do czasu jej broda drżała i wtedy dziewczyna znowu robiła głęboki wdech, żeby powstrzymać łzy. Miała więcej godności, niż nawet jej się zdawało, a Caleb doszedł do wniosku, że nigdy więcej nie zasugeruje niczego innego. Żałował, że w ogóle powiedział to, co powiedział. Serce biło mu szybko, powodując pulsowanie w skroniach, od którego rozbolała go głowa. Brzuch też nie pozostał nienaruszony; czuł w trzewiach swego rodzaju bolesne mrowienie. Miał ochotę pocieszyć Kotka, powiedzieć jej prawdę: jej próby w żadnym wypadku nie były żałosne. Wiedział jednak, że w ten sposób poważnie zagrozi swojej pozycji. Samo przyznanie się, że pragnie poprawić jej humor, było niepokojące. Mimo to myśl, że mógłby ją zranić bardziej niż do tej pory, była dla niego nie do przyjęcia. – Kotku… Pochyliła się i włączyła radio, a denerwujący głos spikera zagłuszył Caleba. Dziewczyna unikała jego wzroku i wróciła do gapienia się przez okno. Caleb westchnął z ulgą. Nie miał pojęcia, co właściwie zamierzał powiedzieć. Najważniejsze było to, że przynajmniej na razie ma z głowy dalsze rozmowy. Żałował, że nie może powiedzieć tego samego o następnych dwudziestu czterech godzinach, które mieli spędzić razem na drodze. * * To był wyczerpujący dzień. Chociaż mieli jechać dziewięć godzin, ostatecznie podróż zajęła im dwanaście, ponieważ przez Kotka Caleb musiał często się zatrzymywać. Z powodu poobijanych żeber i obojczyka musiała raz na jakiś czas rozprostowywać kości, więc parkowali przy bocznych uliczkach. Kiedy wreszcie dotarli do miasta Zacatecas, Caleb westchnął z ulgą i uznał, że mogą zatrzymać się na noc i zażyć bardzo potrzebnego snu. Kotek mało się odzywała w trakcie jazdy, co bardzo ułatwiło Calebowi sprawę. Zamienił luksusowego sedana lekarza na solidnego, ale wgniecionego trucka oraz trochę zakupów. Taka transakcja była dla farmera bardzo korzystna, więc nie zadawał zbyt wielu pytań, a nawet wyraźnie zignorował dziewczynę i jej siniaki. Przespała większość drogi. Leki najwyraźniej łagodziły ból, ale powodowały też senność. Caleb cały czas trzymał przy jej fotelu butelkę wody i sprawdzał, czy regularnie ją popija. Zacatecas było pełnych rozmiarów miastem, liczącym setki tysięcy mieszkańców, w tym wielu turystów. Caleb bardzo ostrożnie wybierał motel, w którym mieli spędzić noc. Kotek obiecała więcej od niego nie uciekać, ale gdy mijali amerykańskich turystów z rodzicami, jej wzrok mówił coś zupełnie innego. Jeśli da jej choć cień szansy, zostawi go, nie oglądając się za siebie. Zresztą wcale się jej nie dziwił. – Muszę wziąć prysznic – powiedział w pogrążonym w ciszy pokoju. – Możesz siedzieć razem ze mną w łazience albo cię przywiążę. Wybieraj. Kotek popatrzyła na niego ostro. – Nie ufasz mi? – zadrwiła. – Kiedy patrzysz na mnie w ten sposób, nie, nie ufam ci. Usiadła sztywno na brzegu łóżka, a gniew emanował z niej jak toksyczna mgła, która miała go udusić. – Powiedziałam przecież, że nie ucieknę. Idź wziąć ten pieprzony prysznic i zostaw mnie w spokoju. Caleb zamknął oczy i wziął głęboki wdech, żeby się uspokoić. Znowu to samo. Cóż, równie dobrze może na nowo wprowadzić stare zasady właśnie teraz. Kiedy otworzył oczy, wzdłuż kręgosłupa przebiegł ciepły dreszcz i Caleb wreszcie poczuł się sobą. Jego wzrok padł na dziewczynę, a gdy się wzdrygnęła, uśmiechnął się. – Wstawaj – powiedział spokojnie, ale stanowczo. Kotek patrzyła na niego przez moment i przełknęła głośno ślinę. Wyraźnie dało się zobaczyć, że jej gniew szybko przerodził się w strach. – Caleb? Jej głos był cichy, potulny. – Wstawaj. Teraz. Powoli spuściła wzrok na podłogę i podniosła się na drżących nogach. Właściwie to cała się trzęsła. Caleb wreszcie nie czuł żadnego żalu ani współczucia. Dziewczyna należała do niego i mógł robić z nią, co mu się żywnie podoba. Ta myśl działała na niego jak afrodyzjak. – Rozbierz się – rozkazał jej, a Kotek wzdrygnęła się mimo łagodnego tonu. Z jej ust wydostał się jęk, ale wykonała jego polecenie bez wahania. Powoli sięgnęła do paska rozkloszowanej spódnicy, którą wybrał dla niej Caleb, i zsunęła ją z bioder na podłogę. Zignorowała majtki i zamiast tego wsunęła drżące palce pod bluzkę, zaskomlała jeszcze kilka razy, ale Caleb nie zwracał na to uwagi. Boleśnie podniecony adrenaliną krążącą w jego żyłach patrzył, jak niechętnie rozpina guzik po guziku, aż do samego końca. Materiał rozsunął się na boki, ukazując kuszący kawałek skóry między nagimi piersiami. Dziewczyna posłała mu błagalne spojrzenie. – Zdejmuj. – Caleb… – Nie! – warknął groźnie. – Nie tak miałaś się do mnie zwracać. Zrób tak jeszcze raz, a nie daruję ci tego. Kotek zaczęła płakać, ale stała spokojnie. – Tak… Proszę… nie… – Dałem ci wybór. Jeśli nie potrafisz go dokonać, od tej pory ja podejmuję wszystkie decyzje. Zrozumiano? Pociągnęła nosem. – Tak… panie. Wydawało się, że powiedziała to z bólem, ale Caleb w tej chwili miał w nosie jej ból. Ostatni raz się mu sprzeciwiła. Patrzył beznamiętnie, jak zsunęła bluzkę z ramion, a potem majtki z bioder. Stanęła naga i trzęsąc się, ale wreszcie potulna. – Uklęknij! – warknął, żeby z lubością patrzeć, jak poddaje się jego woli. Uśmiechnął się, gdy jej kolana opadły na cienki dywan, a ręce poszybowały do piersi, żeby ukryć je przed nim. Serce mu waliło i omal nie jęknął, dotykając dłonią wzwiedzionego członka, uwięzionego pod materiałem spodni. Ruszył powoli w jej kierunku, patrząc z sadystyczną przyjemnością, jak zamyka oczy i porusza ustami, choć nie wydaje przy tym żadnego dźwięku. Zsunął gumkę, którą związała włosy, i wypuścił długie, ciemne pukle na nagie ciało; nic nie zdołały przykryć. – Pamiętasz, co się stało tamtej nocy, kiedy postanowiłaś wykrzyczeć moje imię? – zapytał swobodnym tonem. Dziewczyna załkała, kiwając głową. Uniósł kosmyk jej włosów i oplótł nim swoją dłoń, z każdym następnym skrętem coraz bliżej przysuwając rękę do głowy i ciągnąc delikatnie, ale ze złowieszczą sugestią. – Gdybym chciał, żebyś kiwała, sam bym ruszył twoją głową. Odpowiedz na głos… proszę. Klatka piersiowa Kotka podniosła się gwałtownie pod wpływem płaczu, ale udało jej się wypełnić polecenie. – Tak, panie. Caleb odpiął guzik swoich spodni, czyli dżinsów zabranych od lekarza. – Och. Nie. Proszę, nie, panie. Proszę, nie. – Nie odzywaj się niepytana! Kotek zacisnęła mocno wargi, milknąc. – Oddychaj przez usta; nie chciałbym, żebyś zemdlała bez mojego pozwolenia. Wciągnęła gwałtownie powietrze, ale nie powiedziała ani słowa. – Jak cię wtedy ukarałem? Wymówienie na głos odpowiedzi wydawało się dla niej równie bolesne, co fizyczne uderzenie. Dziewczyna odsunęła się od jego ręki, spanikowana, ale nie miała gdzie uciekać. Caleb pociągnął ją za włosy tak mocno, że wróciła do poprzedniej pozycji, ale nie zranił jej. – Odpowiadaj. – P… Pie.... Nie mogę! – załkała. – Odpowiedz na pytanie! – Pieprzyłeś mnie! Caleb powoli rozsunął zamek spodni, specjalnie przeciągając ten moment, dla ich obojga. – Tak, pieprzyłem cię. Prosto w twoją zgrabną dupkę. Słysząc te słowa, wydała zduszony okrzyk, a jej twarz nieładnie napuchła od płaczu. – Podobało ci się? Pokręciła głową. – Nie, panie. Nie. Caleb syknął i przysunął głowę dziewczyny do swojego wzwiedzionego członka, wciąż schowanego pod bielizną, ale i tak z pewnością musiała wyczuć jego gorąco. – Kłamczucha. Miałaś większy orgazm, niż powinnaś w trakcie kary. Wiem, ponieważ to czułem. Twoja rozgrzana dupka zaciskała się wokół mojego fiuta, błagając, żebym doszedł w tobie. Czyż nie? Dziewczyna pokręciła głową, ale wyszeptała: – Tak, panie. Caleb oczami wyobraźni zobaczył serię erotycznych przebłysków. Pamiętał, jak dobrze się czuł głęboko w środku dziewczyny, gdy napierała tak na niego. Jakże łatwo byłoby znowu ją posiąść, mieć ją w każdy sposób, jaki tylko by sobie wymarzył, doprowadzając ją na wyżyny rozkoszy, aż w końcu przestanie odróżniać ból od przyjemności. Jednak teraz miał dla niej inne przesłanie. – Jak się nazywasz? – Kotek – zawołała bez wahania. – Do kogo należysz? – Do ciebie – załkała. – Tak. Do mnie. A teraz powiedz mi, co mógłbym z tobą zrobić? – mówił naglącym tonem. – Nie wiem! – A właśnie, że wiesz! Powiedz mi. – Cal… – Ani mi się waż! Nie jestem twoim kochankiem. Nie jestem twoim przyjacielem! Kim jestem? – Panem! Jesteś moim… Ja już nie chcę. Proszę, przestań. – Odpowiedz na moje pytanie. Co mógłbym z tobą zrobić! – Wszystko! Absolutnie wszystko! – załkała żałośnie. – Tak, mógłbym z tobą zrobić wszystko. Mógłbym rzucić cię twarzą do ziemi i pieprzyć, aż nie będziesz mogła tego znieść, ale nic nie zdołasz na to poradzić. Jesteś pobitym i posiniaczonym wrakiem człowieka. Mógłbym cię zabić. Ci bandyci mogli cię zabić, ale ty nadal prowokujesz! – Nie! Nie, panie. – Jesteś dumna? – Nie, panie. – Nie? – Tak! Tak, panie. Jestem dumna. Przepraszam! – Czy twoja duma jest warta sytuacji, w jakiej się przez nią znalazłaś? Caleb puścił ją i patrzył, jak kładzie ręce na podłodze i płacze z opuszczoną głową. – Nie, panie. Zrobił to, co sobie zaplanował. – Właśnie tak, Kotku. Twoja duma nie jest tego warta. Nie jest warta bólu. Nie jest warta torturowania przeze mnie ani przez nikogo innego. A już z pewnością ni cholery nie jest warta twojego życia. Nie bądź głupia! Walcz tylko wtedy, gdy masz szansę wygrać, i poddaj się, gdy jesteś na z góry przegranej pozycji. Właśnie tak możesz przetrwać. Właśnie tak możesz uniknąć zostania przywiązaną do materaca przesiąkniętego twoją własną krwią. – Przepraszam! Proszę… po prostu przestań. Nie bądź już taki. Nie mogę tego znieść! Nie mogę znieść tego, jak w jednej chwili zmieniasz się nie do poznania! – zawołała. Caleb zapiął spodnie i klęknął na jedno kolano, a potem wziął Kotka w ramiona. Nie opierała się. Objęła go i wtuliwszy głowę w jego szyję, zaczęła płakać, jakby wcześniej rozpaczliwie na to właśnie czekała. – Wolę cię takiego – wyszeptała, przyciskając usta do jego skóry, raz po raz, jakby chciała go tym uspokoić, chociaż to raczej ona potrzebowała ukojenia. – Twoje upodobania są bez znaczenia, Kotku – wyjaśnił łagodnie. Znieruchomiała, choć bez napięcia. – Tego właśnie musisz się nauczyć. Nie mówiąc nic więcej, Caleb wziął ją w ramiona i zaniósł do łazienki. Oboje potrzebowali zmyć z siebie ten długi dzień. Jutro rano będą mieli świeży start. Cztery Dzień 6: Rozglądam się po pokoju i czuję się rozczarowana brakiem ciemności i sterylności. Wcześniej zawsze tak sobie wyobrażałam salę przesłuchań: lustro weneckie, porysowany metalowy stół, mocna żarówka świecąca mi prosto w twarz, przez którą strasznie się pocę. Zamiast tego pomieszczenie przypomina bardziej klasę przedszkolną z rysunkami dzieci i hasłami motywacyjnymi przyklejonymi na kolorowym bristolu do ścian. Siedzę na plastikowym krześle, gapiąc się na agenta Reeda po drugiej stronie okrągłego stołu ze sklejki. – Dobra – stwierdza Reed i wzdycha. – Najpierw ustalmy właściwą chronologię. Po porwaniu spędzasz około trzech tygodni zamknięta w ciemnym pokoju, w nieznanym ci mieście. Uciekasz od mężczyzny zwanego Calebem i niemal natychmiast trafiasz w ręce niejakiego Małego i jego motocyklowego gangu, a oni żądają za ciebie okupu. Kontaktujesz się ze swoją koleżanką, Nicole Freedman, i prosisz o zdobycie pieniędzy w kwocie stu tysięcy dolarów oraz spotkanie z Małym w Chihuahua w Meksyku, żeby wykupić cię z rąk porywaczy. Nie docierasz jednak na miejsce, ponieważ zostajesz uratowana przez rzeczonego Caleba. Nad ranem dowiadujesz się, że porwał i uwięził dwoje ludzi w ich własnym domu. Zostawia ich żywych, ale kradnie im samochód i razem jedziecie do Zacatecas. Tam spędzasz około trzech miesięcy. Na dłuższą chwilę zapada cisza, jakby agent spodziewał się, że powiem coś nowego, zaskakującego. Niestety rozczaruje się. Musi zacząć spodziewać się rozczarowań. – Czy wszystko się zgadza? – pyta. – Za każdym razem, kiedy wymawiasz jego imię, wyglądasz, jakbyś chciał splunąć – stwierdzam beznamiętnym tonem. – Moje odczucia są nieistotne – stwierdza Reed. – Dla mnie są istotne. Reed kręci głową i najwyraźniej nie może się powstrzymać przed wtrąceniem swoich trzech groszy. – To porywacz, panno Ruiz, a do tego morderca i gwałciciel. On cię nie uratował. On cię ponownie złapał. Istnieje ogromna różnica między jednym a drugim. Zastanawiałaś się, czy nie cierpisz przypadkiem na syndrom sztokholmski? Jeśli nie, to nie wiem, co skłania cię ku temu, by go bronić. Oczy zachodzą mi mgłą. – Faktycznie wiele można o nim powiedzieć – mówię chrapliwym głosem, a moje usta drżą pod wpływem siły