Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Behawiorysta Remigiusz Mróz Mroczna strona „Potężna dawka emocji, nieustanne napięcie i fascynujący bohater! Behawiorysta to książka, której nie odłożycie do ostatniej strony!” Tess Gerritsen Zamachowiec zajmuje przedszkole, grożąc że zabije wychowawców i dzieci. Policja jest bezsilna, a mężczyzna nie przedstawia żadnych żądań. Nikt nie wie, dlaczego wziął zakładników, ani co zamierza osiągnąć. Sytuację komplikuje fakt, że transmisja na żywo z przedszkola pojawia się w internecie. Służby w akcie desperacji proszą o pomoc Gerarda Edlinga, byłego prokuratora, który został dyscyplinarnie wydalony ze służby. Edling jest specjalistą od kinezyki, działu nauki zajmującego się badaniem komunikacji niewerbalnej. Znany jest nie tylko z ekscentryzmu, ale także z tego, że potrafi rozwiązać każdą sprawę. A przynajmniej dotychczas tak było… Rozpoczyna się gra między ścigającym a ściganym, w której tak naprawdę nie wiadomo, kto jest kim. Remigiusz Mróz Behawiorysta Mieszkańcom mojego rodzinnego Opola Behawioryzm – koncepcja psychologiczna sprowadzająca się do przekonania, że każde zachowanie człowieka jest jedynie reakcją na określony bodziec. W komunikacji najważniejsze jest usłyszeć to, co nie zostało powiedziane.     Peter Drucker, ojciec współczesnego zarządzania Cień jest w nas, a nie na zewnątrz.     Bartosz Suwiński, Didki Allegro sonatowe Osiedle Klonowe, Opole To nie mogło się dobrze skończyć. Czerwony pasek informacyjny na dole ekranu nie pozostawiał co do tego żadnych wątpliwości. „Zamachowiec zabarykadował się z dziećmi w przedszkolu”, brzmiał news. Gerard Edling odstawił kieliszek czerwonego wina na stolik przy fotelu, zadowolony, że zdążył zrobić tylko łyk. W przeciwnym wypadku musiałby zamówić taksówkę, gdy policja w końcu uzna, że sama nic nie wskóra i któryś z funkcjonariuszy po niego pośle. Poprawiwszy poły jasnej marynarki, odchrząknął i spojrzał na telefon. Jego wysłużony blackberry milczał. Edling przeniósł wzrok z powrotem na telewizor. Doskonale znał miejsce, w którym ustawiono kamerę. Był to róg niewielkich uliczek na bezbarwnym peerelowskim osiedlu z lat osiemdziesiątych. W kadrze widać było obskurne bloki za przedszkolem, stare, niedziałające latarnie i zaniedbane wierzby płaczące, których gałęzie smętnie sięgały zniszczonego bruku. Deszcz padał rzęsiście, jesień w tym roku była wyjątkowo uciążliwa. Idealne warunki dla zamachowca, pomyślał Gerard, a potem podniósł kieliszek. Jeszcze jeden łyk z pewnością nie zaszkodzi. Kiedy odkładał wino, kamerzysta zrobił zbliżenie na jedno z okien. Porywacz zaciągnął pożółkłe firanki i trudno było cokolwiek dostrzec, więc kadr znów się rozszerzył. Cały teren ogrodzony był zardzewiałym metrowym płotem. Dziennikarzy i gapiów odsunięto, a wokół utworzono strefę bezpieczeństwa. Raz po raz ktoś jednak korzystał z nieuwagi funkcjonariuszy i przechodził pod taśmą. Policjanci byli zdezorientowani, nie mieli pojęcia, jak odnaleźć się w tej sytuacji – i Edling nie mógł się im dziwić. Nie pamiętał, by kiedykolwiek w Opolu stróże prawa mieli do czynienia z terroryzmem. Może z wyjątkiem wyczynów człowieka, który w siedemdziesiątym pierwszym chciał wysadzić uczelniany budynek w ramach sprzeciwu wobec ówczesnej władzy. W końcu rozległ się chrobotliwy dźwięk fabrycznego dzwonka telefonu i mężczyzna w jasnym garniturze drgnął. Odczekał trzy sygnały, zanim odebrał. – Dzień dobry, Gerard Edling – powiedział czterdziestopięcioletni były prokurator. Rozmówcy dziwili się czasem, że rozpoczyna rozmowę w taki sposób, ale wymagał tego savoir-vivre, który dla Gerarda miał fundamentalne znaczenie. Bez niego zachwiałby się cały jego styl bycia. Nie miało znaczenia, że numer specjalisty od kinezyki znało tylko kilkanaście osób i każdy, kto go wybierał, doskonale wiedział, do kogo dzwoni. Edling spodziewał się telefonu od komendanta wojewódzkiego, ale najwyraźniej po ostatnich scysjach policja nawet w kryzysowej sytuacji nie chciała mieć z nim do czynienia. Dzwoniła kobieta, którą wprowadził w prokuratorski świat. Kobieta, która teraz zajęła jego miejsce jako naczelnik Wydziału V Śledczego w prokuraturze okręgowej. – Oglądasz? – zapytała. W innych okolicznościach zacząłby od upomnienia jej, że najpierw wypada się przedstawić. Informacja o przychodzącym połączeniu na wyświetlaczu nie zwalniała nikogo z dobrych manier. – Tak – powiedział zamiast tego. – Fascynująca sprawa. Odpowiedziała mu cisza. Był do tego przyzwyczajony. – Nie nazwałabym tego w taki sposób – odparła po chwili rozmówczyni. – Te przedszkolanki, dzieci i ich rodzice też z pewnością nie. – Wiem. Ale ja zwykłem nazywać rzeczy po imieniu. Odchrząknęła. – Co widzisz w tym fascynującego? – zapytała. Gdyby czas nie naglił, chętnie odpowiedziałby wyczerpująco na to pytanie. Kiedy tylko dotarły do niego pierwsze wiadomości, zaczął się zastanawiać, dlaczego ktokolwiek miałby barykadować się z dziećmi w niewielkim opolskim przedszkolu. Gdyby sprawca był zwykłym szaleńcem, po prostu wystrzelałby wszystkich w środku. Gdyby miał wysunąć jakieś żądania, zrobiłby to do tej pory – a w dodatku wybrałby raczej większe miasto. Zresztą czego mógłby żądać? Zakładników brano w określonym celu. Szamil Basajew kazał zająć szkołę w Biesłanie, by Rosja uznała niepodległość Czeczenii. Irańscy rewolucjoniści uwięzili pięćdziesięciu dwóch amerykańskich dyplomatów w Teheranie, by USA podpisały Deklaracje Algierskie. Czego mógłby chcieć ten człowiek? Zdarzali się oczywiście także szaleńcy, tacy jak młody Siergiej Gordiejew, który wtargnął do swojej szkoły i zastrzelił nauczyciela, a potem wziął kilkudziesięciu zakładników. Oni jednak działali chaotycznie, ich obłęd był widoczny we wszystkim, co robili. Ten porywacz nie należał ani do jednej, ani do drugiej grupy. – Intryguje mnie wiele rzeczy – rzucił wymijająco Gerard. – Choćby to, dlaczego ktokolwiek miałby brać dzieci jako zakładników? – Dobre pytanie. – Na które nie macie odpowiedzi. I z tego względu do mnie dzwonisz – odparł, obracając kieliszek na stoliku. – Jakkolwiek przyznam, że spodziewałem się raczej kogoś z policji. Formalnie to jeszcze nie wasza sprawa. – Formalnie? – zapytała słabo. – Dopóki nie pojawią się zwłoki – odparł Edling, podciągając lewy rękaw marynarki. – Daję mu jeszcze kwadrans, zanim zabije pierwszą ofiarę. – Skąd ta pewność? Gerard wzruszył ramionami, jakby prokurator mogła to zobaczyć. – Przecież nie zamknął się w tym przedszkolu po to, by leżakować. Znów cisza. – Mylisz się – powiedziała w końcu rozmówczyni. – Więc już zabił. Nie było to pytanie. Właściwie Edling przypuszczał, że zamachowiec zaczął od morderstwa – on na jego miejscu tak by postąpił. Pierwsze, co należało zrobić, to pokazać dobitnie wszystkim wokół, że to nie są żarty. – Tak – odparła kobieta. – Skąd o tym wiecie? – Transmituje wszystko na żywo w sieci. – Słucham? Westchnęła ciężko, jakby sprawiało jej to fizyczny ból. – Nikt jeszcze nie zwietrzył tematu, ale to tylko kwestia czasu – powiedziała. – Wystarczy, że trafi na to któraś ze stacji telewizyjnych albo przypadkowy użytkownik pierwszego lepszego serwisu społecznościowego. Najwyraźniej sprawa była jeszcze ciekawsza, niż Gerard początkowo przypuszczał. W takich chwilach żałował, że nie jest już naczelnikiem wydziału lub choćby szeregowym prokuratorem. Nie było jednak możliwości, by pozostał w służbie – po tym, czego się dopuścił, został dyscyplinarnie wydalony bez szansy na powrót. – Gdzie mogę to zobaczyć? – zapytał. – A masz na czym? Edling chwycił kieliszek, podniósł się z fotela i przeszedł do pokoju syna. Nie miał wprawdzie własnego komputera, ale orientował się w tych sprawach na tyle dobrze, by skorzystać z czyjegoś. – Mam – powiedział, siadając za biurkiem. Otworzył laptopa. – Podaj mi adres. – Koncertkrwi.pl. Gerard zmarszczył czoło i otworzył witrynę. Pojawiła się informacja o nieaktualnej wersji jakiejś wtyczki, ale szybko wyłączył komunikat. Potem zobaczył obraz z publicznego przedszkola numer pięćdziesiąt sześć. Kilkanaścioro trzęsących się dzieci siedziało w zwartej grupie pod ścianą, chowając głowy między kolanami. Tuż obok na brzuchu leżały trzy przedszkolanki, a kawałek dalej Edling zauważył powód, dla którego sprawa znajdowała się już w gestii prokuratury. Ciało. Głowa kobiety była przestrzelona, krew pozlepiała ciemne, długie włosy. Płyn mózgowy wylewał się na beżowy dywan i wsiąkał w niego wraz z posoką. Jakość nagrania była na tyle dobra, że Edling mógł dostrzec białe, odłupane kawałki czaszki. – Wszedłeś na witrynę? – zapytała prokurator. – Tak. Na moment znów zaległa cisza. Gerard nie znajdował odpowiednich słów. Machinalnie sięgnął po wino – kupaż był polską krzyżówką cabernet cortisa z regentem, ale były oskarżyciel nawet nie poczuł smaku. Jednym łykiem opróżnił pół kieliszka, choć w normalnych okolicznościach nigdy nie pozwoliłby sobie na takie faux pas. – Zastrzelił ją poza kadrem, a potem przeciągnął ciało przed obiektyw – odezwała się w końcu prokurator. – Pokazał się? – Częściowo. Nosi czarną maseczkę chirurgiczną. – Powiedział coś? – Tylko tyle, że rozpoczyna się „Koncert krwi”, a on jest wirtuozem. Edling odstawił kieliszek i potarł skronie. Będzie musiał zobaczyć to nagranie, przeanalizować każdy ruch, ułożenie ciała, oddech, a przede wszystkim mimikę i gesty. W szczególności te na pierwszy rzut oka niezauważalne. Słowa nie miały dla niego znaczenia. Sześćdziesiąt do siedemdziesięciu procent każdego komunikatu ludzie przekazywali pozawerbalnie. Gerard wbił wzrok w monitor. Dzieci łkały, niektórymi targały już spazmy. Jedna z przedszkolanek sprawiała wrażenie, jakby straciła przytomność, dwie pozostałe się trzęsły. Wszystkie miały ręce skrzyżowane na plecach. – Znasz to miejsce, prawda? – zapytała prokurator. – Tak. Mój syn tam uczęszczał. – Jest wejście od drugiej strony? – To nie ma znaczenia – odparł stanowczo Edling. – Nie wejdziecie do środka. – My nie, ale Sekcja Antyterrorystyczna jest w drodze. – Powinni już być na miejscu – zauważył Gerard. – Powinni – przyznała. – Ale mieli trzydniowe ćwiczenia w Lublińcu. Medycyna pola walki. W takim razie zamachowcowi sprzyjała nie tylko dżdżysta aura. Edling przypuszczał, że nie była to kwestia szczęścia. „Koncert krwi” nie przez przypadek odbył się akurat dzisiaj. – AT zrobi tam porządek – odezwała się rozmówczyni. – Ale do tego czasu musimy radzić sobie sami. Gerard odpiął kabel od laptopa i przeszedł z nim do salonu. Usiadł przed telewizorem i spojrzał na relację NSI. Czerwony ticker na dole ekranu nadal stanowił zwiastun nieuchronnej tragedii. – Więc czego ode mnie oczekujesz? – zapytał. – Chcę, żebyś mu się przyjrzał, a potem ocenił i przeanalizował jego zachowanie. – I? – I powiedział, ile mamy czasu, zanim coś w tym facecie pęknie. – W porządku – odparł. – Prześlij mi fragment nagrania, na którym było go widać. – Nie ma mowy – zaoponowała stanowczo. – Nie ufasz mi? – Po tym, co zrobiłeś, nikt w tym mieście ci nie ufa, Gerard. Nawet twoja własna żona. Nie mógł z tym polemizować. Od miesięcy trwali w stanie zimnej wojny, a gdzieś między dwiema stronami konfliktu miejsce dla siebie próbował znaleźć ich syn. Był już w klasie maturalnej, poradziłby sobie z rozwodem rodziców, ale na razie zależało im na tym, by nie czuł, że żyje w rozbitej rodzinie. Mimo że mieszkali razem, właśnie tym stał się ich związek. – A zatem… – zaczął Edling. – Jestem już prawie pod twoim blokiem – oznajmiła prokurator. – Możesz schodzić. Edling spojrzał jeszcze na widoczne na ekranie dzieci kulące się pod ścianą, po czym zamknął laptopa. Pociągnął ostatni łyk wina, narzucił płaszcz i poprawił krawat, a potem wyszedł z domu. ul. Krzemieniecka, Malinka Ledwo Beata Drejer zaparkowała pod kilkupiętrowym, przeszklonym blokiem przy Krzemienieckiej, z klatki wyszedł wysoki mężczyzna w garniturze i długim płaszczu. Miał krótko przystrzyżone siwe włosy i gęsty, jasny zarost wokół ust. Jego policzki były idealnie gładkie, jakby dopiero co zwilżył je wodą po goleniu. Wyróżniał się z tłumu, jak zawsze. Nosił beżową marynarkę, kamizelkę i spodnie, do tego białą koszulę i czarny krawat. Zestaw nigdy się nie zmieniał. Gerard otworzył drzwi od strony pasażera i ukłonił się Beacie. – Dzień dobry – powiedział. Otaksowała go wzrokiem. – Zakładasz swój uniform, nawet będąc bezrobotnym? – Nie jestem bezrobotny. – Nie? – Miałem rano wykład na WSZiA. Drejer nie przypuszczała, że po aferze w prokuraturze ktokolwiek przyjmie Edlinga do pracy, ale najwyraźniej się pomyliła. Być może władze uczelni uznały, że studenci i tak nie słuchają, co mają do powiedzenia wykładowcy, więc do nauczania można dopuścić nawet byłego, skompromitowanego funkcjonariusza publicznego. Niedobrze, bo Beata doskonale zdawała sobie sprawę, że Gerard mógł wtłoczyć do młodych głów wiele ryzykownych, potencjalnie groźnych idei. Zdaniem Drejer cały jego savoir-vivre stanowił jedynie fasadę, za którą chował się szaleniec. Nie była w tym poglądzie osamotniona, podzieliło go bowiem trzyosobowe gremium prokuratorskie, które orzekało w sprawie Edlinga. On sam być może również miał tego świadomość – nie odwołał się od decyzji sądu dyscyplinarnego, choć przysługiwało mu takie prawo. Beata zawróciła, a potem wyjechała na Witosa. Osiedle Gerarda znajdowało się niedaleko przedszkola, za kilka minut powinni być na miejscu. – Wiadomo, kim jest ofiara? – odezwał się Edling. – Nie, ale skontaktowaliśmy się już z jedną z kucharek, która jest na urlopie. Zidentyfikuje tę kobietę. – Nie wiem, czy to roztropne. – Działania operacyjne zostaw nam – odparła Drejer. – A ty zajmij się tym. – Wskazała na małego laptopa leżącego na tylnym siedzeniu, za fotelem kierowcy. Wiedziała, że Gerard nie znosi rozkazującego tonu, ale nie miała dzisiaj ochoty na to, by obchodzić się z nim jak z jajkiem. Zresztą dawno minęły czasy, gdy miała ku temu powody. Edling spojrzał na nią bez wyrazu, a potem sięgnął po komputer. – Nagranie jest już włączone – powiedziała. – Naciśnij tylko spację. – To nie są warunki do pogłębionej analizy mowy ciała. – Po prostu powiedz, co widzisz. Gerard nabrał tchu, a potem odtworzył materiał. Głos był włączony i Beata wzdrygnęła się, słysząc po raz kolejny, jak zamachowiec w masce mówi o „Koncercie krwi”. Edling szybko jednak wyciszył dźwięk. Przez moment z niezdrowym zainteresowaniem wbijał wzrok w ekran. Przywodził jej na myśl wygłodniałe zwierzę, które wreszcie zwęszyło ofiarę. Pochłaniał każdy najmniejszy gest, ruch głowy, mrugnięcie czy grymas. Mimo że wielu postrzegało Gerarda jako stoika, Drejer widziała w nim kogoś zgoła innego. Pasjonata ludzkich wynaturzeń. Nie po raz pierwszy odniosła wrażenie, że fascynują go mroczne zakamarki ludzkiej duszy. Wprawdzie podczas postępowania dyscyplinarnego nikt nie dokonał analizy psychologicznej oskarżonego, ale Beata doskonale pamiętała, co powiedział jej jeden z orzekających prokuratorów. Twierdził, że Gerard Edling jest tak dobry w tym, co robi, ponieważ ma wiele cech wspólnych z ludźmi, których ściga. – I? – zapytała. – Niewiele widać. – A jednak trochę możesz z tego wyciągnąć. – Mhm – mruknął w odpowiedzi Gerard. – Tyle że kinezyka nie opiera się na „trochę”. Prawidłowa interpretacja nie polega na analizowaniu jednego gestu, ale całego klastra. Dopiero on daje… – Pracuj na tym, co mamy. Edling powoli obrócił do niej głowę. – Byłbym wdzięczny, gdybyś nie przerywała – powiedział, poprawiając poły płaszcza. – I wracając do tematu… Nie ma na tym nagraniu niczego szczególnego. Zamachowiec stoi wyprostowany i w rozkroku, co wskazuje na chęć zajęcia jak największej przestrzeni. Jest pewny siebie. Brodę ma lekko uniesioną, co sugeruje poczucie wyższości, pełnego oglądu sytuacji i przekonania o tym, że to on ją kontroluje. Nie gestykuluje, co każe mi sądzić, że wcześniej wszystko przygotował i realizuje to krok po kroku. Ręce na biodrach świadczą o gotowości i, niestety, agresji. Beata włączyła kierunkowskaz i zjechała z Solidarności w osiedlową drogę. W oddali było już widać wysokie, betonowe bryły wzniesione w latach osiemdziesiątych. – Na ile to pewne? – zapytała. Edling odgiął głowę i wypuścił powietrze. Poczuła kwaśną woń wina. – To tylko przypuszczenia – powiedział. – Pojedyncze gesty mogą być mylące. Zupełnie jak z krzyżowaniem rąk. – To znaczy? – Samo w sobie może świadczyć o tym, że przyjmujemy postawę zamkniętą, a więc chcemy się bronić lub nie zgadzamy się z tym, co twierdzi nasz rozmówca. Równie dobrze może jednak być nam zimno, możemy być zmęczeni albo po prostu może nam tak być wygodniej. Taki gest dopiero w połączeniu z kilkoma innymi prowadzi do konstruktywnych wniosków. Drejer westchnęła. Może jednak pomyliła się, angażując Gerarda. Nie powiedział nic, czego sama by nie wiedziała. – To wszystko? – zapytała, nie kryjąc zawodu. Edling jeszcze raz obejrzał krótki materiał. – Nie – odparł. – Jest coś jeszcze. – Co takiego? – Ten człowiek wie, że zostanie ujęty. Beata minęła wozy transmisyjne ustawione wzdłuż ulicy i zamrugała długimi światłami do dwóch policjantów stojących przed taśmą. Szybko rozpoznali samochód naczelnik wydziału. – O czym ty mówisz? – zapytała. Gerard odchrząknął. Wycieraczki wykonały ostatni ruch z boku na bok, przestało padać. – Zdaje sobie sprawę, że nie uda mu się uciec. Z góry założył, że zostanie ujęty lub zastrzelony. To raczej niecodzienne, biorąc pod uwagę naturalny instynkt i fakt, że co do zasady nie po to bierze się zakładników, by trafić do więzienia lub prosto do grobu. Drejer zignorowała tę ostatnią uwagę. – Po czym wnosisz? – spytała. – Po tym, że ani razu nie dotknął maski. – I to ci wystarczyło, żeby dojść do takiego wniosku? – Oczywiście – odparł Edling, gdy parkowała za policyjnym kordonem. – Widziałaś kiedyś zamachowca, który nie dotyka chusty zasłaniającej twarz? Albo pseudokibica, który nie podnosi ręki do szalika? Beata wyłączyła silnik i otworzyła drzwi. Wysiedli z samochodu, a Gerard zabrał ze sobą otwartego laptopa. – Oni wszyscy mimowolnie sprawdzają, czy element chroniący ich anonimowość jest nadal na miejscu – dodał Gerard. – To silniejsze od nich, bo podświadomie cały czas obawiają się ujawnienia tożsamości. Ten człowiek się tego nie boi. Spojrzała na byłego prokuratora, a potem przeniosła wzrok w kierunku przedszkola. Zamykając drzwi służbowego volkswagena, pomyślała, że Edling może mieć rację. Ale po co w takim razie był cały ten teatr? I w jakim celu zasłaniać twarz, skoro z góry zakłada się, że ostatecznie nie będzie miało to żadnego znaczenia? Kilku policjantów skinęło Drejer, kiedy przechodzili w kierunku ogrodzenia, i ostentacyjnie zignorowało obecność mężczyzny w beżowym garniturze. – Uwielbiają mnie – skwitował Gerard. – Po tym, co ostatnio im