Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Gorąca antologia Strefa Autora Pomysł na Gorącą Antologię zrodził się w umyśle Katarzyny Krzan, redaktor naczelnej wydawnictwa E-bookowo i portalu Strefa Autora. Umyśle – dodajmy – owładniętym gorączką z powodu szalejącej grypy. Z tego powodu wiele tekstów zgromadzonych w tej książce (przede wszystkim prozatorskich) nosi znamiona szaleństwa, sennych majaczeń bądź irracjonalnych wizji kłębiących się bez opamiętania i umiaru. Zabieg to jak najbardziej celowy i w szaleństwie swym uzasadniony, ma on bowiem wprawić czytelnika w podobnie gorączkowy stan balansujący na granicy snu i jawy, fikcji i faktów, zmyślenia i rzeczywistości. Zaskakujące puenty, obrazy mrożące krew w żyłach, wizje absurdalne lub śmieszne, odległa historia zmiksowana z realiami współczesności, futurystyczne przepowiednie i metaliterackie fantasmagorie. Wszystko to – mamy nadzieję – przyprawi czytelnika o chorobliwe wypieki na twarzy, czyli wrażenia osobliwe, nadzwyczajne i niezapomniane. Natomiast jako swoiste lekarstwo i antidotum na tę gorączkę prozy, proponujemy drugą część Gorącej Antologii, nieco wystudzoną i działającą jak chłodny kompres na rozpalone czoło, na którą składają się utwory poetyckie oraz felietony. Wszystkim autorom Gorącej Antologii dziękujemy za inspirujące stany podgorączkowe, a wszystkim jej czytelnikom życzymy miłego, literackiego „chorowania”. Anna Alochno-Janas redaktor portalu StrefaAutora.pl Annais, W. Chodasiewicz, E. Kielska, B.J. Klajza, K. Krzan, J. Kwiatkowska, F. Netz, Mander, Mariposa, J. M. Moneta, Serena, Sherst, A. Siedlecki, V.G. Soque, A. Strzelec, A. Szczęsna, Śmiertelna Cisza, O. Tumski Strefa Autora Gorąca Antologia Strefa Autora Gorąca Antologia Proza, poezja, felieton Wybór i opracowanie: Anna Alochno-Janas i Katarzyna Krzan Korekta i redakcja tekstu: Anna Alochno-Janas Skład i łamanie: Katarzyna Krzan Posłowie: Anna Alochno-Janas © Copyright by Autorzy, Strefa autora & e-bookowo.pl Autorzy: Annais, W. Chodasiewicz, E. Kielska, B.J. Klajza, K. Krzan, J. Kwiatkowska, F. Netz, Mander, Mariposa, J. M. Moneta, Serena, Sherst, A. Siedlecki, V.G. Soque, A. Strzelec, A. Szczęsna, Śmiertelna Cisza, O. Tumski Projekt okładki: e-bookowo Zdjęcie na okładce: Anna66 Andrzejewska ISBN e-book: 978-83-7859-092-7 ISBN książka: 978-83-7859-093-4 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl (http://www.e-bookowo.pl/) Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. PROZA Jolanta Kwiatkowska Każdy ma taką orgietkę na jaką go stać O, ku…rczę blade! (Za ku…rczę chyba nie grozi mi upomnienie komisji etyki internautowej?). Co prawda, chcę się pożalić nie na kurczaka, tylko na to coś, co uważało się za ogromniastego koguta. Super męski okaz. A i tak na łopatki rozłożył go rodzaj żeński. Sprawdziło się sparafrazowane przysłowie: gdzie dwóch się bije – tam trzeci najbardziej traci. Tylko, że tym trzecim byłam ja, co wkurzyło mnie bardzo. Rozładować złość można podobno, dzieląc się nią z innymi. No to się rozładowuję, chociaż i tak akumulator mi siadł i od kilkunastu dni nie chce zapalić A było tak. W domu nawaliło ogrzewanie (raz). Zaspałam (dwa). Samochód nie zapalił (trzy). Taksówka mogła być najwcześniej za godzinę (cztery). Na autobus czekałam czterdzieści minut (pięć). Zadzwoniłam, chcąc bardzo przeprosić, że się spóźnię. Usłyszałam… Nie, to niecenzuralne. Istotne, że już nie było tych do przepraszania (sześć). Zmarznięta na sopelek, ale zadowolona, że na sześciu się skończyło (kto by wierzył w przesądy?), dojechałam, pozałatwiałam, co mogłam i autobusem, bez czekania, wracałam do zimnej chałupy. A jednak było siedem. Półtora przystanku przed moim autobus stanął bez szans na szybkie ruszenie. Szłam w miarę szybkim krokiem (na tyle, na ile wysoki obcas pozwala). Szal wyciągnęłam spod kurtki. Omotałam sobie głowę i przewiązałam pod kołnierzem, bo wiało jak diabli. Potrójne zabezpieczenie, czyli baza, fluid i puder (nie tapeta, tylko przezorność „mrozowa”) nie chroniło przed: „Hu, hu, ha, nasza zima zła, szczypie w nosy, szczypie w uszy, mroźnym śniegiem w oczy prószy”. Zamarzały mi rzęsy. Nie slyszałam, nie widziałam, a jednak czułam, że on jest blisko mnie. Ja na klatkę, on za mną. Ja do mieszkania, on wślizgnął się za moimi plecami. Odwróciłam się, żeby zamknąć drzwi, on wpił się w moje