mojego smutku. – Ale z pewnością nie wszystko znalazło się w twoim pieprzonym raporcie. – Mrugam, a potem rzucam w stronę agenta Reeda groźne spojrzenie. – To motocykliści próbowali mnie zgwałcić. To ci bandyci prawie pobili mnie na śmierć! Gdyby Caleb ich nie powstrzymał, pewnie już bym nie żyła. – Czy to nie on ich zabił? – dopytuje Reed. Biorę głęboki wdech i odchylam się na krześle, ocierając łzy z twarzy. – A skąd mam wiedzieć? – Wzruszam ramionami. – Przecież byłam nieprzytomna. – Nie próbuję bronić tych mężczyzn po tym, co ci zrobili. Zwłaszcza jeśli faktycznie stało się to tak, jak opowiadałaś. – Sugerujesz, że mogło być inaczej? Reed wzdycha zniecierpliwiony. – Tego nie powiedziałem. Interesuje mnie tylko i wyłącznie prawda. – Na dłuższą chwilę zapada cisza, oboje w tym czasie próbujemy na nowo odzyskać panowanie nad sobą. – Wspomniałaś o aukcji. Na kiedy jest zaplanowana? – Caleb powiedział, że odbędzie się mniej więcej za tydzień. – A gdzie? – Nie wiem. Gdzieś w Pakistanie. Reed szybko atakuje mnie kolejnymi pytaniami. Nie mam innego wyjścia, jak odpowiadać na nie równie szybko. Nie chcę, by moje milczenie uznał za odpowiedź. A tym bardziej nie chcę, by chwilę zawahania uznał za moment knucia kłamstwa. Choć knuję. – Czyli zdaniem Caleba i Muhammada Rafiqa, niejaki Demitri Balk, znany też jako Vladek Rostrovich, powinien pojawić się na aukcji? – Na to wygląda – odpowiadam powoli. – Czy Rafiq też tam będzie? – Niby skąd mam wiedzieć? – Czy Caleb tam będzie? – Caleb nie żyje! – Walę pięścią w stół. – Ile razy mam to powtarzać? Reed odchyla się na krześle, nieprzekonany. – Jak zginął? – Już mówiłam! – Powiedz jeszcze raz. – Pierdol się! – Czyją krew miałaś na ubraniach, gdy cię aresztowano? – Jego. – Jak się tam dostała? Pochyla się w moją stronę. – Mówiłam! Umarł w moich ramionach, do cholery. – Bardzo to romantyczne. Kto go zabił? Skaczę na równe nogi i odrzucam krzesło do tyłu, trafiając w inny stolik, z którego spadają przybory do rysowania. – Przestań mnie o to pytać! Już ci wszystko opowiedziałam. Reed wstaje szybko i przechodzi na drugą stronę naszego stolika. Nim zdążę w ogóle zareagować, a co dopiero mówić o ucieczce, on już przyciska mnie twarzą do blatu i łapie ręce z tyłu. Czuję zimno kajdanek, gdy zapina je na moich nadgarstkach. Zdaję sobie sprawę, że nie powinnam była prosić o zostanie z nim sam na sam. Nikt nas nie ogląda, więc w razie czego to tylko słowo przeciwko słowu. Walczę, ale on przytrzymuje mnie bez wysiłku. Wyraźnie widać, że to dla niego nie pierwszyzna. Caleb byłby pod wrażeniem. Ja nie bardzo. – Odpieprz się, palancie! Odpowiada mi głosem spokojnym, ale władczym: – Puszczę cię, gdy się uspokoisz. Nie lubię, gdy ktoś mi grozi, panno Ruiz. – Ja wcale… – zaczęłam, ale mi przerwał. – Nie możesz rzucać meblami. Uznaję to za groźbę. Jestem wściekła! Jednak agent przemawia do mnie z takim spokojem i opanowaniem. Rozumiem, że jeśli nie przestanę się buntować, on może mnie tak trzymać całą wieczność. Kusi mnie, żeby to sprawdzić, ale mimo to rozluźniam napięte mięśnie. Tej walki nie jestem w stanie wygrać. Reed puszcza mnie stopniowo – im jestem spokojniejsza, tym większy daje mi luz i po chwili jestem już całkiem wolna. Staję obok niego i widzę, że znacznie mnie przewyższa; nie sięgam mu nawet do ramienia, więc muszę odchylić mocno głowę, żeby rzucić mu groźne spojrzenie. – Jeśli na mnie spluniesz, nie spodoba ci się moja reakcja – powiedział bardzo poważnie, ale dostrzegłam na jego twarzy cień uśmiechu. Caleb. – A co z tym, o co prosiłam? – szepczę, korzystając z naszej chwilowej bliskości. Nie jestem nawet w połowie tak zraniona jak kiedyś i wiem doskonale, czego tacy mężczyźni jak on, mężczyźni dzierżący władzę, chcą od takich ładnych dziewczyn jak ja. Kołyszę biodrami w jego stronę, udając, że zrobiłam to zupełnie przypadkiem. Marszczy brwi i patrzy na mnie dziwnie. Powoli kładzie mi ręce na ramionach. Są ciepłe. Zastanawiam się, czy jego usta też. Oblizuję wargę, a on wodzi wzrokiem po moim języku. Przypomina mi. Bardzo mi go przypomina. Minęło już wiele dni, odkąd ktoś dotknął mnie tak, jak bym tego pragnęła. Delikatnie odsuwa mnie od siebie. Najwyraźniej tylko mu praca w głowie. – Nie mogę ci obiecać miejsca w Programie Ochrony Świadków – mówi, a potem sięga po krzesło. – To śledztwo przekracza nie tylko granicę między stanami, ale też granice państw. Ministerstwo Sprawiedliwości przygląda się w tej chwili sprawie, a decyzja zależy też od innych skomplikowanych czynników. – Stawia krzesło tam, gdzie chce, a potem patrzy na mnie. – Usiądź. Spoglądam na nie i podnoszę skute z tyłu ręce, przebierając palcami. – Zostawiam je. Wybacz, ale ci nie ufam. Zmuszam się do uśmiechu tylko po to, żeby go wkurzyć. – Niczego nie podpiszę, dopóki nie dotrzymasz obietnicy. Zawsze mogę powiedzieć, że wszystko zmyśliłam. Podchodzi bliżej. – Czy kłamałaś, panno Ruiz? Jego wzrok palił jak żywy ogień. Gdyby nie fakt, że tak długo przebywałam z Calebem, pewnie zsikałabym się ze strachu jak szczeniaczek. Jednak po Calebie groźby Reeda wydawały się raczej pieszczotami. – Sia-daj – rozkazuje nieco mniej grzecznie. Wykonuję powoli jego polecenie, posyłając mu jednocześnie najbardziej zmysłowe spojrzenie, na jakie mnie stać. Przez cały czas nie odwraca wzroku, próbując zachować kontrolę, utrzymać władzę. Powoli się pochylam i spluwam na jego buty. Patrzę na niego, z wilgotnymi ustami, i uśmiecham się. Jego palce oplatają mój biceps z taką siłą, że aż się krzywię. Podnosi mnie i staję na równych nogach. – Na dzisiaj starczy. Możesz wrócić do swojego pokoju. Popycha mnie w stronę drzwi, a ja maszeruję bez ociągania. Chcę tam wrócić. Jeszcze chwila i całkiem się rozkleję, a nie chcę, żeby Reed był tego świadkiem. Nie chcę, by ktokolwiek był tego świadkiem. * * Dzień 7: Ból w klatce piersiowej nigdy mnie nie opuszcza. Za każdym razem, gdy zamykam oczy, śni mi się Caleb. We śnie mogę go dotykać. Mogę głaskać jego gładką, muśniętą słońcem skórę. Zawsze jest taki ciepły; ma w sobie tyle gorąca. Przyciskam nos do jego piersi i wciągam głęboko powietrze. Pojawia się znajoma fala podniecenia; sutki mi twardnieją, a cipka nabiega krwią. Stojąc na palcach, przyciskam usta do jego ust. Nie chce rozchylić dla mnie warg. Chce, żebym o to błagała. Mój Caleb uwielbia, kiedy błagam. Przy nim zawsze mam ku temu jakiś powód. Słyszę swój cichy jęk, a potem ocieram nos o jego nos. Czuję na ustach, że się uśmiecha. Wreszcie wpuszcza mój język między wargi. Mmmm. Mogłabym całe życie opisywać dekadencję ust Caleba. Smakuje jak wszystko, co kiedykolwiek chciałam zjeść. W przeciwieństwie do delikatnego, ciepłego i soczystego kawałka mięsa, wargi Caleba nigdy nie tracą smaku. Ich smak narasta. Pragnę go bardziej z każdym ruchem jego języka w moich ustach. Jęczę głośniej. Błagam rozpaczliwiej. Więcej. Proszę, daj mi więcej. Słyszę go. Jęczy przy moich ustach. Powoli wdycha i wypuszcza powietrze, gdy się całujemy. Nigdy nie przestaje mnie całować; po prostu wciąż kradnie mi oddech i oddaje nasączony jego esencją. Żyje w nim czyste pożądanie. Powietrze, którym oddycham, powinno pochodzić z jego płuc. Tak właśnie wyglądają moje sny o Calebie. To właśnie tracę, budząc się. * * Sytuacja jest co najmniej niekomfortowa. Właściwie to raczej nie do zniesienia. Agent Reed jest nieobecny. Doktor Sloan cofnęła jego zaproszenie. Nie mogę powiedzieć, by mnie to martwiło. Z drugiej strony, to oznacza, że zostałam sam na sam z doktor Sloan, a to już powód do niezadowolenia. Wczoraj przyłapała mnie na płaczu. Przyciskałam zdjęcie Caleba do piersi i kołysałam się. Lubię się kołysać. Teraz też to robię. Oczywiście zapytała o fotografię, zapytała o to, co się wydarzyło między mną i agentem Reedem. Nie chciałam odpowiadać – nie mogła mi dać nic w zamian, nie miała żadnych zdjęć, by pomachać mi przed oczami. Odkąd wczoraj znowu zaprowadzono mnie do pokoju, nie odezwałam się ani słowem. Agent Reed powrócił dziś rano, gotowy do kolejnej rundy czegoś, co nazywa rozmową, a co dla mnie jest raczej przesłuchaniem. Doktor Sloan pojawiła się jakąś godzinę przed nim. Patrzyłam beznamiętnie, jak prosi go, by wyszedł z nią na korytarz. Zrobił to, posyłając mi groźne spojrzenie. Chyba uważa, że na niego kabluję. Właściwie mnie to nie rusza, ponieważ jego wyjście oznacza, że mogę jeszcze przez chwilę się nie odzywać. Doktor Sloan wraca za chwilę, wyraźnie spięta. Cokolwiek sobie powiedzieli, wyraźnie ją poruszyło. Gdybym nie była tak zrozpaczona, może nawet uśmiechnęłabym się. Teraz jest znacznie spokojniejsza. Zamknęła drzwi do sali, odcinając nas od reszty szpitala, ale nie zaczęła zadawać pytań… jeszcze. Kołyszę się w przód i w tył, siedząc na łóżku i ściskając zdjęcie Caleba. Jest taki piękny. Tak bardzo go kocham. Doktor Sloan siedzi na krześle w rogu sali, robiąc na drutach coś, co mniej więcej przypomina sweter. Jej dzieło ma dziwaczny wzór – o ile lekarka nie trzyma w domu ośmiornicy, którą lubi przebierać, nie wiem, dla kogo go dzierga. Kilka razy nachodzi mnie ochota, żeby ją zapytać, o co chodzi. Wreszcie przyłapuje mnie na podglądaniu. – W ten sposób mam co robić z rękami – wyjaśnia, uśmiechając się smutno. – Często jestem ostatnią osobą, z którą ludzie chcą rozmawiać. Dlatego tylko siedzę i robię na drutach. Znam metodę splatania, ale nie umiem zrobić nic konkretnego. Myślę, że można by to nazwać wolnym dzierganiem. – Śmieje się ze swojego własnego dowcipu. Absurd. Przez chwilę nic nie mówi, ale kiedy jestem przekonana, że właśnie zakończyłyśmy tę jednostronną rozmowę, ona wzdycha i kontynuuje wątek. – Właściwie to nigdy nie miał mnie kto nauczyć robótek. Większość ludzi chyba uczy się tego od matek czy babć, ale ja wychowałam się w rodzinie zastępczej, więc musiałam się sama za to zabrać. Zainteresowałam się drutami kilka lat temu, kiedy koleżanka zasugerowała, żebym znalazła sobie jakieś hobby. Coś niewymagającego myślenia. Należę do tych ludzi, którzy za dużo myślą. Jeśli nie znajdę sposobu na wyłączenie mózgu, ciągle tylko myślę i myślę, i myślę. Głównie o pracy. Mój zawód czasami bywa bardzo niewdzięczny. Spogląda na mnie i raz jeszcze się uśmiecha. Przewracam oczami. Kobieta najwyraźniej próbuje zanudzić mnie na śmierć. – Widzisz, mówiłam. Niewdzięczny. Na Boga, zamknij się! Pozwól dziwce przeżyć załamanie nerwowe w spokoju! – Tak mi się to spodobało, że zaczęłam uprawiać też kilka innych hobby. O Boże. Proszę, nie rób tego. – Robię własne pluszaki. To znaczy właściwie nie robię ich sama, bo, jak już ustaliłyśmy, niczego nie potrafię wydziergać czy zszyć porządnie, ale lubię kupować pluszaki, a potem rozbierać je i składać z powrotem w jakiś ciekawy sposób. Lubię nazywać to „kreatywnym wypychaniem”. Zabij mnie. Po prostu mnie zatłucz na śmierć. – Trochę to chyba masło maślane, bo każde wypychanie powinno być kreatywnym zestawianiem różnych elementów. Mimo to tylko ja używam tej nazwy. To moje małe, prywatne hobby. A czy ty masz jakieś, Olivio? Spogląda na mnie. Nie mogę się powstrzymać i mrużę oczy. Mogłaby przestać mnie tak nazywać. – Nie podoba ci się, prawda? Kiedy zwracam się do ciebie w ten sposób? Niemal niezauważalnie kręcę głową, robiąc to właściwie bezwiednie. Kiedy łapię się na tym, krzywię się i spuszczam wzrok na zdjęcie, na mojego przystojnego Caleba. Caleb. Przestań. Przestań o nim myśleć. Raz jeszcze rozwarstwiam się. Jestem rozdarta między delikatną, sentymentalną dziewczyną, która mimo wszystko kocha Caleba, a logiczną, twardą wersją mnie, zdeterminowaną, by przetrwać – nawet za cenę wyparcia Caleba ze swojego serca. – Wolałabyś, żebym mówiła na ciebie Livvie? Twoja mama mówi, że wszyscy tak na ciebie wołają. Łzy napływają mi do oczu, gdy spoglądam na doktor Sloan. Ostrożnie unika kontaktu wzrokowego, skupiając się na kolejnym „rękawie” swojego przedziwnego ubrania. Wbrew sobie zaczynam zastanawiać się, czy moja matka tu przyjechała. Nie chcę się z nią widzieć, ale… dlaczego nie przyszła mnie odwiedzić? Zdradzają mnie wszyscy, których kocham. O Boże, Caleb. Tak, on też. Przestań o nim myśleć. – Długo z nią wczoraj rozmawiałam. Chciała się z tobą zobaczyć – oznajmiła swobodnym tonem doktor Sloan. Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Wzbiera we mnie panika, ale próbuję zdusić ją w zarodku spokojnym oddechem. Ledwo mi się to udaje. – Ale kiedy wpadłam zapytać, czy czegoś ci trzeba… – Krzywi się i kręci gniewnie głową. Wiem, że myśli o Reedzie. – Pomyślałam, że poczekam, aż sama mi powiesz, co chcesz robić. Kiwam nieznacznie głową i czuję się zmanipulowana, kiedy widzę, jak ona odpowiada tym samym. Już mi mąci w głowie, a przecież nawet nic nie powiedziałam. Caleb twierdzi, że zawsze masz wymalowane uczucia na twarzy. Zamknij się i przestań o nim myśleć. Choć raz bądź mądra i mnie posłuchaj. Wzdycham. Myślenie o Calebie boli, ale próby zapomnienia o miłości do niego bolą jeszcze bardziej. Nijak nie uniknę cierpienia. Mogę tylko podsycać ten płomień w różny sposób. – Chciałabyś zobaczyć swoją matkę? Nie wiem, czy to szczere pytanie czy groźba. Ostrożnie unikam okazania emocji poprzez język ciała czy wyraz twarzy. Chyba działa, bo doktor Sloan wraca do swojego absurdalnego monologu o hobby. – Wiem, co sobie myślisz. Nie masz zielonego pojęcia. – Że jestem śmieszna i mam śmieszne hobby. No cóż, a może jednak. – Chociaż zaskoczy cię pewnie fakt, że nie zajmuję się tylko robótkami i pluszakami. Mam też swoją mroczną stronę. Hmm… śmiem wątpić. – Kiedy naprawdę dopada mnie frustracja – chichocze – lubię wchodzić na Wikipedię i zmieniać wpisy! Ta suka… jest dziwna. – Kiedyś zmyśliłam cały wpis o Bożonarodzeniowej Amebie. Widzisz, kiepski ze mnie cukiernik, a mimo to na święta upiekłam ciasteczka dla ludzi z pracy. Wyszły okropnie niekształtne. Smakowały dobrze, ale nie dało się znaleźć ani jednego okrągłego ciasteczka. Podniosłam wzrok na jej sweter ośmiornicy. Jestem pewna, że nic, co ta kobieta wykona własnoręcznie, nie powinno być przez ludzi oglądane, a co dopiero konsumowane. – Dlatego zostawiłam obok ciasteczek wiadomość. Wyjaśniłam w niej, że w niewielkiej wiosce przy K2… Kojarzysz tę wysoką górę, prawda? – Patrzy na mnie, żeby mieć pewność, że nadążam za jej opowieścią. Kładę się na łóżko i naburmuszona patrzę w sufit. Gdzie ta pielęgniarka z moimi lekami? – Nakręcili o tym film. Nie o ciasteczkach oczywiście – zaśmiewa się jak głupia z własnego żartu – tylko o górze. Wyobrażasz sobie, co by było, jakby zrobili film o moich ciasteczkach? W każdym razie zmyśliłam historyjkę o wiosce niedaleko K2, gdzie ludzie zamiast w Świętego Mikołaja wierzą w Bożonarodzeniową Amebę. Ta ameba, jak to mikroskopijna ameba, potrafi wślizgnąć się niezauważalnie w czasie Wigilii i zostawić dla wszystkich prezenty. Z wdzięczności mieszkańcy wioski wykładają dla ameby różne ciasteczka o dziwnych kształtach. Ameby mają różne kształty, więc ma to sens. Doktor Sloan nie widzi mojej twarzy, więc nie czuję się jak zdrajca, uśmiechając się pod wpływem historii tej niedorzecznej kobiety. – Cóż, ludzie z mojej pracy mają bzika na punkcie poszukiwania prawdy. Wszystko musi być zweryfikowane, bla bla bla. Dlatego oczywiście wpisują Bożonarodzeniową Amebę w wyszukiwarkę i BUM! Oto i mój wpis na Wikipedii. Zaczyna zaśmiewać się do rozpuku. O mój Boże, ona naprawdę jest szalona. Gryzę się w policzek, żeby nie śmiać się razem z nią. A ona aż się trzęsie. To zaraźliwe, ale jakoś się opieram. Ramiona mi drżą od wstrzymywanego śmiechu. Zaciskam powieki, żeby podwoić te wysiłki. Gdy tylko zamykam oczy, natychmiast widzę Caleba. Radość zmienia się w smutek i zanim zdołam temu zapobiec, moje emocje przelewają czarę. Podnoszę powieki i prostuję się na łóżku. Najpierw się śmieję, a po sekundzie już płaczę. Słyszę, jak doktor Sloan się rusza. Jej kroki podążają w moją stronę, ostrożne. Nie obchodzi mnie to. Jestem zbyt zmęczona, żeby się przejmować. Po tylu miesiącach ostrożności i ukrywania wszelkich emocji najlepiej, jak potrafię, po tylu miesiącach strachu o przyszłość i niewiedzy o tym, co stanie się za chwilę, myśleniu o śmierci i walce o życie, kochaniu Caleba i nienawidzeniu go… Do jasnej cholery – przecież patrzyłam na czyjąś śmierć! Kiedy doktor Sloan bez słowa obejmuje mnie ramieniem, ściskam ją mocno. Trzymam, ile mi sił zostało, a potem wypłakuję się w rękaw tej niedorzecznej kobiety. Nic nie mówi, za co jestem jej wdzięczna. Proszę, po prostu mnie nie puszczaj. Proszę, po prostu trzymaj mnie, żebym się nie rozpadła. Jestem już taka zmęczona trzymaniem się samej. Kołysze mnie. Lubię kołysanie. Do przodu i w tył kołyszemy się niezliczone minuty, podczas gdy ja moczę łzami marynarkę doktor Sloan. Ładnie pachnie, tak lekko i jakby owocowo. Jest wyraźnie kobieca, przez co tak odmienna od Caleba. Kiedy ta kobieca woń wypełnia moje nozdrza, umysł nie może sięgać do wspomnień o Calebie i o tym, jak pachniał, gdy mnie tulił. Miło jest uwolnić się od bólu tęsknoty za nim. Niechętnie się od niej odsuwam. Wciąż przepełnia mnie wstyd. Nie wiem, co mnie napadło. Marszczę brwi, zmieszana, i kręcę głową. Skrzywiona twarz Caleba wciąż patrzy na mnie groźnie ze zdjęcia leżącego na kolanach. Czuję przypływ tęsknoty. Doktor Sloan zsuwa kosmyk włosów z mojej twarzy, a ja bezwiednie odbieram to jak zmysłowy gest. Kiedyś nie zwróciłabym na to uwagi, ale teraz wszystkie moje kontakty z ludźmi wydają się podszyte nowo odkrytym pożądaniem. Caleb dobrze mnie wytresował. – Chcę ci pomóc, Livvie. Porozmawiaj ze mną – mówi cicho. Wiem, że nie chce mnie straszyć, ale czuję w ramionach powracające napięcie. Doktor Sloan stoi zbyt blisko, a odzywając się do mnie, sprawia, że czuję się zapędzona w kozi róg. Chyba to wyczuwa, bo odsuwa się ode mnie. Rozluźniam się, choć nieznacznie. – Chciałabym, żeby wycofano zarzuty wobec ciebie, ale musisz z kimś porozmawiać. Agent Reed jest… – szuka odpowiedniego słowa – bardzo dobry w tym, co robi, i mimo swojego wczorajszego zachowania jest też dobrym człowiekiem. Jednak jego priorytetem jest rozwiązanie sprawy. Zaś moim priorytetem jesteś ty. Nie powinien był tak cię naciskać. Spoglądam na nią spod spuszczonych rzęs. Szkoda, że przestała mnie obejmować. – Potrzebuję adwokata – szepczę. – Oczywiście. Jeśli jesteś gotowa do składania zeznań, znajdę ci adwokata. Tylko Livvie, musisz opowiedzieć znacznie więcej niż to, co potrzebne do śledztwa. I w tym mam ci pomóc. Kiwam głową, ale nic już nie mówię. Doktor Sloan wraca na krzesło i siada. Patrzy na mnie wyczekująco swoimi zielonymi oczami. Jest ładna, choć nie podkreśla swojej urody. Brązowy kostium nie pasuje do rudych włosów. Mimo to jest w niej coś szczególnego; coś ciepłego i przyjemnego. Kiedy staje się jasne, że nie zamierzam pociągnąć dalej naszej małej pogawędki, doktor Sloan sięga po robótkę i wraca do bezmyślnego dziergania. Zaciska usta, szukając odpowiednich słów. – Chciałabyś zobaczyć się z matką? Nie waham się. – Nie. Jej ręce się zatrzymują. – Livvie, ludzie, którzy cię kochają, akceptują cię taką, jaką naprawdę jesteś. Bez względu na to, co przeżyłaś. – No widzisz. Moja matka mnie nie kocha, doktor Sloan. Chciałaby mnie kochać, ale… nie wydaje mi się, by tak było. Kiwa głową w odpowiedzi, ale widzę, że mi nie wierzy. Co ona tam wie. – Myślę, że twoja matka bardzo cię kocha. Spuszczam wzrok na zdjęcie Caleba. Myślałam, że on też mnie kocha. Czy to możliwe, że ktoś, na kogo zupełnie nie liczyłam, kochał mnie bardziej niż ten, któremu w zupełności ufałam? Serce mnie boli. Zupełnie nie jestem przygotowana na tego rodzaju myśli. Powoli chowam się pod pościelą. Chcę znowu zasnąć. Chcę wrócić do Caleba. W moich snach nigdy nie mam powodu, by wątpić w podszepty serca. W moich snach Caleb jest dokładnie taki, jakiego go pragnę. Jest mój. Jak na zawołanie doktor Sloan przestaje zadawać mi trudne pytania i raz jeszcze serwuje mi opowieści o wolnym dzierganiu i kreatywnym wypychaniu pluszaków. Pięć Dzień 8: Czuję się dzisiaj nieco lepiej. W dalszym ciągu tęsknię za Calebem i wątpię, żeby to uczucie kiedykolwiek mnie opuściło, ale potrafię przetrwać już kilka minut naraz bez chęci, by poddać się i łkać z żalu po nim. To już jakiś postęp. Doktor Sloan twierdzi, że pewnego dnia ten czas rozciągnie się do godziny… dnia… ale tylko na tyle pozwalam sobie mieć nadzieję. Myśl, że któregoś dnia mogłabym całkiem przestać o nim myśleć, to dla mnie zbyt wiele. Czuję się, jakbym go zdradzała samą nadzieją na taką przyszłość. Raz jeszcze siedzę w potwornie radosnym pokoju, który wykorzystują do przesłuchiwania przedszkolaków. Tym razem nie muszę się zbyt wiele odzywać. Mam adwokata, który robi to za mnie. Razem z agentem Reedem kłócą się już od godziny. David, mój prawnik, nie wygląda zbyt ciekawie, ale jest bardzo inteligentny i niezwykle agresywny. Jest coś super pociągającego w obserwowaniu ich potyczki… albo po prostu podoba mi się widok zdenerwowanego Reeda. Jego włosy pozostały w nieładzie po tym, jak wielokrotnie przeczesywał je palcami, by powstrzymać się przed uderzeniem Davida w twarz. Od czasu do czasu jego wzrok pada na mnie i przebiega mnie ponury dreszcz na samą myśl, co agent chciałby mi zrobić, gdyby tylko mógł. Gdyby chodziło o Caleba, z pewnością czekałoby mnie porządne lanie! Kiedy dokładnie zaczęłaś uważać się za moją kochankę? Wtedy, gdy pierwszy raz doprowadziłem cię do orgazmu ustami? Czy może podczas tych wielu razy, gdy przekładałem cię przez kolano? Chyba to lubisz. I oto znowu on – Caleb – w moich myślach, w mojej krwi. Czuję, jak moja twarz staje się cieplejsza, napięcie w brzuchu bardziej nieznośne, a między nogami już pulsuje wzbierające pożądanie. Zaciskam uda i tak się zamyślam przez chwilę, że zapominam zupełnie o agencie Reedzie, który nadal na mnie patrzy. Gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotykają, czerwienię się, i to bardzo. A potem uśmiecham się, gdy on też oblewa się rumieńcem. Agent Reed chrząka i upija łyk wody. Tyle wystarczy, by odzyskał panowanie nad sobą. Wzdycham, rozczarowana. – Agencie Reed – mówi David, zwracając na siebie jego uwagę – moja klientka została zatrzymana na podstawie absurdalnych zarzutów, których nigdy nie uda się obronić w sądzie. Zanim została porwana, mieszkała z matką i uczęszczała do szkoły średniej. Chociaż skończyła osiemnaście lat, prokurator będzie miał problem z oskarżeniem jej jako dorosłej. Jeśli zostanie uznana za niepełnoletnią oraz zamieszana w sprawę handlu ludźmi, zgodnie z paragrafem 107 Aktu Ochrony Ofiar Handlu Ludźmi z 2000 roku, FBI nie może stosować wobec niej swoich praktyk śledczych. W zasadzie nie powinniśmy nawet tu siedzieć, a rozmawiać powinienem z prokuratorem, a nie z panem. Reed nie wydaje się szczęśliwy, ale też nie pokonany. – Pańska klientka posiada dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów na koncie bankowym za granicą. Jak się tam znalazły? Nie chce powiedzieć. Oprócz tego mieszkała z ludźmi podejrzanymi o terroryzm. Sama to przyznała. Oprócz tego jest jeszcze taka drobna kwestia jej wiedzy na temat spotkania wrogów Stanów Zjednoczonych, które ma odbyć się w ciągu tygodnia! Potrzebujemy informacji, a odmowa ich udzielenia kwalifikuje się jako utrudnianie śledztwa… – Jacy terroryści?! – wrzeszczę na Reeda i już mam wstać, kiedy David spokojnie popycha mnie z powrotem na krzesło. – Muhammad Rafiq, Jair Baloch, Felipe Villanueva i oczywiście Caleb – wyjaśnia. – Pytanie brzmi też, czy posiadasz informacje na temat Demitriego Balka? – Nigdy nie powiedziałam, że go znam! – Powiedziałaś, że wiesz, gdzie się pojawi – stwierdza Reed, unosząc brwi. – Panno Ruiz, proszę przestać mówić i pozwolić mi się tym zająć – wtrąca się David zirytowanym tonem. – Tak przy okazji – zaczyna znowu Reed, ignorując mojego adwokata i skupiając się na mnie. – Balk jest podejrzewany o związki z organizacjami zajmującymi się handlem bronią i narkotykami. I dopóki nie dowiem się, na ile ty – wskazuje na mnie palcem – jesteś w to wszystko zamieszana, również pozostajesz podejrzaną. Możesz rozmawiać ze mną albo mogę wpuścić tutaj ludzi z Wydziału Narkotykowego oraz Bezpieczeństwa Narodowego, a kiedy wykorzystają przeciwko tobie Patriot Act[1 - Ustawa wprowadzona po ataku na World Trade Center, upoważniająca służby m.in. do kontroli kont bankowych ludzi podejrzewanych o terroryzm oraz aresztowania bez sądu na nieokreślony czas.], nie mów, że cię nie ostrzegałem. – Wystarczy – mówi twardo David, groźnie patrząc na nas oboje. – Caleb nie jest terrorystą. Nie wiem, jak pozostali, ale on nie jest terrorystą! I ja też nie! A… – Oblewa mnie zimny pot. Felipe. Nawet słowem nie wspomniałam o Felipem. Reed wie więcej, niż mi zdradził. Caleb! Kurwa! Nie mogę oddychać, jakby nagle wypompowano całe powietrze z pomieszczenia, z moich pieprzonych płuc! Ciągle próbuję zrobić głęboki, głęboki wdech, jeden za drugim, ale wciąż się duszę. Serce mi wali jak młotem. Nie mogę oddychać! – Olivia? – pyta Reed i słyszę, jak się porusza. – Już skończyliśmy, agencie