zgotowałeś, trudno się dziwić. – Zrobiłem tylko to, o co mnie proszono. – Oczywiście – odparła pod nosem. Zatrzymali się kilka metrów od płotu. Beata obejrzała się przez ramię i popatrzyła na wymierzone w nich kamery. Na miejscu były tylko lokalne media, choć transmisję TVP Opole zapewne emitowano już w ogólnopolskim paśmie. Za kwadrans lub dwa dojadą dziennikarze z prywatnych stacji, z Wrocławia lub Katowic. Zrobi się tutaj jeszcze tłoczniej, tymczasem miejsca nie było za dużo. Teren wokół przedszkola był otoczony starymi, wysokimi blokami, które przy takiej pogodzie robiły jeszcze bardziej ponure wrażenie niż zwykle. Beata poszukała wzrokiem głównodowodzącego, ale najwyraźniej był zbyt zajęty palącymi kwestiami, by na bieżąco kontrolować, kto przybywa na miejsce zdarzenia. Edling stał obok, po raz kolejny oglądając krótki film. – Jest jeszcze jeden ciekawy element – zauważył. Obróciła się do niego. – Jaki? – zapytała. – Ten człowiek jest dokładnie tam, gdzie chce być. – Co masz na myśli? Gerard zamknął komputer i podał go Beacie. Urządzenie było na tyle małe, że bez problemu zmieściła je w torebce. – Wyobraź sobie, że rasowy polityk przychodzi do studia telewizyjnego – podjął Edling mentorskim tonem, który znała aż za dobrze. – Cały czas kontroluje każdy swój gest, bo między innymi na tym polega jego praca. Niewiele wyczytasz z oczu, rąk, ułożenia ciała czy intonacji, ale to nie ma znaczenia, bo wszystko mówią nogi. – Nogi? – Właściwie tylko one nie oszukują. Wyjęła laptopa i z powrotem uruchomiła nagranie. – Mimo że politycy często sprawiają wrażenie pewnych siebie i odważnych, ich nogi czasem zdradzają zupełnie co innego. Pod stołem krzyżują się, jakby chciały opleść krzesło. Czasem się poruszają, co jest sygnałem, że osobnik chciałby jak najszybciej opuścić studio. W innych sytuacjach bywa, że występujący zakłada nogę na nogę, to z kolei tłumiona potrzeba ucieczki. – Ale jego nogi… – zaczęła i urwała. – Nie poruszają się ani o milimetr, gdy mówi do kamery – dopowiedział Edling. – Mimo sytuacji zagrożenia i poczucia osaczenia nie chce uciekać. Jest dokładnie tam, gdzie zamierzał się znaleźć – powtórzył Gerard. Prokurator zaklęła w duchu, schowała laptopa i skrzyżowała ręce na piersi. Naraz jednak poczuła na sobie karcące spojrzenie byłego przełożonego i opuściła ręce wzdłuż tułowia. Zapomniała już, jak trudno pracowało się z tym człowiekiem. Oboje przez chwilę w milczeniu wpatrywali się w okna przedszkola. – On ich wszystkich zabije – odezwał się Edling. – Nie możesz mieć pewności. – I nie mam – przyznał. – Ale na to wskazuje mowa jego ciała. ul. Sieradzka, Malinka Gerard rzadko się mylił, ale w tym przypadku tak było. Kolejne nagranie zamachowca rozwiewało wszystkie wątpliwości i podawało w wątpliwość pobieżną analizę, którą przeprowadził Edling. Mężczyzna w czarnej maseczce podszedł do kamery, poprawił jej ustawienie, a potem odsunął się o dwa kroki. Położył dłonie na biodrach i lekko uniósł podbródek. Jeden z policjantów podszedł do Beaty i Gerarda, po czym ustawił się za nimi, zerkając na ekran. – „Koncert krwi” nie jest grą – oznajmił porywacz. Edling nie wychwycił w jego głosie niepewności ani zawahania. Ten człowiek w istocie był dobrze przygotowany do tego, co robił. Zawodowiec, można by powiedzieć, gdyby tylko istniała grupa ludzi profesjonalnie trudniąca się braniem przedszkolaków jako zakładników. – To, co dziś tutaj usłyszycie, to werbel współczesności – dodał mężczyzna, rozkładając powoli ręce, jakby witał gości. Typowe zachowanie człowieka, który kontroluje sytuację, pomyślał Edling. Im większa pewność siebie, tym bardziej się rozsiadamy, tym szerzej rozstawiamy nogi i tym bardziej się prostujemy. Zabieramy więcej przestrzeni, bo czujemy, że nam się należy. – Brzmi abstrakcyjnie? – zapytał porywacz, znów się podpierając. – Jeszcze tylko przez chwilę. Zaraz usłyszycie preludium do utworu, który przez dekady będzie rozbrzmiewał w waszych umysłach. Zaraz doświadczycie… dotkniecie znaku czasów. Cofnął się, a potem obrócił się do dzieci i spojrzał na nie z góry. Trójka ludzi wpatrywała się w ekran, nie odzywając słowem. Policjant przestąpił z nogi na nogę. Chciał uciekać i Gerard nie mógł się dziwić. – Nie zabije ich – odezwał się Edling. – Nie wszystkich. Drejer obróciła się i spojrzała na niego zarówno z nadzieją, jak i z powątpiewaniem. – Skąd wiesz? – zapytała. – Bo zaprosił nas do udziału. – W jaki sposób? – Szeroko rozłożone ręce, otwarte dłonie. To efekt pewności siebie, ale także zaproszenie. Będzie chciał, żebyśmy to my podjęli decyzję. Wbrew temu, co twierdzi, to jakaś gra, ale nie rozumiem jej zasad. Jeszcze nie. Policjant także się odwrócił, a potem odchrząknął. Gerard miał świadomość, że każdy, kto robi to przed wypowiedzeniem pierwszego słowa, oznajmia wszem i wobec, że ma kompleksy lub niewielką wiarę w siebie. Ten nawet nie musiał tego robić – Edling widział to jak na dłoni. Funkcjonariusz miał rozbiegany wzrok, pocierał wierzchnią stronę ręki i co chwilę dotykał szyi, jakby coś go uporczywie swędziało. – Znamy już tożsamość ofiary – odezwał się, opuszczając wzrok. – I? – zapytała Beata. – Co wiemy? – Brak kryminalnej przeszłości, żadnych gróźb, wrogów czy problemów z ludźmi na osiedlu – zaraportował służbowym tonem policjant. Poczuł się lepiej, był na bezpiecznym, znanym gruncie. Perorował przez chwilę, starając się w kilku zdaniach zmieścić całe życie tej kobiety. Gerard go nie słuchał. Nie interesowała go przeszłość ofiary – bardziej ciekaw był przyszłości oprawcy. Wszystko to było jakimś rodzajem manifestu. Krytyczną oceną współczesności. Ale dlaczego? I co miały do tego dzieci? – Co jest? – odezwała się Drejer. Edling uświadomił sobie, że uniósł wzrok i skierował go w lewo. Uniwersalny znak świadczący o skupieniu i głębokim zamyśleniu. Najwyraźniej Beata pamiętała co nieco z tego, co jej niegdyś mówił. – Nic takiego – odparł. – A mimo to chciałabym to usłyszeć. Gerard skinął głową. Dawna podwładna dobrze sprawdzała się w roli dowódcy. Używała władczego, ale nie nadętego tonu – był stanowczy, zarazem jednak zachęcał do współpracy. Robiła to, czego sam ją nauczył. – Zamachowiec nie boi się więzienia ani śmierci, bo jest przekonany, że realizuje jakąś misję. Uważa się za męczennika. – Misję? – wtrącił cicho policjant. – Religijną? Polityczną? – Nie rozdzielałbym tych dwóch pojęć. – Słucham? Beata uniosła rękę. – Nie będziemy rozważać semantyki – powiedziała, a potem skierowała wzrok na Edlinga. – Co on może chcieć osiągnąć? – Zaraz się dowiemy. – Zaraz to przyjadą tutaj AT i zabawa się skończy. Wyważą drzwi, wpadną do środka i nie będą o nic pytać. – W takim razie co najmniej kilka osób zginie. Drejer nie odpowiedziała, obracając się w stronę budynku. Czuła się odpowiedzialna za sytuację, choć formalnie ta nie leżała jeszcze w jej kompetencjach. Stanie się to dopiero wtedy, gdy właściwie będzie już po wszystkim. To ona będzie prowadzić śledztwo, starając się dojść do tego, kim jest ten człowiek, dlaczego zabił i… kto mu w tym pomagał. Wydawało się bowiem oczywiste, że nie działał sam. Edling przez moment się zastanawiał, a potem uznał, że warto skorzystać z obecności funkcjonariusza. Ściągnął jego wzrok i wskazał na laptopa. – Wiecie, w jaki sposób on to udostępnia? – zapytał. Policjant skinął głową i nabrał tchu. – Korzysta z łącza satelitarnego, od kilkunastu minut staramy się je zablokować – powiedział. – Serwery są gdzieś w Indonezji, trudno cokolwiek z tym zrobić. Technicy twierdzą, że prędzej czy później uda się zablokować domenę, ale sam content… – Mężczyzna urwał i pokręcił głową. Gerard niewiele z tego rozumiał, choć tyle wystarczyło, by wiedzieć, że policja podjęła odpowiednie czynności stanowczo za późno. – Można to przerwać czy nie? – zapytał. – Obawiam się, że nie. – W takim razie dojdzie do tragedii. Jedyny sposób, by jej uniknąć, to pozbawić go publiczności. Wraz z nią zniknie jego główny bodziec do działania, czyli potrzeba bycia widzianym. Beata przekrzywiła głowę w prawo. Edling odebrał jasny sygnał o zaangażowaniu i gotowości do słuchania. Problem polegał na tym, że Gerard nie miał nic więcej do dodania. Informacji wciąż było zbyt mało, by wyciągnąć konstruktywne wnioski. Cała trójka drgnęła, gdy porywacz znów obrócił się do kamery. Przyjął taką samą postawę jak ostatnio. Pilnuje się wyjątkowo rygorystycznie, uznał Gerard. – Widzę, że mamy coraz więcej wejść – oznajmił. – Cieszy mnie to, bo oznacza, że możemy ruszyć dalej. Edling starał się wyczytać cokolwiek z mimiki twarzy, wzroku czy ułożenia ciała, ale zamachowiec za bardzo się kontrolował. Miał świadomość, że nagranie wkrótce rozejdzie się lotem błyskawicy po całej globalnej sieci. Zobaczą go wszędzie. – Na początek musicie wiedzieć, że nie interesują mnie zwykli gapie – powiedział. – Dość mam bierności. Gerard miał wrażenie, że prawa ręka mężczyzny drgnęła, ale nawet jeśli tak się stało, był to ruch zbyt nieznaczny, by cokolwiek stwierdzić. Poczuł się jak biedak zbierający okruchy i starający się przygotować z nich obiad. Uświadomił sobie, że porywacz musiał od dawna ćwiczyć to wystąpienie, doprowadzając je do perfekcji. – Na co dzień wszyscy obserwujemy społeczną znieczulicę, obcujemy z nią, uczestniczymy w niej, a w końcu sami stajemy się jej źródłem – kontynuował. – Mijamy potrzebujących, odwracamy wzrok od krzywd, gapimy się beznamiętnie na tragedie rozgrywające się na naszych oczach. Dosyć. Nie tego od was oczekuję. W jego głosie nie było empatii. Słowa nie współgrały ze sposobem, w jaki je wypowiadał. I zapewne było to celowe – mężczyzna w masce nie miał zamiaru robić z siebie społecznika. Wygłaszał tylko chłodny osąd. – Ja czekam na tych, którzy potrafią podjąć inicjatywę, potrafią działać – mówił dalej. – I wy nimi jesteście. Na moment zrobił pauzę i Edling mógł usłyszeć, z jakim trudem stojący za nim policjant przełyka ślinę. – Trwa „Koncert krwi” – dodał porywacz. – A ty nim dyrygujesz. Nagle obraz się zmienił. Kadr zmniejszył się, jakby przycięto go z obu stron. Przesunął się na lewą stronę ekranu, podczas gdy prawa połówka podzieliła się w poziomie. Na górze ukazało się zdjęcie małej dziewczynki o blond włosach. Na dole widniała przedszkolanka, chyba najstarsza z nich wszystkich. – Oto twoje nuty – powiedział zamachowiec. – Wybierz dobrze, bo od twojego ruchu zależy melodia ich życia. – Pozwolił sobie na uśmiech. – Dziewczynka to Lena, a starsza kobieta to Anna. Obie znajdują się w tej samej sytuacji, ale dla jednej z nich twoja decyzja okaże się brzemienna w skutki. To ty bowiem zadecydujesz, która ma przeżyć. Gerard wymienił bezsilne spojrzenie z Beatą Drejer. Prokurator sprawiała wrażenie, jakby była gotowa sama chwycić za broń, byleby to szaleństwo się skończyło. W oddali słychać już było syreny. Sekcja Antyterrorystyczna znajdowała się niedaleko i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa z opolskimi funkcjonariuszami jechali także ci z Lublińca. Zamachowiec tymczasem wywlókł dziewczynkę i kobietę na środek pokoju. Potem wymierzył pistolet pomiędzy nie i obrócił głowę w kierunku obiektywu. – To łatwa decyzja? – zapytał. – Nie tak, jak mogłoby się wydawać. Beata potarła nerwowo skroń, Edling spojrzał z nadzieją w kierunku ulicy. – Lena jest chora, może nie dożyć nastoletniości – dodał zamachowiec. – Lekarze są z reguły optymistami, jeśli chodzi o dzieci, ale w tym przypadku nie mają złudzeń. Choroba zabierze ją prędzej czy później. – Porywacz wycelował w przedszkolankę. – Anna ma pięćdziesiąt sześć lat, nie pali, nie odżywia się najgorzej… przed nią trzydzieści, może czterdzieści lat życia. Ma pięcioro dzieci, troje odchowanych, dwoje nastoletnich. Jeszcze niedawno planowała z mężem wakacje w Suchym Borze pod Opolem. Na nic więcej ich nie stać, jest jedyną żywicielką rodziny. Gerard odwrócił wzrok od ekranu. Nie miał zamiaru tego oglądać. – Ty decydujesz, koncert czyjej krwi zagramy – powiedział mężczyzna. – Masz trzydzieści sekund. W lewym górnym rogu pokazał się zegar odliczający czas. Rozległ się gong, a na ekranie pojawiło się niewielkie okienko z dwoma imionami. Edling poczuł, jak oblewa go fala gorąca. – Co to ma być, do kurwy nędzy? – wypaliła Beata. Nieczęsto zdarzało się, by Gerard nie wiedział, co odpowiedzieć. Teraz był to jeden z tych momentów. – Co on robi? Ktoś z tłumu krzyknął, że oddział interwencyjny jest już na Częstochowskiej. Dotrze na miejsce lada chwila, ale nie było najmniejszych szans, by antyterroryści zdążyli w porę. Drejer gorączkowo się rozglądała, policjant stojący za nimi złapał się za głowę. Edling przenosił wzrok z dziewczynki na kobietę. Starał się nie myśleć o tym, kogo by uratował, ostatecznie jednak okazało się to silniejsze od niego. Porywaczowi o to chodziło. Sięgnął na samo dno ludzkiej duszy i wyłowił z niego to, co chciał. – Ach – odezwał się mężczyzna w masce. – Zapomniałbym. Istnieje szansa, że rodzinie Leny uda się uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy na eksperymentalne leczenie w Niemczech. Ale to niepotwierdzona informacja. Gerard bezwiednie przygryzł wargę. Rzadko zdarzało mu się nie panować nad wysyłanymi sygnałami. Spojrzał na zegarek. Siedemnaście sekund. – Ile osób to ogląda? – zapytała Drejer. – Nie wiem – odparł funkcjonariusz. – Przed chwilą było kilka tysięcy, teraz… Urwał, a Edling wbił wzrok w ekran laptopa. Dwa przyciski z imionami zdawały się wręcz prosić o to, by któryś wybrać. Nie interesowało go, ile osób ogląda, ale raczej to, ile osób zdecyduje się kliknąć. Ile pozostanie biernych? Ile postanowi uratować dziecko, mimo informacji, że nie pożyje ono długo? A ilu matkę, która może osierocić dwójkę nieletnich dzieci? Gerard odsunął od siebie te myśli. Powinien skupić się na tym, dlaczego zamachowiec przyjął taki sposób działania. Powinien myśleć pragmatycznie. A pragmatyzm podpowiadał, by iść dalej – jedno z tej dwójki już nie żyje. Zanim zdążył pozbierać myśli, było już za późno. Czas się skończył. Odliczanie zostało przerwane. Gerard musiał przyznać, że to także było przemyślne. Dawało widzom poczucie, że dzieje się coś ważnego, skoro na decyzję jest tak mało czasu, a potem szansa bezpowrotnie przepadnie. Mężczyzna znów się obrócił i Edling zrozumiał, że musi mieć smartfon lub mały tablet, za pomocą którego kontroluje sytuację. Albo porozumiewa się z kimś, kto to robi. – Jestem z was dumny – odezwał się. – Nie pozostaliście bierni. Beata rozłożyła ręce, sprawiając wrażenie, jakby miała zamiar krzyczeć. – Oto wasza melodia – dodał porywacz, po czym wycelował w głowę Leny. Dziewczynka pisnęła z przerażenia, a zaraz potem mężczyzna pociągnął za spust. Strzelił prosto w skroń, głowa odskoczyła na bok i ciało upadło na podłogę. Ułożyło się w nienaturalny sposób. Wokół przedszkola zaległa absolutna cisza. Słychać było tylko płacz dzieci i krzyki przedszkolanki dochodzące z głośników. ul. Sieradzka, Malinka Antyterroryści otoczyli budynek szczelnym kordonem, po czym kilkuosobowa grupa w czarnych uniformach, z wysokimi tarczami i masywnymi hełmami, ustawiła się przed wejściem. Wszystkie osoby postronne i innych mundurowych odsunięto na bezpieczną odległość. Dowodzący grupą interwencyjną zasugerował Drejer, że ona również powinna odejść, ale nie miała zamiaru tego robić. Zaczynała się czuć odpowiedzialna za tę sprawę. Na miejscu zjawili się także wojewoda i prezydent miasta, choć trzymano ich z dala od przedszkola. Z bezpiecznej odległości przyglądali się rozwojowi wydarzeń i zapewne mieli podobne odczucia jak Beata. Obaj chcieli przejąć inicjatywę i pokierować działaniami służb. Ostatecznie jednak to do niej będzie należało wszczęcie i przeprowadzenie śledztwa. Nabrała głęboko powietrza, przekonując się, jak nierówny ma oddech. – Wszystko w porządku? – zapytał Gerard. – Nie. Skinął głową. Przez moment milczeli. – To… to wynaturzone – odezwała się w końcu. – Bez wątpienia. – I po co to wszystko? – Na tym etapie trudno powiedzieć. W końcu oderwała wzrok od budynku. Dźwięk wystrzału nadal odbijał jej się echem w głowie. Spojrzała na dawnego przełożonego i odniosła wrażenie, że patrzy na kogoś innego niż przed momentem. Jego twarz stężała i pobladła, jakby nastąpił nagły spadek ciśnienia. I zapewne to samo można było powiedzieć o wszystkich innych w okolicy. Edling rozmasował kark i popatrzył na nią. Mimowolnie poprawiła krótkie, sięgające uszu rude włosy. Gerard zawsze podkreślał, że ich kolor powinna traktować w tej pracy właściwie jak błogosławieństwo. Powoływał się na badania prestiżowego dwumiesięcznika „Psychology Today”, który ustalił, że ludzie postrzegają rude kobiety jako najbardziej temperamentne, a to w zawodzie prokuratora jest na wagę złota. Przeprowadzony test był nad wyraz prosty – określonej grupie odbiorców pokazywano zdjęcia tej samej kobiety z przefarbowanymi włosami. Wyniki były jednoznaczne. Oprócz tego ustalono, że rudzi mają większą tolerancję na ból, bo geny odpowiedzialne za ten kolor włosów wpływają także na odbiór bodźców. Niemieckie badania z kolei dowiodły, że mężczyźni najczęściej mają ochotę na seks właśnie z rudymi kobietami. Jeśli jednak doświadczenia Beaty mogły o czymkolwiek świadczyć, to było wprost przeciwnie. Nawet Edling, który swojego czasu był znany z pożądliwych spojrzeń, nigdy nie popatrzył na nią w dwuznaczny sposób. Składała to na karb zbyt pełnych policzków i zbyt dużego nosa, choć ostatecznie w swoim wyglądzie nie lubiła wielu innych rzeczy. Być może większości. – Jakieś wnioski? – odezwał się Gerard. – Nie. – A wyglądasz na wyjątkowo zadumaną. – Myśli uciekają mi w bezpieczne, znane rejony. Pokiwał głową ze zrozumieniem. – Moim zdaniem to demonstracyjny skowyt – rzucił. – Co takiego? – Polityczna lub światopoglądowa deklaracja. Nie wiem tylko, o jakiej treści. Zbita grupa uzbrojonych po zęby antyterrorystów przygotowywała się do wyważenia drzwi. Beata sądziła, że najpierw wnikliwie ocenią sytuację, rozważą wszystkie za i przeciw, a dopiero potem przystąpią do działania. Być może jednak wystarczająco długo zastanawiali się po drodze z Lublińca. Drejer popatrzyła na ekran laptopa, myśląc o tym, że to sytuacja bez precedensu. Po raz pierwszy masowy odbiorca znajdzie się w centrum wydarzeń i służby nie będą mogły zrobić nic, by temu zapobiec. Kamera w przedszkolu dokładnie zarejestruje każdy oddany strzał, każdy krzyk i każdą kroplę krwi. Oglądalność z pewnością będzie rekordowa. Ludzie łaknęli takich rzeczy. Potrafili godzinami przeszukiwać internet w poszukiwaniu nagrań z czarnych skrzynek, zapisów z monitoringu po zamachach czy amatorskich filmików pokazujących egzekucje przeprowadzane przez islamskich bojowników. To będzie wyjątkowa pożywka, uznała Beata. – Muszę z nim porozmawiać – odezwał się nagle Edling. – Chyba