usta. Zrobiło mi się słabo, zaczęłam dygotać. On pieścił mnie tak, że w lodowatym mieszkaniu poczułam tropikalny żar. Sama chętnie rozebrałam się, złapałam butelkę z wodą i wskoczyłam do łóżka pod wyziębioną kołdrę. Położył się razem ze mną. Znał się na rzeczy. Ja już szczytowałam, a on dalej był na etapie gry wstępnej. Z rozkoszy majaczyłam. Rozgorączkowana byłam tak, że wydawało mi się, że on to ich tuzin. – Co za oryginał? – pomyślałam. – Nie sapie, nie wzdycha, nic mu nie trzeba mówić. Sam wie, co i jak robić. Całą noc trwał ten stosunek bez stosunku. Cholera! Mógłby wreszcie skończyć. Mam dość. Nie pomagało owijanie się kołdrą, wślizgiwał się pod nią i działał skutecznie. Sama zrzucałam kołdrę, by miał lepszy dostęp. Uwierzycie, że miał nadprzyrodzoną potencję? Całe trzy dni. Musiał być kosmitą. Przemaglowana, spocona i sapiąca postanowiłam szukać pomocy. Gdzie? Proste! Telefon do przyjaciela, czyli w tym przypadku, przyjaciółki. Doświadczonej, niejednego potrafiła rozłożyć na łopatki, a nawet zapieszczochać na smierć. – Ratuj! Nie mogę się go pozbyć. Sponiewierał mnie! – błagałam i usłyszałam w słuchawce obcy głos: – OK. Będę – i już było głucho. Chciałam wstać, otworzyć drzwi. Nie dał mi. Objął i poszliśmy razem. Wracając, wzięłam drugą butelkę i cytrynę jako przekąskę. Przysnęłam. Poczułam coś dziwnego. Jakby on usiadł mi na piersiach i zatykał mi czymś usta. Uchyliłam powiekę. To była ona. Całym ciężarem swojego ciała przygniatała mnie, a rękami walczyła z nim. W pewnym momencie kopnęła go, nie widziałam gdzie, bo właśnie złapał mnie atak kaszlu. Po chwili uszłyszałam jej zadowolony chichot i okrzyk: „Yes, yes, yes!”. Jako rodzaj żeński powinnam być po jej stronie. Odniosła zwycięstwo nad tym szowinistycznym gatunkiem męskim. Nie mogłam się z nią solidaryzować, bo ta małpa była homo i wzięła mnie w swoje ramiona. Nie zapytała, czy lubię? Czy chcę? Czy akceptuję? Nie! Zwyciężyła i uznała, że ma prawo do nagrody. I tak pojedynek wirusa z bakterią skończył się dla mnie trzytygodniową izolatką w chłodzie, głodzie i bezsilności. Arkadiusz Siedlecki Czerwone trampki Historia, która się tu rozegrała, zakończyła się niezwykle banalnie. Jak wszystkie te historie czy opowiadania, które zaczynają się szalenie ciekawie, a później jest już tylko gorzej i gorzej, aż do momentu, kiedy czytelnik lub słuchacz nie uśnie albo najzwyczajniej w świecie nie rzuci książką, czasopismem, nieregularnym periodykiem w i tak już popękaną połać ściany. Może od biedy rzucić tym w kąt albo po prostu dać autorowi w twarz. Ewentualnie, jeśli słuchacz jest słuchaczem, a nie czytelnikiem, może oczywiście obrócić się na pięcie i odejść, i już nigdy nie wrócić. Bo po co trwonić czas na bzdury, po co roztrząsać mentalne wynaturzenia, wnikać w struktury, których i tak pojąć się nie da. A jednak… Zaczęło się banalnie. Czekałem na nią, a ona się spóźniała. Wiedziałem, że w obecnych czasach spóźnienia są na porządku dziennym, że są bardziej naturalne niż jogurt, który notabene właśnie spożywałem. Z nudów spojrzałem na etykietę: data przydatności do spożycia była w porządku, gorzej ze składem. I tu się zawahałem. Po pierwsze, nie byłem pewien, czy ów jogurt, który wcale jogurtem nazwany być nie powinien (bo jak to tak, z tyloma „E”?), nadal konsumować, czy może jednak posłać go w diabły, zafundować przekąskę blaszanemu koledze na śmieci, który tymczasowo robił mi za sąsiada. Po drugie, zaintrygowała mnie epistemologiczna strona owego jogurtu. No, bo skoro taki naturalny – a jakże, przecież wielkimi literami wypisane – to co? Okłamują mnie i całą naszą konsumencką brać? No, jak tak można?! Toż to przecież nieetyczne. A może oni sami są tak bardzo pogrążeni w swojej niewiedzy, że bidoczki wypuszczają na rynek trefny towar, ba, truciznę nawet, nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Uświadomić ich należy, szybko, szybko, niech już nie krzywdzą, niech nie dokonują na nas tej infiltracji. Spojrzałem na zegar umieszczony na szczycie ratuszowego grzbietu. Dochodziła ósma. Spóźniała się już dobrą godzinę. Słońce wisiało nisko, ale momentami wciąż parzyło. Upewniwszy się, że murek okalający fontannę jest czysty, usiadłem na nim. Nie było żadnego planu na ten wieczór. Po prostu, mieliśmy się spotkać, pogadać, wypić dobre zimne piwo. Ja wplótłbym w jej warkocze odrobinę frustracji, obaw, ponarzekałbym