Reed. Będę rozmawiał z pańskim przełożonym. – David wyciąga do mnie rękę i próbuje podnieść z krzesła. Nie podoba mi się, że mnie dotyka. Nie mogę oddychać! On mnie dusi. Muszę pomyśleć. Muszę oddychać. – Zamknijcie się! Wszyscy się po prostu zamknijcie! Reed i David cichną, a ja ignoruję ich i kładę ręce na stoliku, próbując złapać oddech. Ty popieprzona dziewucho. Tylko pogarszasz sprawę. Zaciskam powieki i skupiam się na spokojniejszym, głębszym oddechu. Serce powoli mi zwalnia, aż w końcu czuję tylko cień wcześniejszej paniki. Nie podnosząc wzroku, zastanawiam się, co muszę zrobić. Skąd Reed wie o Felipem? Czy wie coś więcej na temat Caleba? Czy naprawdę oskarży mnie o morderstwo? To była samoobrona! Mam przeczucie, że Reed byłby o wiele łagodniejszy, gdyby nie obecność mojego adwokata. Wciąż zachowywałby się jak dupek, ale nie naciskałby tak mocno. Doktor Sloan powiedziała, że to dobry człowiek i nie potraktuje mnie źle. Ostatnio nikomu za bardzo nie wierzę, ale cień nadziei to zawsze lepiej niż nic. Biorę łyk wody, kiedy Reed podsuwa mi papierowy kubek. Oby ten dupek miał wyrzuty sumienia. David kładzie mi rękę na ramieniu, ale ją odrzucam. – Nie dotykaj mnie. – Myślę, że powinienem zabrać cię z powrotem do sali, panno Ruiz – mówi. – Chcę, żebyś wyszedł – szepczę, cały czas wbijając wzrok w blat stolika. – Słucham? – pyta z oburzeniem. – Nie wydaje mi się, by był to dobry pomysł, panno Ruiz. Zdecydowanie polecam nie odzywać się i pozwolić mi wykonywać moją pracę. – Ona chce, żebyś wyszedł – mówi Reed. Już wie, że wygrał to starcie. Zagonił mnie w kozi róg, a ja mu na to pozwoliłam. Zdaję sobie sprawę, że powinnam od razu spodziewać się po nim większej wiedzy – nie tylko na mój temat, ale o innych rzeczach również. Jest mi głupio, jestem wściekła i wystraszona. Jednak w tej chwili muszę się zastanowić, a sztuczki Reeda już znam. Spierają się przez chwilę, a nadymają się przy tym jak ptaki z „National Geographic” w jakimś samczym popisie. W końcu David zbiera swoje rzeczy i wychodzi. Reed i ja znowu zostajemy sami. Mam wrażenie, że od początku właśnie tego chciał. Siada cicho, zrelaksowany i cierpliwy, nie zamierzając przerwać ciszy. Nie chce stracić przewagi nade mną. Chce, żebym to ja zwróciła się do niego, i właśnie tak się to odbędzie. Potrzebuję go po swojej stronie. Zupełnie tak, jak kiedyś potrzebowałam Caleba. Celowo mówię cicho, żeby znowu zobaczył we mnie słabość. Muszę obudzić w nim samca alfa. Musi uwierzyć, że powinien mnie chronić, nawet jeśli należę do kogoś innego. Caleb byłby ze mnie dumny. Przypomina mi się, że przecież jestem teraz sama sobie panią. – Tak naprawdę nie pozwoliłbyś im zamknąć mnie w więzieniu, prawda? Po tym wszystkim? – Pozwalam łzom podpłynąć tuż pod powierzchnię słów. Reed wypuszcza powietrze przez nos i słyszę, jak wystukuje palcami rytm o blat biurka. – Nigdy nie umieściłbym niewinnej osoby w więzieniu, panno Ruiz, ale nadal musisz przekonać mnie, że nie jesteś winna. – Myślałam, że to niewinność jest domniemana, a nie wina. Śmieje się, ale radość nie pojawia się w jego oczach. Jest naprawdę niesamowity. – Moim zdaniem teraz ludzie raczej wyznają filozofię dmuchania na zimne. – Pochyla się do przodu, pojednawczo. – Prawda jest taka, że uważam cię za zwykłą dziewczynę, która została wplątana w naprawdę śmierdzącą sprawę. Myślę, że po prostu zrobiłaś to, co musiałaś, żeby wrócić do domu, a to czyni cię niezwykle cwaną i niezwykle odważną. Teraz już nie musisz być odważna, panno Ruiz. Nie musisz nikogo bronić. Zaoszczędzisz sobie, i mnie, mnóstwo problemów, jeśli powiesz mi prawdę, żebym mógł zadbać o to, by twoje przeżycia nigdy nie stały się udziałem kogoś innego. Jak łatwo byłoby mu uwierzyć. Nigdy wcześniej tak mocno nie kusiło mnie, żeby wygadać się przed Reedem i pozwolić mu zająć się wszystkim. Nic dziwnego, że jest taki dobry w swojej robocie. – Chciałabym ci zaufać, Reed, ale wiesz, że nie mogę. Marszczy brwi, zdziwiony, ale jego usta wykrzywiają się cierpko. – A to dlaczego? Posyłam mu cień uśmiechu. – Myślisz, że różnisz się czymś od ludzi pokroju Caleba. Widzisz wszystko w czerni i bieli. Nie interesuje cię cała historia; nie interesują cię odcienie szarości. A niektóre opowieści nie są czarno-białe, agencie Reed. Kręci nieznacznie głową, wyraźnie rozbawiony, ale wciąż zachowuje profesjonalizm. – Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy kobieta chce opowiedzieć „całą historię”, tak naprawdę chce, żeby ktoś podjął decyzję na podstawie uczuć, a nie racjonalnych przesłanek. Mrużę oczy i wpatruję się w blat stołu. Rysy na pierwszy rzut oka są niewidoczne, ale gdy przyglądam im się dłużej, nie mrugając, stają się wyraźniejsze. – Może – zaczynam głosem pustym i jakby dochodzącym z daleka – ale gdyby nie emocje królujące nad logiką, nie byłoby mnie tutaj. Uśmiech znika z twarzy Reeda. Czuję na sobie jego świdrujący wzrok. – Co to znaczy? – Caleb nie postąpił ze mną logicznie… Te słowa są jak objawienie. Nie spodziewałam się, że wypowiem je na głos, ale wyrażają prawdę. Caleb może mnie nie kochał, ale zależało mu na mnie. Wypełnił swoje przyrzeczenie i zadbał o moje bezpieczeństwo, nawet jeśli to oznaczało, że nie możemy być razem. To sprawia, że ból staje się nieznośny. Robię to już od dawna – manipuluję ludźmi dla własnych korzyści. Właśnie dlatego wydaje ci się, że mnie kochasz. Ponieważ rozłożyłem cię na kawałki i zbudowałem od nowa tak, żebyś właśnie w to wierzyła. To nie był przypadek. Kiedy już zostawisz to wszystko za sobą… dostrzeżesz to. Proszę, proszę, Caleb, nie każ mi tego robić – nie każ mi wracać do bycia kimś, kim nie potrafię już być. Głos Reeda sprowadza mnie z powrotem do teraźniejszości. – Co takiego dla ciebie zrobił? Wycieram łzy z oczu. – Wszystko – mówię ze zbolałym uśmiechem. – Jednak nie miało to nic wspólnego z logiką, za to wszystko z emocjami: zemstą, honorem, zdradą, pożądaniem, a nawet miłością… wszystko to ma swój początek w uczuciach. – Milknę na chwilę. – Jestem pewna, że nie robisz tego, co robisz, bez choćby cienia emocji, agencie Reed. – Rozumiem twoje spojrzenie – powiedział cicho, pochylając się w moją stronę – ale ja też swoje przeżyłem i niejedno gówno widziałem. – Dlaczego miałoby to mieć dla mnie jakieś znaczenie? Czy przez to mam ci zaufać? Reed wzrusza ramionami. – A masz inne wyjście? – Skąd wiesz o Felipem? Uśmiecha się. – Podejrzewałem, że w ten sposób zwrócę twoją uwagę. Jestem dobry w tym, co robię, panno Ruiz, a przekopywałem wszystko, co tylko udało mi się znaleźć na temat Muhammada Rafiqa. A znalazłem naprawdę paskudne rzeczy. Kiedy zacząłem przeglądać jego znanych współpracowników i porównywać ich nazwiska z tymi z Meksyku, niewiele czasu zajęło mi dotarcie do Felipego. Zdążyłem zauważyć, że jest dość… ekscentryczny. Ja użyłabym nieco innego określenia. – Czekaj, jeśli wiesz, gdzie się znajduje, dlaczego nie… – Meksyk to nie Stany Zjednoczone, panno Ruiz. Nie możemy łapać kryminalistów z innych krajów na podstawie mglistych przesłanek. Poza tym wyjechał za granicę i nikt nie wie dokąd. Może do Pakistanu? Podnoszę wzrok i kręcę głową. – Trudno powiedzieć. Zastanawiam się, czy wszyscy już nie żyją: Felipe, Celia, Dzieciak, Nancy. Chciałabym wierzyć, że Caleb nie skrzywdziłby Celii, ale wtedy przypominam sobie krew i przychodzi mi do głowy… nie, nie zniosę tego. – Panno Ruiz, gdzie odbędzie się aukcja? – pyta ostro i poważnie Reed. Właśnie taki ma cel. Faktycznie będę musiała dokonać wyboru. – Naprawdę nie wiem, Reed. Nie wiem dokładnie, ale może mogłabym cię jakoś naprowadzić. Może jeśli wysłuchasz całej historii, sam się domyślisz lokalizacji. Zapewne wiesz o tych ludziach więcej niż ja. – Dobra. Opowiadaj. Teraz moja kolej, by się uśmiechnąć i pokręcić głową. – Nie. Nie bez kilku warunków. Wzdycha, wyraźnie zniecierpliwiony. – Program ochrony świadków. Już ci mówiłem, że niczego nie mogę zagwarantować. Co więcej, nie uważam, żeby to było dobre wyjście dla ciebie. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebujesz, to odcięcie się od wszystkiego i wszystkich, których znasz. To tchórzostwo. – Nie interesuje mnie, co o tym myślisz. Chcę zniknąć. Chcę mieć za sobą cały ten koszmar i czy kiedyś zapragnę się z tym zmierzyć, to tylko i wyłącznie moja sprawa. Nie twoja. Spieramy się z Reedem przez kilka minut, kiedy stawiam mu swoje warunki. Nie jest przyjemnie. Reed potrafi być straszny, kiedy tylko zechce, i skłamałabym, mówiąc, że mnie nie onieśmielał, ale byłam gotowa się z nim zmierzyć. Są jednak rzeczy, których nie podaruję. Są bitwy, które jestem zdeterminowana wygrać. – Wiem, czego chcę, Reed, a jeśli nie możesz mi tego dać… no to masz zajebistego pecha. Po tym wszystkim, co przeszłam, nie obchodzi mnie, czym twoim zdaniem jesteś mi w stanie zagrozić. Reed zaciska szczęki. Słyszę charakterystyczny odgłos zgrzytania zębami. Patrzy na mnie długo i mało przyjaźnie, ale ja nie uciekam wzrokiem, chociaż bardzo bym chciała. – Zacznij mówić. – Pomożesz mi? – szepczę, ale wciąż trzymam brodę do góry i nie spuszczam wzroku. Wypuszcza powoli powietrze i rozluźnia mięśnie szczęki. – Postaram się. Jeśli pomożesz nam się tam dostać, na aukcję, pomogę ci w twojej sprawie. Serce mi omal nie wyskoczy z piersi. Mam ochotę rzucić się na drugą stronę stolika i ścisnąć Reeda tak, żeby połamać mu wszystkie żebra. Dał mi nadzieję. Nadzieję na to, czego pragnę najbardziej na świecie. Starannie oblizuję wargi i szykuję się do powiedzenia Reedowi wszystkiego, czego chce. * * Od czego zacząć? Tak wiele się zmieniło między Calebem a mną. Tak wiele pozostało niezmienione. Wciąż był mężczyzną, który zwerbował okrutnych porywaczy, żeby mnie zdobyć. Który zamknął mnie na długie tygodnie w ciemnym pokoju, sprawiając, że byłam całkowicie od niego zależna, że łaknęłam go i polegałam na nim do czasu, aż moje instynkty zupełnie się poddały. Który uratował mi życie i który naraził mnie na śmiertelne niebezpieczeństwo. I wreszcie – który wciąż planował sprzedać mnie do seksualnej niewoli. Uczynić ze mnie dziwkę. Chciał mnie z powrotem nie dla mojego dobra, lecz z osobistych pobudek. To nie ja się dla niego liczyłam, lecz zemsta. Czy wiedziałam, dlaczego jej tak pragnął? Nie. Łączące nas zaufanie było jednostronne. Istniały pewne kwestie, w których musiałam mu zawierzyć: to do niego należało zadbanie, bym była żywa, bezpieczna, nakarmiona oraz nietykalna dla wszystkich prócz niego. Niewiele pozostawało, ale nie oddałam mu w ręce jednej, najważniejszej rzeczy: mojej przyszłości. Myślę, że nasze relacje w gruncie rzeczy pozostały takie same, a różnice nie miały znaczenia. Liczyło się to, że ja się zmieniłam. Naiwne dziewczę, którym byłam wcześniej, wkroczyło w kobiecość w okrutny sposób. Ukształtował mnie ból, żal, poczucie straty i cierpienie, a dzieła dopełniło pożądanie, gniew i rozpaczliwa chęć pozostania przy życiu. Zrozumiałam rzeczy, które kiedyś były dla mnie niewyobrażalne. Rozumiałam, dlaczego Caleb potrzebuje zemsty, ponieważ to samo ziarno zostało zasiane we mnie. Zauważałam, jak często wykorzystywał moje ciało przeciwko mnie – ponieważ nie przestawałam pragnąć Caleba. A przede wszystkim nauczyłam się jednej rzeczy, której nauczyć powinien się każdy, kto chce przetrwać na tym świecie: jedyną osobą, na której naprawdę możesz polegać, jesteś ty sam. Wciąż przeżywałam popis dominacji w wykonaniu Caleba, kiedy wreszcie położył mnie do łóżka. Powinnam się na niego wściekać i ten gniew był bardzo prawdziwy, ale jednocześnie przez to, jak mnie teraz potraktował, zrozumiałam, jak bardzo delikatnie i łagodnie obchodził się ze mną wcześniej. W relacji z Calebem słowem-kluczem była perspektywa. Nie dało się docenić jego łagodności, póki nie poznało się jego okrucieństwa. Ja ją poczułam, ale nawet ja byłam dość rozumna, by wiedzieć, że mogło być znacznie gorzej. Nie musiał się przede mną tłumaczyć – pokazał to bardzo dobitnie. Z drugiej strony, wiedziałam, że chce, bym zrozumiała, w jak niebezpiecznej sytuacji się znalazłam. Chciał, żebym zastanawiała się nad każdym kolejnym krokiem. Chciał, żebym wybierała bitwy, które mogę wygrać, nawet jeśli to z nim miałabym walczyć. Chciał, żebym przetrwała. Powiedział mi to w samochodzie, ale potem jeszcze pokazał. W przypadku Caleba tak wyglądała uprzejmość. Znowu podał mi leki i odpłynęłam, a w głowie krążyło mi mnóstwo myśli, lecz ani jedna nie podnosiła na duchu. Potem pojawił się Caleb i jego ciepłe, potężne ciało, którego chwytałam się