żartujesz. – Nie jest jeszcze za późno, żeby to wszystko skończyło się bez oddania pojedynczego strzału. Obrócił się do niej i spojrzał jej głęboko w oczy. – Muszę tam wejść. Drejer milczała. – Jeśli antyterroryści sforsują wejście, wszystko może się zdarzyć. A my potrzebujemy tego człowieka. Nadal się nie odzywała, a on zdawał się coraz natarczywiej świdrować ją oczami. Wiedziała, że było to wyćwiczone prokuratorskie spojrzenie. Działało na przypadkowych kryminalistów i gangsterskie płotki, ale nie na nią. – Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę – ciągnął Gerard. – Zamachowiec nie działa sam. Musisz się dowiedzieć, kto za tym stoi. Myśli kołatały jej się bez ładu w głowie. Wiedziała, że Edling ma rację, ale to nie ona podejmowała tutaj decyzje. Jeszcze nie. Na razie sprawa znajdowała się w kompetencjach policji. – Jeśli mamy działać, trzeba zrobić to natychmiast – dodał Gerard. – Co proponujesz? – Telefon do komendanta wojewódzkiego. Beata rozejrzała się nerwowo. Komendant był na miejscu, ale przy takiej liczbie osób w mundurach trudno było go wypatrzyć. Tymczasem funkcjonariusz, z którym rozmawiali, oddalił się wraz z całą resztą. Przeniosła wzrok na grupę AT. Ci ludzie nie będą zadawać porywaczowi pytań ani prosić o podporządkowanie się ich instrukcjom. Krzykną, by rzucił broń i padł na ziemię, a kiedy tego nie zrobi, zaczną strzelać. Wszystkie odpowiedzi przepadną razem z jego życiem. Na co on liczył? Jeśli było tak, jak twierdził Edling, to nie tyle dopuszczał taki finał, ile był nań przygotowany. Zachowywał się jak jeden z samobójców wysyłanych do Europy przez ISIS, choć w przeciwieństwie do nich jego pobudki zdawały się znacznie mniej efemeryczne. Kierowało nim coś konkretnego. Coś, co będzie trwało. – Czas ucieka – ponaglił ją Gerard. – I co ja na to poradzę? – zapytała, wciąż się rozglądając. W końcu oderwał od niej wzrok i zacisnął usta. Gdyby nie znała go lepiej, uznałaby, że klnie w duchu co niemiara. Wiedziała jednak, że nawet w myślach nie skalałby języka. – Zadzwoń do niego – polecił. Władczy ton zadziałał na nią jak płachta na byka. Miała ochotę odparować, że nie ma już nad nią żadnej władzy, ale w porę ugryzła się w język. Zdawała sobie sprawę, że dawny przełożony ma rację. Zamachowiec nie działa sam, być może nie jest nawet mózgiem operacji, lecz jedynie wykonawcą czyjejś woli. Gerard spojrzał z niepokojem w kierunku grupy szturmowej. – Teraz albo nigdy – rzucił. – Niech cię cholera… Oddała laptopa Edlingowi, wyciągnęła telefon, a potem wybrała numer komendanta. Nabrała tchu, przygotowując naprędce formułkę, którą postara się go przekonać, by jak najszybciej wstrzymał akcję. Linia była jednak zajęta. Nagle jeden z antyterrorystów uniósł otwartą dłoń. Nie trzeba było znać się na kinezyce, by wiedzieć, co to oznacza. Przez moment nie rozumiała, dlaczego dowódca kazał pozostałym się zatrzymać. Wystarczyło jednak, że spojrzała na ekran laptopa, a wszystko stało się jasne. Zamachowiec stał przed kamerą, patrząc prosto w obiektyw. – Grupa interwencyjna już się zbliża – powiedział z zadowoleniem. – Już puka do mych drzwi. Gerard nerwowo się rozejrzał i zmarszczył czoło, jakby wśród anonimowego tłumu starał się rozpoznać konkretną osobę. – Ma kogoś na zewnątrz – zauważył. Drejer skinęła głową. Któryś z gapiów od początku musiał współdziałać z tym człowiekiem, kontrolując to, co dzieje się poza murami przedszkola. Oczywiście. Wszystko było zbyt starannie przygotowane, by zdawać się na przypadek. Porywacz musiał trzymać rękę na pulsie. – Wygląda na to, że pozostały mi dwie możliwości – odezwał się zamachowiec. – Wysadzić się w powietrze razem z wszystkimi zgromadzonymi albo się poddać. Edling i Beata spojrzeli na siebie z niepokojem. – Pozostawiłbym decyzję wam, ale obawiam się, że wybralibyście tę pierwszą możliwość – dodał z przekorą. – Znam waszą naturę. Zaraz potem zdarzyło się coś, czego Drejer się nie spodziewała. Mężczyzna uniósł pistolet, wcisnął kciukiem zatrzask magazynka i go wyjął. Przykląkł na jedno kolano przed kamerą, po czym umieścił broń na podłodze. Potem położył się, zakładając ręce za głowę. Mimo że nie było widać jego twarzy, Drejer była przekonana, że się uśmiecha. Jego ruchy były spokojne, niemal wytrenowane. Wykonywał je z pewną gracją, przywodząc na myśl aktora na deskach teatru, który po raz setny odgrywa swoją rolę w tym samym spektaklu. Antyterroryści nie zamierzali tracić czasu. Wyważyli drzwi i popędzili w kierunku pomieszczenia, w którym mężczyzna przetrzymywał zakładników. Jeden z funkcjonariuszy natychmiast obrócił kamerę w stronę ściany. Słychać było tylko krzyki i płacz. Nie rozległ się ani jeden strzał. Na zewnątrz zapanował rwetes. Publiczność starała się podejść bliżej, ale lokalni stróże prawa tym razem sprawdzili się wzorowo, nie przepuszczając ani jednej osoby. Po chwili zabójca w szczelnym kordonie został wyprowadzony na zewnątrz i wrzucony do nissana pathfindera. Beata nie widziała jego twarzy, antyterroryści prowadzili go zgiętego wpół. Miał kajdanki i z pewnością usłyszał już zwyczajową litanię o powodzie zatrzymania i przysługujących mu prawach. Sąd będzie miał czterdzieści osiem godzin, by wydać postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, ale Drejer była pewna, że sędzia załatwi to znacznie szybciej. – Od teraz to twój problem – odezwał się Gerard. Beata zignorowała uwagę, patrząc na wejście do przedszkola. Do środka wkroczyła grupa policjantów, a tuż za nimi kilka kobiet w cywilnych ubraniach. Nie zazdrościła im. To, co tam zastaną, będzie chodziło za nimi do końca życia. Odwróciła się i odprowadziła wzrokiem odjeżdżającego z piskiem opon nissana. – To nie będzie łatwe – powiedziała. – Bynajmniej. – Szczególnie biorąc pod uwagę opanowanie tego człowieka. Edling wyprostował się i skrzyżował ręce na piersiach. Niegdyś przebąknął, że wbrew pozorom nie zawsze należy traktować to jako postawę zamkniętą. Luźniejsze założenie rąk sugeruje gotowość do wysłuchania rozmówcy, usunięcia się w cień. Mocniej zaciśnięte ręce mogą zaś świadczyć o tym, że osoba czeka na możliwość wypowiedzenia się. Właściwie było to wszystko, co Beata zapamiętała z nauk Gerarda. Cała reszta rozmyła się w jej pamięci, ustępując miejsca znacznie ważniejszym rzeczom, takim jak przepisy Kodeksu postępowania karnego, wytyczne sztuki kryminalistycznej czy w końcu akta bieżących spraw. – Wspominasz o tym, bo chcesz zasugerować, żebym wam pomógł? – zapytał. – Nie – odparła bez zastanowienia. – A jednak sprawiasz wrażenie zagubionej. Jakbyś szukała jakiegoś drogowskazu. – Zapewniam cię, że go znajdę. W swoim czasie i bez twojej pomocy. – Doprawdy? Na dobrą sprawę sama nie wiedziała, dlaczego wciąż z nim rozmawia. Owszem, niegdyś był najlepszym śledczym w mieście, ale jego czas bezpowrotnie minął. I nie dość, że w społeczności prokuratorów spotkał go ostracyzm, był przytłoczony problemami prywatnymi. Beata doskonale zdawała sobie z tego sprawę. – Możesz wracać do domu, Gerard – powiedziała. Patrzył na nią wyczekująco, przekonany, że zaraz zmieni zdanie. – Jesteś pewna? – Tak. – Będziecie potrzebować pomocy przy przesłuchaniu. – Nie sądzę – odparła. – Wierz lub nie, ale prokuratura radzi sobie bez ciebie całkiem nieźle. – Radziła sobie. – Słucham? Edling rozplótł ręce i ułożył dłonie w piramidkę. Zawsze wzbudzało w niej niepokój to, że tak skrupulatnie kontrolował swoją mowę ciała. Zupełnie jakby chciał oznajmić wszystkim wokół, by mieli się na baczności, ponieważ on sam potrafi z milczenia wyczytać więcej niż ze słów. – Ta sprawa was przerośnie – oznajmił. – Widziałaś, jaki spokój zachowywał zabójca? Jaki był powściągliwy? – To się niebawem zmieni. – Nie – zaoponował stanowczo. – Ten człowiek miał tyle zimnej krwi, że w ostatnim momencie pozwolił sobie na żart. To aberracja. W takiej sytuacji nie miał prawa się tak zachować. A jednak to zrobił. Beata zdawała sobie sprawę, że czeka ją ciężka przeprawa, ale udział Gerarda tylko pogorszyłby sytuację. Czym innym było zabranie go na miejsce zdarzenia, użycie jako potencjalnej deski ratunku, a czym innym formalne włączenie do śledztwa. Nie dość, że musiałaby przebić się przez mur niechęci prokuratora okręgowego, to jeszcze ryzykowałaby, że Edling powtórzy któryś z ostatnich numerów. Policja już raz dała mu kredyt zaufania po tym, jak został wydalony ze służby. Nie skończyło się to dobrze. – Wracaj do domu – powtórzyła. – Mamy wszystko pod kontrolą. Odczekał jeszcze chwilę, a potem skinął głową i bez słowa ruszył w kierunku Piotrkowskiej. Drejer odprowadzała go wzrokiem. Szedł pewnie i spokojnie, sprawiając niemal paradoksalne wrażenie. Wokół trwało pandemonium, ludzie krzyczeli, wymachiwali rękoma, starali się dostać na teren przedszkola. Gerard Edling mijał ich z obojętnością, jakby nie zauważał tych wszystkich ekspresyjnych gestów. Osiedle Klonowe, Malinka Dotarcie z Sieradzkiej na Krzemieniecką zajęło mu dwadzieścia minut. Nie spieszył się, wychodząc z założenia, że spacer dobrze mu zrobi. Starał się nie myśleć o wszystkich tych zaaferowanych ludziach przed przedszkolem, przerażonych dzieciach, rodzinach i… stróżach prawa, którzy za nic w świecie nie zamierzali dopuścić go do śledztwa. Robił wszystko, by skupić się na zamachowcu. Na jego motywacjach, zachowaniu i planach. Bo fakt, że miał dalsze plany, nie ulegał żadnej wątpliwości. Jak sam powiedział, było to jedynie preludium. I Gerard przypuszczał, że nie są to słowa rzucone na wiatr. Ale jak ten szaleniec zamierzał przejść do kolejnego etapu swoich zamierzeń, skoro dał się ująć? Należało przyjąć, że to tylko element zaprojektowanej przez niego układanki. Wciąż był dokładnie tam, gdzie zamierzał być. W końcu Edling dotarł pod osiedle nowoczesnych, przeszklonych bloków. Większość mieszkań zaprojektowano tak, że z ulicy można było spojrzeć na przestrzał przez pokoje dzienne. W oddali widać było ponure, peerelowskie bryły sięgające kilkunastu pięter. Gerard westchnął. Przenieśli się tutaj dopiero po tym, jak stracił stanowisko, i mieszkanie nie kojarzyło mu się z niczym dobrym. Przeciwnie, stanowiło bolesne przypomnienie, że obecnie jego samego nie byłoby stać na takie lokum. Znajdował się na utrzymaniu żony, nie było sensu się okłamywać. Skromne zarobki z pojedynczych wykładów nie pozwalały na choćby namiastkę psychicznego komfortu. Gdyby między nim a Brygidą wszystko było jak należy, być może by się tym nie przejmował. Jednak w sytuacji, kiedy tylko krok dzielił ich od katastrofy, stanowiło to nie lada problem. Wszedł do domu i powiesił płaszcz, a potem usiadł przed telewizorem. Było niewiele po drugiej, żona i syn mieli wrócić dopiero za jakąś godzinę. Kieliszek z resztką wina nadal stał na stoliku. Gerard podniósł go i włączył TVN24. Kamery były już na miejscu i relacjonowały to, co wydarzyło się raptem pół godziny temu. Edlingowi wydawało się jednak, że minęło znacznie więcej czasu. Zamknął oczy, starając się odpędzić myśli o przestrzelonych czaszkach przedszkolanki i tej dziewczynki. Leny. Zabójca z premedytacją podał jej imię. Nie chciał, by traktowano ją jako anonimową ofiarę. Chciał, by publika poczuła empatię. Gerard wiedział, że nie będzie z tego nic dobrego, ale teraz wszystko zaczęło wyglądać jeszcze gorzej. Poddanie się potwierdzało, że to szeroko zakrojona akcja, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. – Otrzymaliśmy informację, że zamachowiec jest już przesłuchiwany – oznajmił reporter. – Niebawem zostaną mu przedstawione zarzuty. Pustosłowie. To samo można by powiedzieć w każdej innej sprawie, w każdym innym porządku prawnym na świecie. Dziennikarz zaraz doda, że policja ani prokuratura na razie nie podają żadnych informacji o jego motywach, a potem poinformuje o orientacyjnej godzinie, na którą ma zostać zwołana konferencja prasowa. Edling dopił wino i wstał z fotela. Poszedł do pokoju syna i uruchomił komputer. Strona „Koncert krwi” zmieniła adres. Teraz zamiast końcówki „pl” miała „am”. Gerard sprawdził szybko, do jakiego kraju przypisany jest ten skrót. Armenia. Wydawało się, że nie miało to żadnego znaczenia, stanowiło zapewne pragmatyczną konieczność. Ekran był czarny, nic się nie działo. Edling przypuszczał, że to tylko interludium mające sprawić, że emocje wzrosną. Witryna nie została zamknięta. Po prostu przestano nadawać. Były prokurator zrzucił marynarkę i zawiesił ją na oparciu krzesła. Normalnie pofatygowałby się do szafy, ale nie chciał tracić czasu. Chwilę zajęło mu odnalezienie całego materiału, który jeszcze do niedawna emitowano na żywo z przedszkola. W internecie nic nie ginie. I niespecjalnie trudno to znaleźć, nawet jeśli istnieje gros osób robiących wszystko, by to ukryć. Zabójca miał rację. Ludzie łakną rzeczy niedostępnych. Ile razy Gerard słyszał o internautach szukających zdjęć zwłok po katastrofie smoleńskiej? Władze próbowały usuwać te materiały, ale… cóż, określenie „walka z wiatrakami” nie oddawało skali problemu. Edling włączył nagranie i pochylił się nad monitorem. Znów analizował każdy najmniejszy ruch zamachowca. I ponownie przekonał się, że ten był doskonale przygotowany do swojego wystąpienia. Naraz rozległ się gong. Gerard rozpoznał dźwięk, który słyszał już wcześniej. Miał wrażenie, jakby pogłos sprawił, że zadrgały struny na samym dnie jego duszy. Szybko przełączył kartę i zobaczył, że na „Koncercie krwi” rozpoczyna się kolejna transmisja. Na czarnym ekranie pojawiła się najbardziej rozpoznawana nuta, ósemka. Zamiast chorągiewki na górze znaku widniało jednak ostrze kosy z końcówką zabarwioną na czerwono. Edling mimowolnie wlepiał w nią wzrok. – Sądzicie, że mnie zamknęli? – rozległ się głos zamachowca. – Jesteście w błędzie. Kilka kropel krwi skapnęło z nuty. Gerard podejrzewał, że każda państwowa agencja w Polsce stara się namierzyć, skąd pochodzi nagranie. On wprawdzie niespecjalnie znał się na nowych technologiach, ale wiedział wystarczająco, by mieć pewność, że wszelkie starania okażą się daremne. – Mogą umieścić mnie w areszcie, w więzieniu, mogą nawet mnie zabić – kontynuował głos. Nuta lekko drżała przy każdym słowie. – Ale nigdy mnie nie zamkną, nie usuną. Tkwię bowiem w was samych. Gerard pożałował, że nie dolał sobie wina. – Jestem konsekwencją wszystkiego, do czego dążyliście – dodał. – Jestem sumą waszych oczekiwań. W pierwszej chwili Edlingowi wydawało się, że słyszał w głosie zabójcy pychę i satysfakcję, teraz jednak zmienił zdanie. Ten człowiek wypowiadał się w sposób, który sugerował przekonanie o swoim nadludzkim statusie, o podjęciu dziejowej misji. – Chcieliście przyjrzeć się tragediom z bliska? Otrzymacie taką możliwość. Chcieliście móc wpływać na rozwój wydarzeń? Ja wam to zapewnię. Pragnęliście widzieć rzeczy, których nikt nie chciał wam pokazywać? Ze mną zobaczycie wszystko. Na moment urwał, nuta zamarła. – Wszystko – powtórzył. Gerard pomyślał, że to skończy się gorzej, niż wszyscy przypuszczali. Od tysięcy lat ludzie lgnęli do nieszczęść jak ćmy do światła. W starożytności uczęszczali na krwawe gladiatorskie starcia na arenach. W średniowieczu masowo udawali się na publiczne egzekucje. W nowożytnym świecie ukrywano to pod płaszczykiem cywilizacji – zamiast walk gladiatorów były sporty walki, zamiast brutalnych procesów publiczne rozprawy sądowe. A w zglobalizowanym świecie? Każdy mógł odchylić cienką kurtynę i z zacisza własnego domu spojrzeć wprost na niedolę drugiego człowieka. Zamachowiec wiedział, jak potężną pożywką dysponował. Gerard zaś zastanawiał się, jak wiele osób skorzystało z okazji, by uratować przedszkolankę lub dziewczynkę. Zapewne sporo – i ta liczba niechybnie podwoi się lub potroi przy następnym zdarzeniu. Tylko jak zamachowiec zamierzał do tego doprowadzić? – Oczekujcie mnie – dodał zabójca. – I pamiętajcie, że oto stoję u drzwi i kołaczę. Tylko od was zależy, czy mnie wpuścicie. Dźwięk się urwał, a nuta przestała drgać. Raz po raz powoli ściekała po niej kropla krwi. Edling spojrzał na zegarek. Miał najwyżej pół godziny, nim Brygida wróci do domu. Pół godziny na poważne zastanowienie się, bo potem z pewnością oddadzą się zwyczajowej kłótni. Efekt będzie taki jak zawsze – zamilkną na resztę dnia, a on nie będzie potrafił na niczym się skupić. Wstał z krzesła, zabrał marynarkę i przeszedł do salonu. Wziął kieliszek, a potem podszedł do szafki, w której trzymał wina. Pijał tylko polskie, co niegdyś budziło zdumienie znajomych. Od pewnego czasu nikt się już jednak nie dziwił, bo nikt go nie odwiedzał. Taki los byłego prokuratora, za którym drzwi zamknęły się z hukiem. Z tej pracy nikogo nie wyrzuca się bez powodu. Ani przez przypadek. Powiódł wzrokiem po etykietach. Po krótkim zastanowieniu sięgnął po czerwonego wytrawnego regenta z 2014 roku, z Winnicy Chodorowa. Kosztował ponad pięćdziesiąt złotych, Gerard uwielbiał ten kupaż. Wyhodowali go Niemcy jako krzyżówkę diany z chambourcin, a w Polsce przyjmował się wprost idealnie. Edling upił łyk i gorzko przyznał przed sobą, że niebawem będzie musiał obniżyć półkę cenową. Alternatywą było ograniczenie spożywania. Nigdy się nie upijał, ale sączył wino przez cały dzień. Taki miał styl bycia. Zerknął na telewizor, ciekaw, ile zdążyli odkryć dziennikarze. Ruszył w stronę fotela, ale zatrzymał się w pół kroku, gdy z kieszeni marynarki dobiegł fabryczny dzwonek blackberry. Gerard nie miał wątpliwości, że dzwoni była podopieczna. Szybko przekonał się, że miał rację. – Dzień dobry – powiedział. – Gerard Edling. – Widziałeś nowe nagranie? – Niestety. Co oczy zobaczą, tego pamięć nie wymaże. – Słucham? – Nieistotne – odparł, stawiając kieliszek na stoliku i siadając na fotelu. – Spodziewałem się, że poradzicie sobie beze mnie jeszcze przez jakiś czas. Beata Drejer przez moment milczała. Zapewne rekapitulowała sobie wszystko, co doprowadziło do podjęcia decyzji o wykonaniu tego telefonu. – Powiesz mi, co sądzisz? – zapytała w końcu. – Znacznie lepiej jest sformułować takie pytanie expressis verbis jako prośbę o pomoc – odparł. – I nie chodzi mi o dobre wychowanie, ale siłę przekonywania. Jeśli powiesz rozmówcy „potrzebuję twojej pomocy”, istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo, że w istocie ją uzyskasz. Musisz postawić się na pozornie gorszej pozycji, dać drugiej stronie odczuć, że… – W tym przypadku to niekonieczne. Ty i tak chcesz brać udział w śledztwie. Gerard napił się. – Byłbym wdzięczny, gdybyś nie wchodziła mi w zdanie – odpowiedział. – A wracając do meritum, owszem, nasunęły mi się pewne wnioski. – Jakie? Edling nie zwykł przeciągać podawania odpowiedzi. W tym wypadku sprawiłoby mu to niejaką satysfakcję, ale nie należał do ludzi, którzy chcieliby czerpać ją z takich sytuacji. A przynajmniej nie chciał do nich należeć. – Przede wszystkim zabójca