na los – aż do następnego spotkania. A ona, cóż… Jak to starsza siostra, rozplątałaby ten warkocz i delikatnie, starannie, bez zbędnego pośpiechu rozczesywała wszelkie wątpliwości. A może i nawet wszelakie? Ale się spóźniała. Z bocznej kieszeni bojówek – a kieszenie mam raczej głębokie – wyławiam telefon komórkowy, nie jakiś tam najnowszy model, zwykłą nokię, granatową, czarnobiały wyświetlacz, pospolity wygląd, telefon, który ma za zadanie dzwonić, nic poza tym, no… musi jeszcze mieć zainstalowanego „węża”. Więc ma. W końcu węża w kieszeni każdy mieć powinien. Wybieram numer Jagody. Po szóstym sygnale odzywa się poczta głosowa i już wiem, że coś jest nie halo. Tylko, czy to halo jest bardzo nie halo? Zastanawiam się przez chwilę – tymczasem w połowie puste pudełko z jogurtem ląduje w koszu. A może… do połowy pełne? Dzwonię ponownie, niestety i tym razem wita się ze mną poczta głosowa. A może to przez to, że nie było planu na wieczór, myślę, może to przez to nasze spotkanie nie wypaliło? Taki chochlik losu: nie zaplanowaliście nic na wieczór, to planów żadnych być nie może! Zastanawiam się nad tym dobre pół godziny, a kiedy stwierdzam, że nie dojdę do żadnego, ale to absolutnie żadnego, konsensusu – pasuję. Wciskam fajkę w usta i przypalam zapalniczką marki BIC. I pstryk, włącza mi się tryb online, żółte słoneczko w głowie, i wiem, że jestem trybikiem Wielkiej Korporacyjnej Machiny. Przeraża mnie to, a zarazem podnieca – podnieca mnie myśl o społecznym wynaturzeniu, o dokonującej się właśnie na moich oczach niesamowitej ewolucji, która tak cholernie przyśpieszyła w ostatnim stuleciu, że jest praktycznie niezauważalna. Agresja, popapranie, materializm – to są hasła na dziś – drogie Panie, drodzy Panowie, kłaniam się nisko. I pomyśleć, że to nagłe oświecenie spłynęło na mnie jak Wielka Siklawa, na łeb na szyję, dzięki zapalniczce. A może dzięki jogurtowi? Chemiczne oświecenie. Ożeż… Znowu się zapętlam. I wtedy podchodzi do mnie ona. Nie, nie Jagoda, inna ona. Ruda, piegowata, bez zęba na przedzie, jak śpiewał Kazik Staszewski. Podchodzi na nieprzyzwoicie bliską odległość i patrzy, lustruje mnie od góry do dołu, od dołu do góry, i tak kilkakrotnie. Ja nic. Niewzruszony. Takie siksy to na osiedlu „dzień dobry” mi mówią, kłaniają się w półpas, więc nie reaguję, ani drgnę, ani mnie ziębi, ani grzeje to jej lustrowanie, ta jej odległość. Ruda podchodzi jeszcze bliżej, choć wydawało mi się, że bliżej już być nie może, a jednak, podchodzi bliżej, czuć świeżą miętę, emanuje z niej kuriozalna seksualność, której nie pojmuję. – A ty tak czekasz na kogoś czy coś? – pyta. – Czy coś – odpowiadam naprędce. Zerkam na nią. Oczy ma błękitne, jak tafla oceanu, jak kawał egzotycznego firmamentu, choć ona sama w ogóle nie jest egzotyczna. Słowiańskiej urody też raczej nie ma, jakaś taka cała jest nijaka. A może wcale nie? Może właśnie jest tak charakterystyczna, że już bardziej być nie może? Już sam nie wiem. Na kilka sekund zamykam oczy i staram się przypomnieć sobie jej twarz, jej obraz, chociaż mógłbym przecież te moje ślepia na nowo otworzyć i przyjrzeć się raz jeszcze, dokładniej, staranniej, oszukać sam siebie, ściągę taką sobie optyczną zapodać – ale nie. Oczy mam mocno zamknięte, aż do lekkiego pieczenia, aż łza mi się kręci, i myślę, przypominam sobie, a ona w tym czasie wciąż mnie lustruje, nadal czuję jej przesiąknięty miętą oddech. I wtedy ona to robi. Całuje mnie. A ja, że z dobrego domu jestem, odwzajemniam jej miętowy pocałunek. W oddali słyszę głosy, śmiechy staruszków, żarty podwórkowych wyrostków, lament starej Glapiakowej, że już gorzej w tej upadłej Polsce być nie może, wszystko oddzielone od siebie grubą białą krechą, albo dwiema krechami, żeby było sprawiedliwie, w oba nozdrza. Ludzie, ludziska, człekokształtne istoty, oni zawsze się znajdują, kiedy ich najmniej potrzebuję, ich głosy rozpraszają mnie, wkurzają, wybudzają ze stanu, z którego wcale nie chcę być zbudzony, nie życzę sobie tego wybudzania przecież. Na tym etapie naszej znajomości mam już pewne typowe dla mojego gatunku wyobrażenia: niechciana ciąża, szybki ślub, zagrzybiała kawalerka, rozklekotany maluch. Wszystko to, podobnie jak śmiechy zza głowy, spoza głowy, a może głosy w głowie, wszystko to reanimuje moją trzeźwość, przywraca poczucie rzeczywistości, którego przecież