jak tonący brzytwy, próbując nie zasnąć, bez powodzenia. Obudziłam się z płaczem. Usłyszałam płynącą w łazience wodę i ulga, jaką dała mi świadomość bliskości Caleba, była odrażająca. Zmusiłam się do pozostania na łóżku, szukając pozycji, która nie wywoła bólu w zranionym ramieniu i połamanych żebrach. Nie czułam się komfortowo, gdy zabrakło jego obejmującego mnie ramienia. Nie mogłam spać, nie czując, że jest blisko. To on mnie taką uczynił. To on sprawił, że się bałam. To on sprawił, że go potrzebowałam. A jeśli myślał, że może mnie nagle porzucić i uspokoić zupełnie te marne resztki sumienia, bardzo się mylił. Dziwny odgłos odwrócił moją uwagę. Wbrew na nowo rozbudzonym obawom, z ulgą przyjęłam to oderwanie się od myśli. Zastanawiałam się przez chwilę, czy Caleb się zranił, może przewrócił się pod prysznicem czy coś podobnego, ale nie usłyszałam głośnego huku, tylko stłumione łupnięcie. Wytężyłam uszy, czekając na powtórkę, zirytowana własnym pozornie głośnym oddechem. – Uch! – właśnie takie odgłosy dobiegały z łazienki, coś między jękiem a stęknięciem. – Uch! – Mięśnie mojego brzucha odruchowo się zacisnęły. Powinnam to zignorować, ale nie mogłam. Wbrew wszystkiemu, co mi się przytrafiło, i wszystkiemu, co spotkało mnie z rąk Caleba, wciąż uważałam go za najpiękniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widziałam. – Min fadlik! – westchnął głośno, ale nie wiedziałam, co to znaczy. Cokolwiek to było, wydawał się… spragniony. Czego tak pragnął? I dlaczego wydawało mi się to tak intrygujące? Potrzebowałam jego dotyku. Nie chciałam, tylko właśnie potrzebowałam. Jedynie jego objęcia mogły sprawić, że rozwiałyby się opary koszmaru; tylko jego zapach mógłby stłumić pamięć o smrodzie mężczyzn, którzy mnie pobili. Tylko on. Byłam nieustannie wdzięczna za jego obecność i jednocześnie chciałabym jej uniknąć. Kolejne dźwięki dochodzące z łazienki sprawiły, że nie mogłam się już dłużej opierać. Nie potrafiłam powstrzymać napływu adrenaliny, która nakłaniała mnie do podjęcia jakichś działań – jakichkolwiek, bylebym mogła przekonać się, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami łazienki. Co jeśli właśnie tam kogoś pieprzy? Myśl ta sprawiła, że zatrzymałam się w pół kroku, a żołądek podjechał mi do gardła, przyprawiając o uczucie podobne do mdłości. – Nie zrobiłby tego – wyszeptałam sama do siebie w ciemności pokoju. Z nieznanego mi powodu nie potrafiłam pogodzić się z taką ewentualnością. Zrobił to już kiedyś, pamiętasz? Pamiętasz, jak pieprzył się z tamtą kobietą, podczas gdy ty byłaś związana w innym pomieszczeniu? Głos rozbrzmiewający w mojej głowie był taki okrutny. Musiałam się dowiedzieć! Musiałam się przekonać, czy raz jeszcze mógłby zrobić mi coś takiego. Sukinsyn! Zmusiłam się do postąpienia kilku kroków w kierunku łazienki. Moje ciało drżało, a dłonie pociły się, ale to mnie nie powstrzymało. – Kurwa… – Przekleństwo zostało wypowiedziane niewiele głośniej niż szept i dobiegało zza zamkniętych drzwi, do których przycisnęłam ucho. – O… tak, maleńka – a potem coś w innym języku i później jeszcze: – …pokaż mi swoją cipkę. – Omal nie upadłam, gdy zmiękły mi kolana. Między nogami poczułam delikatne pulsowanie w rytmie uderzeń serca. Proszę, proszę, nie pieprz nikogo innego. Słyszałam odgłosy uruchomionego wiatraka, co mogło wyjaśnić, dlaczego Caleb nie martwił się, że go usłyszę. Gdybym się nie obudziła, tak też by się stało. Zbierając się na odwagę, której tak naprawdę mi brakowało, nacisnęłam klamkę, żeby otworzyć drzwi. Zacisnęłam klamkę w pięści mocno i poczułam, jak między palcami spływa mi pot. Prysznic znajdował się po lewej stronie i bałam się, że nie zdołam niczego dojrzeć bez pełnego otwarcia drzwi i ujawnienia swojej obecności. Jednak na ścianie wisiało lustro, w którym mogłam zobaczyć odbicie Caleba. Oby tylko nie stał dokładnie na wprost wejścia lub lustra. Drzwi się uchyliły odrobinę, zaledwie na tyle, by w szparę wetknąć palec, ale i tak serce podeszło mi do gardła i na kilka sekund straciłam oddech. Czekałam w nadziei, że usłyszę jego wrzask wściekłości albo zaskoczenia. Zamiast tego z łazienki dochodziły odgłosy ciężkiego dyszenia i te same jęki, co wcześniej, a także towarzyszące im mokre staccato. Uklękłam na podłodze, obawiając się, że nogi nie zdołają mnie utrzymać, gdy przyciskam ucho do drzwi i zaglądam do środka. Zobaczyłam kłęby pary, co bardzo mnie zirytowało. Poczekałam chwilę, aż trochę opadnie, ale nadal potrafiłam dostrzec jedynie zarys lustra. Odważyłam się pchnąć drzwi nieco dalej, a z każdym centymetrem w moich żyłach krążyło coraz więcej adrenaliny. Z łazienki ulotnił się kolejny kłąb pary i osiadł na mojej twarzy i szyi, spływając jak pot między piersi, by w końcu wchłonąć się w materiał koszulki. Powierzchnia lustra była znacznie bardziej przejrzysta i wreszcie mogłam zobaczyć odbicie wnętrza prysznica. Wydałam stłumiony okrzyk, ale Caleb mnie nie słyszał. Byłam tego pewna. Za bardzo absorbowała go czynność, jaką wykonywał samotnie w strugach wody, zaledwie krok czy dwa od moich ciekawskich oczu. Powinnam czuć wstyd lub wyrzuty sumienia, ale nie było o tym mowy. Mój umysł rejestrował jedynie pulsowanie między nogami i ostre ukłucie pożądania głęboko w trzewiach. Caleb był tak… idealny. Tak cholernie idealny. Stał twarzą do strumienia wody, więc widziałam jego profil. Jego skóra przybrała odcień różu i bieli od gorących strumieni. Jedną ręką opierał się o ściankę, a długie nogi rozstawił szeroko dla lepszej równowagi, głowę zaś zwiesił i dyszał w klatkę piersiową. Jego druga ręka pozostawała nieruchoma, mięśnie napięte, a dłoń ściskała ogromnego, wzwiedzionego członka. Przełknęłam głośno ślinę i zlizałam skroploną parę z warg. Główka była gruba, w kolorze ciemnego, śniadego różu, i wysuwała się z zaciśniętej pięści. Jego sprzęt robił się grubszy u nasady; palce musiały mocniej go opleść, by nie wypadł. Pamiętałam jego ciężar w dłoni. Nie przesuwał dłoni wzdłuż penisa, a zamiast tego kołysał biodrami w przód i w tył. Na jego umięśnionych pośladkach tworzyło się wgłębienie, gdy pchał do przodu, potężne i ciężkie jądra podrygiwały między rozstawionymi nogami zgodnie z ruchem bioder. Nie mogłam odwrócić wzroku – nawet nie próbowałam. Zastanawiałam się, ile nasienia zdołał pomieścić w tych ogromnych jądrach i czy oddał mi wszystko, wytryskując na moje ręce i piersi. Wróciłam myślami do jedynej chwili, gdy miałam go w sobie i przypomniałam sobie odgłos, z jakim obijały się o moją mokrą cipkę, gdy Caleb trzymał mnie wpół i wbił we mnie swojego mięsistego kutasa. Pulsowanie między nogami przybrało na sile. Byłam mokra i zdyszana od własnych myśli. – Niech się w tobie zakocha – wyszeptała Bezwzględna Ja. – Spraw, żeby nie mógł bez ciebie żyć. – Próbowałam – odpowiedziałam równie cicho. – Stwierdził, że moje wysiłki są żałosne. On ma mnie gdzieś. – Pokocha cię, zobaczysz. – Mmm… właśnie tak. – Oczy Caleba były zamknięte, piękne usta otwarte, a spomiędzy rozchylonych warg dobiegały najbardziej seksowne odgłosy, jakie kiedykolwiek słyszałam. Zastanawiałam się, o czym myśli. Ciekawe, czy o mnie. Czy to możliwe, żebym to ja doprowadzała go do tego gorączkowego aktu? – Taaaaaak. – Bezwględna Ja zadrżała. Sutki miałam twarde i boleśnie ocierały się o nagle drażniący materiał koszulki. Chciałam je obnażyć. Chciałam dotknąć nimi czegoś chłodnego. Przycisnęłam piersi do drzwi i zaczęłam trzeć nimi o drewno, jednocześnie nadal obserwując Caleba w jego męskiej i w pewien sposób bezbronnej chwale. Odchyliłam się do tyłu i wcisnęłam dłoń między nogi, zataczając małe kółka, ale bałam się, że nie zabiorą mnie wystarczająco szybko tam, gdzie chciałam dotrzeć. Nie chciałam zatracić się w przyjemności. Pragnęłam patrzeć na Caleba. Pragnęłam zobaczyć, jak dochodzi. Ta myśl sprawiła, że jeszcze mocniej nacisnęłam łechtaczkę, jeszcze szybciej i jeszcze mniejsze zakreśliłam kółka. Poczułam trzepotanie w brzuchu, potem ciepły dreszcz wędrujący wzdłuż kręgosłupa, a następnie do wszystkich członków, i wreszcie moja cipka zacisnęła się, rozluźniła i zacisnęła raz jeszcze. Wydałam z siebie cichy krzyk, ale natychmiast zagryzłam wargi, żeby powstrzymać kolejne odgłosy. Niewielką poczułam satysfakcję. Była niczym w porównaniu do orgazmów, jakie dawał mi Caleb, ale wystarczyła, żebym znowu się na nim skupiła. Jego biodra kołysały się szybciej, pośladki napinały i rozluźniały na przemian pod wpływem ogromnego wysiłku, jaki wkładał w osiągnięcie szczytowania. Pochylił się do przodu, opierając czoło na przedramieniu, zacisnął szczęki i pchnął to potężne coś, które nazywał członkiem, w przód i w tył przez zaciśniętą, mokrą pięść. Strumienie wody spływały po całym jego cudownym ciele, a mi się nagle zachciało pić. Miałam ochotę klęknąć przed nim i zlizać z niego wodę, zwłaszcza z imponującego penisa. Chciałam go ssać i lizać. Właśnie rozmyślałam o wszystkich rzeczach, które chciałabym mu zrobić, kiedy Caleb jęknął, a następnie boleśnie stęknął, gdy jednocześnie z jego członka popłynęło gęste nasienie i pokryło wielką dłoń, by za chwilę ściec w stronę ciężkich jąder i wreszcie do brodzika. Nasienia było bardzo dużo, a jednak jego klejnoty nie wydawały się ani trochę mniejsze. Caleb dyszał głośno, jego ramiona wznosiły się i opadały pod wpływem wysiłku. Jego piękna twarz zaczerwieniła się, ale w ten sposób, o ile to w ogóle możliwe, stała się jeszcze przystojniejsza. Chciałam nadal na niego patrzeć, ale wydawało mi się to zdradą – zdradą mnie samej. Fakty pozostawały faktami. Nic dla niego nie znaczyłam. Byłam dla niego tylko narzędziem. Moje pożądanie szybko stygło i wreszcie ostrożnie zamknęłam drzwi, by wrócić do łóżka i wyleczyć coś więcej niż fizyczne rany. Jakiś czas później usłyszałam, jak drzwi się ponownie otwierają, a ze środka wychodzi Caleb, cicho szurając nogami o dywan w drodze do łóżka. Poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem, gdy wsuwał się pod pościel, upewniając się, że nie dotyka mnie żadną częścią ciała. – Obudziłam się, a ciebie nie było – wyszeptałam, wciąż odwrócona do niego plecami. Wiedziałam, że się spiął, ale nie potrafiłam ocenić, w jaki sposób; może to tylko w powietrzu pojawiło się napięcie. – Długo nie śpisz? – Nie, raptem parę minut. – Poczułam, jak się rozluźnia. – Znowu miałaś koszmar? – Tak – skłamałam, ale poczułam, że było warto, gdy jego ciepła klatka piersiowa, obleczona w miękką bawełnę, spotkała się z moimi plecami, a palce, które chwilę wcześniej pokryte były nasieniem, teraz głaskały mnie uspokajająco. Oczami wyobraźni zobaczyłam jego silne, szczupłe ciało prężące się w drodze po orgazm. Jego palce były długie, zwinne i wciąż wilgotne, gdy rysowały mapę mojego ciała, pozostawiając po sobie mrowienie. Dotknęłam jego skóry. – Jesteś mokry. Westchnął ciężko. – Przepraszam, Kotku. Potrzebowałem kolejnego prysznica. – Mówił niskim, naznaczonym zmęczeniem głosem, ale i tak szczerze. Wystarczyło, że wspomniał o prysznicu, a mnie już zrobiło się sucho w gardle na myśl o tych kaskadach spływających z jego idealnie wyrzeźbionego ciała i organu o idealnych rozmiarach. Zastanawiałam się, jak by smakował. – Nic się nie stało – wyszeptałam, zachrypnięta. – Mogę coś zrobić, żebyś poczuła się lepiej? – W mojej przepełnionej pożądaniem głowie pojawiło się całe multum przeróżnych odpowiedzi. Miałam ochotę skorzystać z wypróbowanej już taktyki i udawać, że wszystko jest… idealnie. Udawać, że on jest zwykłym chłopakiem, a ja zwykłą dziewczyną i pragnęliśmy siebie nawzajem. Chciałam, żeby mnie przytulił i pocałował, i obiecał, że zrobi wszystko, żeby mnie chronić. Chciałam udawać, że czuł choć ułamek tego, co ja czułam do niego wbrew wszelkiemu rozsądkowi i wbrew woli. Chociaż ramię i żebra pulsowały z bólu, nie mogły równać się z cierpieniem, jakie odczuwałam w głębi serca. Nie potrafiłam już udawać. Skończył się czas na takie sztuczki i została już tylko rzeczywistość, z którą trzeba było sobie radzić. – Tak, panie – powiedziałam, powstrzymując łzy. – Możesz zrobić tak wiele, bym poczuła się lepiej. – Jego ciało mocniej przycisnęło się do mojego i przez chwilę pozwoliłam mu na tę bliskość, nie myśląc o niczym więcej. – Mógłbyś zrezygnować ze sprzedania mnie… Mogłabym zostać z tobą… i być z tobą? Caleb złapał mnie mocno – nie dlatego, że chciał mnie skrzywdzić, ale z szoku. Sama siebie też zszokowałam, ale zbyt wiele przeżyłam, by owijać w bawełnę. Caleb przełknął głośno, a jego palce nieśmiało poluźniły