czyni liczne odniesienia do religii. Powiedział, że „grupa interwencyjna już puka do mych drzwi”. To oczywista parafraza pieśni Pan Jezus już się zbliża Kowalkowskiego. – I? – „Oto stoję u drzwi i kołaczę” to fragment Apokalipsy Świętego Jana. – Więc mamy katolika zamachowca? Pytanie zabrzmiało absurdalnie, choć biorąc pod uwagę historię krucjat, nie było pozbawione sensu. Skoro islam potrafił popchnąć do takich czynów, równie dobrze mogło to zrobić chrześcijaństwo. – Nie – powiedział jednak Edling. – Słyszałaś, w jaki sposób wypowiadał te kwestie? Nie odpowiedziała, więc Gerard przyjął, że nie wychwyciła niczego podejrzanego. – Mówił beznamiętnym głosem – wyjaśnił. – Nie było w nim dumy, poczucia wyższości, przekonania o wypełnianiu woli Bożej czy choćby zadowolenia. Przynajmniej nie wtedy. – Więc to tylko zasłona dymna? – Moim zdaniem tak. – W porządku. Dziękuję. – Cała przyjemność po mojej stronie – odparł zgodnie z tym, co nakazywały mu maniery. Najchętniej jednak zapytałby o to, czy ktoś na szczytach prokuratorskiej władzy już się nie obudził i nie uznał, że dobrze byłoby zaangażować do śledztwa pewnego weterana. Drejer przez chwilę milczała. – Udało ci się ustalić coś jeszcze? – zapytała w końcu. – Na jakiej podstawie? Pojedynczej krwawiącej nuty? – To w jakiś sposób znaczące. – Nie sądzę – zaoponował. – To tylko koncepcja, jaką przyjęli. – Może – odparła tonem, który sugerował, że to koniec rozmowy. – W razie czego odezwę się… o ile nie masz nic przeciwko. – Oczywiście, że nie. Rozłączyła się, nie dodając już nic więcej. Gerard spojrzał na telefon, pokręcił głową, a potem odłożył go na bok. Skupił uwagę na transmisji TVN24. Dziennikarz stojący przed ogrodzeniem przedszkola odstąpił o krok, by kamera mogła zrobić zbliżenie na grupę dzieci prowadzonych w kierunku placu zabaw tuż obok. Policja tym razem zadbała o to, by teren szczelnie odgrodzić i odsunąć gapiów na tyle daleko, żeby nie przeszkadzali psychologom. Czekało ich ciężkie zadanie, ale to wszystko nic w porównaniu z tym, co te dzieciaki będą musiały znosić w dorosłym życiu. Teraz być może nie rozumieją do końca, co się wydarzyło, ale z czasem wszystko wróci. Ze zdwojoną mocą, zbierając po drodze tragiczne żniwa w ich psychice. Edling przez chwilę obserwował, jak na miejsce zdarzenia wchodzą technicy kryminalistyki i lekarze medycyny sądowej. Zebrało się całe konsylium. Po chwili wyłączył telewizor, odgiął się na fotelu i zamknął oczy. Gdyby kilka rzeczy w jego życiu potoczyło się inaczej, nie siedziałby teraz w domu, lecz koordynował całą akcję ze swojego biura na Reymonta. Beata Drejer dalej byłaby jedynie dobrze zapowiadającą się śledczą, a nie spadkobierczynią tego wszystkiego, co on przez lata budował. Gerard podniósł się, uznając, że nie może o tym myśleć. Wpędzi się w błędne koło niepokojących hipotez, które będą za nim chodziły do wieczora. Lepiej było skupić się na zadaniu. Tylko czy miał jakieś zadanie? Powiódł wzrokiem wokół. Nie, oczywiście, że nie miał. Zachowywał się nierozsądnie, licząc, że jakimś cudem zostanie dopuszczony do śledztwa. Przestał to rozważać, gdy usłyszał klucz przekręcany w zamku. Jednym z uroków bycia praktycznie bezrobotnym było to, że poznawał żonę lub syna po tym, w jaki sposób otwierali drzwi. Edling obrócił głowę w kierunku korytarza. – Cześć, Emilu – powiedział. Syn odburknął coś pod nosem, jak to miał w zwyczaju. Nie znosił swojego imienia i bynajmniej się z tym nie krył. Przeciwnie, średnio raz na kwartał rozmowa schodziła na ten temat i Emil otwarcie wyrażał dezaprobatę dla niegdysiejszej decyzji rodziców. Żona zrzucała całą winę na Gerarda, w zasadzie całkiem słusznie, bo to właśnie on dokonał wyboru. Nie rozumiał syna. Sam w jego wieku był zadowolony z oryginalnego imienia. Wtedy kojarzyło się ze znanym polskim piłkarzem, teraz bardziej ze szkockim aktorem, Gerardem Butlerem. Tak czy inaczej odpowiadało Edlingowi, a w dodatku przewijało się w jego rodzinie od iluś pokoleń. Podobnie jak imię Emil. Gerard spojrzał na chłopaka, kiedy ten wieszał kurtkę w przedpokoju. Bez słowa skierował się do kuchni. Edling dawno zrezygnował z karkołomnych prób wypytywania, jak było w szkole i co ciekawego słychać w jego życiu. Był to hermetyczny, niedostępny dla niego świat i należało się z tym pogodzić. Emil odezwał się dopiero, gdy usiadł za biurkiem w swoim pokoju. – Korzystałeś z laptopa? – zapytał. – Chciałem coś sprawdzić. Cisza. Edling przypuszczał, że syn formułuje w głowie niewybredne myśli na temat ojca. – Mógłbyś sobie kupić jakiś sprzęt. Znajdę ci coś przyzwoitego nawet za dziewięć stówek. – Obejdę się. – Nawet piętnastocalówkę. – Dziękuję – odparł Gerard głosem bez wyrazu. Gdzie popełnił błąd w wychowaniu chłopaka? Był dobrze przygotowany do rodzicielstwa. Czytał Leboyera, jeszcze zanim Emil się urodził, potem doszkalał się dzięki niezbyt erudycyjnym wywodom Sheili Kitzinger i przeczytał od deski do deski książkę Jean Liedloff. Ta ostatnia pozycja była wyjątkowa, zupełnie go pochłonęła, autorka bowiem opisywała, jak wychowują się dzieci w wenezuelskiej dżungli. Tam wszystko było proste, tutaj nie. Gerard nie wiedział nawet, jak rozmawiać z synem, co dopiero mówić o nawiązaniu nici porozumienia. – W każdym bądź razie daj znać – odezwał się Emil. – W każdym razie. – Co? Edling zacisnął usta. – Albo „w każdym razie”, albo „bądź co bądź”, nie łącz tych dwóch… – Znowu zaczynasz? Gerard odchrząknął i pociągnął lekko za krawat, zacieśniając węzeł. Właściwie nie chciał go poprawiać, ale było to silniejsze od niego. Ruszył w kierunku pokoju syna, wychodząc z założenia, że lepiej dokończyć tę rozmowę, nie krzycząc do siebie przez cały dom. – Ożeż kurwa… – rozległ się głos Emila. – Pilnuj języka. – Chodź tu! Zobacz! Edling naraz zrozumiał, że tylko jedna rzecz mogła wywołać taką reakcję. Przyspieszył kroku i po chwili stanął za synem, patrząc nierozumiejącym wzrokiem na ekran laptopa. Kolejne nagranie. W prawym górnym rogu widniała nuta z zakrwawioną kosą zamiast chorągiewki, przywodząc na myśl makabryczny odpowiednik logo stacji telewizyjnej. Przed kamerą znajdowało się dwoje ludzi. Siedzieli na metalowych krzesłach, związani i zakneblowani. Trzymano ich w starej hali lub innym przestronnym, opuszczonym budynku. W kadrze widać było odrapane ściany, odłupane kawałki posadzki i rozbite szkło z okien. Za nimi stał człowiek w czarnej masce chirurgicznej. Gerard przyjrzał się jego oczom i stwierdził, że to ta sama osoba, którą widział w przedszkolu. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. ul. Krzemieniecka, Malinka Nawet głos był ten sam. Gerard nie musiał się przysłuchiwać, by rozpoznać znany tembr. Charakterystyczny, przejawiający pewność siebie i nieznoszący sprzeciwu. Ale Edling nie był specjalistą od głosu. Znacznie lepiej radził sobie z komunikatami nadawanymi bez pomocy słów. I dzięki temu szybko utwierdził się w przekonaniu, że pierwsze odczucie było poprawne. Albo materiał został nagrany wcześniej, albo ten człowiek był bratem bliźniakiem tego, który teraz znajdował się w policyjnym areszcie. – Ja pierdolę! – skwitował Emil, a potem złapał za smartfon i czym prędzej zaczął stukać w wyświetlacz. Gerard był zbyt skołowany, żeby upomnieć go, by nie kalał języka. Wbijał wzrok w oczy widoczne znad maski i czekał. Zauważył, że na twarzy porywacza pojawiły się niewielkie zmarszczki w kącikach powiek, i zrozumiał, że ten się uśmiecha. – Trwa „Koncert krwi” – odezwał się w końcu szaleniec, rozkładając zapraszająco ręce. – Oto nowa melodia. Na krześle po prawej stronie siedziała około pięćdziesięcioletnia kobieta, po lewej młody mężczyzna. Oboje mieli zakneblowane usta i przerażenie w oczach. Kobieta była nieco tęższa, pociła się obficie i widać było, że niedawno płakała. Mężczyzna lekko się trząsł. – Widzisz to? – zapytał Emil. Edling spojrzał na syna, a potem z powrotem na ekran laptopa. – Niestety. – Co to za gość? – Nie wiem. – Nie byłeś rano na Sieradzkiej? Wydawało mi się, że cię widziałem. – Ale skąd… – Oglądałem transmisję w necie. Gerard zbył tę uwagę milczeniem, przyglądając się mężczyźnie na nagraniu. Ten stanął między krzesłami i uniósł lekko podbródek. Popatrzył na swoje ofiary, a potem wbił wzrok w obiektyw. Edling poczuł niepokój. – Przedstawiam wam Krystynę – odezwał się porywacz, wskazując na kobietę. – Ma pięćdziesiąt dziewięć lat i niedawno zdiagnozowano u niej stwardnienie zanikowe boczne. Zostały jej dwa, może trzy lata życia. – Porywacz wskazał mężczyznę. – A to Orson, jak sam chce, żeby na niego mówić. Ma dwadzieścia pięć lat i gwałt na sumieniu. Mężczyzna szarpnął rękoma, ale były dobrze skrępowane za plecami. Nie wyglądał na aniołka i istniało pewne prawdopodobieństwo, że porywacz mówi prawdę. – Do tego dodać trzeba kilka innych grzechów. Parę dotkliwych pobić, w tym także kobiet – dodał człowiek w masce. – Zrozumiem, jeśli niełatwo będzie wam podjąć decyzję. Z jednej strony porządna kobieta, którą należałoby bez wątpienia ocalić, gdyby nie to, że i tak umrze za kilka lat. Z drugiej szumowina, która nie zasługiwałaby na ocalenie, gdyby nie to, że za kilka lub kilkanaście lat może stać się wartościowym członkiem społeczeństwa. Może to doświadczenie go odmieni? Kiedy zamachowiec urwał, Gerard zerknął na komórkę syna. Najwyraźniej trwała ciągła, gorączkowa wymiana zdań z jakimś kolegą. Nic dziwnego, uznał Edling i uświadomił sobie, że dzisiejsze wydarzenia w opolskim przedszkolu odbiły się szerokim echem w całym kraju. Musiały zelektryzować każdego, bez względu na poziom empatii. – Przekonamy się, gdy podejmiesz decyzję – powiedział porywacz, nie odrywając wzroku od kamery. – Ponieważ tym razem czas nie nagli, masz trzy godziny. W lewym górnym rogu pojawił się cyfrowy zegar odliczający czas. – Decyduj, kogo uratować – dodał zamaskowany mężczyzna, a potem odsunął się i powoli opuścił kadr. Tym razem nagranie się nie urwało. Miało trwać do momentu, aż „koncert” zostanie zakończony. Gerard szybkim krokiem ruszył do salonu i sprawdził komórkę. Nic, żadnego nieodebranego połączenia, żadnej wiadomości tekstowej. Gdyby zwykł kląć, wycedziłby teraz pod nosem cały korowód niewybrednych słów. Usłyszał, jak drzwi do pokoju syna się zamykają. Potem Emil zaczął z kimś rozmawiać, niezdrowo rozemocjonowany. Nie on jeden zachowa się w ten sposób, pomyślał Edling. Podobne reakcje będą dziś występować bez względu na wiek. Połowa ludzi będzie po prostu chorobliwie ciekawa rozwoju wydarzeń, na pozostałych podziała coś innego. Przekonanie, że mają w swych rękach los innych ludzi. I że to od nich zależy, kto przeżyje. To zbyt wiele dla ludzkiego umysłu. Przekonali się o tym wszyscy dyktatorzy, którzy ostatecznie kończyli z zachwianą psychiką. Nikt nie powinien posiadać takiej władzy. Gerard podszedł do okna i spojrzał na bloki w oddali. Krople deszczu powoli spływały po przeszklonych drzwiach balkonowych, ale aura się poprawiała. Gdzieś między ciężkimi, granatowymi chmurami przebijało się słońce. Odchrząknął i wyprostował się, dając umysłowi jasny sygnał, że pora wziąć się do roboty. Pora znaleźć coś, co będzie jego biletem powrotnym do prokuratury. Być może nieoficjalnie, ale… Nie, to niemożliwe. Co miałby znaleźć? On, bezrobotny były śledczy, zamknięty w mieszkaniu utrzymywanym przez żonę, bez dostępu do akt sprawy, bez zaplecza kryminalistycznego… i w końcu bez pojęcia o tym, co ten człowiek zamierza i dlaczego to robi. Beata zapewne już przesłuchała sprawcę. Może nie udało jej się wydusić z niego zbyt wiele, ale przynajmniej miała z nim kontakt. Mogła postawić kilka roboczych tez, miała fundament, na którym później zbuduje porządną hipotezę. On tymczasem nie miał nic. Gerard westchnął i wrócił na fotel. Włączył stację informacyjną, odnosząc wrażenie, jakby robił to dzisiaj po raz setny. Stanowczo za długo przesiadywał w tym miejscu, choć na swoje usprawiedliwienie miał to, że na co dzień rzadko oglądał telewizję – większość czasu przeznaczał na czytanie. Od kiedy go zwolniono, nadrobił zaległości w skandynawskich kryminałach, doczytując do końca cykl o Harrym Hole i Eriku Winterze. Zdarzały się jednak także dni, gdy po prostu siedział i patrzył za okno. Napił się wina i spojrzał na odliczanie, które trwało na antenie NSI. Przypuszczał, że każda inna stacja telewizyjna będzie pokazywała to samo. Wszyscy tańczyli dokładnie tak, jak zagrał im zamaskowany mężczyzna. Do studia zaproszono chłopaka w koszulce z wielką dyskietką nadrukowaną na piersi. Bez dwóch zdań specjalistę od sieci teleinformatycznych. – Czy można namierzyć Kompozytora, sprawdzając połączenie, dzięki któremu zamieszcza te filmy? – zapytała naiwnie dziennikarka. Kompozytor. W konkurencyjnej stacji był nazywany Dyrygentem, ale Gerard sądził, że wersja NSI jest znacznie bardziej adekwatna. Symbol nuty nie był wybrany przypadkowo. Zamachowiec chciał dać do zrozumienia, że on zapewnia jedynie partyturę, a to publiczność dyryguje. Informatyk wypuścił ze świstem powietrze. – Generalnie każdy przesyłany pakiet danych w internecie jest opatrzony informacją o miejscu pochodzenia i miejscu docelowym – powiedział. – Ale przy dobrym spoofingu można oszukać wszystko i wszystkich. – Więc może spreparować adres swojego komputera? I nie dać się namierzyć? – Na podstawowym poziomie może to zrobić każdy z nas. Wystarczy użyć VPN, która zamaskuje nasze prawdziwe IP. – Kompozytor tak zrobił? – Nie, on zapewne używa wcześniej przygotowanego botnetu. Sieci komputerów, na których zalęgły się wirusy. Takiej wirtualnej armii… zombie. Może po nich skakać do woli albo sprawić, że wszystkie skupią się na jednym zadaniu. Mniej więcej tak działają najpopularniejsze ataki w sieci. Gerard usłyszał metaliczny dźwięk klucza w zamku i obrócił głowę w kierunku przedpokoju. Wyciszył telewizor i podniósł się z fotela. Brygida weszła do domu, wzdychając jak zawsze. Postawiła przepastną, pękającą w szwach torebkę na komodzie, a potem powiesiła płaszcz. Spojrzała na męża z obojętnością. – Dzień dobry – powiedział. Powitała go skinieniem głowy i zdawkowym, sztucznym uśmiechem, który znikł równie szybko, jak się pojawił. Nie siliła się na pozory, wiedząc doskonale, że szybko by je przejrzał. – Słyszałam, że byłeś na miejscu – bąknęła, zzuwając buty. – Od kogo? – Emil do mnie dzwonił – odparła, przechodząc do kuchni. – Powiedział, że ojciec znowu działa z policją, w co niespecjalnie chciało mi się wierzyć. – Słusznie, bo to stanowczo za dużo powiedziane. Zerknęła na niego przelotnie. – Beata poprosiła cię o pomoc? – Tak. Był to jeden z drażliwych tematów, choć na dobrą sprawę trudno było Edlingowi zidentyfikować te, które nimi nie były. W przypadku Drejer żona miała wybujałe wyobrażenie o ich relacjach. Jeszcze kiedy pracował w prokuraturze, spekulowała, że jest między nimi coś więcej niż tylko zawodowa serdeczność. Były to oczywiste bzdury, ale Gerard nie podszedł do tego tak, jak powinien. Dał się ponieść emocjom, doszło do bezsensownej kłótni, a z czasem podejrzenia się nawarstwiały. – Chce, żebyś brał udział w śledztwie? – zapytała Brygida. – Nie. – Ale ty chciałbyś, prawda? Edling nabrał tchu. – Zabrzmiało to jak zarzut. – Bo nim jest – odparła, nalewając wody do czajnika. Spojrzała na zamknięte drzwi do pokoju syna, a potem sięgnęła po herbatę. – Czekasz tylko, żeby znowu mieć okazję do obcowania z tymi wszystkimi zwyrodnialcami. – Więc jednak mam coś wspólnego z resztą ludzkości. Uniosła pytająco brwi. – Teraz każdy ma do czynienia z jednym z nich. I to bezpośrednio. – Nie, nie o to mi chodzi – odparła stanowczo. – Ty czujesz się dobrze w ich towarzystwie. Nie odpowiedział, bo nie było sensu zaprzeczać. Żona miała swoje zdanie o tym, co robił i dlaczego to robił. Być może tkwiło w tym nawet ziarno prawdy. Edling lubił rozpracowywać tych ludzi, ponieważ stanowili fascynujące obiekty badań. Gdyby trafił mu się ktoś taki jak Kompozytor, zapewne zupełnie zatraciłby się w pracy, nie myślał o niczym innym i całymi dniami przesiadywał w prokuraturze. Brygida miałaby okazję, by podeprzeć swoje teorie przykładem z życia wziętym. – To okropna sprawa – odezwała się. – Trzymaj się od niej z daleka. Gerard wzruszył ramionami. – To nie zależy ode mnie. – Więc jeśli zawołają, pobiegniesz do nich jak bezpański pies? – To niefortunna analogia – odparł. – A poza tym nie chcą mnie w zespole. – Dziwisz się? Po tej sprawie z dziewczyną? Sprawa z dziewczyną. Wystarczyło, że ktokolwiek o niej wspomniał, a Edling odnosił wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu spada o kilka stopni. Niechętnie do niej wracał, a jego żona wręcz przeciwnie. Używała jej jako oręża za każdym razem, gdy dochodziło między nimi do scysji. – Mniejsza z tym – rzucił Gerard z nadzieją, że to zakończy temat. Brygida spojrzała na niego z powątpiewaniem. – Więc co będzie, jak zadzwonią? – Nie zadzwonią. Edling był tego pewien tylko przez kilkanaście kolejnych sekund. Potem rozbrzmiał standardowy dzwonek, który dawno miał zamiar zmienić – na tyle dawno, że zdążył się już do niego przyzwyczaić. Spojrzał na telefon, a potem na żonę. – Widać są bardzo zdesperowani – powiedział. Skrzyżowała ręce na piersi i przekrzywiła głowę. Komenda Wojewódzka Policji, ul. Korfantego Beata wyszła na moment z pokoju przesłuchań i wybrała numer Gerarda. Pamiętała doskonale, jak niegdyś katował ją zasadami savoir-vivre’u, upierając się, że po piątym sygnale wypadałoby się rozłączyć. Czasem tak robiła, ale tym razem czekała do momentu, aż system sam odrzucił połączenie. Zaklęła w duchu i popatrzyła na drzwi prowadzące do pomieszczenia, gdzie przez dobre pół godziny prowadziła monolog. Nie mogła nawet sporządzić protokołu, bo podejrzany nie chciał ujawnić swojego stanu cywilnego, nie wspominając już o imieniu i nazwisku. Westchnęła, a potem weszła do środka, usiadła naprzeciwko niego i zaplotła dłonie za głową. – Ten drugi to twój brat bliźniak? Zabójca wzruszył ramionami. – Czy może ktoś odtwarza nagranie, które sporządziłeś wcześniej? – dopytała Drejer. – Jeśli tak, to zdajesz sobie sprawę, że to odkryjemy? A potem udowodnimy, że ten twój cały koncert to tylko jedna wielka szopka? Pokiwał głową z uznaniem. – Zakładam więc, że to idzie na żywo. Wydął usta i przewrócił oczami. Beata musiała znosić to, od kiedy usiadła po drugiej stronie stołu. Wysyłał bezsensowne, nic nieznaczące sygnały. Przygotował się do swojej misji zbyt dobrze, by nie zdawać sobie sprawy, że nagranie z przesłuchania prędzej czy później trafi do Behawiorysty. W prokuraturze tak nazywano Edlinga za plecami, mimo że samo określenie dotyczyło osób zajmujących się zachowaniem zwierząt. Gerard usłyszał to kiedyś i skwitował, że ludzie także nimi są. Pewnego razu zaczął nawet rozwodzić się nad tym, że behawiorysta to także