za cholerę nie chcę, nie potrzebuję. I znowu roztrząsam: miejsce spotkania dobre, godzinę temu czas spotkania też był w porządku, dzień też się zgadza – przecież jest środa, więc co ja, do cholery, robię tutaj, pośrodku niczego, z zamkniętymi mocno oczyma…? I tylko smak jej śliny, i wszędobylski język, przypominają mi, co się dzieje, na nowo wybudzają z narkotycznego snu. Czy jestem znudzony i zdystansowany? Nie sądzę. Zaintrygowany zaistniałą sytuacją? Chyba tak, tak, zdecydowanie tak. Nie zrażam się, chociaż mijają długie minuty, a ja nadal nie wiem, do czego cała ta sytuacja zmierza. Na tym etapie jest jeszcze ciekawie, napędza mnie wiara w pozytywne zakończenie tej historii, nadzieja, że coś takiego nie kończy się źle. Przecież nikt nigdy takiego numeru mi jeszcze nie wykręcił. No właśnie… Nikt nigdy… W końcu Ruda odkleja się ode mnie, ja mimowolnie otwieram oczy, akcja na moment zwalnia. Wszystko posuwa się za pomocą stop-klatek. Każdy jej uśmiech, każde mrugnięcie okiem zapisane zostaje na osobnej kartce papieru, na osobnej karcie pamięci. I teraz ona zamyka oczy, a ja bez wahania przyklejam się do niej, jak wcześniej ona do mnie, zasysam się, połykam jej bakterie, połykam jej ślinę, mikroby i inne świństwa i podziwiam jej starannie pomalowane rzęsy, nienaganną cerę, brak fluidu, czerwieńsze od wina włosy. Zdaje się, że trafiłem na model bardziej naturalny od tego jogurtu naturalnego, co go na szczęście przed paroma chwilami do kosza wywaliłem, i zdaje się, że Ruda jest nawet bardziej naturalna od tych naturalnych spóźnień mojej siostry. Ano właśnie, siostry… Nie przestaję całować Rudej, ale unoszę dłoń, a właściwie przegub dłoni z zaciśniętym na nadgarstku zegarkiem, niekoniecznie pierwszokomunijnym, na wysokość oczu i widzę, że czas to pojęcie względne i że akurat teraz się zatrzymał. Stanął w miejscu. Ruda otwiera oczy, patrzy na mnie z niezbyt skrupulatnie ukrywaną obojętnością, z odrobiną wyuzdanej nonszalancji, a na czole zmarszczka rysuje jej się w pytajnik. Nie mówię nic, nic nie tłumaczę, nie muszę, nie mamy względem siebie absolutnie żadnych praw, żadnych obowiązków. I właśnie w tej chwili czas wraca do normalności, a jej spojrzenie diametralnie się zmienia. Delikatnie uśmiecha się, lekko zżółknięte zęby chowają się za pomalowaną na wiśniowo wargą, a ja w locie łapię jej gorące spojrzenie. Ale tak naprawdę wcale na mnie nie patrzy, rozgląda się raczej po rynku, krąży wzrokiem po wybrukowanej alejce, szuka spojrzeniem któregoś z tych napakowanych facetów, facetów wywijających kluczykami markowych pojazdów, facetów z zawieszonymi na szyjach ciężkimi łańcuchami, facetów, którzy zawsze jej imponowali. Zawsze. Ci wszyscy mafiosi, fałszywi gangsta, podrabiani królowie dzielnic, oni od zawsze zawracali jej w głowie, nie wiem, dlaczego zwróciła uwagę na mnie, na kościstego typa w glanach. Czyżby wkradł się jakiś błąd, pomyłka? A może wirus? Error? Na razie jednak wciąż jeszcze udaje, że jest mną zachwycona, że pocałunek spełnił jej oczekiwania, że jest zainteresowana, oj, bardzo, że może chciałaby nawet pójść o krok dalej, że tylko ja muszę to powiedzieć, ja muszę coś zaoferować, bo ona nie stąd, lokum brak, zamiejscowa jest, jak rozmowa telefoniczna… A ja kombinuję, jak się jej pozbyć, bo już ją rozgryzłem i wiem, że nie ma głębokiej duszy, a jedynie gardło, i zastanawiam się tylko nad jakimś prostym i skutecznym sposobem, żeby uciec, żeby interakcja z nią nie była już tak nieprzyzwoicie realna, tak nieprzyzwoicie bliska, żeby się już skończyła. Raz na zawsze. Zaproponować drinka, myślę, może papierosa, jak po nieudanym seksie, a może najzwyczajniej w świecie odejść albo uciec? Tym bardziej, że wokół zaczyna już narastać atmosfera, którą się rozkoszuję. Pomieszanie zmysłów, narkotycznego wyobcowania, niewypowiedzianej dewiacji i coraz skuteczniejszego tracenia kontroli nad sobą i nad całą rzeczywistością. I wtedy zdarzyć się może wszystko, no, prawie wszystko. Dostrzegam to coraz bardziej kątem oka, zaczynam to czuć przez skórę, mieszki włosowe prężą się, stawiając włosy na baczność. Wiem, że odejść można na tysiąc sposobów, robiłem to nieraz, ale zaistniała sytuacja jest zgoła inna, nie jest aż tak klarowna, jak by się mogło z zewnątrz wydawać. W końcu nasz wzrok się spotyka, pomieszanie kolorów, mojego brązu z jej błękitem. Nie uśmiechamy się już do siebie, szkoda czasu, szkoda zachodu, który i tak już za chwilę nadejdzie, ten słoneczny rzecz jasna, samoistnie, samoczynnie, bez niczyjej pomocy czy łaski. A ja odejdę, tak jak i on odejdzie, a po nim przyjdzie noc głęboka, a później świt. Ruda to rozumie, nie mówi już nic, żegnamy się milczeniem. Odchodzi. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie: ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Na horyzoncie pojawia się Jagoda, macha do mnie, łudzę się, że to nie jest miraż, że to nie fatamorgana, narkomańskie halucynacje, ale nie, faktycznie jest, coraz bliżej i bliżej, jest już prawie na wyciągnięcie ręki, dłoni, dzieli nas od siebie długość palca wskazującego, który w jej kierunku wyciągam, i ona wyciąga swój palec w moim kierunku, i wyglądamy prawie jak Stworzenie Adama Michała Anioła. I gdy brakuje już tak niewiele, gdy dzielą nas dosłownie centymetry, ona pyta: – Co to za jedna? I wszystko wraca, i ja wracam do gry, do gry rzeczywistości, i kręcę głową, by wymazać z pamięci dziwaczne akcje, bo już zdążyłem o Rudej zapomnieć. Kręcę, żeby zmyć z głowy ślad jakiegokolwiek wynaturzenia, przecież nie chcę być elementem chorej ewolucji, i mijam się z jej pytaniem jak Neo w Matrixie. Jej pytanie przelatuje obok mnie, gdzieś pod skórzaną kurtką, wychylam się w bok najmocniej, jak tylko się da, i w tył – pytanie błyskawicznie wbija się w mur, w sklepową ścianę, w witrynę i tkwi tam na dobre, ja zaś atakuję: – Spóźniłaś się! Patrzy na mnie jak na wariata, kosmyk włosów przekłada sobie za ucho i mrużąc oczy, odpowiada: – No tak, złamał mi się obcas, musiałam po drodze kupić trampki. Olaf Tumski Fabryka rowerów Na wąskich osiedlowych uliczkach zaroiło się od rowerzystów. Na głównej drodze tranzytowej prowadzącej przez miasto musiało stać się coś poważnego. To nie był zwykły poranny korek. Magnus dojechał swoim składakiem do głównej ulicy i dopiero teraz uświadomił sobie skalę problemu. Dwupasmowa ulica była po brzegi nabita rowerami. Właściciele wszelkiego rodzaju dwukołowców wjeżdżali na siebie, przepychali się, przewracali jeden na drugiego. Gorzej mieli użytkownicy rowerów trzy– i czterokołowych oraz dostawczych z przyczepami. Tym najtrudniej było wykonać jakiś większy manewr. Najbardziej dostawało się rykszarzom, którzy musieli wysłuchiwać pretensji zniecierpliwionych klientów. Jedni krzyczeli, inni zrezygnowani stali w apatycznym bezruchu. Wielu próbowało przedzierać się przez tory tramwajowe przedzielające jezdnię, ale i tam było już tłoczno. Magnus zagadnął dziewczynę, która zjechała na pobocze i oparła swój turystyczny rower o drzewo. – Na rondzie dwie grupy ścigaczy zderzyły się z tramwajem – wyjaśniła wzruszając ramionami. – Rozrzuciło ich na kilkanaście metrów. Ścigacze byli zmorą miejskich ulic. Kilkuosobowe grupy rowerzystów urządzały między sobą wyścigi, w biały dzień, w czasie największego zatłoczenia. Magnus nie miał innego wyjścia, jak zaczekać na posprzątanie skutków katastrofy. Korek ruszył się pod dwóch godzinach. Przejeżdżając przez rondo, starał się omijać plamy krwi na asfalcie i resztki rowerów. Następne dwie godziny zabrało mu przedarcie się na drugi koniec miasta. Zostawił składak na parkingu buforowym i zapłacił z góry w automacie. Wszedł w kasztanową alejkę biegnącą wzdłuż jednorodzinnych domów. Przy chodniku, co kilkanaście metrów stała ławka. Na jednej z nich siedział mężczyzna i czytał gazetę. Był mniej więcej w wieku Magnusa. Na jego widok złożył gazetę i wstał. – Igor przepraszam, że tak późno – powiedział na powitanie Magnus. – Na rondzie prawdziwa masakra. – Słyszałem a radiu – brzuchaty kolega, ogolony na zero machnął ręką. – Zanim zatrzymali się na tramwaju, skasowali staruszkę na pasach, a ci idioci ze Straży Rowerowej aresztowali motorniczego. – Który to dom – Magnus przeszedł do sprawy, dla której tutaj przyjechał. – Kremowy – Igor wskazał na okazałą willę. – Ta kobieta jest pewna? – Jasne. Sama przecież bardzo ryzykuje. Podeszli do furtki i zadzwonili przez domofon. Powitał ich trzeszczący głos. Igor poinformował, że są z ogłoszenia i przyszli obejrzeć pokoje do wynajęcia. – Ile ona ma lat – zapytał Magnus, kiedy szli ścieżką od furtki do drzwi wejściowych. – Prawie pięćdziesiąt, ale wygląda na dziesięć mniej, czyli tak jakby była w naszym wieku, ale poza tym nic szczególnego – wyrzucił z siebie Igor zanim doszli do jej domu. Magnus nie zdążył już przeanalizować wypowiedzi swojego kolegi. Nie musiał tego robić. Drzwi otworzyła im Eleonora Kowalska we własnej osobie i Magnus musiał przyznać, że ocena Igora była niezwykle trafna. Pod warunkiem, że kobieta rzeczywiście zbliżała się do pięćdziesiątki. – Proszę wejść – wpuściła gości i szybko zamknęła drzwi. – Nikt za wami nie szedł? – Nie – odpowiedział Igor. – Nie mówiliście nikomu, dokąd idziecie – badała dalej Eleonora. – Nikomu – potwierdził gorliwie Igor. – Absolutnie nikomu – dodał Magnus. – W takim razie po stówie od głowy i proszę za mną. Nie lubiła tracić czasu, a Magnus zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie pracowała w wojsku, policji lub innych tego typu służbach. Tak czy owak, teraz działała na własny rachunek, niezgodny z obowiązującymi przepisami. Po skasowaniu pieniędzy zaprowadziła ich do dużego salonu. Przykucnęła i odchyliła dywan odkrywając drewnianą podłogę. Z kieszeni spodni wyjęła urządzenie przypominające pilota do automatycznej bramy. Po naciśnięciu guzika kilka podłogowych desek wysunęło się lekko ponad powierzchnię, następnie rozsunęły się, ukazując kwadratowy otwór o metrowych brzegach. – Uwaga, strome schody – poinformowała gospodyni. – Idziecie za mną i żadnych zdjęć! – dodała. Zeszli do ciemnej piwnicy rozświetlanej jedynie przez latarkę dzierżoną w dłoni Eleonory. Wiązka latarkowego światła szybko odnalazła przełącznik na drzwiach. Eleonora rozjaśniła pomieszczenie, które okazało się sporą salą o powierzchni prawie takiej, jak cały dom. – Przed waszym przyjściem zdjęłam z niego pokrowiec i odkurzyłam – powiedziała nie bez satysfakcji. – Można oglądać, wsiadać, naduszać przyciski, kręcić pokrętłami. Igor i Magnus z niedowierzaniem zbliżyli się do eksponatu. To naprawdę był samochód. Zwyczajny kompakt w granatowym kolorze. Na oko kilkunastoletni. Nie widzieli czegoś takiego od dziesięciu lat. Od czasu, kiedy w życie weszła Rezolucja CNA. Najpierw obeszli go dookoła. Dotknęli chłodnej karoserii. Magnus pociągnął za klamkę. Drzwi były otwarte. Niepewnie spojrzał na Eleonorę. – Mówiłam, że można wsiadać – przystanęła sobie obok, spoglądając na Magnusa nieco rozbawionym wzrokiem. Magnus zajął miejsce na wyprofilowanym fotelu i oparł ręce na kierownicy. Spojrzał na deskę rozdzielczą, przypominając sobie swój własny, pierwszy i jedyny samochód. Ojciec oddał mu swojego wysłużonego forda, miesiąc po tym, jak Magnus zdał prawo jazdy. Cieszył się tym gratem pół roku. Potem wprowadzono CNA i rozpoczęła się rzeź aut. Po roku pozostały jedynie pojedyncze sztuki pojazdów specjalistycznych na gąsienicach, produkowanych w zależności od potrzeb, najczęściej do prac budowlanych lub jako wozy strażackie. Igor usiadł na fotelu pasażera. Zaczął regulować oparcie. Zajrzał do schowka. – Szkoda, że nie można go uruchomić – westchnął. – Chociaż na chwilę. Posłuchać tego dźwięku. Magnus zamknął oczy i próbował sobie wyobrazić pracujący silnik. – Zajrzyjmy pod maskę – zaproponował Igorowi. Zajrzeli. Benzynowy silnik 1.6 litra był pięknie zachowany, a oni przez te wszystkie lata nie zapomnieli nazw poszczególnych elementów. – Jak samochód znalazł się tutaj? – Magnus przypomniał sobie, że cały czas przygląda im się Eleonora. – Mój mąż postanowił go zachować. Gdy wprowadzono CNA zaczynaliśmy budować ten dom. Albert po prostu zabudował samochód w przyszłej piwnicy i zgłosił, że mu go skradziono. – Pani mąż musi tu często przesiadywać – powiedział Igor. – Zmarł dwa lata temu. – Przepraszam – zaczerwienił się Igor. – Bardzo współczujemy – powiedział Magnus. – Już się z tym oswoiłam – na jej twarzy próżno było szukać emocji. – Nie chcę was wyganiać, ale muszę zakończyć pokaz. Możecie jeszcze kiedyś wpaść. Podziękowali, spojrzeli ostatni raz na auto i wyszli z piwnicy. Eleonora odprowadziła ich do drzwi, a potem na zewnątrz zobaczyli ubrany na czarno oddział specjalny Straży Rowerowej z maskami na twarzy i wycelowaną w nich bronią gazową. Z szerokich luf zaczął wydobywać się błękitny dym. Gaz usypiający. Zaraz potem Magnusowi urwał się film. Po przebudzeniu odbyło się błyskawiczne przesłuchanie i ekspresowy sąd bez prawa do obrony. Magnus dostał dwa lata robót w fabryce rowerów na południu Chin. Eleonora sześć lat. Mogła mówić o dużym szczęściu, gdyż uznano, że organizatorem procederu był jej mąż, a ona tylko kontynuowała przestępczą działalność. Igor otrzymał nowy rower i nagrodę pieniężną za obywatelską postawę. Straż Rowerowa była dumna z takiego współpracownika, który wystawił im jak na talerzu dwójkę wywrotowców. Zanim Magnusa wysłano więziennym pociągiem do Chin musiał jeszcze obejrzeć na własne oczy, jak buldożery zburzyły dom Eleonory i wyciągnęły na powierzchnię samochód. Auto zostało publicznie spalone i pocięte na kawałki. Tego widoku nie oszczędzono również Eleonorze. Patrzyła na wszystko z niewzruszonym, obojętnym obliczem, ale pod rudymi włosami opadającymi na twarz Magnus dostrzegł pojedyncze łzy. Zastanawiał się jedynie czy bardziej boli ją utrata domu, czy samochodu. Katarzyna Krzan Królewna na ścieżce Królewna Śnieżka obudziła się dziś bardzo późno. Wszystko przez to, że krasnoludki strasznie chrapały i królewna zasnęła dopiero o świcie, gdy małe ludziki w czerwonych ubrankach udały się już do pracy. Od kilkudziesięciu lat krasnoludki pracowały dla skrzatów świętego Mikołaja, które nie radziły sobie z robieniem zabawek. Skrzaty poprosiły o pomoc bezrobotne krasnoludki, które zgodziły się na współpracę po dość długich pertraktacjach i zredagowaniu szczegółowego kontraktu. Krasnoludki szukały na śmietnikach starych zabawek, które potem skrzaty przerabiały na nowe. Taki bożonarodzeniowy recycling… – A ja? – upomniała się zniecierpliwiona długim wstępem królewna. – Przecież miało być o mnie! To prawda. Bajka o Śnieżce… – Jaka bajka? Jaka bajka?! Codziennie to samo: rano spacer, sprzątanie, gotowanie dla siedmiu głodomorów, po obiedzie śpiączka, leżenie w szklanej trumnie i całowanie ze znużonym, przypadkowym przechodniem. To ma być bajka?! Rutyna! Ale koniec z tym. Uciekam. Mam dosyć tych durnych krasnali. – Ale… – odezwał się nieśmiało narrator, choć nie wolno mu rozmawiać z postaciami. – Nie ma żadnego „ale”. Idę. A ty siedź cicho i opowiadaj! Królewna pozbierała swoje rzeczy, zrobiła sobie makijaż, potłukła z wściekłością wszystkie talerze w kuchni i wybiegła z domku. – Będzie wyglądało na porwanie. Hi, hi, hi. Krasnalom czapy opadną. Pewnie będą podejrzewać wilka. Śledztwo potrwa jakiś czas, bo nie są najbystrzejsi, a tymczasem ja będę już w Hollywood – mówiła Śnieżka w kierunku biegnącego za nią z notatnikiem narratora. Po latach nudnego życia Śnieżka stała się wredną, zgorzkniałą aktorką, która co wieczór musi odgrywać taką samą rolę, mając jednocześnie przekonanie, że jej niewątpliwy talent więdnie w starych dekoracjach. Śnieżka chciała zostać piosenkarką. – Jak spotkam Czerwonego Kapturka, to powiem jej, żeby nie szła dalej, bo jej wędrówka kojarzy się zboczonym psychiatrom z dojrzewaniem seksualnym. Zresztą, ciekawe, jak ona ma naprawdę na imię, bo czerwony kapturek to tylko ksywa. Zresztą, to czerwone, co nosi na głowie już dawno stało się szare. – La, la, la, la! Śnieżka usłyszała nagle na poziomie swoich stóp cienki zaśpiew. Spojrzała w dół, by potwierdzić swoje najgorsze przeczucia. Rzeczywiście: w trawie migało coś niebieskiego. – Smurfy! – wykrzyknęła przerażona i zaczęła uciekać. Krasnoludki opowiadały, że Smurfy roznoszą jakiegoś wirusa, od którego są niebieskie. Same się uodporniły, choć zatraciły cechy płciowe, ale wirus może być bardzo niebezpieczny dla innych. Smurfy całą swoją setką rzuciły się w pogoń za Śnieżką. Uwielbiały wchodzić na większych od siebie, przyklejać się do kogoś całymi swymi niebieskimi ciałkami, udając tym samym wielkiego Smurfa. Śnieżka była jednak szybsza i udało jej się uciec nim oblazły ją niebieskie stworki. Zdyszana usiadła na kamieniu i zaczęła oglądać swoje ręce w poszukiwaniu niebieskich plamek – oznak zakażenia. – Co ty tu robisz, maleńka? Królewna podniosła głowę na dźwięk niskiego, męskiego głosu, należącego do rycerza przytwierdzonego do białego rumaka. – Uciekłam krasnoludkom i tym niebieskim potworkom. Ale nie powtarzaj tego nikomu. Niech myślą, że zjadł mnie wilk, ten od Kapturka, albo jakiś inny stwór. – Aha. Nie wiesz, gdzie tu jest w pobliżu jakiś stary zamek na szklanej górze? – A co? – Mam tam jechać po jakąś księżniczkę, którą więzi smok, czy jakiś tam dinozaur. Nie mam dokładnych danych. – Po co ci księżniczka? – No… – zastanowił się. – Poślubię ją, zamieszkamy w jej zamku i będziemy żyli długo i szczęśliwie. – Na Szklanej Górze?! Oszalałeś chyba! Tam nie ma ogrzewania. Co wy tam będziecie robić? Nigdzie nie można wyjść. Nikt do was nie przyjdzie. Beznadzieja. – Ale… – Co „ale”? Skąd w ogóle wiesz, że ona ci się spodoba. Może to jakaś stara wiedźma. – Bo, bo, bo wielu próbowało ją zdobyć, ale ślisko i ten smok na górze… – A nie przyszło ci do głowy, że może to ona jest tym smokiem. Rzuciła jakąś plotkę, żeby rycerze do niej przyłazili, a potem wykorzystuje ich do domowych robót. No, wiesz: remonty, malowanie, wymiana okien, jakieś drobne naprawy… – No, nie pomyślałem… A w ogóle to, kim ty jesteś, żeby mnie pouczać? – Rycerz wyprostował się w siodle, nagle urażony. – Jestem Śnieżka. Też królewna. Czekam na księcia z bajki, który pocałunkiem zdejmie ze mnie czar, a co? – odparła zaczepnie Śnieżka, wstając ze swego miejsca, by dodać sobie godności. Rycerz przypatrzył się jej uważnie. Zauważył, że jest całkiem niezła. Nagle wpadła mu do głowy genialna myśl, która rozwiązywała wszystkie jego problemy. Zsiadł ze swego rumaka i stanął przed królewną. – Słuchaj. Tak sobie myślę, że nie chce mi się już włazić na jakąś szklaną górę. Podobasz mi się. Może mógłbym cię teraz pocałować, a ty zostałabyś moją żoną i tak dalej… – Fajnie. A gdzie niby mielibyśmy mieszkać? – Podobno u Baby Jagi są jakieś wolne pokoje. Moglibyśmy tam trochę pomieszkać, dopóki nie zdobędę gdzieś jakiegoś dobrze zaopatrzonego zamku świeżo po remoncie… – Hmm. To może być niegłupi pomysł. Nie musiałabym już gotować dla tych durnych krasnali. Musisz mi tylko obiecać, że nie będę musiała jeść jabłek… – No dobrze – odpowiedział, po czym zwarli się w głębokim pocałunku i bajka się skończyła. Anna Szczęsna Tatusiu, obiecałeś… Szyba w drzwiach zniekształcała obraz szepczących rodziców. Dziewczynka słyszała każde słowo. Leżąc w przepoconej pościeli, spragniona i walcząca o oddech – czekała. Niech ktoś już przyjdzie. Próbowała zawołać, ale zamiast głosu z jej gardła wydobył się bolesny kaszel. – Po prostu coś jej opowiedz. Do jutra powinna spaść gorączka. Ostatnie zdanie wślizgnęło się do pokoju wraz z dźwiękiem naciskanej klamki. – Co, tam, kochanie? Napijesz się? Tata trzymał w ręku różowy kubek. Usiadł na wersalce i wygładził kołdrę w księżniczki. Gdy dotknął chłodną dłonią czoła córki, przymknęła oczy. Lęki na chwilę odeszły, a w obecności ojca, poczuła się bezpieczniej. Pokój znowu był jej, lampka z obracającymi się zwierzętami, nie przypominała już potwora chcącego ją pożreć. Tykanie zegara z Myszką Miki przycichło, a misie i lalki przestały szeptać za jej plecami. – Nie będziesz już płakać, prawda? Po co te łezki? Mamusia i tatuś są obok. Nie ma się czego bać. Pomógł się jej napić i odgarnął przepocone włosy z twarzy. Była wyczerpana gorączką. Licho wie, co takiego podłapała w przedszkolu. Odkąd przyszła jesień, nie było tygodnia, by jakieś choróbsko się nie przypętało. Tym razem groźba zapalenia płuc zmobilizowała oboje rodziców do zostania w domu. Doktor, który wcześniej rozwiewał ich obawy, tym razem był całkiem poważny. Julka dzielnie znosiła wszelkie niedogodności, ale widać było, jak traci siły. Infekcja nie chciała się poddać. Mała nie miała apetytu, ani chęci do zabawy, z rozbrykanego dziecka zamieniła się w wymęczoną staruszkę. – Jeszcze łyczek, to ci coś opowiem. Z trudem przełknęła gęsty syrop i z nadzieją spojrzała na ojca. Ten, w poszukiwaniu natchnienia, rozglądał się po pokoju. Zwykle to żona zajmowała się zabawianiem córki, ale tym razem padło na niego. Była trzecia nad ranem, a on do późna biegał po mieście w poszukiwaniu dyżurującej apteki. Dzień Wszystkich Świętych zobowiązywał do odwiedzin na cmentarzach, a nie do chorowania. W końcu jednak udało mu się zrealizować recepty. Pozostawało czekać, aż lekarstwa zaczną działać. Modlił się o to, bo od kilku dni nie dosypiali, nie dojadali, a mieszkanie zaczęło zarastać brudem. Mimo kilkuletniego stażu małżeńskiego i jednego dziecka, prowadzenie domu nadal było ich piętą achillesową. Gdyby nie babcie, dziecko żyłoby na zupkach w proszku. Wszystko przez to, że przed ciążą oboje żyli sobie wygodnie i dość lekkomyślnie. W obliczu prozy życia stawali się bezbronni. Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/strefa-autora/goraca-antologia-41652248/?lfrom=334617187) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом.
КУПИТЬ И СКАЧАТЬ ЗА: 16.66 руб.