chwyt. – Kotku… – Poczułam, jak jego czoło wbija się w mój kark. – Prosisz o niemożliwe. Miałam ochotę zapytać, która z próśb była niemożliwa do spełnienia, ale znałam już odpowiedź. Caleb nigdy nie porzuciłby swojej zemsty, ale mógł porzucić mnie. Sześć Matthew starał się ze wszystkich sił skoncentrować na ekranie komputera, ale pisząc, mimowolnie odpływał myślami. Olivia Ruiz ponad wszelką wątpliwość cierpiała na syndrom sztokholmski, usychając z tęsknoty za straconym kochankiem, porywaczem i dręczycielem. Matthew gardził takimi ludźmi. Wszyscy byli tacy sami. Jego matka próbowała wynagradzać mu bicie, zabierając go na spacer do parku. Najwięksi manipulatorzy pośród ludzi tego pokroju potrafili przekonująco udawać poczucie winy, dopóki znowu nie wszedłeś im w drogę. Mimo to musiał przyznać, przynajmniej przed sobą, że Olivia miała dość… frapujące zdolności do snucia historii. Przez cztery godziny słuchał jej opowieści o relacji z Calebem i patrzył, jak jej policzki się czerwienią pod wpływem uczucia, w którym bez problemu rozpoznał podniecenie. Jak mógł na to nie reagować? Owszem, dostał wzwodu – i to jak – ale nie podobało mu się to. Co mówi o człowieku fakt, że podnieca się, słuchając opowieści ofiary o tym, jak ją skrzywdzono? Robiło mu się od tego niedobrze. Był chorym człowiekiem. A do tego niekoniecznie stanowiło to dla niego nowy problem. Miał długą historię dziwnych skłonności seksualnych. Właśnie z tego względu mimo trzydziestki na karku pozostawał singlem, bez perspektyw. Obawiał się, że ktoś mógłby zobaczyć go takiego, jakim jest naprawdę. Bycie singlem nie oznaczało, że czuł się samotny. Poświęcał dużo czasu na pracę dla FBI. Jednak od czasu do czasu myślał o tym, jak miło byłoby mieć do kogo wracać i z kim rozmawiać, nie czując się jak dziwak – chociaż wiedział, że nim jest. Pociągały go kobiety z trudną przeszłością, a one wydawały się nim równie zainteresowane. Olivia Ruiz najwyraźniej niczym się nie różniła. Z jakiegoś powodu ją do niego ciągnęło, tyle zdążył zauważyć, ale zdawał sobie sprawę, że to zainteresowanie musiało pozostać jednostronne. Nie mógłby narażać dobra śledztwa, wykorzystać świadka ani próbować zbawiać kogoś tak wyraźnie poranionego. Dostał już kiedyś nauczkę. Wykona swoją pracę. Właśnie dlatego FBI go wciąż zatrudnia – ponieważ summa summarum można liczyć na to, że zrobi, co trzeba. Był człowiekiem, który doprowadzał sprawy do końca. Nic nie mogło mu stanąć na drodze. Nic i nikt. Na powrót skupiając uwagę na ekranie, zaczął wpisywać resztę zeznań Olivii na temat czasu, jaki spędziła w rękach porywaczy. Starał się pozostać obojętnym, ale pewne zdania wciąż go zaskakiwały: Kazał mi żebrać o jedzenie… Wymierzył mi klapsy… …zmusił do szczytowania. Jego raport bardziej przypominał powieść erotyczną niż akta sprawy. Znowu zaczął odpływać myślami, tym razem w stronę swojej ostatniej dziewczyny, która nie potrafiła osiągnąć orgazmu, jeśli nie wyzywał jej od dziwek. Znowu się podniecił… dość tego! Zapisał plik i postanowił, że potrzebuje przerwy od spisywania względnie bezużytecznych wspomnień Olivii. Otworzył okno przeglądarki i wyszukał informacje na temat Muhammada Rafiqa. Matthew podejrzewał, że właśnie on jest ogniwem łączącym poszczególne elementy całego dochodzenia. Zgodnie z relacją świadka Caleb wyznał, że jego współpraca z Rafiqiem rozpoczęła się, ponieważ chcieli zabić Vladka Rostrovicha, zwanego też Demitrim Balkiem. – Dlaczego? – wyszeptał Matthew sam do siebie, a potem przypomniał sobie komentarz na temat siostry i matki Rafiqa. Czyżby umarły? Nieważne, pomyślał. Liczy się tylko aukcja – wszystko inne było nieistotne. Dlaczego w takim razie ciągle chodziło mu to po głowie? Dlaczego ta historia wydawała mu się ważna? Dawała im motyw, pewnie, ale w jaki sposób łączyła się z lokalizacją aukcji w Pakistanie? Matthew westchnął ciężko i wstał, żeby nalać sobie kolejną filiżankę kawy. Słyszał, że lokalni policjanci narzekają na nią praktycznie bez przerwy, ale w przeciwieństwie do nich on naprawdę lubił wypić kawę w biurze. Może faktycznie nikt nie czyścił ekspresu od nowości, ale zgrzytający w zębach kamień zdawał się dodawać napojowi uroku. Uśmiechnął się pod nosem. Po powrocie do biurka złapał za notatnik i zaczął przekopywać się przez swoje zapiski, żeby znaleźć nowy punkt odniesienia. Historyjka o masturbacji raczej nie miała w sobie zbyt wiele potencjału, ale udało mu się dowiedzieć, że min-fadlik to po arabsku „proszę”. Caleb najwyraźniej posługiwał się tym językiem na tyle swobodnie, by używać go w tak intymnej chwili. Matthew domyślał się, że ludzie zazwyczaj w samotności wybierali swój język ojczysty, a już na pewno w czasie takiej czynności. Jemu nigdy nie zdarzyło się wykrzykiwać czegoś po mandaryńsku pod wpływem rozkoszy. Oczywiście nie mówił po mandaryńsku. Przekartkował notatki i zauważył, że Caleb posługiwał się także hiszpańskim, a po angielsku mówił z dziwnym akcentem, opisywanym jako „…mieszanka brytyjskiego, arabskiego i perskiego… może perskiego”. Matthew wyciągnął mapę Pakistanu i spróbował znaleźć obszar, na którym mieszkańcy mogliby posługiwać się taką kombinacją. Wydawało się to mało prawdopodobne. Mimo to tak specyficzny akcent mógł oznaczać, że Caleb albo urodził się, albo długo przebywał na terenie, gdzie słyszałby te języki praktycznie codziennie. Afganistan, Indie oraz Iran sąsiadowały z Pakistanem i każdy z tych krajów łączyłyby pewne podobieństwa demograficzne i kulturalne. Brytyjczycy niezaprzeczalnie mieli duże wpływy w każdym z tych państw, ale wiedział, że największe zdecydowanie w Indiach. Caleb z pewnością nie był Hindusem, ale jeśli się tam wychował, mógł załapać akcent. Musi skrócić listę potencjalnych lokalizacji aukcji, a miał na podorędziu praktycznie tylko własne doświadczenie, stare akta i Internet. Rząd Pakistanu działa na rzecz zmniejszenia czy wręcz całkowitego wyeliminowania handlu ludźmi na ich terenie. A jednak niewiele zmienił się sposób myślenia tego społeczeństwa. Niewolnictwo nadal jest tam bardzo popularne, chociaż większość przypadków dotyczy dzieci i kobiet przywożonych do niewolniczej pracy. W Pakistanie ludzi się sprowadzało, sprzedawało i wynajmowało zupełnie swobodnie i nadszedł wreszcie czas, żeby rząd Stanów Zjednoczonych to zauważył i wspólnie z ONZ zaczął przeciwdziałać temu procederowi. Matthew nie był naiwny; wiedział, że jego kraj postanowił coś zmienić w wielu regionach Bliskiego Wschodu bardziej ze względu na znajdujące się tam złoża. Jeśli jednak choćby jedna kobieta lub dziecko zostaną uratowani przed niewolą, Matthew nie miał nic przeciwko takiej polityce. Ropa i wolność dla wszystkich. Prowincje Sindh i Pendżab słynęły z wysokiej aktywności niewolniczej, ale tymczasowo postanowił je wykluczyć, ponieważ znajdowały się tam głównie pola uprawne, a handel ludźmi zazwyczaj dotyczył niewolniczej pracy na roli. Zdecydowanie nie wyglądało to na prawdopodobne miejsce aukcji niewolników seksualnych dla elitarnych playboyów i terrorystów z całego świata. Cholera! Czekała go bardzo długa noc. Matthew spojrzał na zegarek i uznał, że musi zjeść kolację, zanim zamkną jego ulubioną chińską knajpę. Dosłownie ślinił się na myśl o makaronie z czosnkiem i chrupiących sajgonkach. Kiedyś zamawiał dla dwóch, ale minęło już dużo czasu, odkąd miał partnera, z którym dzielił długie godziny pracy śledczej; ostatnio pracował w pojedynkę. Nie przeszkadzało mu to, bo i tak kiepsko sobie radził w towarzystwie. Był zbyt szczerym człowiekiem i ludzie po prostu tego nie doceniali. Dobrze wykonywał swoje obowiązki i za to go szanowano, ale niekoniecznie zgłaszano się na ochotnika do współpracy z nim albo zapraszano na piwo. Mimo to współpracownicy robili wszystko, o co ich poprosił, i nie miał powodu, by na nich narzekać. Gdyby zapytał któregoś z analityków, by został z nim po godzinach i pomógł przy zbieraniu danych, zgodziłby się niechętnie, ale wszelkie pogardliwe komentarze wstrzymałby do czasu, aż znajdzie się w lepszym towarzystwie. Matthew wystąpił o przydzielenie mu specjalnego zespołu do pomocy przy śledztwie. Istniała możliwość nagłego przełomu i potrzeby przeprowadzenia międzynarodowej akcji, jeśli przyjdzie im dokonać nalotu w Pakistanie. Mimo to szef odmówił przydzielenia mu porządnej ekipy, dopóki nie dostanie twardych dowodów, że terroryści i cele polityczne pojawią się na aukcji. Ktoś mógłby pomyśleć, że FBI specjalnie przyzwala na to, by sprawa rozeszła się po kościach. Twarz Olivii Ruiz pojawiła się we wszystkich newsach, razem z ziarnistymi nagraniami jej potyczki ze strażnikami granicznymi. Czegoś takiego nie dało się zamieść pod dywan. Przeglądał informacje, które dotychczas udało mu się zebrać na temat Muhammada Rafiqa i jego wspólników. Mężczyzna był wojskowym pakistańskiej armii i to wysoko postawionym. Walczył u boku Amerykanów jako członek koalicji w Pustynnej Burzy. Otrzymał wiele medali, plotkowano o jego bliskich kontaktach z byłym generałem dywizji, który brał udział w przewrocie w 1999 roku, kiedy to obalono pakistańskiego prezydenta. Mówiąc krótko, Muhammad miał po swojej stronie wielu ludzi u władzy. Gdyby Rafiq chciał czyjejś śmierci, nie powinien mieć problemów z osiągnięciem swojego celu. Oczywiście musiałby to zorganizować tak, żeby nie skompromitować siebie i swoich zwierzchników w oczach międzynarodowej społeczności. Czy jego udział w sprawie był przyczyną niechęci FBI do zaatakowania w pełnym rynsztunku? Matthew sięgnął po długopis i spisał listę informacji, które musiał zebrać: bazy wojskowe w Pakistanie, znajdujące się w nich albo w pobliżu lądowiska, przejścia graniczne i miejsca tankowania. Jednego był pewien – Rafiq nie poleci do Pakistanu ani z niego nie wróci komercyjnymi liniami. Będzie potrzebował prywatnego samolotu, którego załoga nie będzie musiała się przejmować strażą graniczną. Niewiele, ale zawsze coś. Zaskoczył go dźwięk domofonu. Jego kolacja wreszcie dotarła. Zjechał windą na parter i spotkał się z dostawcą, wręczył mu porządny napiwek, a potem wrócił na górę, żeby nacieszyć się tłustymi smakołykami. Kilka godzin później Matthew uznał, że starczy już tej pracy, i postanowił pojechać do hotelu. Planował wstać wcześnie rano i raz jeszcze odwiedzić Olivię w szpitalu. Dziewczyna będzie się spodziewać nowych wieści o programie ochrony świadków, a Matthew nie miał jej nic nowego do powiedzenia na ten temat, ale i tak musi wydobyć od niej resztę zeznań. Jeśli udzielone przez nią informacje pozwolą mu osiągnąć cele, które przedstawił swoim przełożonym, jej prośba zostanie prawdopodobnie spełniona, ale z niewłaściwych powodów. Dziewczyna potrzebowała sprawiedliwości. Ludzie odpowiedzialni za porwanie, zgwałcenie i torturowanie jej powinni oficjalnie odpowiedzieć za swoje zbrodnie. Dziewczynie należało się doprowadzenie ich przed sąd i skazanie – dopiero wtedy będzie mogła pozbierać resztki swojego życia i zostawić tę sprawę za sobą. Jednak jeśli domysły Matthew były słuszne, FBI bardziej interesuje bezpieczeństwo narodowe niż wymierzenie sprawiedliwości dla dobra jednej osiemnastolatki. Nie będzie żadnych oficjalnych aresztowań i publicznych procesów. Jakiekolwiek dowody na to, że w handel ludźmi zamieszani byli wysoko postawieni wojskowi, głowy państw i potentaci, staną się cennymi atutami w rękach rządu Stanów Zjednoczonych. Zwłaszcza jeśli rzeczone osoby pozostaną na swoich stanowiskach. W oczach Matthew takie ujęcie sprawy stwarzało dylemat moralny. Olivia postanowiła uciec. Nie chciała stawiać czoła poprzedniemu życiu i ludziom będącym jego częścią, a Matthew bardzo dobrze rozumiał tę pokusę wycofania się, ale nie mógł się z nią zgodzić. Z drugiej strony, był ostatnią osobą, która powinna doradzać innym, jak walczyć z traumą. Sam wciąż nie wyleczył ran, wciąż miał nierówno pod sufitem, chociaż jako nastolatek przewinął się przez tabuny terapeutów. Jego akta zostały utajnione i na dobrą sprawę jest zdolny do służby, ale przecież zna swój umysł. Zna swoje ograniczenia i uprzedzenia. Chyba dobrze; świadomość własnych wad dawała mu pozór perspektywy w czasie wykonywania swoich zadań. Wszedł do pokoju hotelowego i postawił teczkę na stole. Opróżnił kieszenie, starannie dzieląc wszystkie drobne według nominału i układając je w rządkach. Swoje klucze, portfel i zegarek położył z równą dbałością. Rozpiął zamszową marynarkę i powiesił w szafie. Następnie usiadł i zdjął buty oraz skarpetki, a później także krawat i koszulę. Wreszcie ściągnął pasek, zwinął go i umieścił na stole obok pozostałych rzeczy, by na koniec rozebrać się z bielizny. Ustawił równo buty pod łóżkiem, a ubrania umieścił w torbie na pranie. Tak wyglądała jego rutyna po powrocie do domu, a powtarzanie kolejnych czynności przynosiło mu ukojenie. Porządek był ważny. Stanął nagi w ciepłym, nieco wilgotnym teksańskim powietrzu i zignorował mrowienie w okolicach twardniejącego członka. Doskonale wiedział, dlaczego ma wzwód, i żałował, że tak się dzieje. Nie potrafił oprzeć się pokusie przejrzenia swoich notatek z przesłuchania, mimo obiecujących informacji, jakie uzyskał po bardziej szczegółowym poszukiwaniu na temat Muhammada Rafiqa. Chociaż historia dziewczyny była przepełniona przemocą, opowiadała ją z tak sugestywnym zapałem i wyraźnym podnieceniem, że nie potrafił tego znieść. Źle to na niego działało, ale pod grubą warstwą obrzydzenia czaił się też wyraźnie przyśpieszony puls. Nie zrobi tego jednak. Nie zacznie fantazjować. Nie będzie się masturbować. Nie będzie próbował zaspokoić swoich popędów. W ten sposób poszedłby w złym kierunku, ponieważ wiedział, że na końcu tej drogi czekały na niego drenujące z sił wyrzuty sumienia. Zamiast tego rzucił się na podłogę i rozpoczął serię pompek, ile tylko starczy mu sił. Zmęczył się, a mięśnie zaprotestowały. Druga nad ranem to nie jest odpowiednia pora do ćwiczeń, ciało wrzeszczało na niego, ale lepsze to niż alternatywa. Zmuszał się dalej do wysiłku, pot ciekł mu po plecach, żołądek podszedł do gardła, a osłabione ramiona mogły w każdej chwili ostatecznie się poddać… ale w końcu doprowadził się do stanu, kiedy jakiekolwiek podniecenie nie wchodziło w grę. Wtedy wziął prysznic i położył się do łóżka. Spał spokojnie, bez snów. Siedem Caleb nie mógł zasnąć. Zrobił wszystko, co przyszło mu do głowy: wziął gorący prysznic, masturbował się, a potem usiadł w bibliotece Rafiqa i przeglądał książki. Nie potrafił czytać, ale niektóre tytuły zawierały obrazki. Przeszedł się po domu i odkrył przekąski w kuchni. Zjadł wszystkie gulab jamun i nawet teraz kąciki jego ust i palce pozostawały lepkie. Mimo to wciąż nie mógł spać. Gdzie się podział Rafiq? Serce zabiło mu mocniej na myśl o starszym mężczyźnie. Co jeśli nie wróci? Co jeśli coś mu się stało? Caleba zabolał brzuch. Nigdy wcześniej nie był sam. Zawsze ktoś kręcił się w pobliżu – jeśli nie inni chłopcy, to Narweh, a jeśli nie on, to być może klient. Caleb wstał i zsunął pościel oraz poduszkę na podłogę; łóżko było zbyt miękkie. Położył się na grubym dywanie i okrył kocem, który mu podarowano. Za oknem zawodził wiatr. Dlaczego Rafiq zostawił go samego? Podciągnął kolana do piersi i zaczął się kołysać. Żałował, że nie ma z nim RezA. RezA to jeden z brytyjskich chłopców, który dzielił z nim posłanie. Jeśli Caleb miał jakiegoś przyjaciela, był nim właśnie RezA. Po raz pierwszy od tygodnia jego myśli zaprzątał ktoś inny niż on sam. Skoro Narweh nie żyje, co się stanie z pozostałymi, z RezĄ? To prawda, że często się kłócili i czasami popychali siebie nawzajem w stronę wściekłości Narweha, ale to wcale nie znaczyło, że nic ich nie łączyło. Kiedy jeden z nich trafił na brutalnego klienta albo otrzymał wyjątkowo surową karę, ten drugi podawał mu pomocną dłoń, owijając rany bandażami albo przytulając dla pocieszenia. Caleb był mniejszy, prawdopodobnie młodszy, ale za to waleczny, za to RezA bardziej uległy i łatwiejszy do manipulowania. – Dlaczego tak łatwo przychodzi ci go złościć, Kéleb? Przecież wiesz, co ci grozi – szeptał często do Kéleba w ciemności, smarując jego skórę maścią. – Nienawidzę go. Prędzej go zabiję, niż zostanę jego pieskiem salonowym. Mogę być psem, ale nie jego psem. – Nie jesteś psem, Kéleb. – RezA pocałował go w czoło. – Jesteś głuptasem. – A ty jesteś pieskiem salonowym – odparł Kéleb z wymuszonym śmiechem. RezA też się zaśmiał i zakręcił słoiczek z maścią. Wstał po cichu, a potem na palcach udał się do swojego posłania na podłodze. – RezA! – wyszeptał Kéleb. – Co? – Kiedyś go zabiję. Po dłuższej przerwie RezA odpowiedział: – Wiem. Dobranoc, głuptasie. Caleb spełnił swoją obietnicę. Zamordował Narweha z zimną krwią. Za to nie zadał sobie trudu odnalezienia przyjaciela i nikomu w zasadzie nie powiedział, że jest wolny. Nie kazał im uciekać. Chciałby wyjaśnić to brakiem pomyślunku, ale to nieprawda. Po prostu się bał. Bał się, że wtedy staną przeciwko niemu, bo bez Narweha wielu z nich będzie musiało wybierać między biedą a nieznanym panem – a może nawet trudami niewolniczej pracy. Bał się również tego, że Rafiq uzna ich wszystkich, Caleba także, za zbyt wielkie obciążenie, a wtedy podzieli los kolegów. Dlatego po prostu pozwolił się wyprowadzić. Pozwolił sobie na szok i traumę po tym, co zrobił. Pozwolił sobie być ofiarą. Porzucenie nie byłoby wobec tego zbyt wielką karą. Hałas wyrwał go z tego myślowego samobiczowania. Zamarł, zamieniając się w kamień, nasłuchując wszelkich dźwięków, które mogłyby świadczyć o tym, czy nadal jest sam w budynku i jeśli nie, to czy nagłe towarzystwo mogło oznaczać niebezpieczeństwo. Usłyszał odgłos delikatnie zamykanych drzwi, a potem znajome szuranie, gdy ktoś zdjął buty i postawił je przy wejściu. Caleb uznał te prozaiczne dźwięki za dobry znak, bowiem żaden potencjalny włamywacz nie zdejmowałby butów. Caleb chciał wyjść z pokoju, chciał sprawdzić, kto przyszedł, ale w dalszym ciągu nie opuszczał go strach. Rafiq był mu obcy, więc nie potrafił w pełni przewidzieć jego reakcji. Chłopiec doskonale pamiętał, jak został wrzucony do wanny i przytrzymywany przez silne ręce Rafiqa. Zadrżał na tę myśl. Kroki zbliżyły się do jego drzwi. Caleb spiął się jeszcze bardziej, mięśnie zabolały od wysiłku. Drzwi otworzyły się powoli, a Caleb mocno zacisnął powieki. Jeśli Rafiq spróbuje go zgwałcić, nie podda się tak łatwo. Gdzieś w głowie odezwał się głos, że powinien po prostu robić wszystko, o co go poproszą. Przeżyje. Będzie chciał umrzeć, ale znowu przeżyje. – Caleb? – W ciemności rozległ się szept Rafiqa. Chłopiec wstrzymał oddech i nie odpowiedział. – Śpisz? – zapytał jeszcze raz Rafiq i wydawał się spokojny; nie zagniewany czy skory do przemocy. Mimo to Caleb nadal nie chciał odpowiedzieć. W dalszym ciągu zaciskał powieki i próbował oddychać tak płytko i równo, jak tylko potrafił, aż w końcu drzwi się zamknęły i Rafiq odszedł. Caleb natychmiast poczuł ulgę, ale też żal. Znowu został sam. Sam ze swoim strachem w obcym, spowitym w mroku pomieszczeniu. Czym było teraz jego życie? Zabił kogoś. Zamordował. Nie dręczyły go z tego powodu wyrzuty sumienia – powtórzyłby to, gdyby miał ku temu okazję – ale co miał teraz począć ze swoim życiem? Kim zostać? Kim był Caleb? Zawsze sobie powtarzał, że pewnego dnia będzie wolny, ale nie zdawał sobie sprawy, że wolność może się wydawać taka… ogromna, zbyt niepewna. Teraz, gdy wreszcie ją zyskał, poczuł brak celu, a bez celu do czego sprowadzało się jego życie? Pozostał mu dług wobec Rafiqa i spłaci go, ale kiedy wypełni to zadanie, wątpliwości i pytania powrócą. Caleb przełknął strach i odrzucił koc, gotowy znaleźć odpowiedzi u jedynej osoby w jego życiu, która mogła je posiadać. Powoli otworzył drzwi i na palcach udał się do pokoju Rafiqa. Zawahał się przed wejściem, ale wreszcie zapukał. – Nie ma mnie tam – oznajmił Rafiq zza jego pleców. Caleb obrócił się i natknął na przenikliwe spojrzenie mężczyzny. – Prze-przepraszam – powiedział, jąkając się. – Nie spałem, kiedy wszedłeś, ale… – Wbił wzrok w gołe stopy. – Nie byłem pewien, po co przyszedłeś. – Caleb przełknął ślinę. Rafiq uśmiechnął się pod nosem. – I co postanowiłeś zrobić? Caleb wzruszył ramionami. – Nie wiem. Myślałem… że będę miał to z głowy, jeśli po prostu zapytam. Rafiq westchnął głośno, a Caleb cały się spiął, ale nie odsunął się od mężczyzny. – To bardzo odważne z twojej strony, chab, ale nie musisz się mnie obawiać. Nic ci nie zrobię. – A co zrobisz? – Caleb obruszył się, gdy nazwano go chłopcem. – Wątpię, bym zdążył zasłużyć sobie na twoją lojalność. Chciałem po prostu zobaczyć, czy wszystko w porządku. Wyszedłem z domu bardzo wcześnie i obawiałem się, że moja nieobecność mogła być dla ciebie… stresująca. Caleb zmusił się do wzruszenia ramion, ale w duchu miał ochotę płakać z wdzięczności. Nikt obdarzony władzą nie przejmował się jego losem. Nikt nigdy nie wszedł do jego pokoju tylko po to, by sprawdzić, jak się czuje. Caleb wziął głęboki oddech i zdusił w sobie wszelkie emocje. Nie zamierzał okazywać słabości przed jedynym człowiekiem, który obiecywał uczynić go silnym. – Dziwnie było zostać samemu. Wcześniej, u Narweha, zawsze ktoś się kręcił, ale… nie wiem, co powiedzieć. Zjadłem wszystkie gulab jamun – wyznał nieśmiało. – Poszedłem też do biblioteki. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu książek! Musisz wiedzieć wiele różnych rzeczy. Ale nie martw się! – Nagle się zdenerwował. – Nie potrafię czytać. Nie wtykam nosa w nie swoje sprawy. Oglądałem tylko obrazki. Przepraszam. Rafig zaśmiał się, a ten dźwięk nieco uspokoił chłopca. Całkiem się rozluźnił, kiedy dłoń mężczyzny wylądowała na jego głowie i poczochrała długie, jasne włosy. – Nic się nie stało, Caleb. Teraz to także twój dom. Jedzenie zostawiam dla ciebie, a książki możesz czytać, kiedy chcesz. Nauczę cię alfabetu. Caleb zamknął oczy, żeby nie wypuścić łez. Bez ostrzeżenia rzucił się w stronę Rafiqa i oplótł go chudymi rękami. Chciał wyrazić swoją wdzięczność. Chciał, żeby Rafiq przekonał się, jak wiele chłopiec mu zawdzięczał. Powoli, drżącymi rękoma, Caleb sięgnął do góry i przysunął twarz mężczyzny do siebie, by pocałować go w usta. Rafiq zamarł, ale nie powstrzymał chłopca, gdy jego język wsunął się między rozchylone wargi. Caleb w przeszłości wiele razy robił to z ludźmi, których nienawidził; z pewnością nie będzie miał problemu teraz, z kimś przez niego szanowanym. Młode ciało Caleba zareagowało na pocałunek i chłopiec naparł mocniej, w pogoni za ustami Rafiqa, jego smakiem. Mężczyzna go odepchnął. Caleb spanikował. Jeśli zostanie odrzucony, czeka go śmierć. Umrze ze wstydu, ponieważ był dziwką i nie znał innego życia. – Caleb, nie. – Nie będę walczył. Zrobię, co zechcesz – wyszeptał chłopiec drżącym ze strachu głosem. – W takim razie posłuchaj mnie teraz i przestań. – W głosie Rafiqa dało się słyszeć nutę pogardy. Caleb odsunął się i próbował wyminąć szybko Rafiqa, ale ten zastąpił mu drogę i złapał za rękę. – Przepraszam! Nie chciałem. Więcej tego nie zrobię. – Tym razem mówił rozpaczliwie, nie mogąc ukryć wstydu. Rafiq przyciągnął go do piersi i przycisnął mocno. – Nie jesteś już Kélebem. Nie jesteś psem i niczyją dziwką. Nie jesteś mi tego winien. Nie jesteś nikomu tego winien. Caleb rozpłakał się i przysunął bliżej. Nie potrafił nic z siebie wykrztusić. – Byłeś kiedyś z kobietą, Caleb? – wyszeptał Rafiq gdzieś wyżej. Chłopiec pokręcił głową. Widział je, oczywiście – Narweh trzymał też dziwki płci żeńskiej, ale odseparował je od chłopców. Kilka razy miał okazję zerknąć na ich ciała i zastanawiał się, jak by to było, gdyby ich dotknął, jednak nigdy tej przyjemności nie zaznał. Rafiq zaprowadził Caleba do jego pokoju i otworzył drzwi. Powoli wypuścił chłopca i nakazał mu wejść do środka. Caleb niechętnie rozluźnił uścisk i potulnie ruszył w stronę posłania, które przygotował sobie na podłodze. – Do jutra – powiedział Rafiq swobodnym tonem. – Jutro zaczniesz się uczyć, by kiedyś zająć miejsce obok mnie. Będziesz mógł przebierać w kobietach. – Uśmiechnął się do zszokowanego chłopca, a potem zamknął drzwi. Caleb wciąż nie mógł zasnąć, ale teraz z zupełnie innych powodów. Pierwszy raz, odkąd pamiętał, ekscytowała go myśl o tym, co może przynieść następny dzień. * * Oczy Caleba otworzyły się w ciemności. Sen, wspomnienie, wciąż go nie opuszczało. Nagle znowu poczuł się jak młody chłopak, bojący się mroku, bojący się nieznanego, samotny. To dziwne, jak sen mógł przeobrazić się w rzeczywistość. Jak mógł przejąć kontrolę nad czyimś umysłem i wywołać emocje tak silne, że miały wpływ na ciało. Caleb poczuł gulę w gardle. Nie powinno jej tam być – przecież nie miał już nic wspólnego z tym przestraszonym chłopcem – a jednak jakoś się pojawiła. Serce waliło mu w piersi, a dłonie zrobiły się mokre od potu. Powtarzał sobie raz za razem, że to tylko sen, ale emocje kleiły się do niego jak gęsta melasa. Wielekroć próbował wyzuć się z tych uczuć, zmienić jedną stronę swojego psyche na drugą, nie mogąc zdecydować się między radością płynącą z pierwszego doświadczenia akceptacji a smutkiem, z jakim łączyła się wiedza o czekającej go przyszłości. RezA zginął. Rafiq spalił ciało Narweha tam, gdzie Caleb je zostawił – w domu. Wcale nie szukał ocalałych; nie ostrzegł żadnego z mieszkańców. Rafiq zdradził te informacje Calebowi po śniadaniu pewnego ranka, kiedy chłopiec wreszcie zebrał się na odwagę, by o to zapytać. Caleb opłakiwał śmierć ich wszystkich w odosobnieniu, gdy już ukarał się, parząc sobie skórę gorącą łyżką, której używał do mieszania fasoli. Czując ból, próbował wyobrazić sobie, co RezA musiał cierpieć przez ostatnie przerażające chwile swojego życia. Caleb zabił swojego jedynego przyjaciela, a sam doznał ran jedynie psychicznych, po oparzeniu zaś nie został żaden ślad. Caleb miał ochotę na kolejny prysznic, najlepiej tak gorący, by całkowicie wypełnił jego myśli, nie pozostawiając miejsca na nic innego. Wiedział jednak, że zachowuje się głupio i zapewne przyczyni się do większych obrażeń, niż mógłby wyleczyć, zanim przyjdzie mu wypełnić misję. Minęło dużo czasu, odkąd ostatni raz miał takie kompulsywne zachowania. Owszem, czasami potrzebował bólu, ale tego rodzaju potrzeby zazwyczaj rozciągały się na dłuższy czas. Natomiast w ciągu ostatnich tygodni już wiele razy musiał się im opierać. To nie mogło dłużej trwać. Rafiq zrobił to, co musiał zrobić. Żeby Caleb stał się człowiekiem, jakiego potrzebował Rafiq, żeby stał się człowiekiem, którym on chciał zostać, żaden świadek jego niewolnictwa u Narweha nie mógł przeżyć. Wtedy było mu trudno się z tym pogodzić, ale jako mężczyzna lepiej to rozumiał. RezA na jego miejscu zrobiłby to samo. Caleb przewrócił się na drugi bok i podniósł, żeby spojrzeć na leżącą na łóżku dziewczynę. Dużo się ruszała, jej nogi co jakiś czas podrygiwały pod pościelą. Calebowi wydawało się, że dziewczyna przez sen próbuje zmienić pozycję, ale ból jej na to nie pozwalał. Wróciły do niego jej słowa z samochodu: Mógłbyś zrezygnować ze sprzedania mnie… Mogłabym zostać z tobą… i być z tobą? Westchnął, żałując, że sprawy nie są prostsze. Co powiedziałby Rafiq na tę prośbę? Czy to musiała być prośba? Caleb w końcu był mężczyzną, do tego niebezpiecznym. Wystarczyłoby, żeby tylko poinformował Rafiqa o swojej decyzji. Jak trudne byłoby stwierdzenie, że Kotek to stracona sprawa? Jednak, szczerze mówiąc, niczego by to nie naprawiło. Na zawsze będzie już jej porywaczem, a ona jego więźniem. Musiał przestać kręcić się w miejscu. Miał plan i powinien się go trzymać. Koniec historii. Kotek ruszyła się jeszcze na łóżku, jęknęła kilka razy, a potem otworzyła oczy. Jej klatka piersiowa uniosła się ostro i opadła głęboko. Najwyraźniej nie tylko Calebowi śniły się koszmary. Musiał jednak docenić to, że nie krzyczała i nie wołała go. Rozejrzała się tylko po pokoju i zauważyła Caleba, a potem odwróciła wzrok i się podniosła. – Dzień dobry – powiedział cierpko. Kiwnęła głową, ale nie odpowiedziała. Zsunęła pościel powolnym ruchem, potem wstała sztywno i ruszyła do łazienki. Zamknęła drzwi i w ciągu kilku sekund Caleb usłyszał szum wody. Zastanawiał się, jak zamierza skorzystać z toalety, ponieważ zamiast sedesu była tylko dziura w podłodze, nad którą trzeba było kucać. Trudno będzie jej utrzymać równowagę ze względu na urazy, ale pomyślał, że może w tej chwili potrzeba intymności była dla niej ważniejsza niż potrzeba pomocy. Caleb zajął się sprzątaniem pokoju i zbieraniem rzeczy, których potrzebował tego dnia. Żadne z nich nie miało zbyt wiele ubrań, ale został im już tylko jeden dzień podróży, więc nie był to problem. Przejrzał zakupione wcześniej jedzenie i znalazł banany, a do tego jakieś bułeczki z malinami. W sam raz na śniadanie. Oprócz tego zostało im jeszcze sporo butelek wody. Spojrzał na zegarek i zdziwił się, że jest dopiero piąta trzydzieści. Im szybciej wyruszą w drogę, tym lepiej. Dotrą do Tuxtepec na kolację, nawet jeśli dojazd zajmie im dwanaście godzin. Będzie musiał zatrzymać się w mieście przed wyjazdem. Caleb sięgnął po telefon i zadzwonił do Rafiqa. – Salaam. – Dlaczego nie odbierałeś? – Mam ci się tłumaczyć? – A dlaczego nie, do cholery? Jesteśmy partnerami, czy może Jair wskoczył na moje miejsce w ciągu ostatnich dwóch dni? Rafiq zaśmiał się. Właśnie tego rodzaju śmiech Caleb musiał znosić przez te wszystkie lata – lekceważący, drwiący śmiech, który miał przypomnieć Calebowi, kto tu jest szefem. – Nie bądź dziecinny. To przez ciebie nasza ostatnia rozmowa przybrała wrogi ton. Jair z pewnością nie zajmuje pozycji godnej twojej zazdrości. – Nie jestem zazdrosny, tylko poirytowany, a ty jeszcze pogarszasz sprawę. Gdzie jesteś? – A gdzie ty jesteś, Caleb? I co z dziewczyną? Caleb wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze z dala od telefonu. Nadeszła chwila prawdy. – Dojechaliśmy do Zacatecas. Powinniśmy dotrzeć do Tuxtepec najpóźniej nad ranem. – Nad ranem? – upomniał go Rafiq. – Jesteś zaledwie dzień jazdy od Jaira i twoich zakładników, dlaczego miałoby ci to zająć tak długo? – To przez dziewczynę i jej urazy. Muszę się często zatrzymywać. – Wzbudzisz podejrzenia, jeżdżąc z nią – powiedział Rafiq i zamilkł na moment; jego oddech był równie zgrzytliwy co ton. Caleb przyszykował się na najgorsze. – Ona jest ostatnią częścią naszego planu, Caleb. Musi być gotowa. Musi być idealna. Jeśli nie możesz tego zrobić, sam chętnie się nią zajmę. Caleb zacisnął szczęki z taką siłą, że usłyszał trzask. – Przestań mnie kwestionować. Wiem, co muszę zrobić. O niczym innym nie myślę. – A co z zakładnikami? Jakie masz plany wobec nich? – Zemstę. Oczywiście. Rafiq zaśmiał się. – No i to chciałem usłyszeć, Khoya. Zaczynałem się martwić. Postaraj się tym razem panować nad sobą. Słyszałem, że tych dwoje może nam się przydać. W piersi Caleba zrodziło się dziwne uczucie. – Gdzie jesteś? – Blisko. – Świetnie. Zakładam, że zobaczymy się niedługo. Rozłączył się, zirytowany. Kotek wyszła z łazienki i wydawała się trochę zagubiona. Wydarzenia z zeszłej nocy nieco zmieniły ich relacje i zadaniem Caleba było utrzymanie tego stanu. Położył telefon na stole i podszedł do swojej niewolnicy. Dziewczyna znieruchomiała, gdy się do niej zbliżył, wbiła wzrok w podłogę i złożyła ręce z przodu. Jej zdenerwowanie było wyraźne i pociągające. Caleb przeciągnął dłonią po jej twarzy, starannie omijając siniaki, a potem odgarnął jej włosy na plecy. – Kiedy wchodzisz do pomieszczenia i nie wiesz, czego oczekuje twój pan, uklęknij obok niego. Kotek bez ociągania wykonała jego polecenie, chociaż ze względu na urazy musiała bardzo powoli opuścić się na podłogę. – Dobrze – szepnął Caleb. – A teraz rozsuń kolana, usiądź na piętach, połóż ręce na udach i skłoń głowę. Twój pan powinien mieć możliwość oglądania każdej części twojego ciała i pewność, że nie ruszysz się, dopóki nie dostaniesz takiego polecenia. Rozumiesz? – Tak – powiedziała cicho dziewczyna z pewnym wahaniem – panie. Nieśmiało klęknęła zgodnie ze wskazówkami. Miała na sobie koszulkę nocną, która skrywała jej ciało przed Calebem, ale znał je na tyle dobrze, by wiedzieć, jaki wspaniały widok go omijał. Jego organizm natychmiast zareagował. – Licom wwierch to komenda po rosyjsku. Gdy ją usłyszysz, połóż się na plecach i rozsuń kolana, a potem unieś je do piersi. Nogi przytrzymaj pod kolanami. Kotek zrobiła, jak kazał, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. Caleb zaczął szybciej oddychać pod wpływem podekscytowania. W końcu była uległa i słuchała jego poleceń. Uderzyło mu to do głowy, ale też poczuł ukłucie w sercu, bo uczył ją poleceń po rosyjsku. – Licom wwierch – powtórzył ostrym tonem i z poważną miną. Usta Kotka wygięły się nieco w grymasie niezadowolenia, a broda zadrżała pod wpływem wstrzymywanego płaczu, ale kiwnęła głową. Boleśnie powoli położyła się na podłodze. Spojrzała w sufit, a niechciane łzy spłynęły jej po policzkach we włosy. To nie było dla niej łatwe. Caleb się tego spodziewał, jednak w przyszłości czekały ją przecież o wiele trudniejsze wyzwania. Dręczyły go wyrzuty sumienia, ale też pożądanie, intensywne podniecenie pulsujące w żyłach. Poczucie żalu nie miało szans w potyczce z chęcią posiadania pełni władzy nad Kotkiem. Już dawno zaakceptował to, że tego rodzaju pragnienia czynią go chorym i zdeprawowanym człowiekiem. – Twoje nogi, Kotku. Ułóż je jak trzeba. Patrzył, jak dziewczyna powoli unosi nogi, a sam omal nie zgiął się wpół pod wpływem pożądania, gdy jej dłonie pociągnęły koszulkę nad kolana i uda. Nie spodziewał się, że rozbierze się przed nim. Jego penis poruszył się niespokojnie zgodnie z rytmem uderzeń serca, napełniając się, wydłużając i prosząc, by go wypuścić. Kotek podsunęła wyżej kolana, a dłonie zwinięte w pięści zacisnęły się na koszulce na wysokości talii. Jej cipka była teraz dobrze widoczna, różowe wargi rozchylone i zaczerwienione, maleńka łechtaczka wyglądała spod swojego kapturka. Caleb wciągnął gwałtownie powietrze. Mógłby gapić się na nią przez wieczność, ale to nie jego pożądanie było celem tego ćwiczenia. W ten najprostszy z możliwych sposobów chciał na nowo określić ich role. Dzisiejszego dnia nie będzie wybuchów w drodze, nie będzie kłótni i pytań o jej przyszłość. – Naprawdę jesteś piękna, Kotku. Jęknęła. – Słucham? – warknął. – Dziękuję, panie – poprawiła się. – Bardzo dobrze, Kotku. Możesz opuścić nogi. Jej ruchy były szybsze, niż się spodziewał przy jej urazach, ale nie skomentował. Zignorował także pociąganie nosem. – Liag na żiwotie znaczy leż na brzuchu. Rozumiesz? Dziewczyna zaszlochała, kiwając głową. – Tak, panie. – W takim razie wykonaj. – Będzie bolało. – Przynajmniej spróbuj. Zawsze staraj się wykonywać polecenia. Martwienie się o to, czy jesteś w stanie, zostaw mnie. Wróć do pozycji wyjściowej, plecami do mnie – powiedział Caleb tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Liag na żiwotie. Z ust Kotka wydostał się jęk, ale szybko zacisnęła wargi i wstrzymała oddech, próbując niczym żółw przewrócony na skorupę położyć się na brzuchu. Caleb zdusił w sobie chęć, by jej pomóc. Sytuacja przypominała mu pierwszy raz, kiedy mu się sprzeciwiła. Jej piersi zaróżowiły się wtedy od wymierzonych przez niego klapsów, ale w końcu mu uległa. Miał wrażenie, że od tamtej chwili minęły wieki. Zajęło jej to minutę czy dwie, ale w końcu przyjęła odpowiednią pozycję. Caleb podziwiał jej pośladki spoczywające na gołych stopach. – A teraz pochyl się do przodu, podnosząc pośladki. Normalnie kazałbym ci wyciągnąć ręce do przodu, ale teraz ułóż je tak, jak ci wygodniej. Kotek ze stoickim spokojem wykonała polecenie. Postanowiła skrzyżować ramiona na piersi, opierając jednocześnie bok twarzy o podłogę. Koszulka zasłaniała Calebowi widok. Zrobił krok do przodu i podciągnął materiał na plecy, odsłaniając pośladki. – Och, Kotku. Naprawdę podobasz mi się taka. Bardzo. Powiedział samą prawdę. Nie potrafił się powstrzymać przed dotknięciem jej wypiętych pośladków i powolnym ich rozsunięciem. Kotek zadrżała, ale poza tym raczej nie poruszała się pod jego wędrującymi dłońmi. – Mogę cię dotknąć? – zapytał z nutką wyzwania. Na kilka sekund zapadła cisza, a potem padła odpowiedź: – Tak, panie. Caleb uśmiechnął się. Właśnie takich słów oczekiwał i takie powinny paść z jej ust. Robiła postępy. – Bardzo dobrze, Kotku. Jestem z ciebie dumny – powiedział. Pogłaskał delikatną skórę wewnętrznej strony ud. Dziewczyna wypuściła gwałtownie powietrze, co on uznał za oznakę desperacji. Nie było jej łatwo poradzić sobie z tym wszystkim, zwłaszcza po traumie z ostatnich kilku dni. Dobrze jej szło i był z niej dumny. Tyle wystarczało. Z powrotem zasłonił jej pośladki i nakazał przyjąć pozycję wyjściową. Łzy płynęły jej po policzkach, a zmęczenie odbierało urodę twarzy, ale Caleb i tak ją pocałował, żeby odzyskała spokój. Po podaniu leku przeciwbólowego nakarmił ją, podczas gdy ona siedziała mu między nogami, akceptując wszystko, co jej dawał. Osiem Dzień 9: Doktor Sloan nie pyta o przyczynę mojego płaczu. Podejrzewam, że po prostu ją zna. Wolałabym, żeby zapytała. – Wiem, co sobie myślisz – mówię, ale to brzmi jak oskarżenie. Doktor Sloan chrząka. Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/c-j-roberts/zapach-ciemnosci-tom-2-the-dark-duet-41900312/?lfrom=334617187) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом. notes 1 Ustawa wprowadzona po ataku na World Trade Center, upoważniająca służby m.in. do kontroli kont bankowych ludzi podejrzewanych o terroryzm oraz aresztowania bez sądu na nieokreślony czas.
КУПИТЬ И СКАЧАТЬ ЗА: 457.16 руб.