zwolennik behawioryzmu. Beata nie przykładała większej wagi do jego filozoficznych wywodów i dziś nie pamiętała z nich zbyt wiele. A jednak miała wrażenie, że teraz niektóre mądrości Gerarda mogłyby jej się przydać. Dzwoniła do niego bez konsultacji z przełożonymi, ale uznała, że warto podjąć ryzyko. Ostentacyjne gesty tego człowieka mówiły same za siebie. Chciał zabawy. Oczekiwał bezpośredniej, otwartej konfrontacji. Drejer westchnęła, rozplatając ręce. – To jest ten moment, kiedy powinieneś powiedzieć, czy przyznajesz się do stawianych zarzutów, czy nie. Może tylko w części? A może chciałbyś rozmawiać z obrońcą? Zabójca rozszerzył nozdrza i wybałuszył oczy. Miała tego dosyć. – Oczywiście wiesz, że zwróciliśmy się do specjalisty od komunikacji niewerbalnej, który niegdyś był moim przełożonym. A jeśli nie wiesz, to przynajmniej przypuszczasz, że to zrobiliśmy lub dopiero zrobimy. Dlatego odstawiasz całe to przedstawienie, prawda? Podejrzany strzelił karkiem, odginając głowę niemal do barku. – Nie rozumiem tylko, co chcesz przez to osiągnąć – dodała. – Gerard Edling nie pełni już służby. W niczym ci nie pomoże. Przez moment Beata miała wrażenie, że siedzący naprzeciw niej mężczyzna zacznie robić bańki ze śliny. Ostatecznie jednak pociamkał chwilę i wypuścił ze świstem powietrze. Prokurator wiedziała, że do niczego w ten sposób nie dojdzie. Wysunęła telefon z kieszeni i rzuciła okiem na wyświetlacz. Edling nie oddzwonił. Zaczęła zastanawiać się, czy zamachowiec rzeczywiście chciał go tutaj ściągnąć, czy może wysunęła taki wniosek, bo sama podświadomie chciała, by Gerard tu był. Bądź co bądź przez wiele lat był dla niej zawodowym oparciem. Kiedy trafiała na ślepą uliczkę, zawsze zjawiał się, by wyprowadzić ją na właściwą drogę. Nagle zorientowała się, że mężczyzna wbija w nią wzrok. Nabrał tchu, a ona zrozumiała, że w końcu coś od niego usłyszy. Poczuła, że serce zabiło jej szybciej. – Sprowadź go tutaj, to pogadamy. A więc to jednak nie podświadomość. Cóż, w pewnym sensie ta myśl była krzepiąca. Z drugiej strony uświadamiała jej, że w tej sprawie może być więcej znaków zapytania, niż na początku sądziła. – Nie jest nam do niczego potrzebny – zauważyła. – A jedyną ofertę, jaką możesz dostać, usłyszysz ode mnie. Zabójca zagwizdał pod nosem, a potem zwrócił spojrzenie w bok. Beata próbowała nawiązać z nim kontakt jeszcze przez chwilę, ale wiedziała, że nie wydusi z niego nic więcej. Znów ją ignorował – i tym razem nie silił się już na teatralne gesty. Drejer podniosła się i bez słowa wyszła na korytarz. Ledwo zamknęła drzwi od pokoju przesłuchań, otworzyły się te od pomieszczenia obok. Wyszło z niego kilku policjantów, którzy przysłuchiwali się rozmowie. – Psychol – ocenił jeden z nich. – Nie muszę być Behawiorystą, żeby to widzieć. Reszta szybko się z nim zgodziła. Beata odeszła kawałek i ponownie wybrała numer Gerarda. Nie było to najroztropniejsze, co mogła zrobić, ale nie miała zamiaru przejmować się teraz ewentualnymi konsekwencjami. Dopóki nie ma na miejscu prokuratora okręgowego, wszystko jest w jej rękach. Znów czekała tak długo, aż system sam zakończył połączenie. Dlaczego Edling nie odbierał? Drejer była pewna, że siedzi w tym swoim przeszklonym mieszkaniu i tylko czeka na to, aż poproszą go o pomoc. – Chyba nie zamierza go pani tutaj ściągać? – rozległ się głos jednego z funkcjonariuszy. Beata zignorowała go, nie odwracając się. Odeszła jeszcze kawałek i spróbowała po raz kolejny. Kiedy Gerard zobaczy szereg nieodebranych połączeń, będzie kręcił nosem, mówiąc, że to tak, jakby oblepiać czyjeś drzwi wejściowe kilkoma kartkami z informacją, że naciskało się na dzwonek. W końcu jednak odebrał. I nie zaczął od pretensji. – Dzień dobry, Gerard Edling. – Mamy problem. – Tak, widziałem. Drejer nabrała tchu. W jakiś sposób sam jego pompatyczny ton głosu sprawiał, że poczuła się pewniej. – Nie chodzi mi o dwójkę porwanych – powiedziała. – Nie? A sądziłem, że to nimi powinniście interesować się najbardziej. – Interesujemy się i robimy wszystko, żeby ich znaleźć. Problem polega na tym, że ten facet… nie chce mówić. – Nie dziwi mnie to. To, co miała zamiar powiedzieć, z pewnością przyniesie Edlingowi wiele satysfakcji, ale nie miała wyjścia. – Wygląda na to, że chce rozmawiać z tobą. – Ze mną? Rzadko bywał na tyle zaskoczony, by stawiać retoryczne pytania. Tego dnia był to już chyba drugi taki przypadek. – Tak – potwierdziła. – Powiedział o tym wprost? – Z początku nie – odparła, oglądając się przez ramię. Miny policjantów mówiły same za siebie: sprowadź go tutaj, a już z tego budynku żywy nie wyjdzie. – Więc? – Był dosyć teatralny w swoich gestach. – I? – zapytał Gerard, poirytowany tym, że musiał ciągnąć ją za język. Odwróciła się od funkcjonariuszy. – Przypuszczam, że widział cię przed przedszkolem albo z góry założył, że się do ciebie zgłoszę. – Wysoce prawdopodobne – odpowiedział Edling. – Jeśli zaplanował wszystko tak skrupulatnie, musiał wiedzieć, kto będzie prowadzić sprawę. A nasza przeszłość to nie żadna tajemnica. Rozpisywali się o niej w „NTO” i lokalnym dodatku do „Wyborczej”. – Wiem. A dodatkowo przed chwilą właściwie powiedział wprost, że będzie rozmawiać tylko z tobą. Usłyszała dźwięk odstawianego kieliszka. – Dlaczego akurat ze mną? – Nie wiem. I nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć – odparła i ciężko westchnęła. – To dość istotne. Nie wspominając już o tym, że zastanawiające. – Co mam ci powiedzieć? To chory człowiek. – Sugerujesz, że tylko tacy chcą się ze mną widywać? – Nie muszę. To oczywiste – mruknęła. – Jak szybko możesz tutaj być? Odpowiedziała jej cisza. – Wypiłem kilka kieliszków wina – powiedział po chwili Gerard. – Licząc dojazd taksówki, będę za dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut. – W porządku. – Nie zaproponujesz transportu radiowozem? – Żeby mundurowi pożarli cię żywcem? Nie ma mowy. – Doceniam to. – Daj znać, jak tylko będziesz – odparła, a potem się rozłączyła. Kiedyś nigdy by sobie na to nie pozwoliła, teraz jednak nie miała ochoty słuchać tych wszystkich zwyczajowych formułek, które w mniemaniu Edlinga należało wypowiedzieć na koniec rozmowy. Przyjechał po dwudziestu minutach. Beata czekała na niego pod komendą i uniosła rękę, gdy tylko dostrzegła taksówkę. Gerard podziękował kierowcy, jakby ten był kelnerem w wytwornej restauracji i właśnie podał mu najstarsze wino pochodzące z lokalnej winnicy. Tymczasem facet po prostu zwracał mu resztę. – Dzień dobry – odezwał się Edling, zamykając drzwi. Drejer skinęła mu głową, a on uniósł wzrok. Ciemne chmury zbierały się nad Opolem i znów zanosiło się na opady, mimo że z ulic nie spłynęła jeszcze woda po ostatnich, a studzienki były pełne. Temperatura była niska, nawet jak na jesień, i wszystko to zdawało się znamienne dla ostatnich wydarzeń. – Nie traćmy czasu – powiedziała. – Na uprzejmości nigdy go nie szkoda. – Nie? – zapytała. – Nawet gdy dwojgu ludziom grozi śmierć? – Nie dwojgu, ale jednemu z nich. I owszem, nawet wówczas. Skwitowała to milczeniem. Gerard otworzył drzwi, wszedł pierwszy do środka, a potem przytrzymał je Beacie. Za czasów pracy w prokuraturze przynajmniej raz w tygodniu instruował kogoś, że właśnie w ten sposób należy okazywać damom szacunek. Wszystko bowiem zależało od tego, w którą stronę otwierały się drzwi – jeśli do siebie, nie było problemu, wystarczyło przepuścić kobietę przodem. W przeciwnym wypadku należało postąpić tak, jak teraz zrobił to Edling. Drejer przeszła przez próg bez słowa. – Wiecie już, kim są porwani? – zapytał Gerard. – To nie moja działka. – Ale z pewnością otrzymujesz na bieżąco informacje. Beata poczuła wyraźną woń wina. Swojego czasu zastanawiała się, czy Edling nie pije za dużo, choć właściwie był ostatnią osobą, którą można by posądzać o problemy z alkoholem. Jego obecna sytuacja jednak z pewnością stanowiła podatny grunt, by wykwitły na niej pierwsze oznaki uzależnienia. – Nie wiemy, kim są ci ludzie – odparła po chwili. – Nie wiemy, gdzie są przetrzymywani, i nie wiemy, czy to aby nie wcześniej przygotowane nagranie. – Nikt ich nie rozpoznał? – spytał Gerard, gdy wchodzili po schodach. Kilku policjantów spojrzało na niego spode łba. – Przecież to nagranie poszło w świat. Do tej pory ktoś powinien się zgłosić. – Na razie cisza. Edling miał rację, było to zastanawiające. W natłoku innych czynności Drejer o tym nie pomyślała, zresztą ta dwójka nie stanowiła jej głównego zmartwienia. Odnalezienie ich było zadaniem policji. – Musiał zastraszyć rodziny – zauważył Gerard. – Hm? – Musiał zagrozić, że jeśli zadzwonią na policję, zabije obydwoje. I w takim razie nie jest to wcześniej nagrany materiał, bo ktoś dawno by się zgłosił. Beata pokiwała głową. Brzmiało to dość sensownie. – Zostają jeszcze znajomi, dalsza rodzina albo sąsiedzi… – Zapewne ktoś niebawem się odezwie – ocenił. – Więc zamachowiec nie miałby powodu, by grozić rodzinie od razu po porwaniu. Odwlókłby tylko to, co nieuniknione. – Może tylko o to mu chodziło. – W jakim sensie? – Chciał pokazać nam, kto rozdaje karty, kto rozmieszcza figury na szachownicy. Drejer miała ochotę zauważyć, że nie ma żadnych „nas”, ale ugryzła się w język. Skorzysta z wiedzy i doświadczenia Edlinga jeszcze ten jeden raz, potem dobitnie wytłumaczy mu, że używanie tego zaimka jest i pozostanie nieuzasadnione. Choć pewnie wybrał go celowo. Gerard niczego nie robił przez przypadek. – Tak czy inaczej liczy się miejsce, nie osoby – dodał. – Niestety na tym froncie jest jeszcze gorzej. Edling zatrzymał się przed wejściem do jednego z gabinetów. Zajrzał przez próg, a potem wszedł do środka. – Co robisz? – zapytała. – Muszę skorzystać z mapy, zanim z nim porozmawiam. – W jakim celu? – Znam lokalizacje wszelkich opuszczonych hal przemysłowych na Opolszczyźnie. Beata założyła ręce na piersi i westchnęła. – Twoje poczucie humoru nigdy do mnie nie przemawiało – powiedziała. – O ile w ogóle można to nazwać w ten sposób. Tracimy czas, Gerard. – Mimo to chciałbym sprawdzić pewną rzecz. Uruchomił komputer, a potem usiadł za biurkiem. Ledwo sprzęt zakończył rozruch, Edling się skrzywił. – Potrzebuję loginu i hasła. Gdyby była tutaj z kimkolwiek innym, nawet nie rozważałaby skorzystania z policyjnego komputera. Towarzystwo Gerarda wiązało się jednak z poczuciem zupełnej bezkarności. I tak miał na pieńku ze wszystkimi służbami, więc to na niego spadnie cała odpowiedzialność. – Poślij po jakiegoś mundurowego. – Nie. Edling podniósł spojrzenie znad monitora. Przez moment mierzyli się wzrokiem i Beata przypuszczała, że minie jeszcze chwila, nim dawny przełożony uświadomi sobie, że nie ma już prawa wydawać rozkazów. – Czy słowo „proszę” cokolwiek zmieni? – zapytał, podnosząc się. – Nie. – W takim razie po prostu oznajmię ci, że potrzebujemy listy opuszczonych nieruchomości w promieniu stu kilometrów. – Jestem pewna, że pracuje już nad tym cały zespół ludzi – odparła. – I dlaczego akurat sto kilometrów? – Wydaje się, że to sensowny teren na początek. – Tyle że równie dobrze ten budynek może znajdować się na Pomorzu lub w górach. Edling pokiwał głową, kierując się na korytarz. – Owszem – przyznał. – Ale od czegoś trzeba zacząć. – Więc zacznijmy od przesłuchania. Chwilę później wprowadziła go do pokoju, w którym czekał na nich zabójca. Kiedy tylko zobaczył Gerarda, rozszerzył nozdrza i uśmiechnął się. Wyraźne zmarszczki pojawiły się w kącikach oczu. Komenda Wojewódzka Policji, ul. Korfantego Edling okrążył stół stojący pośrodku pomieszczenia, stanął na moment za plecami podejrzanego, a potem zajął miejsce naprzeciwko. Beata została przy drzwiach, co przyjął z wdzięcznością. Nie mogła zostawić ich samych, ale zapewniła im minimum poczucia prywatności… a właściwie poczucia sprowadzającego się do tego, że wreszcie może dojść do bezpośredniej konfrontacji. – Nie wyrzucą pana stąd? – zapytał zabójca. – Nie sądzę. – Pewnie jeszcze nie zwietrzyli, że prokurator pana tu zaprosiła. – Jak rozumiem, to raczej pan mnie zaprosił. Podejrzany pokiwał głową z uznaniem. Potem wyprostował się i wbił wzrok w Gerarda. Była to prosta, przejrzysta informacja, mająca uświadomić mu, że przeciwnik przygotował się do tej rozmowy. Trwali w bezruchu przez kilka chwil. Edling podejrzewał, że większość ludzi poczułaby się nieswojo, gdyby ktoś tak zdecydowanie, tak długo świdrował go wzrokiem. On jednak był do tego przyzwyczajony, a w dodatku zazwyczaj sam przyjmował podobną strategię, by już na wstępie pozbawić rozmówcę poczucia komfortu. Czasem wystarczyło wyjść nieco poza ramy konwenansu, a cel zostawał osiągnięty. – Ucieszyła pana perspektywa spotkania ze mną – zauważył podejrzany. – Owszem. Cisza. Gerard wiedział, że im mniej powie, tym więcej się dowie. Była to prosta zasada, która sprawdzała się nie tylko podczas przesłuchań, ale i w życiu. Tymczasem jednak mężczyzna milczał. Edling słyszał, jak Beata przestępuje z nogi na nogę – błąd, bo daje przeciwnikowi znać, że czuje się nieswojo. Niepotrzebnie ustępuje mu pola. W dodatku ruch nóg to zawsze uniwersalny sygnał, że chciałoby się jak najszybciej opuścić pomieszczenie. – Pańska koleżanka się denerwuje – zauważył zabójca. To potwierdzało, że jest przygotowany. Być może lepiej, niż Gerard przypuszczał. – A pan powinien chyba w końcu zapytać, dlaczego go tutaj wezwałem. – Być może. – Nie ciekawi to pana? Edling opuścił lekko powieki. Nie wzruszył ramionami, to byłoby zbyt ekspresyjne. Nieznaczny ruch powiek w zupełności wystarczył, by dać rozmówcy znać, że ta kwestia przesadnie go nie zajmuje. – A może sam pan już do tego doszedł? – Niewykluczone. Podejrzany zaśmiał się pod nosem, wciąż nie odrywając wzroku od jego oczu. – Zastanawiam się, czy nie zamieniliśmy się rolami – oznajmił. – Pan mi wygląda na przesłuchiwanego, a ja na przesłuchującego. – Gdyby tak było, nie miałby pan skrępowanych rąk. Drejer cmoknęła z dezaprobatą na tyle głośno, by Gerard ją usłyszał. Niechętnie słuchała tej wymiany zdań, z pewnością sądząc, że to tylko strata czasu. Podobnie musiała oceniać uprzejmości, które wymieniali. Dla Edlinga były jednak znaczące i kazały mu zastanowić się nad tym, co morderca chce dzięki nim osiągnąć. – Więc co pan wykoncypował? – zapytał podejrzany. – A jak pan sądzi? – Sądzę, że nie dotarł pan do żadnych wniosków. – Przeciwnie. – Więc? – Przypuszczam, że uczęszczał pan na moje wykłady z mowy ciała. Mężczyzna uniósł lekko brodę. – Ale nie jako student – dodał Edling. – Był pan raczej, powiedzmy, samozwańczym słuchaczem. – Zupełnie hipotetycznie, nie byłby to żaden problem – odparł zabójca. – Nikt nie sprawdza nazwisk przy wejściu do audytorium. – Być może powinniśmy zacząć to robić. Uśmiechnął się lekko i nie odpowiedział. Nie musiał. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, podczas gdy Beata wciąż wierciła się nerwowo. Lepiej zapewne czułaby się przy stole, ale Gerard nie miał zamiaru jej tu zapraszać. To była prywatna rozmowa. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. – Co teraz? – zapytał w końcu podejrzany. – To pan mnie tu ściągnął, więc ufam, że był ku temu jakiś powód. – Oczywiście. Chciałem porozmawiać. – O czym? – O tym, jak wiele dały mi pańskie wykłady – odparł morderca z coraz szerszym uśmiechem. – Mam całe zeszyty notatek, a dodatkowo przeczytałem pańskie publikacje w „Prokuraturze i Prawie”, monografie, a nawet artykuł na łamach „N.Y.U. Law Review”. Dotarłem też do doktoratu, choć przyznam, że miał pan wówczas nieco siermiężny styl. Trudno mi było przez to przebrnąć, choć wartość merytoryczna okazała się nieoceniona. Edling poczuł się zbity z pantałyku. Przypuszczał, że mężczyzna mógł uczęszczać na wykłady, ale nie zakładał, że tak dogłębnie zaznajomił się z jego dorobkiem naukowym. W dodatku język, którego używał, kazał sądzić, że ma do czynienia z wykształconą, elokwentną osobą. Nie pasowało to do psychopatycznych zachowań, które wcześniej przejawiał. Poza tym przekaz w ramach „Koncertu krwi” zawierał potoczne, nawet niechlujne określenia, na które raczej nie pozwoliłaby sobie osoba oczytana. Gerard skupił wzrok na Kompozytorze. Przemknęło mu przez myśl, że może okazać się jednym z bardziej fascynujących ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć. Nagle Edling wygiął się w bok i spojrzał pod stół. Rozmówca siedział z szeroko rozstawionymi nogami. Kiedy Gerard się wyprostował, tamten pokręcił głową z niedowierzaniem. – Nogi nie kłamią, prawda? – zapytał. – Moje sugerują rozluźnienie, czego nie można powiedzieć o pańskiej koleżance. Chce uciekać. Może wartałoby jej na to pozwolić? Przez chwilę znów panowała cisza. Potem mężczyzna się roześmiał. – Przepraszam – powiedział. – To „wartałoby” musiało być dla pana jak policzek. Zbyt oczywista aberracja języka, by mógł potraktować to pan jako wskazówkę co do mojego pochodzenia. Wycofuję się z tego. Był to regionalizm, który jakiś czas temu dopuszczono do użytku, ale nie miało to dla Edlinga żadnego znaczenia. Cała ta wypowiedź miała mu uświadomić, że jeśli organom ściągania wydawało się, iż otrzymały jakiekolwiek poszlaki od zabójcy, to były one podane z premedytacją. – Ale wróćmy do powodu, dla którego pana tutaj wezwałem. – Mhm. – Chciałem podziękować osobiście. To wszystko. – Słucham? – Jest pan zaskoczony? – zapytał morderca i uniósł brwi. – Czyli nie rozumie pan, jak bardzo pomogły mi pańskie wykłady i opracowania. Dzięki nim uświadomiłem sobie nie tylko, jak czytać ludzi, ale także, jak nimi manipulować. Bo do tego wszystko się sprowadza, prawda? – Bynajmniej. – A mnie się wydaje, że właśnie tak jest. I że czerpie pan z tego przyjemność. Gerard poczuł się, jakby słyszał Brygidę. Żona nieraz zarzucała mu, że próbuje manipulować nie tylko dzieckiem, ale także nią. Nigdy tak nie było, choć od czasu do czasu Edlinga nachodziły podobne refleksje względem jego relacji ze znajomymi czy współpracownikami. Rzeczywiście trudno było oprzeć się pokusie, gdy wiedziało się, co oznaczały pewne nieuświadomione ludzkie odruchy. – Na dobrą sprawę to dzięki pańskim radom udało mi się przekonać przedszkolanki, że jestem wujkiem jednej z dziewczynek i muszę ją zobaczyć – powiedział. – Właściwie nie powinny chyba mnie wpuszczać. Nie mam jednak pewności, nie sprawdzałem przepisów, które to regulują, bo i po co? Wciąż się uśmiechał. Gerard miał ochotę poprawić się na krześle. – Podobnie było z podejściem tej dwójki, dla której zegar tyka teraz nieubłaganie. Edling na okamgnienie zacisnął mocniej usta. Natychmiast się zmitygował, ale miał wrażenie, że rozmówca to zauważył. – Znałem oczywiście wcześniej znaczenie poszczególnych gestów, ale dopiero pan uświadomił mi niebezpieczeństwo koła hermeneutycznego. – W takim razie był pan niewystarczająco wyedukowany. – Doprawdy? Teraz będzie pan się uciekał do obelg? Sprawiało mu to przyjemność. Drwił sobie w najlepsze i Edling uzmysłowił sobie, że niepotrzebnie stawił się na jego wezwanie. Z mowy ciała tego człowieka nic nie wynikało. Nie sposób było też go podejść, bo zbytnio się kontrolował. Gerard podniósł się, a potem ruszył w kierunku drzwi. – Dziękuję za rozmowę – pożegnał go zabójca. Edling zatrzymał się w progu i obrócił przez ramię. – Do widzenia – rzucił na odchodne. Wraz z Drejer wyszli na korytarz, a gdy zamknął za nimi drzwi, ujęła go za rękę. Zerknął na nią, a ona szybko wypuściła jego dłoń, sprawiając wrażenie, jakby sama nie zdążyła tego odnotować. – O czym on mówił? Co to za koło? Edling spojrzał na nią z powątpiewaniem. – Należałoby zacząć od tego, czym jest hermeneutyka. – Więc? – Właściwie nie ma jednej definicji. Można powiedzieć, że to zarazem nauka, sztuka, a także… – A jednym słowem? Gerard nabrał głęboko tchu i wyprostował się, jakby stanął przed najtrudniejszym zadaniem, z którym przyszło mu się dotychczas zmierzyć. – To inaczej interpretacja. Ale to gigantyczne… właściwie gargantuiczne uproszczenie. – W porządku – odburknęła Beata. – Więc o co chodzi z tym kołem hermeneutycznym? – Naprawdę nie wiesz? – Mam lepsze rzeczy do roboty niż poznawanie meandrów filozofii Heideggera czy Gadamera. – A więc jednak coś pamiętasz ze studiów. – „Coś” to dobrze powiedziane – odbąknęła. – Więc rozwiń łaskawie temat. – W porządku. Koło hermeneutyczne to pierwotnie koncepcja Schleiermachera mówiąca o tym, że należy wszystko interpretować dwojako. Od ogółu do szczegółu i od szczegółu do ogółu. – I tyle? – To całkiem sporo. Ten paradygmat zakłada, że prawidłowe wnioski można wyciągnąć, tylko patrząc na całość i fragment. Nigdy na jedno z tych dwóch. I podobnie jest w kinezyce, jeden gest nic nie znaczy. Liczy się dopiero jako element całości… ale jednocześnie całość nie ma sensu, jeśli nie zinterpretuje się pojedynczych części. Beata sprawiała wrażenie, jakby pożałowała, że zapytała. – Więc popisywał się? – Jedynie potwierdzał, że rzeczywiście zapoznał się z moją pracą. Często o tym mówiłem i pisałem. Nie sposób jest z pojedynczego gestu wyciągnąć… – Tak, tak, już to słyszałam – ucięła. Na moment zaległo ciężkie milczenie. Nie ruszali się spod pokoju przesłuchań, żadne z nich nie miało pomysłu na to, co robić dalej. – Mamy coś czy nie? – zapytała Drejer. – Obawiam się, że nie. – Więc przegrałeś. – Nie wiedziałem, że w ogóle walczyłem. – Nie żartuj. Wiedziałeś o tym doskonale i tak samo zdajesz sobie sprawę z tego, że poległeś. Ten facet przejął inicjatywę i nie pozwolił ci się odkuć. Był górą. Edling nie miał zamiaru z tym polemizować. – Zamierzasz coś z tym zrobić? Usłyszał w jej głosie nadzieję, ale ostatecznie musiał jej uświadomić, że jest płonna. Nie potrafił wyczytać niczego sensownego z zachowania tego człowieka. Ich rozmowa nie była starciem, lecz wybadaniem gruntu. Problem polegał na tym, że Gerard czuł, jakby wszedł na grząskie piaski. – Dostanę odpowiedź? – dopytała Beata. – Tak. – Więc nie krępuj się, czekam. Kilku funkcjonariuszy zatrzymało się tuż za schodami. Wskazali sobie Edlinga i zaczęli wymieniać między sobą ciche uwagi. Pełne podejrzliwości, nieprzychylne spojrzenia nie były zwiastunem niczego dobrego. – Nie mam żadnej zbornej koncepcji – oznajmił Gerard. – Ale jeśli tylko uda mi się postawić sensowną hipotezę, możesz być pewna, że natychmiast się zgłoszę. – Tak jak z tym przypuszczeniem, że uczęszczał na twoje wykłady? Wzruszył ramionami. Owszem, wpadł na to nieco wcześniej, ale nie czuł się w obowiązku, by informować o tym prokuraturę czy policję, skoro formacje te same nie chciały jego pomocy. – Jak będziesz zwlekał, może okazać się, że jest za późno – dodała Beata. – Któraś z tych osób zginie. – Przed momentem twierdziłaś, całkiem słusznie zresztą, że to nie twój problem. – Daj spokój. – Machnęła ręką, a potem skierowała się w stronę schodów. Policjanci popatrzyli po sobie i każdy poszedł w swoim kierunku. Gerard ruszył za prokurator, zastanawiając się, dlaczego kilku mundurowych najwyraźniej ma więcej czasu wolnego, niżby to wynikało z czystej logiki. Gdyby to od niego zależało, wszyscy przetrząsaliby każdy centymetr sześcienny w okolicy. Zeszli na dół i Beata bez zawahania wskazała mu drzwi wyjściowe. To tyle, jeśli chodzi o przydatność w śledztwie. Edling przypuszczał, że kolejnego zaproszenia już nie dostanie. – Gdybyście mogli dać mi tę mapę… – Co by zmieniła? – odburknęła Drejer. – Pokazałbyś mu ją i wychwyciłbyś miejsca, w które nieświadomie patrzy? – Nie, ale mielibyśmy się nad czym pochylić. Pokręciła głową. – Dosłownie – dodał Gerard. – Rekwizyty są istotne, nie zapominaj o tym. Skierował się do wyjścia, nie czekając, aż prokurator sama mu to poleci. Pożegnał ją na odchodnym, jak tego wymagały dobre maniery, po czym wyszedł na ulicę. Rozejrzał się bezradnie, jakby gdzieś mogły znajdować się odpowiedzi na pytania, które zaczynały kiełkować mu w głowie. Dlaczego był dla zamachowca ważny? Do czego to wszystko prowadziło? Kim byli ci, którzy zorganizowali „Koncert krwi”? I kto przeżyje? Edling nie miał zamiaru zaprzeczać, że z czysto socjologicznego punktu widzenia ta ostatnia kwestia była zajmująca. Z jednej strony chłopak, który powinien resztę życia spędzić w więzieniu, z drugiej kobieta, która i tak umrze. Dla wielu wybór był prosty, ale inni zapewne będą argumentować, że przestępca może się przecież zmienić. Założenie to przyjmowała cała cywilizacja zachodnia – taki był sens systemu penitencjarnego, który miał wychować i przygotować osadzonych do powrotu do społeczeństwa. W przeciwnym wypadku wszystkich zamykano by na całe życie lub po prostu skazywano by na śmierć. Co postanowią widzowie? Gerard nie miał pojęcia. Na dobrą sprawę nie wiedział, jaką decyzję sam by podjął, gdyby usiadł przed monitorem i miał wybrać którąś z ewentualności. Były to dylematy, których żaden człowiek nie powinien rozważać. Edling skarcił się w duchu. Na tym etapie nie powinien zakładać, że tylko jedno z nich przeżyje. Powinien do samego końca mieć nadzieję, że któryś ze śledczych wpadnie na sposób, by odnaleźć porwanych ludzi. Racjonalność jednak ostatecznie przeważyła nad myśleniem życzeniowym. Gerard przeszedł kilkaset metrów w kierunku dworca i zatrzymał się przy postoju taksówek. Przez chwilę się zastanawiał, szukając w pamięci osób, które mogłyby wyciągnąć do niego pomocną dłoń. Prawda była jednak taka, że w prokuraturze i policji spalił za sobą wszystkie mosty. Nie było nikogo, kto tylną furtką dopuściłby go do śledztwa. A mimo to wiedział, że musi wziąć w nim udział. Został wywołany do tablicy przez mordercę. Gerard wyciągnął blackberry i wybrał numer syna. Nie wiedział, czy odbierze. Od pewnego czasu każda próba nawiązania połączenia kończyła się wysłuchaniem komunikatu z poczty głosowej. Emil twierdził, że nie słyszał dzwonka, ale Gerard nie musiał czytać z mowy ciała, by wiedzieć, że to nieprawda. Tym razem jednak syn odebrał już po trzecim sygnale. – Co jest? – rzucił. – Dzień dobry, Emilu. Nikt już nie zwracał uwagi na jego dobre wychowanie, szczególnie rodzina. On sam także przyzwyczaił się do ich indyferencji. – No, co tam? – dopytał Emil. – Potrzebuję twojej pomocy. Tym razem cisza przeciągnęła się jeszcze dłużej. Syn nieczęsto słyszał takie sformułowania z jego ust. I właśnie dlatego tkwiła w nich moc. Sztuka manipulowania ludźmi polegała nie tylko na tym, by poznać odpowiednie narzędzia, ale też na tym, by używać ich oszczędnie. Zbyt częste eksploatowanie prostych zagrywek sprawiało, że cała sztuka mijała się z celem. – Jasne – odparł Emil. – O co chodzi? – Muszę ustalić, kim są ludzie na nagraniu. – To poproś o pomoc policję. Co ja mogę zrobić? Edling zaśmiał się pod nosem, chcąc zasugerować, że odpowiedź jest najzupełniej oczywista. – Policja niespecjalnie odnajduje się w sytuacji, jak to zazwyczaj ma miejsce. Edling wiedział, że krytykowanie organów ścigania było uniwersalnym sposobem na odnalezienie wspólnego gruntu z młodymi ludźmi. Równie skuteczne było utyskiwanie na polityków, choć w tej sferze należało zachować szczególną ostrożność. Zawsze lepiej narzekać na rzeczy jak najogólniejsze. – Ale co ja mogę? – zapytał Emil. – Wspominałeś kiedyś o lokalnym portalu… mówiłeś, że pojawiają się tam informacje o wszystkich wypadkach i jest sporo komentujących. Że każdy dorzuca swoje trzy grosze i wywiązują się tam żywiołowe dyskusje, w których… – Opole24.pl. – Otóż to – odparł z zadowoleniem Gerard. – Mógłbyś przejrzeć komentarze? – Myślisz, że jeszcze tego nie zrobiłem? Trudno było znaleźć dobrą odpowiedź na tak postawione pytanie. – Ktoś rozpoznał którąś z tych osób? – zapytał Edling. – Nie. – Więc może zorganizowano jakąś akcję? – Akcję? – Taką jak przy próbach zidentyfikowania ludzi porzucających zwierzęta, przy poszukiwaniach zaginionych et cetera. Gerard wychodził z założenia, że to właśnie wówczas internet pokazuje swoją prawdziwą siłę. Pamiętał sprawę, z którą przez długie miesiące bezskutecznie zmagała się policja. Pewien delikwent znęcał się nad swoim psem, a potem zamieszczał w sieci zdjęcia pobitego zwierzęcia. Nie sposób było go namierzyć, przynajmniej dopóty, dopóki pewnego dnia internauci się nie skrzyknęli. Załatwili sprawę właściwie od ręki. – Nie wiem – odparł Emil, studząc zapał ojca. – Ale poszperam na fejsie. – Będę zobowiązany. – To wszystko? – Tak, dziękuję. Kiedy syn się rozłączył, Edling powiódł wzrokiem po taksówkach zaparkowanych przed budynkiem poczty. Fakt, że żaden z aktywnych komentatorów Opole24 nie zidentyfikował porwanych, świadczył o tym, że ci ludzie nie pochodzili z okolicy. Gerard przeglądał kiedyś komentarze na portalu i jeśli tylko news dotyczył kogoś znajomego, komentujący od razu informowali o tym wszystkich innych. Zwykły przejaw ludzkiej natury, chęci i potrzeby wykroczenia poza ramy codziennej szarości. Jeśli coś się działo, człowiek chciał mieć z tym jakiś związek. Brać w tym udział. Jedno miasto z głowy, pozostało dziewięćset dziewiętnaście do sprawdzenia. Edlingowi wydawało się mało prawdopodobne, by porywacz zamknął tych dwoje w jakiejś wsi. Miejsce przywodziło na myśl dużą, opuszczoną halę przemysłową. Nie żaden upadły PGR, lecz teren fabryczny z prawdziwego zdarzenia. Ale na ile mógł polegać na takim założeniu? Właściwie był to strzał w ciemno. W końcu uznał jednak, że od czegoś musi zacząć. A zatem w grę wchodziły tylko większe miasta. Ale o jakiej liczbie ludności? Tych mających ponad czterdzieści tysięcy było około stu. Wciąż za dużo, należałoby jeszcze zawęzić zakres, żeby Gerard mógł w ogóle myśleć o tym, by dołożyć cegiełkę do śledztwa. Postanowił skupić się na miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców. Takich w Polsce było mniej więcej czterdzieści. To już nie najgorzej. To już coś, z czym można pracować. Brakowało mu tylko zasobów, by tę pracę rozpocząć. Wiedział doskonale, co należało zrobić – obdzwonić komendy i komisariaty w tych miastach i polecić funkcjonariuszom, by przetrząsnęli wszystkie lokalne serwisy internetowe. To tam wieść pojawi się w pierwszej kolejności, dopiero później dotrze do mediów i organów ścigania. Ktoś musiał rozpoznać tych dwoje i gdzieś się tym pochwalić. Kiedy Edling wrócił do mieszkania na Krzemienieckiej, przekonał się, że policja nie próżnowała, a jego pomoc najwyraźniej nie była potrzebna. – Zidentyfikowali ich – rzuciła żona na powitanie. Brygida i Emil siedzieli na kanapie przed telewizorem, co stanowiło raczej rzadki widok. Chłopak miał na kolanach laptopa i na bieżąco relacjonował matce to, co pojawiało się w sieci. Gerard usiadł na swoim fotelu, poprawiając jasną marynarkę. – Co wiemy? – zapytał. Zabrzmiało to tak, jakby oczekiwał na raport od grupy dochodzeniowej, ale żona i syn byli zbyt zaaferowani, by to odnotować. Przypuszczał, że podobna sytuacja panuje w każdym innym domu w kraju. To nie była już lokalna sprawa, a przed telewizorami gromadziły się całe rodziny. O ile go pamięć nie myliła, ostatni rekord oglądalności padł podczas ćwierćfinału Euro 2016 między Polską a Portugalią. Teraz sukcesy rozłożą się między kilka stacji, ale pewne było, że wyniki sumaryczne tego dnia będą dla telewizji korzystne. A może nie? Może całą pulę zbiorą YouTube, inne serwisy wideo i bezpośrednia transmisja z tego, co działo się w hali? Byłby to znak czasów i Gerard specjalnie by się nie zdziwił. W końcu to właśnie w internecie podejmowano teraz decyzję o losie dwojga porwanych. – Ta kobieta to Krystyna Czechorowska – powiedziała Brygida. – Chłopak to Jacek Orsonowicz. Porywacz określił go jako „Orsona”, co miało sprawić, że kobieta zyska kilka punktów. Wyszedł pewnie z założenia, że widzowie mniej ufają osobom przedstawianym im jedynie poprzez pseudonim. Edling spojrzał na ekran laptopa. Czas płynął, a on wątpił, by ktokolwiek zbliżył się do rozwiązania sprawy. Tożsamość tych ludzi to jedno, ale miejsce ich przetrzymywania… – Skąd pochodzą? – zapytał. – Krystyna z Częstochowy, chłopak z Wejherowa. Nie uszło uwadze Gerarda, że żona odpersonalizowała drugą z osób. Cóż, przynajmniej wiedział, w co kliknęłaby na stronie „Koncertu krwi”. – To w linii prostej jakieś czterysta kilometrów – zauważył. – Tak, właśnie się nad tym rozwodzą – odparła Brygida i pochyliła się. Gerard pogładził zarost okalający usta. Nic, co robił Kompozytor, nie było dziełem przypadku. Tak znaczny dystans dzielący oba miasta był zastanawiający i kazał Edlingowi sądzić, że stanowi celową komplikację. – Rozpoznali ich sąsiedzi – dodała żona. – Rodziny rzekomo otrzymały listy z pogróżkami. – Co w nich było? – Nie podali. Gerard przypuszczał, że był to wyjątkowo krótki przekaz, wysłany zapewne elektronicznie. Mógł sprowadzać się do lakonicznej informacji, że pierwszy zginie ten, czyja tożsamość wyjdzie na jaw. Więcej nie było potrzeba. Pierwsze, co robili przyjaciele tych ludzi, gdy tylko ich rozpoznali, było wykonanie telefonu do rodziny – a ta musiała szybko przekonać dzwoniących, żeby trzymali język za zębami. W ten sposób porywacz odwlókł ustalenie tożsamości o godzinę. Edling był przekonany, że nie stało się to bez powodu. Musiał istnieć trop prowadzący do tej dwójki, inaczej Kompozytor – lub jego wspólnik – nie sililiby się na takie działanie. – W internecie nadal nic? – zapytał Edling z nadzieją. – Trochę się dzieje, ale nic ponad to, co mówią w NSI. – Nikt nie rozpoznał tego miejsca? – Nie. Gerard przygładził wąsy, a potem odgiął się do tyłu i założył ręce za głowę. Na antenie perorował specjalista od porwań, który podkreślał, jak ważny jest każdy szczegół. Liczył się najmniejszy dźwięk na nagraniu, kąt padania promieni słonecznych, ruch oczu porwanych czy nawet mrugnięcia. – Przecież nie nadadzą powiekami wiadomości w kodzie Morse’a – bąknął Emil. – Mylisz się. – Ta? – Takie rzeczy się zdarzają. Zrobił to w sześćdziesiątym szóstym roku Jeremiah Denton, amerykański wojskowy, który był przetrzymywany przez wietnamskie władze. W propagandowym wywiadzie telewizyjnym mówił to, co mu kazano, ale zdołał nadać morsem słowo „tortury”. Było to pierwsze potwierdzenie, że amerykańscy jeńcy są traktowani niehumanitarnie. Syn zignorował wywód, Brygida popatrzyła na niego przelotnie, a potem wróciła do przyglądania się nagraniu emitowanemu na antenie NSI. Nie był to ten sam materiał, który można było zobaczyć w sieci. Tutaj pokazywano go z kilkunastosekundowym opóźnieniem, by w razie potrzeby zawczasu go wyłączyć. Żona wlepiała wzrok w telewizor, jakby oglądała końcówkę ulubionego serialu, podczas której wszystko się wyjaśnia. I podobnie musiała wyglądać większość widzów. – Chłopak z Wejherowa, kobieta z Częstochowy… – myślał na głos Edling. – Należałoby się dowiedzieć, czy chłopak tam mieszkał, czy tylko się tam urodził. – Mówią, że mieszkał – odparł Emil. – A kobieta? – Podobno nie wyjeżdżała z Częstochowy. Gerard podniósł się i przeszedł do swojego gabinetu. Był to niewielki pokój, który udało mu się wywalczyć rzutem na taśmę, zanim deweloper postawił ostatnią ściankę działową. Edling przypuszczał wtedy, że będzie tutaj kończył wszystkie te sprawy, z którymi nie zdąży uporać się w pracy. Tymczasem biurko stało właściwie nieużywane. Otworzył szufladę, przeszukiwał ją przez chwilę, a potem wyjął rozkładaną mapę Polski. Spojrzał na Wejherowo i powiódł palcem w kierunku Częstochowy. W linii prostej miasta rzeczywiście dzieliło niewiele ponad czterysta kilometrów, ale w podróży trzeba by nadłożyć jeszcze dodatkowe sto. Zakładając, że porywacz ukrywa się mniej więcej w połowie drogi między tymi dwoma miejscami, musiałby przejechać dwieście pięćdziesiąt kilometrów z dwójką osób, które robiłyby wszystko, by uciec. Trudno było się spodziewać, że wiózł je na pace lub w bagażniku, takie rzeczy w rzeczywistości raczej się nie zdarzały. Edling usłyszał kroki i podniósł wzrok, akurat gdy do gabinetu wchodziła Brygida. Ściągnęła brwi, przyglądając mu się. – Co robisz? – zapytała. – Staram się wniknąć w umysł zwyrodnialca. Oparła się o futrynę i westchnęła. – Zdajesz sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak mapy Google? – Nie mam z tym wiele do czynienia. Lepiej radzę sobie z tradycyjną kartografią. – Oczywiście – odparła pod nosem. – I co udało ci się ustalić? – Niewiele. Miał nadzieję, że na tym zakończy rozmowę, ale żona patrzyła na niego wyczekująco. – Wydaje mi się, że przewoził tylko jedną osobę. – Hm? – Zabrał jedną z nich do Wejherowa lub do Częstochowy. I nie zrobił tego siłą. – Co masz na myśli? Gerard zmarszczył czoło. – To dlatego Kompozytor podziękował mi za pomoc. Za wiedzę, która pozwoliła mu na małą manipulację… – dodał bardziej do siebie niż do małżonki. – Kompozytor? – Tak go nazywają. – Jak ostatnio sprawdzałam, nie miałeś w zwyczaju mawiać na przestępców tak, jak robią to media. – Najwidoczniej się starzeję. Pokiwała głową bez słowa. Edling spojrzał na mapę i uznał, że najbardziej prawdopodobne jest, że porywacz omotał kobietę, a potem pojechał z nią na Pomorze. Druga ewentualność była raczej wykluczona. Tak, to był najsolidniejszy scenariusz. Dobry początek. – Masz błysk w oku – zauważyła Brygida. – Słucham? – Znam to spojrzenie. Dotarłeś do czegoś. Popatrzył na nią z lekką dezaprobatą. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie uznawał takich określeń jak „błysk w oku”. Dla Gerarda liczyły się prawdziwe ekspresje, nie wyimaginowane przez rozmówcę reakcje. – Albo wydaje ci się, że dotarłeś – dodała. – Być może. – Wtajemniczysz mnie? Wyłuszczył jej szybko swój tok rozumowania, ale niespecjalnie skupiał się na tym, jak to odbierze. Kiedyś chłonąłby każdy najmniejszy sygnał wysyłany przez żonę. Kiedyś wręcz chorobliwie zależałoby mu na jej aprobacie. Teraz jednak był po prostu ciekaw, co powie. – To zgadywanki – oceniła, krzyżując ręce na piersi. – Sir Arthur Conan Doyle nazywał to dedukcją. – Daj spokój. Na szczęście dla obojga Brygida machnęła ręką i wróciła na kanapę. Edling odprowadził ją wzrokiem, starając się powściągnąć narastającą irytację. Owszem, rzadko okazywał negatywne emocje, ale wynikało to wyłącznie z dobrych manier. Odczuwał złość, tak jak każdy. Może nawet bardziej, bo częściej ją tłumił. Oparł się o blat i spojrzał na mapę. Wejherowo. Tam znajdą tych dwoje. Prokuratura okręgowa, ul. Reymonta Skończywszy rozmowę, Beata nabrała tchu i schowała komórkę do kieszeni żakietu. Stała przed drzwiami sali, w której prokurator okręgowy czekał na nią z większością członków naprędce powołanej grupy dochodzeniowej. Przy stole konferencyjnym brakowało już tylko jej. Drejer odchrząknęła i weszła do środka, skupiając na sobie wzrok wszystkich zebranych. Tak, zdecydowanie była jedyną spóźnioną. – Przepraszam – powiedziała. – Dzwonił… – Behawiorysta – dokończył przełożony. – Nie mylę się? – Nie. – Kolejna porcja bzdur? – zapytał. – Tym razem… – Tym razem nie? – wpadł jej w słowo. – Wydaje mi się, że niektórzy z nas słyszeli już to ostatnim razem. Beata powiodła wzrokiem po funkcjonariuszach policji, którzy zajęli większość krzeseł wokół eliptycznego stołu. Patrzyli na nią jak na adwokata diabła, choć Drejer wcale nie miała zamiaru występować w takiej roli. – Jeśli tak rzeczywiście wtedy było, to nikt nie usłyszał tego ode mnie – zastrzegła. Jeden z policjantów odchrząknął, inny poprawił się na krześle. – Nigdy nie broniłam Edlinga. Nigdy nie wstawiałam się za nim i nie prosiłam o kredyt zaufania dla niego. Przeciwnie, należę do sceptyków, gdy chodzi o… – A jednak w sprawie Kompozytora już dwukrotnie do niego dzwoniłaś – znów przerwał jej przełożony. – Bo jestem pragmatyczką. Zapadła cisza. Beata toczyła wzrokiem po zebranych, bez trudu dostrzegając, że w pomieszczeniu nie ma nikogo, kto darzyłby ją zaufaniem. Problem polegał na tym, że prokurator okręgowy właściwie miał rację. Jej czyny w istocie przeczyły słowom. W dodatku to, co miała im do powiedzenia, utwierdzi wszystkich w przekonaniu, że Drejer stoi po stronie Gerarda. – Edling uważa, że coś znalazł. – Coś, czyli sposób na wykolejenie następnego śledztwa? – burknął jeden z policjantów. Reszta taktownie zignorowała tę uwagę. – Twierdzi, że ci ludzie przetrzymywani są w Wejherowie lub okolicy. Drejer miała nadzieję, że ktoś zainteresuje się, skąd taki wniosek, ale nikt nie kwapił się do zabrania głosu. Nabrała tchu i sama podjęła temat, spodziewając się, że przełożony prędzej czy później ponownie jej przerwie. Ten jednak słuchał z uwagą, podobnie jak reszta. Początkowo patrzyli na nią z politowaniem, ale gdy przedstawiła im cały tok myślenia Gerarda, spuścili z tonu. Cisza, która nastała po zakończeniu wywodu, była wymowna. Beata musiała uważać, by się nie uśmiechnąć. – To nie są solidne wnioski – zauważył prokurator okręgowy, po czym odchrząknął i wyprostował się. – Ale z pewnością warto je sprawdzić. Ile nam zostało? Jeden z oficerów CBŚP spojrzał na zegarek. – Niecałe dwie godziny. – Przypuszczam, że do tego czasu miejscowi zdążą sprawdzić większość opuszczonych budynków w Wejherowie i okolicach – zauważył łącznik z Delegatury ABW. Drejer spojrzała na przełożonego. Ten przez moment się zastanawiał, po czym skinął głową. Komórki szybko poszły w ruch, a Beata z satysfakcją przyglądała się efektowi kuli śnieżnej, który zapoczątkował Edling. Ci ludzie nie byli gotowi tego przyznać, być może ona również nie, ale wciąż polegali na Gerardzie. A on odwdzięczył się, dając im coś konkretnego. Coś, na co wszyscy czekali. Pół godziny zajęło zorganizowanie i skoordynowanie grup poszukiwawczych w okolicy. Teren do sprawdzenia był rozległy, szczególnie że Wejherowo od Trójmiasta dzieliła raptem półgodzinna podróż samochodem. Tam zaś dawnych terenów przemysłowych było stanowczo za dużo. Drejer krążyła po korytarzu, czekając na coś konkretnego. Policjanci sprawdzali kolejne miejsca, obdzwaniali każdego, kto mógł mieć choćby liche pojęcie o opuszczonej fabrycznej infrastrukturze w okolicy. Nic jednak z tego nie wynikało. Beata wróciła do gabinetu i spojrzała na zegarek. Półtorej godziny dzieliło ich od kolejnej tragedii. Wyprowadziła komputer ze stanu uśpienia i weszła na Koncertkrwi.pl. Zegar w lewym górnym rogu bezlitośnie odmierzał czas, a po prawej stronie widniała krwawa nuta, która napawała Drejer grozą. Prokurator zaklęła w duchu i przeczesała włosy. Ścięła je naprawdę krótko, gdy została naczelnikiem. Sądziła, że w ten sposób będzie wyglądała na twardszą, niż w rzeczywistości jest. Może nawet dzięki temu zyska trochę więcej szacunku podwładnych. Ale w tej sytuacji cały respekt stopnieje jak śnieg w słoneczny dzień u schyłku łagodnej zimy. Po tym, co wyprawiał na tym stanowisku Gerard, Beata zaczynała z dużym kredytem zaufania. Teraz jednak wszystko wskazywało na to, że zostanie zapamiętana jako ta naczelnik, która biernie przyglądała się, jak zabójca przelewał krew kolejnych osób. Przez moment trwała w bezruchu, a potem nagle się wzdrygnęła. Porywacz pojawił się w kadrze. – Czas płynie nieubłaganie – powiedział. – Jednej z tych osób pozostało tylko półtorej godziny życia. Drejer obejrzała się nerwowo w kierunku drzwi, jakby za nimi był ktoś, kogo mogłaby wezwać. Czuła się niepewnie, oglądając to w samotności. Mężczyzna modulował głos w niepokojący sposób – na tyle niepokojący, że Beata odnosiła wrażenie, jakby jego dźwięk był echem prosto z odmętów piekła. Kojarzył jej się z głębokim, chrapliwym głosem lektorów czytających kryminalne audiobooki. Niektórzy potrafili sprawić, że nawet błaha scena brzmiała, jakby zło stawało się namacalne i oplatało słuchacza. Porywacz obrócił się i spojrzał na swoje ofiary. – Trwa adagio – powiedział. – Ale nie wszyscy potrafią uszanować tempo naszej sonaty. Funkcjonariusze policji gorączkowo poszukują tego miejsca. – Rozłożył ręce i powiódł wzrokiem wokół. – Na próżno, nie są dla nas żadnym przeciwnikiem. Beata ściągnęła brwi. Ta figura retoryczna miała sugerować, że porywacz jest częścią większej grupy. Problem polegał na tym, że zaliczał do niej wszystkich tych, którzy włączali się w jego makabryczną grę. Ilu ich było? Drejer przypuszczała, że z każdą sekundą liczba kliknięć rośnie. O sprawie donosiły już zagraniczne media, więc tylko kwestią czasu było, by całe rzesze internautów przypuściły szturm na „Koncert krwi”. – Mogą nas szukać, mogą nas tropić, mogą węszyć wokół i przetrząsać każdy budynek w okolicy, ale nas nie powstrzymają – dodał porywacz. – Nikt nie odbierze wam mocy decyzyjnej, którą ode mnie otrzymaliście. Decydujcie. Znów usunął się z kadru, tym razem robiąc zamaszysty ruch ręką. Beata siedziała przez moment w milczeniu, wbijając wzrok w lewy górny róg ekranu. Zastanawiała się, ile opuszczonych budynków może być w okolicy Gdyni… i czy pomorscy policjanci zdążą sprawdzić je na czas. Jeśli akcja w przedszkolu mogła czegokolwiek dowodzić, to nie było sensu nawet się łudzić. W dodatku pewność w głosie zamachowca była niemal obezwładniająca. Nie dopuszczał możliwości, że ktokolwiek mu przeszkodzi. Wzdrygnęła się, gdy zadzwonił telefon na biurku. Sięgnęła po niego niemal bezwiednie. – Dzień dobry, Beato – rozległ się głos byłego szefa. – Pomyliłem się, nie ma ich w Wejherowie. Nie miała zamiaru tracić czasu na uprzejmości. – Skąd wiesz? – rzuciła. – Oglądałem przekaz na stronie. Machinalnie chciała założyć kosmyk włosów za ucho, ale ten od razu wrócił na poprzednie miejsce. – Nie muszę chyba tłumaczyć, jak wiele można było dostrzec? – Obawiam się, że musisz. Usłyszała, jak Gerard nabiera tchu. – W porządku – odparł. – Po pierwsze należy zwrócić uwagę na ręce. Eksponuje je właściwie cały czas, co zawsze jest oznaką pewności siebie. Podobnie jest w codziennym życiu. Jeśli ktoś chowa ręce do kieszeni, istnieje duże prawdopodobieństwo, że czuje się niepewnie. I działa to w drugą stronę. – On stoi przed kamerą, Gerard – zauważyła. – Przyjmuje pozę, która sprawia, że sygnały mogą być przekłamane. – Owszem. Ale nie zmienia to faktu, że mowa całego jego ciała jest statyczna. Człowiek, który obawia się, że zostanie złapany, pozostaje w ruchu, choćby minimalnym. On tego nie robi. Beata skinęła do siebie głową. Pewność w głosie była dla niej wystarczającym argumentem, a słowa Edlinga tylko potwierdzały jej tezę. Porywacz rzeczywiście sprawiał wrażenie spokojnego. Nie trwał w kompletnym bezruchu jak posąg, ale kiedy mówił, poruszał się tylko nieznacznie. – Co jeszcze? – zapytała. – Barki odgięte do tyłu, lekki uśmiech, szeroko rozstawione nogi i balans ciała utrzymany prawidłowo. Nie przenosi go na jedną ani drugą nogę, co sugerowałoby gotowość do ucieczki. Drejer odgięła oparcie fotela. Najwyraźniej kilku rzeczy nie zauważyła. – W dodatku trzyma głowę nieruchomo – dodał Edling. – Osoba, która czuje się zagrożona, zawsze będzie wykonywać choćby minimalne ruchy głową, jakby starała się zobaczyć zagrożenie. – Ale on wbija wzrok w obiektyw. – Tym bardziej mógłby mu umknąć nieznaczny ruch głowy. Tymczasem nic takiego nie dostrzegłem. – Więc… gdzie on jest? – Z całą pewnością daleko od miejsca, w którym szukacie. Przez moment milczała, wpatrując się w monitor. – I tyle? – zapytała. – Nic więcej nie masz? – Niestety nie. Wiem tylko, że nie ma go w Wejherowie ani okolicach. Miała ochotę zapytać, co w takim razie proponuje – i Edling zapewne doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Głównie dlatego ugryzła się w język. Oprócz tego przypuszczała, że nie padnie żadna konkretna odpowiedź. – Jeśli to wszystko, wracam do swoich spraw – powiedziała. – Jakie to sprawy? – Słucham? – Nie masz już nic więcej do zrobienia – zauważył Gerard. – Możesz tylko przyglądać się, jak masy ludzi idą za tym człowiekiem. – Nikt za nim nie idzie. Mogłaby przysiąc, że Edling się uśmiechnął. Gdyby siedział obok – i gdyby chorobliwie nie pilnował każdego swojego gestu – zapewne pozwoliłby sobie też na to, by protekcjonalnie pokręcić głową. – Nie widzisz, co się dzieje? – zapytał. – On zbiera armię, a najbardziej niebezpieczne jest to, że jej członkowie nie wiedzą, że weszli w jej skład. Każde kliknięcie to podpisanie się pod tym, co robi. Trudno było z tym polemizować. – Rozumiem, że nadal nie namierzyliście połączenia? – dopytał. – Nie. – W takim razie jedyny ratunek w Kompozytorze – odparł. – Tym, który siedzi w areszcie. Nie wiem, jak nazywacie tego drugiego. – Skurwiel. – To uwłaczające, jakkolwiek adekwatne. Beata obróciła się na fotelu i spojrzała na drzwi. Edling zapewne powiedziałby, że w myślach wyszła już na zewnątrz i skierowała się prosto do pokoju przesłuchań, gdzie nadal czekał podejrzany. – Albo coś z niego wyciągniecie, albo pojawi się kolejna ofiara – dodał Gerard. – Trzeciej możliwości, niestety, nie ma. – Więc chcesz z nim pogadać. – To było pytanie? – Nie. – W takim razie nie muszę mówić nic więcej. – Mnie nie – przyznała. – Ale ten, kto mógłby cię dopuścić do Kompozytora, nie jest ci tak przychylny. Edling na chwilę zamilkł. Rozmowa z prokuratorem okręgowym nie wchodziła w grę. Jeśli jej były przełożony spotkałby się twarzą w twarz z Wiesławem Ubertowskim, rezultat mógłby być tylko jeden. I przybrałby magnitudę przynajmniej dziewięciu stopni w skali Richtera. – Możesz to załatwić – zauważył Gerard. – Nie. I tak zebrałam cięgi za dopuszczenie cię do śledztwa. – Niesłusznie. Jestem wam potrzebny. Właściwie Beata nie potrafiła jednoznacznie przesądzić, czy to prawda. W momentach kryzysu bez wahania zwracała się do dawnego mentora, ale racjonalnie rzecz biorąc, w prokuraturze i policji było wielu dochodzeniowców z większym dorobkiem. – Czas płynie, Beato. – I będzie płynął dalej bez względu na to, czy wsiądziesz do tej łodzi, czy nie – odparła. – Nie zdziałam cudów. – Nie proszę cię o cud, tylko o użycie swojej siły perswazji. Drejer pokręciła głową i westchnęła. – Tutaj trzeba manipulacji, nie perswazji. Ubertowski prędzej zatrudni jasnowidza, niż skorzysta z twoich usług. – Nie oferuję żadnych usług, jedynie pomoc. Beata spojrzała na ekran komputera, a potem podniosła się z krzesła. Oparła się jedną ręką o blat biurka i pochyliła. – Posłuchaj – powiedziała. – Nie jestem w stanie nic załatwić. Wierz mi, próbowałam już wcześniej. – Wierzę. – Ale możesz coś dla mnie zrobić. – Co takiego? – Powiedz mi, na co zwracać uwagę i jak go podejść. Przez moment Edling zastanawiał się nad odpowiedzią. – Jest tylko jeden sposób. – Jaki? – Wpuść do jego klatki innego drapieżnika. Osiedle Klonowe, ul. Krzemieniecka Gerard rozłączył się, czując na sobie ciężkie spojrzenie żony. Wiedział doskonale, co oznacza, bo widywał je za każdym razem, gdy zbyt emocjonalnie podchodził do prowadzonej sprawy. Tym razem jednak nie miał zamiaru odpuszczać. Jego związku i tak nic nie było już w stanie uratować. Drejer porozmawia z przełożonym i postara się jeszcze raz przekonać go, by ten dopuścił Edlinga do śledztwa. Gerard nie sądził jednak, by przyniosło to pożądany rezultat. Ubertowski nie wzniesie się ponad osobiste uprzedzenia, nawet jeśli ma przez to ucierpieć dobro sprawy. Powinien jednak wiedzieć, że jedyny sposób, by wydusić cokolwiek z podejrzanego, sprowadza się do bezpośredniego starcia. W prokuraturze pracowało wielu śledczych, którzy mogliby stawić mu czoła, ale w tej sytuacji potrzeba było kogoś z zewnątrz. Kogoś z niekonwencjonalnym podejściem. Kogoś przygotowanego równie dobrze jak Kompozytor. – To naprawdę silniejsze od ciebie, prawda? – zapytała Brygida. Gerard oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na nią. – Altruizm? – zapytał. – Nie bądź śmieszny. – W takim razie nie wiem, co masz na myśli. Żona niemal niezauważalnie zerknęła na syna. Zwykły matczyny odruch, który uświadamiał, że zaraz padną słowa, które w towarzystwie dziecka nie powinny być wypowiadane. – Wszelkie skrzywienia przyciągają cię jak magnes – zauważyła. – Nie przeczę. Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. – Gdyby było inaczej, nigdy bym się z tobą nie ożenił – dodał Gerard, po czym westchnął i podszedł do przeszklonych drzwi balkonowych. Skrzyżował ręce za plecami i czekał na ripostę, ale żona tylko zaśmiała się pod nosem. Wiedział doskonale, że nie urazi jej takimi uwagami. Efekt zawsze był wprost przeciwny – Brygida potrafiła docenić dobry przytyk. – Nie wywiniesz się z tego – powiedziała. Nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, że uśmiecha się półgębkiem. – I twoje słodkie słówka niczego nie zmienią. – Masz dziwne pojmowanie słodkich słówek, ale przyznam, że tkwi w tym pewien urok. Dawno nie odbyli czulszej rozmowy. W ich przypadku wszelkie przejawy romantyzmu sprowadzały się mniej więcej do takich stwierdzeń – i Edlinga cieszyło, że sytuacja poszła w tym kierunku. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że odgrywają scenkę dla Emila. Scenkę, która przy całym tym szaleństwie miała mu sugerować, że przynajmniej w domu wszystko jest w porządku. Brygida stanęła obok niego i również założyła z tyłu ręce. Oboje patrzyli przed siebie, jakby na horyzoncie miało pojawić się coś więcej niż tylko szare blokowisko. Nad wysokimi budynkami wisiały coraz ciemniejsze chmury, pogoda się pogarszała i wszystko wskazywało na to, że wieczór będzie deszczowy. – Nie pozwolę ci wrócić do tej sprawy – odezwała się Brygida. – To nie twoja decyzja – odparł stanowczo. – Ani moja, na dobrą sprawę. Pokręciła głową. – Nie jesteś już nikomu służbowo podporządkowany – zauważyła. – Ubertowski nie ma nad tobą żadnej władzy. – On nie, ale mój system aksjologiczny się nie zmienił. Uniosła brwi z niedowierzaniem. – Moralność wymaga, bym pomógł. – Moralność taka jak w przypadku pani Dulskiej. – Proszę, bez odniesień do Zapolskiej. – Wybacz. Gerard powiódł wzrokiem wzdłuż rozległych pól, które dzieliły ich osiedle od skupiska peerelowskich brył. Teraz były to tereny niezagospodarowane, porośnięte dziką przyrodą, ale za kilka lat pojawią się geodeci, a potem buldożery i dźwigi. Nie minie dekada, a cały ten obszar zamieni się w jedno wielkie osiedle. – Jeśli chodzi o ten magnes, nie mówiłam poważnie – dodała Brygida. – Wiem, że to po prostu poczucie obowiązku. Gerard skinął głową, choć nie mógł bezsprzecznie się pod tym podpisać. Znał doskonale mroczne zakamarki ludzkiej duszy. Także swojej. – Tak czy owak, nie dopuszczą mnie do śledztwa – stwierdził. – Czy ja wiem? – odparła, wzruszając ramionami. – Co innego im pozostało? – Zapewne mają kilka planów awaryjnych. – Na przykład jakich? – Będą starali się namierzyć telefony komórkowe tych ludzi. Porywacz z pewnością się ich pozbył, ale może wcześniejsze logowanie w stacjach bazowych da pojęcie, dokąd zostali zabrani. – Sprawdziliby to do tego czasu. – Niekoniecznie. Tego nie da się zrobić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Poniewczasie zorientował się, że użył niewłaściwego tonu. Żona spojrzała na niego spode łba i cała dobra atmosfera nagle znikła. Nie odpowiedziawszy, wróciła na kanapę i kontynuowała oglądanie makabrycznego show. Emil sprawiał wrażenie, jakby NSI transmitowała nowy odcinek jego ulubionego serialu jeszcze przed amerykańską premierą. Kiedy do końca wyznaczonego czasu pozostała już tylko godzina, odezwał się blackberry Edlinga. Spojrzał na wyświetlacz, a potem na żonę. – Beata – powiedział. – Odbierz. Brzmiało to raczej jak groźba niż przyzwolenie, ale nie miał zamiaru się tym przejmować. Przycisnął zieloną słuchawkę i powitał byłą podwładną, choć właściwie niedawno rozmawiali. Robił to jednak z przyzwyczajenia – dla większości rozmówców było to osobliwe zachowanie, ale dla niego stanowiło tylko mechanicznie wykonywaną czynność. – Przemówiłaś mu do rozsądku? – zapytał. – Nie – powiedziała, wydychając powietrze prosto w głośnik. – Nie dopuści cię do śledztwa. Gerard przestąpił z nogi na nogę. – A łudziłem się, że oprzytomnieje, gdy czas zacznie dobiegać końca. – Ja też – przyznała. – I przez moment był chyba nawet skłonny zgodzić się z moimi argumentami. – Więc co się stało? – Głos zabrał oficer CBŚP. Przypomniał o sprawie z dziewczyną. Sprawa z dziewczyną wracała jak bumerang. Nie dość, że doprowadziła do wydalenia go ze służby, to jeszcze miała chodzić za nim przez lata. Mogło być inaczej. Mogła ucichnąć, ale to, co się stało, kiedy Edling ostatnim razem współpracował z policją, sprawiło, że koszmar odżył. Podwójnego przewinienia nikt nie miał zamiaru puścić w niepamięć. – Przykro mi, Gerard. – Wiem. – I naprawdę sądzę, że mogłeś pomóc. Nie wiem jak, ale… cóż, kiedy słyszę w twoim głosie pewność, to dla mnie wystarczający powód, żeby mieć nadzieję. Dawno nie pozwoliła sobie w stosunku do niego na tak osobistą uwagę. Przez moment nie wiedział, jak zareagować. Ich relacje ukształtowały się i okrzepły na stopie służbowej i trudno było o tym zapomnieć. – Dziękuję – powiedział w końcu. – Wracam do pracy. Do usłyszenia. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, rozłączyła się. Stał przez chwilę z komórką w ręku, rozważając swoje możliwości. Nie miał się do kogo zwrócić. Nie było choćby jednej osoby, która byłaby gotowa zaryzykować i dopuścić go do podejrzanego. Opadł ciężko na kanapę i wbił wzrok w ekran. Pozostało mu robić to, co zdecydowana większość ludzi tego popołudnia – obserwować, jak krok po kroku jedno z dwojga ludzi zbliża się do śmierci. – Jak myślicie, kogo wybiorą? – odezwał się Emil. Edling zignorował pytanie syna. Jedyną właściwą odpowiedzią byłoby zruganie go za snucie takich rozważań, a on nie miał zamiaru psuć atmosfery jeszcze bardziej. – Chłopaka – powiedziała Brygida. Gerard posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, ale zdawała się go nie dostrzec. – Dlaczego? – Bo ludzie lubią dawać kolejne szanse. – Tej kobiecie też można ją dać. W końcu może wyzdrowieć, prawda? – Z tego, co mówił ten człowiek, nie. – Ale przecież może kłamać – zaoponował Emil. – A dodatkowo ludzie mogą pomyśleć, że wiedzą lepiej. Że może warto spróbować. Brygida spojrzała na męża. – A ty co sądzisz? – zapytała. – Sądzę, że tych dwoje nie jest zakładnikami. – Słucham? – My wszyscy nimi jesteśmy – odparł. Podniósł się z fotela, zabrał komórkę i płaszcz, po czym opuścił mieszkanie. Nie miał zamiaru na to patrzeć. Nie miał zamiaru robić tego, czego chciał porywacz. Wyszedł na Krzemieniecką i rozglądając się, ściągnął poły płaszcza. Potem wezwał taksówkę. ul. Reymonta, Śródmieście Przypuszczał, że wejdzie do siedziby prokuratury bez trudu, jednak urzędnik siedzący w holu natychmiast rozpoznał charakterystyczny jasny garnitur i zarost. Edling został zatrzymany jeszcze w progu, a potem polecono mu, by poczekał na osobę decyzyjną. Po chwili dostrzegł zbliżającego się schodami komendanta. Najwyraźniej cała zwołana grupa dochodzeniowa nadal urzędowała w jednej z sal. Nic dziwnego. Znajdowali się w pacie, z którego nie wyjdą dopóty, dopóki Kompozytor tak nie postanowi. Jedyne, co mogli zrobić, to przesiadywać przy stole i prowadzić płonne dyskusje. – Muszę się z nim zobaczyć – rzucił Edling. Było to wyjątkowo nieuprzejme z jego strony, ale nie miał czasu na powitania. Do egzekucji pozostało najwyżej czterdzieści minut. – Nie ma takiej możliwości – powiedział komendant. Gerard liczył na to, że przyjdzie mu pertraktować z kimś innym. Policjanci byli ostatnią grupą, do której powinien się zwracać. Właściwie większe szanse na powodzenie miałby u Ubertowskiego. – Proszę mnie posłuchać… – Nie mam zamiaru. – Przeprowadzimy to przesłuchanie pod waszym nadzorem – Edling nie dawał za wygraną. – Będziecie trzymać rękę na pulsie. Funkcjonariusz zbliżył się i stanął tuż przed nim. – Muszę pana prosić o opuszczenie budynku. Tak łagodne podejście Gerard mógł tłumaczyć tylko obawą przed urządzeniami nagrywającymi. Ostatnimi czasy wydawało się, że nosi je każdy, więc nie dziwiło go, że komendant trzyma nerwy na wodzy. – Mam pewne informacje – powiedział Edling. – W takim razie proszę podać je oficerowi prowadzącemu dochodzenie. Gerard bezradnie rozłożył ręce. – Czas nagli – zaoponował. – Albo w przeciągu kwadransa coś z niego wyciągnę, albo będziecie mogli szukać zwłok. Policjant zbliżył się jeszcze bardziej, sprawiając wrażenie, jakby próbował wyjąć coś językiem spomiędzy zębów. – Odejdź, Gerard – szepnął. – Twój czas dawno minął. – Powiedział Stephen Douglas do Abrahama Lincolna, gdy ten dwa razy z rzędu nie dostał się do senatu. Co stało się później, nie muszę chyba mówić. – Porównujesz się do Lincolna? Właściwie był daleki od jakichkolwiek porównań, a w dodatku zmyślił naprędce cytat. Nie miał jednak zamiaru o tym wspominać. – Życie tych ludzi jest na szali – powiedział. – Owszem – przyznał policjant. – Ale ty nie będziesz miał z tym nic wspólnego. – W takim razie skazujesz jedno z nich na śmierć – odparł Edling, robiąc krok w stronę rozmówcy. Znaleźli się stanowczo za blisko, by czuli się komfortowo. – Mam informacje, które mogą otworzyć usta podejrzanemu. – Jakie? – Przedstawię je dopiero w sali przesłuchań. – Więc utrudniasz postępowanie? – Nazywaj to, jak chcesz. – Nie ma znaczenia, jak ja to nazywam – zaoponował funkcjonariusz. – Liczy się to, jak określa to kodeks karny. Edling rozejrzał się, a potem nerwowo zerknął na zegarek. Jeśli zaraz nie znajdzie się w pokoju z zabójcą, będzie za późno. Samo wyciągnięcie informacji trochę potrwa, nie wspominając już o dotarciu policjantów na miejsce. Budynek z pewnością nie znajdował się w centrum żadnego z miast. – Po prostu mnie tam wpuść. Mężczyzna skrzyżował ręce na piersi. Niedobry znak. – Będziesz miał któreś z nich na sumieniu, rozumiesz? – dodał Gerard. – A jeśli cię wpuszczę, to się zmieni? – Tak. Komendant zaśmiał się pod nosem, a potem odwrócił się i zaczął oddalać. – Poczekaj, do cholery… – powiedział Edling, ruszając za nim. – Naprawdę mam… – Gówno masz – wpadł mu w słowo policjant, a następnie machnął ręką, jakby opędzał się od natrętnego insekta. – I wyjdź stąd. Natychmiast. Urzędnik przy wejściu i jeden z funkcjonariuszy zastąpili mu drogę, a potem spojrzeli wymownie w kierunku drzwi. Gerard nadal czuł na ustach cierpki posmak przekleństwa, które samo mu się wymknęło. – Nie słyszałeś? – syknął urzędnik. – Wypierdalaj stąd, ale już. Cóż, w porównaniu do rozmówcy użył niemal jedwabistej mowy. Edling wycofał się, czując na sobie wzrok obydwu mężczyzn. Komendant wchodził już po schodach i nawet nie obejrzał się przez ramię. Gerard wyszedł na ulicę, żałując, że w pośpiechu nie zabrał z domu parasola. Zaczynało padać coraz bardziej, a ołowiane chmury na niebie kazały przypuszczać, że będzie tylko gorzej. Poprawił kamizelkę, wodząc wzrokiem za samochodami jadącymi w kierunku skrzyżowania z Ozimską. Na światłach już się korkowało, sznur aut powoli zwalniał. Edling zastanawiał się, dokąd iść. I czy gdziekolwiek. Nie tak powinno to wyglądać. Na policji i prokuraturze ciążył obowiązek, by użyć wszelkich atutów, jakie miały na podorędziu. A on stanowił jeden z nich. Wprawdzie pierwsze spotkanie z Kompozytorem trudno było nazwać sukcesem, ale teraz sytuacja była inna. Gerard z każdą chwilą miał coraz więcej informacji i coraz lepiej poznawał tego człowieka. Jego oraz brata bliźniaka, którym niewątpliwie był drugi z zamachowców. Nie wiedząc, co począć, Edling skierował się w stronę Kościuszki. Po chwili skręcił w lewo, wchodząc na bruk pokrywający niewielką uliczkę Damrota, prowadzącą do głównego miejskiego deptaka. Przeszedł nim kawałek, ze zdziwieniem odnotowując, że ulica jest niemal zupełnie wyludniona. Nigdy nie panował tu wielkich ruch, ale dziś miał wrażenie, jakby był tutaj sam. Wszedł do jednej z droższych restauracji i skierował się wąskimi schodami do części piwnicznej. Nie zdziwiło go, że telewizor jest włączony. NSI transmitowała na żywo przekaz z kamery Kompozytora. Opuszczony magazyn sprawiał upiorne wrażenie, a dwoje trzęsących się ludzi wyglądało, jakby miało zemdleć. W lokalu nikogo nie było. Gerard poczekał, aż podejdzie do niego kelner, a potem zamówił kawę. Właściwie mógł ją wypić wszędzie, także w miejscach, gdzie serwowano znacznie lepszą. Ta restauracja miała jednak dwa atuty – o tej porze świeciła pustkami i był tu duży telewizor. Podając mu filiżankę, pracownik nawet na niego nie spojrzał. Obaj wbijali wzrok w ekran. Kiedy do końca odliczania zostały dwie minuty, kelner wraz z innymi osobami z obsługi usiedli kilka stolików dalej. Edling uważał, że to niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że płacono im nie tylko za obsługiwanie klientów, ale także za gotowość, by w każdej chwili to zrobić. Nie odezwał się jednak słowem. Całą uwagę skupiał na widocznej na ekranie dwójce przerażonych osób i mężczyźnie, który za nimi stanął. Porywacz rozłożył szeroko ręce. – Jednej z tych osób pozostało już tylko kilkadziesiąt sekund życia – powiedział z namaszczeniem. Gerard zobaczył, że drgnął mu kącik oka. Niewątpliwie uśmiechnął się półgębkiem, choć przez czarną maseczkę nie było tego widać. Na dobrą sprawę mógłby ją ściągnąć, wszak śledczy doskonale widzieli, że porywacz wygląda tak samo jak człowiek, którego trzymają w areszcie śledczym. Chodziło jednak o show. A on nie mógł odbywać się bez rekwizytów. – Obserwujecie ostatniej chwile tej osoby – dodał porywacz. – Ale która z nich okaże się ofiarą? Chuligan pozbawiony szansy na resocjalizację czy kobieta pozbawiona ostatnich lat życia? Kogo wybraliście? – Mężczyzna odwrócił się i spojrzał w bok. – Znam wyniki, nie mogę jednak się z wami nimi podzielić. Jeszcze nie. Mogę za to zdradzić, że nie byliście jednomyślni. Edling zerknął na kelnerów. Ten, który podał mu kawę, zapalczywie obgryzał skórki. Oderwał jedną, przywodząc na myśl drapieżnika, który złapał ofiarę i miał zamiar rozszarpać ją na strzępy. Drugi bębnił palcami o blat stołu, trzeci skrzyżował ręce i pocierał dłonią przedramię. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby na świecie nie było nic ważniejszego od przekazu mordercy. Porywacz spojrzał na chłopaka, który zrezygnował już z prób wyswobodzenia się. – W tym wszystkim tak naprawdę chodziło o niego – odezwał się. – W istocie decydowaliście, czy dać mu szansę, czy go ukarać… przynajmniej w teorii. Pozornie. Tak naprawdę nie była to wasza decyzja i przede wszystkim właśnie to chciałbym wam uświadomić. Między kelnerami przeszedł szmer. – Decydowaliście bowiem na podstawie tego, jak zostaliście wychowani i ukształtowani – ciągnął zabójca. – Cywilizacja zachodnia przyzwyczaiła was do tego, że nie wymierza się kar dla samego karania. Nie, każda kara ma mieć wartość wychowawczą. Ma sprawić, że człowiek drugi raz tego samego czynu nie popełni… ale żeby tak było, trzeba dać mu szansę. – Mężczyzna urwał i spojrzał na zegarek. Gerard był zadowolony. Wyciągnął z tego nagrania już dwa wnioski. Morderca zaczynał się odkrywać, a on właściwie się temu nie dziwił. Im więcej czasu minie, tym więcej Edling się dowie, bez względu na to, co ten człowiek zamierza. – Ale zastanówcie się. Dlaczego mamy dawać szansę ludziom, którzy po prostu nie nadają się do życia w społeczeństwie? – zapytał. – Jaki jest powód? Jakie cele nam przyświecają? Dobroć? Moralność? Łaskawość? Kto powiedział, że to na ich podstawie mamy decydować? Dlaczego nie możemy zadbać o nasze wspólne bezpieczeństwo? Mężczyzna wyciągnął broń. Gerard nie był specjalistą od pistoletów, ale bez trudu rozpoznał model. MAG-95 produkowany niegdyś przez zakłady Łucznik. – Nie godzę się na to, by ludzie popełniający okrutne zbrodnie otrzymywali kolejną szansę – perorował dalej porywacz, jakby sam był świętym. Edlingowi trudno było stwierdzić, czy sam wierzy w to, co mówi. Istniały pewne uniwersalne gesty, dzięki którym można było to ustalić – i Gerard często korzystał z ich znajomości, by przejrzeć polityków. Jednym z nich było gestykulowanie z wyciągniętym palcem wskazującym. Taki gest był odradzany przez wszystkich specjalistów od politycznego marketingu, bo sugerował, że mierzy się do wyborców, chce się ich do czegoś zmusić lub po prostu wziąć ich na celownik. Mistrzem w jego unikaniu był Obama, który zamiast tego używał kciuka. Jeśli jednak ktoś od czasu do czasu sobie na to pozwalał, najczęściej znaczyło to, że wierzył w swoje słowa na tyle, że się zapominał. Inną odmianę tego gestu prezentował wręcz natarczywie Donald Trump. On z kolei mierzył palcem wskazującym w górę, jak ognia unikając „wycelowania” w kogokolwiek z potencjalnych wyborców. W przypadku porywacza oskarżycielski przekaz aż prosił się o to, by wzmocnić go poprzez podobny gest. Problem polegał na tym, że mężczyzna trzymał broń. Nie musiał sięgać po żadne półśrodki. Gerard spojrzał na zegar. Czas dobiegł końca i zabójca również zdał sobie z tego sprawę. – Moim zdaniem ten człowiek nie zrobił nic, czym mógłby zasłużyć na drugą szansę – dodał, a potem wycelował w głowę chłopaka. Wyglądało na to, że zamierza pociągnąć za spust, ale w ostatniej chwili skierował lufę prosto w głowę kobiety. Rozległ się dźwięk wystrzału i obraz nagle się urwał. Gerard przypuszczał, że w tym samym momencie krew oraz kawałki kości i mózgowia rozbryznęły się na ścianie obok. Być może jego wyobraźnia pracowała na zbyt wysokich obrotach. Kelnerzy wymienili się głośnymi, wulgarnymi uwagami, ale Edling ledwo je odnotował. Zawiesił wzrok na ekranie, czekając, aż wróci transmisja. W końcu tak się stało. Krzesło, na którym siedziała kobieta, leżało przewrócone i w kadrze widać było jedynie powiększającą się czerwoną kałużę. – Postanowiliście inaczej – powiedział morderca. – I zrobiliście to, ponieważ jesteście zniewoleni… stłamszeni przez to, co słyszycie na co dzień w mediach, co otrzymujecie w kulturze, co trafia do was z zagranicy… ale to zrozumiałe. Nikt nie powinien mieć wam tego za złe. A ja zrobię wszystko, by was uwolnić. Nagranie się skończyło. W lokalu zapadła grobowa cisza, którą chwilę później zmąciły kolejne przekleństwa i pełne niedowierzania komentarze. Gerard patrzył przed siebie pustym wzrokiem. Zastanawiał się przez chwilę, po czym potrząsnął głową, wyciągnął dziesięciozłotowy banknot i położył go na stole. Skinąwszy kelnerom, szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Na zewnątrz rozpadało się jeszcze bardziej i Edlingowi przeszło przez myśl, że jak tak dalej pójdzie, nawet niewielkie potoki zaczną sprawiać niepokojące wrażenie. Ulica Krakowska nadal świeciła pustkami, a przy tak ponurej pogodzie wydawało się, że nawet zbłąkane dusze pozostają w zaświatach. Gerard ściągnął poły płaszcza, stając pod niewielkim daszkiem w progu restauracji. Wyciągnął telefon i po chwilowym namyśle wybrał numer Beaty. Odebrała natychmiast. – Nie emitowano tego na żywo – powiedział. – Oczywiście, że nie. Przecież stacja potrzebowała przynajmniej kilku sekund, żeby w porę wyciąć sam moment strzału. – Nie to mam na myśli. – A co? – Ten materiał nagrano wcześniej. Nie było żadnego głosowania. – O czym ty mówisz? Gerard nabrał tchu i powiódł wzrokiem po mokrej kostce brukowej. Był niedaleko prokuratury, mógłby podejść tam i porozmawiać z Drejer bezpośrednio. O ile na wejściu znów nie odesłano by go z kwitkiem. Ostatecznie nie ruszył się ani o krok. – To było ukartowane – powiedział. – Ten człowiek chciał, by rzekome wyniki przemawiały za ocaleniem chłopaka. Chciał wygłosić tę tyradę i chciał postawić się w roli wybawiciela. – Wybawiciela? – spytała z rezerwą w głosie. – Kogo chce wybawiać? I od czego? – Społeczeństwo. Z oków zachodniej cywilizacji. – To jakaś bzdura. – Przeciwnie. To starannie stworzony scenariusz – powiedział Edling. – W istocie od widzów nic nie zależało. Jeśli to ujawnimy, być może odbierzemy mu nieco impetu. – Nawet jeśli to prawda, jaki masz dowód? – Ekspertyzę. – Jaką ekspertyzę? – Tę, którą sporządzę na waszą prośbę – odparł stanowczo. – Tę, w której opiszę, że każdy jego krok, każdy ruch i mrugnięcie jest przemyślane. W jego scenariuszu nie ma miejsca na improwizację, stąd należy przyjąć, że wyniki głosowań są z góry ustalone. Drejer przez moment milczała. Gerard doskonale zdawał sobie sprawę, że właśnie czegoś takiego potrzebowała. – Na ile to będzie sensowne? – zapytała. – I wiarygodne? – Na tyle, by przekonać kilku istotnych dziennikarzy. – A Ubertowskiego? – Być może też. – W takim razie napisz to, dostarcz mi i zobaczymy, co da się zrobić. – Najpierw muszę porozmawiać z podejrzanym. – Nie ma mowy. Jest w areszcie i w tej chwili nie mam do niego dostępu. Edling nie miał zamiaru po raz kolejny prowadzić tej samej rozmowy. Podziękował dawnej podwładnej, a potem podniósł wzrok z nadzieją, że gdzieś w oddali już się przejaśniło. Nie zanosiło się jednak na to. Gerard postawił kołnierz płaszcza i w strugach deszczu ruszył ku postojowi taksówek. Nie minął żywej duszy, ale dopiero teraz uświadomił sobie, że to nie rezultat pogody. Wszyscy zapewne dochodzili do siebie, siedząc przed telewizorami. Globalny fenomen. Właśnie tym było to przedstawienie – lub właśnie tym stanie się w najbliższym czasie. Morderca oczami wyobraźni zapewne widział już wszystkie wyznaczniki sukcesu w dzisiejszym świecie. Miliony śledzących na Twitterze i Facebooku, twarz na okładkach gazet, nieustanne rozmowy na jego temat i niekończące się analizy w telewizji. Manifesty polityczne ogłaszane w sieci, duchowe przewodnictwo i… Gerard zatrzymał się na skrzyżowaniu. Po prawej stronie znajdował się szpital, zaraz za nim komenda policji. Uświadomił sobie, że zagrywka z korygowaniem cywilizacyjnego skrzywienia i rządem dusz nie była przypadkowa. Naraz Edling zrozumiał, co będzie następne. Siedziba prokuratury, ul. Reymonta Prokurator okręgowy wyłączył telewizor i w sali konferencyjnej zaległa cisza tak gęsta, że można by kroić ją nożem. Zebrani nie patrzyli na siebie, jakby każdy starał się uniknąć odpowiedzialności. Beata Drejer odchrząknęła znacząco. – Cóż… – podjął jej przełożony. – Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Nikt mu nie odpowiedział. Nie rozległ się choćby cichy pomruk aprobaty, nikt nawet nie skinął głową. Ubertowski pochylił się i skrzyżował dłonie na blacie stołu. – Teraz naszym priorytetem jest odnalezienie tego chłopaka… – Jacka Orsonowicza – podsunęła Drejer. – Dokładnie. Ilekroć ktoś używał tego sformułowania, przypominały jej się słowa dawnego szefa, który zawsze piętnował „dokładnie” jako ohydną kalkę z języka angielskiego. Kazał zastępować ją przez „właśnie” lub „otóż to” i był na tyle upierdliwy, że cały wydział raz na zawsze zakodował sobie, by tak nie mówić. Ale był to tylko jeden z artefaktów staranności językowej, które pozostawił po sobie Gerard. Oprócz tego wzbogacił cały zespół o szereg doświadczeń, choć teraz nikt nie był gotowy tego przyznać. Fakt, że odszedł w niesławie, przekreślił cały jego dorobek. I to na tyle grubą kreską, że nie skorzystali z jego pomocy, kiedy mogła okazać się kluczowa. Drejer być może nie rozważałaby tego teraz, gdyby nie to, że telefon wibrował jej w kieszeni. – Musimy go znaleźć – dodał Wiesław Ubertowski. – Za wszelką cenę. Funkcjonariusz CBŚP skupił wzrok na prokuratorze i zmrużył oczy. – W jakim celu? – zapytał. Wiesław uniósł brwi i przez chwilę milczał. – Przyznam, że nie rozumiem pytania – odparł w końcu. – Chce pan wiedzieć, dlaczego proponuję odnaleźć osobę, która miała bezpośredni kontakt z porywaczem? Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/remigiusz-mroz/behawiorysta-41743776/?lfrom=390579938) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом.