Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Gorąca antologia Strefa Autora Pomysł na Gorącą Antologię zrodził się w umyśle Katarzyny Krzan, redaktor naczelnej wydawnictwa E-bookowo i portalu Strefa Autora. Umyśle – dodajmy – owładniętym gorączką z powodu szalejącej grypy. Z tego powodu wiele tekstów zgromadzonych w tej książce (przede wszystkim prozatorskich) nosi znamiona szaleństwa, sennych majaczeń bądź irracjonalnych wizji kłębiących się bez opamiętania i umiaru. Zabieg to jak najbardziej celowy i w szaleństwie swym uzasadniony, ma on bowiem wprawić czytelnika w podobnie gorączkowy stan balansujący na granicy snu i jawy, fikcji i faktów, zmyślenia i rzeczywistości. Zaskakujące puenty, obrazy mrożące krew w żyłach, wizje absurdalne lub śmieszne, odległa historia zmiksowana z realiami współczesności, futurystyczne przepowiednie i metaliterackie fantasmagorie. Wszystko to – mamy nadzieję – przyprawi czytelnika o chorobliwe wypieki na twarzy, czyli wrażenia osobliwe, nadzwyczajne i niezapomniane. Natomiast jako swoiste lekarstwo i antidotum na tę gorączkę prozy, proponujemy drugą część Gorącej Antologii, nieco wystudzoną i działającą jak chłodny kompres na rozpalone czoło, na którą składają się utwory poetyckie oraz felietony. Wszystkim autorom Gorącej Antologii dziękujemy za inspirujące stany podgorączkowe, a wszystkim jej czytelnikom życzymy miłego, literackiego „chorowania”. Anna Alochno-Janas redaktor portalu StrefaAutora.pl Annais, W. Chodasiewicz, E. Kielska, B.J. Klajza, K. Krzan, J. Kwiatkowska, F. Netz, Mander, Mariposa, J. M. Moneta, Serena, Sherst, A. Siedlecki, V.G. Soque, A. Strzelec, A. Szczęsna, Śmiertelna Cisza, O. Tumski E L James Ciemniejsza strona Greya Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym Tytuł oryginału: Fifty shades darker Copyright © Fifty Shades Ltd. 2011 Wstęp i zdjęcia wraz z podpisami: © Fifty Shades Ltd. 2017 Fragment z Ciemniejszej strony Greya oczami Christiana: © Fifty Shades Ltd. 2017 Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga Projekt graficzny okładki: Film Artwork © Universal Studios 2016. All Rights Reserved. Zdjęcie autora: © Michael Lionstar Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska Korekta: Magdalena Bargłowska, Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz ISBN: 978-83-8110-030-4 Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi. Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo!     Polska Izba Książki Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o. Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail: info@soniadraga.pl (mailto:%20info@soniadraga.pl) www.soniadraga.pl (http://www.soniadraga.pl/) www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga (http://www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga) E-wydanie 2017 Skład wersji elektronicznej: konwersja.virtualo.pl Spis treści Dedykacja (#local_1) Podziękowania (#local_2) Prolog (#local_3) Rozdział pierwszy (#local_4) Rozdział drugi (#local_5) Rozdział trzeci (#local_6) Rozdział czwarty (#local_7) Rozdział piąty (#local_8) Rozdział szósty (#local_9) Rozdział siódmy (#litres_trial_promo) Rozdział ósmy (#litres_trial_promo) Rozdział dziewiąty (#litres_trial_promo) Rozdział dziesiąty (#litres_trial_promo) Rozdział jedenasty (#litres_trial_promo) Rozdział dwunasty (#litres_trial_promo) Rozdział trzynasty (#litres_trial_promo) Rozdział czternasty (#litres_trial_promo) Rozdział piętnasty (#litres_trial_promo) Rozdział szesnasty (#litres_trial_promo) Rozdział siedemnasty (#litres_trial_promo) Rozdział osiemnasty (#litres_trial_promo) Rozdział dziewiętnasty (#litres_trial_promo) Rozdział dwudziesty (#litres_trial_promo) Rozdział dwudziesty pierwszy (#litres_trial_promo) Rozdział dwudziesty drugi (#litres_trial_promo) Materiały dodatkowe (#litres_trial_promo) Wstęp (#litres_trial_promo) Oczami Christiana. Fragment (#litres_trial_promo) Czwartek, 9 czerwca 2011 (#litres_trial_promo) Dla Z i J Macie moją miłość bezwarunkową, na zawsze PODZIĘKOWANIA Mam ogromny dług wdzięczności wobec Sarah, Kay i Jady. Dziękuję Wam za wszystko, co dla mnie zrobiłyście. Poza tym BARDZO dziękuję Kathleen i Kristi, które przejęły pałeczkę i wszystko pozałatwiały. Dziękuję także Niallowi, mojemu mężowi, kochankowi i najlepszemu przyjacielowi (na ogół). Serdecznie pozdrawiam wszystkie cudowne, cudowne kobiety z całego świata, które miałam przyjemność poznać, odkąd się to wszystko zaczęło, i które teraz uważam za przyjaciółki, a są to między innymi: Ale, Alex, Amy, Andrea, Angela, Azucena, Babs, Bee, Belinda, Betsy, Brandy, Britt, Caroline, Catherine, Dawn, Gwen, Hannah, Janet, Jen, Jenn, Jill, Kathy, Katie, Kellie, Kelly, Liz, Mandy, Margaret, Natalia, Nicole, Nora, Olga, Pam, Pauline, Raina, Raizie, Rajka, Rhian, Ruth, Steph, Susi, Tasha, Taylor i Una. Pozdrawiam także wiele utalentowanych, zabawnych, ciepłych kobiet (i mężczyzn), które poznałam on-line. Wiecie, że to o Was mi chodzi. Dziękuję Morgan i Jenn za wszystko, co się wiąże z Heathmanem. I na koniec dziękuję Janine, mojemu wydawcy. Jesteś wielka. I tyle. PROLOG On tu wrócił. Mamusia śpi albo jest znowu chora. Chowam się pod stołem w kuchni i zakrywam twarz. Przez palce widzę mamusię. Śpi na kanapie. Jej dłoń leży na lepkim zielonym dywaniku, a on ma na nogach te swoje wielkie buciory z błyszczącą sprzączką. Stoi nad mamusią i krzyczy. Uderza mamusię pasem. „Wstawaj! Wstawaj! Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko”. Mamusia chyba płacze. „Przestań. Proszę, przestań”. Mamusia nie krzyczy. Mamusia zwija się w kłębek. Zasłaniam uszy i zaciskam powieki. Już nic nie słyszę. On się odwraca i widzę jego buty, gdy wchodzi do kuchni. W ręce trzyma pasek. Szuka mnie. Przykuca i uśmiecha się szeroko. Paskudnie śmierdzi. Papierosami i wódką. „Tu jesteś, gówniarzu”. Budzi go mrożące krew w żyłach zawodzenie. Chryste! Jest cały spocony i serce wali mu jak młotem. „Co się, kurwa, dzieje?” Siada wyprostowany i chowa twarz w dłoniach. „Kurwa. Wróciły. To ja wydawałem ten dźwięk”. Bierze głęboki, uspokajający oddech, próbując wyrzucić z pamięci smród taniego bourbona i cameli. ROZDZIAŁ PIERWSZY Przeżyłam Dzień Trzeci po Christianie i pierwszy dzień w pracy. Przynajmniej miałam się czym zająć. Nowe twarze, nowe obowiązki i pan Jack Hyde. Pan Jack Hyde… opiera się właśnie o moje biurko. Uśmiecha się, a w niebieskich oczach pojawia się błysk. – Doskonała robota, Ano. Coś mi się zdaje, że świetny z nas będzie team. Jakimś cudem udaje mi się wygiąć usta w coś na kształt uśmiechu. – Będę się zbierać, jeśli nie masz nic przeciwko – bąkam. – Jasne, jest piąta trzydzieści. Do zobaczenia jutro. – Do zobaczenia. Zakładam żakiet, biorę torebkę i opuszczam redakcję. Gdy już otula mnie wieczorne powietrze Seattle, biorę głęboki oddech. Niestety, nie wypełniam w ten sposób próżni w klatce piersiowej, próżni, którą noszę w sobie od sobotniego ranka, boleśnie przypominającej o tym, co utraciłam. Z opuszczoną głową idę w stronę przystanku autobusowego, patrząc pod nogi i dumając nad życiem bez ukochanej Wandy, mojego starego garbusa… czy audi. Tę myśl natychmiast od siebie odsuwam. Nie. Nie myśl o nim. Oczywiście, że stać mnie na samochód – fajny i nowy. Podejrzewam, że podczas wypisywania czeku Christian wykazał się przesadną hojnością. Myśl ta pozostawia w mych ustach gorzki smak, ale ją także odsuwam i z całych sił próbuję się cofnąć do stanu otępienia. Nie mogę o nim myśleć. Nie chcę znowu się rozpłakać, zwłaszcza na ulicy. Mieszkanie jest puste. Tęsknię za Kate. Oczami wyobraźni widzę, jak wyleguje się na plaży na Barbadosie, sącząc zimny koktajl. Włączam telewizor, żeby jakieś dźwięki wypełniły próżnię i zapewniły mi coś na kształt towarzystwa, ale nie słucham ani nie oglądam. Siedzę i niewidzącym wzrokiem wpatruję się w ścianę. Jestem odrętwiała. Nie czuję nic prócz bólu. Jak długo będę musiała przez to przechodzić? Z tych pełnych udręki myśli wyrywa mnie dzwonek domofonu. Serce na chwilę mi zamiera. Kto to może być? Wciskam guzik. – Przesyłka dla panny Steele – rozbrzmiewa znudzony głos, a mnie zalewa fala rozczarowania. Apatycznie schodzę na dół. O drzwi wejściowe opiera się młody chłopak głośno żujący gumę. W objęciach piastuje duży karton. Kwituję odbiór przesyłki i zabieram ją na górę. Karton jest spory i zaskakująco lekki. W środku znajduję dwa tuziny długich białych róż i kartkę. Gratulacje z okazji pierwszego dnia w pracy. Mam nadzieję, że się udał. I dziękuję Ci za szybowiec. Zajął honorowe miejsce na moim biurku.     Christian Wpatruję się w tych kilka wydrukowanych linijek, a otchłań w mojej piersi staje się jeszcze większa. Jak nic wysłała to jego asystentka. Christian najpewniej mało miał z tym wspólnego. To zbyt bolesne, żeby o tym myśleć. Przyglądam się uważnie różom – są piękne i jakoś nie mogę się przemóc, aby wyrzucić je do kosza. Kierowana poczuciem obowiązku udaję się do kuchni, aby poszukać jakiegoś wazonu. Wypracowuję pewien rytm: pobudka, praca, płacz, sen. A przynajmniej próby zaśnięcia. Nawet w snach nie jestem w stanie przed nim uciec. Szare płonące oczy, widoczne w nich zagubienie, lśniące gęste włosy – wszystko to bez końca mnie prześladuje. No i muzyka… tyle muzyki – nie mogę jej znieść. Za wszelką cenę staram się jej unikać. Nawet dżingle reklamowe sprawiają, że przechodzi mnie dreszcz. Z nikim nie rozmawiałam, nawet z mamą czy Rayem. Czcza gadanina mnie teraz przerasta. Nie, nie mam na to ochoty. Stałam się samotną wyspą. Spustoszoną wojną ziemią, na której nic nie rośnie i gdzie horyzont jest nagi. Tak, to ja. W pracy jakoś daję sobie radę, ale nic poza tym. Jeśli porozmawiam z mamą, wiem, że spadnę jeszcze niżej – a przecież znajduję się już na samym dnie. Mam problem z jedzeniem. W środę w porze lunchu cudem wmuszam w siebie jogurt. To moja pierwsza strawa od piątku. Jakoś funkcjonuję dzięki nowo odkrytej tolerancji wobec kawy latte i dietetycznej coli. Kofeina dodaje mi sił, ale też czyni niespokojną. Jack nabrał zwyczaju pochylać się nade mną, irytując mnie tym, zadając pytania natury osobistej. Czego on chce? Zachowuję się grzecznie, ale muszę trzymać go na dystans. Siadam i zabieram się za stos zaadresowanej do niego korespondencji. Cieszę się z tej niewdzięcznej pracy, gdyż dzięki niej mam zajęte myśli. Słyszę sygnał nadejścia mejla i szybko zerkam na nadawcę. A niech mnie. Mejl od Christiana. O nie, nie tutaj… nie w pracy. Nadawca: Christian Grey Temat: Jutro Data: 8 czerwca 2011, 14:05 Adresat: Anastasia Steele Droga Anastasio, Wybacz to nagabywanie w pracy. Mam nadzieję, że dobrze Ci idzie. Dotarły do Ciebie kwiaty? Pamiętam, że jutro ma miejsce otwarcie wystawy Twojego przyjaciela. Jestem pewny, że nie miałaś czasu kupić samochodu, a to daleka droga. Z największą chęcią Cię tam zawiozę – jeśli tylko będziesz chciała. Czekam na wiadomość.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. W moich oczach wzbierają łzy. Zrywam się z krzesła i pędzę do toalety, aby ukryć się w jednej z kabin. Wystawa José. Zupełnie o niej zapomniałam, a przecież mu obiecałam, że przyjadę. Cholera, Christian ma rację: jak ja tam dotrę? Czemu José nie zadzwonił? A skoro już o tym mowa, to czemu nikt nie dzwoni? Byłam tak rozkojarzona, że nawet nie zwróciłam uwagi na fakt, że mój telefon milczy. Jasny gwint! Ależ ze mnie idiotka! Nie zmieniłam przekierowania i wszystkie połączenia docierają do BlackBerry. Cholera. To Christian odbiera moje telefony – chyba że wyrzucił BlackBerry do kosza. A skąd ma mój adres mejlowy? Zna mój numer buta. Poznanie adresu mejlowego raczej nie nastręcza mu wielu problemów. Czy mogę się znowu z nim spotkać? Zniosłabym to? Chcę go zobaczyć? Zamykam oczy i odchylam głowę, a moje ciało przeszywa pożądanie. Oczywiście, że chcę. Być może… być może jestem gotowa mu powiedzieć, że zmieniłam zdanie… Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie mogę być z kimś, kto czerpie przyjemność z zadawania mi bólu, z kimś, kto nie potrafi mnie kochać. Przez moją głowę przemykają dręczące wspomnienia: lot szybowcem, trzymanie się za ręce, pocałunki, wanna, jego delikatność, poczucie humoru i mroczne, seksowne spojrzenie. Tęsknię za nim. Minęło pięć dni, pięć dni męczarni, które wydają się całą wiecznością. Nocą zasypiam z płaczem, żałując, że odeszłam, żałując, że on nie może być inny, żałując, że nie jesteśmy razem. Jak długo będzie trwać ta udręka? Jestem w piekle. Oplatam się ciasno ramionami, aby nie rozpaść się na kawałki. Tęsknię za nim. Naprawdę tęsknię… Kocham go. To proste. Anastasio Steele, jesteś w pracy! Muszę być silna, ale chcę jechać na wystawę José. Kryjąca się głęboko we mnie masochistka pragnie zobaczyć się z Christianem. Biorę głęboki oddech i wracam do biurka. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Jutro Data: 8 czerwca 2011, 14:25 Adresat: Christian Grey Cześć, Christianie, Dziękuję za kwiaty, są śliczne. Tak, byłabym wdzięczna za podwiezienie. Dziękuję.     Anastasia Steele     Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP Sprawdziwszy telefon, stwierdzam, że połączenia rzeczywiście nadal są przekazywane do BlackBerry. Jack jest na spotkaniu, więc szybko wystukuję numer José. – Cześć, José. Z tej strony Ana. – Witaj, nieznajoma. – Głos ma taki ciepły i życzliwy, że samo to niemal wystarcza, bym pod powiekami znowu poczuła łzy. – Nie mogę długo rozmawiać. O której mam jutro być? – Jednak przyjedziesz? – Słychać, że jest podekscytowany. – Naturalnie. – Uśmiecham się szczerze po raz pierwszy od pięciu dni. – O wpół do ósmej. – No to do jutra. Pa, José. – Pa, Ano. Nadawca: Christian Grey Temat: Jutro Data: 8 czerwca 2011, 14:27 Adresat: Anastasia Steele Droga Anastasio, O której mam po Ciebie przyjechać?     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Jutro Data: 8 czerwca 2011, 14:32 Adresat: Christian Grey Wernisaż José zaczyna się o 19:30. Którą godzinę proponujesz?     Anastasia Steele     Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP Nadawca: Christian Grey Temat: Jutro Data: 8 czerwca 2011, 14:34 Adresat: Anastasia Steele Droga Anastasio, Do Portland jest kawałek drogi. Będę po Ciebie o 17:45. Czekam z niecierpliwością na nasze spotkanie.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Jutro Data: 8 czerwca 2011, 14:38 Adresat: Christian Grey W takim razie do zobaczenia.     Anastasia Steele     Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP O rety. Spotkam się z Christianem. Po raz pierwszy od pięciu dni notuję minimalną poprawę nastroju. I zastanawiam się, co u niego. Tęskni za mną? Prawdopodobnie nie tak, jak ja za nim. Znalazł sobie nową uległą? Ta myśl jest tak bolesna, że natychmiast ją od siebie odsuwam. Spoglądam na stos korespondencji Jacka i biorę się za jej sortowanie, próbując jednocześnie po raz kolejny wyrzucić Christiana z myśli. Tego wieczoru przed zaśnięciem przekręcam się bez końca z boku na bok, ale po raz pierwszy od kilku dni nie płaczę do poduszki. Oczami wyobraźni widzę twarz Christiana w chwili mojego odejścia. Prześladuje mnie widoczna na niej udręka. Pamiętam, że nie chciał, abym odeszła, co było dziwne. Czemu miałabym zostać, skoro nastąpił impas? Oboje mieliśmy problemy: ja ze strachem przed karą, on ze strachem przed… przed czym? Przed miłością? Po raz kolejny przekręcam się na drugi bok i pełna bezbrzeżnego smutku tulę twarz do poduszki. On uważa, że nie zasługuje na bycie kochanym. Dlaczego tak myśli? Czy to ma związek z jego dzieciństwem? Biologiczną matką, narkomanką i dziwką? Takie myśli dręczą mnie niemal do świtu, kiedy w końcu zapadam w płytki, niedający ukojenia sen. Dzień ciągnie się bez końca, a Jack poświęca mi wyjątkowo dużo uwagi. Podejrzewam, że ma to związek ze śliwkową sukienką Kate i czarnymi kozaczkami na wysokim obcasie, które zwędziłam z jej szafy, ale nie zastanawiam się nad tym zbyt intensywnie. Postanawiam, że po pierwszej wypłacie udam się na zakupy. Sukienka jest luźniejsza niż ostatnio, ale udaję, że tego nie dostrzegam. W końcu wybija piąta trzydzieści. Cała w nerwach chwytam żakiet i torebkę. Zaraz się z nim spotkam! – Masz dzisiaj randkę? – pyta Jack, mijając moje biurko w drodze do wyjścia. – Tak. Nie. Niezupełnie. Unosi brew, wyraźnie zainteresowany. – Chłopak? Rumienię się. – Nie, przyjaciel. Były chłopak. – Może jutro chciałabyś wyskoczyć po pracy na drinka? Rewelacyjny pierwszy tydzień w pracy, Ana. Powinniśmy to uczcić. – Uśmiecha się, a w jego spojrzeniu pojawia się lekko niepokojący błysk. Z rękami w kieszeniach wychodzi przez dwuskrzydłowe drzwi. Marszczę brwi. Drink z szefem – czy to dobry pomysł? Potrząsam głową. Najpierw czeka mnie wieczór z Christianem Greyem. Jak ja sobie z tym poradzę? Pospiesznie udaję się do toalety na ostatnie poprawki. Staję przed dużym lustrem i przyglądam się uważnie swojej twarzy. Blada jak zawsze, a jeszcze mam ciemne sińce pod zbyt dużymi oczami. Wyglądam mizernie. Żałuję, że nie jestem dobra w robieniu makijażu. Tuszuję rzęsy, maluję eyelinerem cienką kreskę na górnej powiece i szczypię policzki w nadziei na uzyskanie odrobiny koloru. Układam włosy tak, że opadają mi na plecy i biorę głęboki oddech. To musi wystarczyć. Nerwowo przechodzę przez hol i macham na pożegnanie siedzącej w recepcji Claire. Chyba mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Gdy idę w stronę drzwi, Jack akurat rozmawia z Elizabeth. Uśmiechając się szeroko, podbiega, aby otworzyć mi drzwi. – Pani przodem – mruczy. – Dziękuję – uśmiecham się z zakłopotaniem. Przed budynkiem czeka Taylor. Otwiera tylne drzwi samochodu. Oglądam się niepewnie na Jacka, który wyszedł za mną. Z konsternacją patrzy na audi. Odwracam się i wsiadam do auta, i oto on, Christian Grey, w szarym garniturze, bez krawatu, z odpiętym kołnierzykiem białej koszuli. Jego szare oczy lśnią. Zasycha mi w ustach. Wygląda fantastycznie, ale patrzy na mnie, marszcząc brwi. Dlaczego? – Kiedy ostatni raz coś jadłaś? – pyta ostro, gdy Taylor zamyka za mną drzwi. Cholera. – Witaj, Christianie. Tak, ja również się cieszę, że cię widzę. – Daruj sobie teraz swój cięty język. Odpowiedz mi na pytanie. – Oczy mu płoną. O kurde. – Eee… na lunch zjadłam dziś jogurt. A, i banana. Taylor siada za kierownicą, uruchamia silnik i włącza się do ruchu. Jack mi macha, choć nie mam pojęcia, jakim cudem mnie widzi przez przyciemnianą szybę. Odmachuję mu. – Kto to? – warczy Christian. – Mój szef. – Podnoszę wzrok na pięknego mężczyznę siedzącego obok. Usta ma zaciśnięte w cienką linię. – No więc? Ostatni posiłek? – Christian, to naprawdę nie powinno cię interesować – rzucam, czując się wyjątkowo odważna. – Interesuje mnie wszystko, co dotyczy ciebie. Odpowiedz. Wydaję pełen frustracji jęk i wznoszę oczy ku górze, on zaś mruży oczy. I po raz pierwszy od dawna chce mi się śmiać. Mocno się staram zdusić chichot, grożący wydostaniem się na powierzchnię. Twarz Christiana łagodnieje, gdy tak walczę o zachowanie powagi, a po przepięknie wyrzeźbionych ustach przemyka cień uśmiechu. – No więc? – pyta, tym razem łagodniej. – Makaron alla vongole, zeszły piątek – odpowiadam szeptem. Zamyka oczy, a jego twarz przecina wściekłość i chyba żal. – Rozumiem – mówi głosem pozbawionym wyrazu. – Wyglądasz, jakbyś schudła co najmniej trzy kilo, a może i więcej. Masz jeść, Anastasio. Wbijam wzrok w leżące na kolanach splecione dłonie. Dlaczego przy nim zawsze się czuję jak niesforne dziecko? Poprawia się na kanapie i odwraca w moją stronę. – Jak się czujesz? – pyta. Głos nadal ma łagodny. Cóż, tak naprawdę fatalnie… Przełykam ślinę. – Skłamałabym, gdybym ci powiedziała, że dobrze. Wciąga głośno powietrze. – Ja też – mówi cicho i kładzie mi rękę na dłoni. – Brakuje mi ciebie – dodaje. O nie. Jego dotyk. – Christianie… – Ana, proszę. Musimy porozmawiać. Zaraz się rozpłaczę. Nie. – Christianie… proszę… tyle się już napłakałam – szepczę, próbując zachować kontrolę nad emocjami. – Och, skarbie, nie. – Pociąga mnie za dłoń i chwilę później siedzę na jego kolanach. Obejmuje mnie mocno, chowając nos w moich włosach. – Tak bardzo za tobą tęskniłem, Ano – mówi bez tchu. Chcę się wyplątać z jego objęć, zachować pewien dystans, ale on nie daje za wygraną. Przyciska mnie mocno do piersi. Mięknę. Och, to właśnie tutaj pragnę się znajdować. Opieram o niego głowę, a on obsypuje pocałunkami moje włosy. To właśnie jest dom. Pachnie świeżym praniem, płynem zmiękczającym, żelem pod prysznic i tym, co lubię najbardziej – Christianem. Przez chwilę pozwalam sobie na ułudę, że wszystko będzie dobrze. Koi to moją zbolałą duszę. Kilka minut później Taylor zatrzymuje auto, chociaż nie zdążyliśmy nawet wyjechać z miasta. – Chodź. – Christian zsuwa mnie z kolan. – Jesteśmy na miejscu. Co takiego? – Lądowisko, na dachu. – Tytułem wyjaśnienia pokazuje wzrokiem wysoki budynek. No tak. Charlie Tango. Taylor otwiera drzwi i wysiadam z auta. Obdarza mnie ciepłym, ojcowskim uśmiechem, dzięki któremu czuję się bezpiecznie. Także się uśmiecham. – Powinnam ci oddać chusteczkę. – Proszę ją zatrzymać, panno Steele, z najlepszymi życzeniami. Rumienię się, gdy Christian obchodzi samochód i bierze mnie za rękę. Patrzy pytająco na Taylora, który odpowiada spokojnym spojrzeniem, niczego nie wyjaśniając. – Dziewiąta? – pyta go Christian. – Tak, proszę pana. Christian kiwa głową, odwraca się i przez podwójne drzwi wprowadza mnie do imponującego foyer. Upajam się dotykiem jego dłoni i długich palców splecionych z moimi. I czuję znajome przyciąganie, jak wzywany przez słońce Ikar. Zdążyłam się już sparzyć, a jednak znowu frunę. Gdy docieramy do wind, wciska guzik przywołujący. Podnoszę na niego wzrok. Na jego twarzy widnieje ten charakterystyczny zagadkowy półuśmiech. Drzwi się rozsuwają, on puszcza moją dłoń i wchodzimy do środka. Drzwi zamykają się i jeszcze raz ośmielam się na niego zerknąć. On też patrzy na mnie i oto znowu przeskakuje między nami ta elektryczność. Jest wręcz namacalna. Niemal ją czuję, jak pulsuje między nami, przyciągając nas do siebie. – O rety – mówię bez tchu, przez chwilę rozkoszując się intensywnością tego pierwotnego przyciągania. – Też to czuję. – Jego wzrok płonie. W moich lędźwiach gromadzi się coraz więcej mrocznego pożądania. Christian bierze mnie za rękę i przesuwa kciukiem po knykciach, a wszystkie moje mięśnie zaciskają się mocno, rozkosznie, głęboko. Jak to możliwe, że on nadal tak na mnie działa? – Proszę, nie przygryzaj wargi, Anastasio – szepcze. Podnoszę wzrok i puszczam wargę. Pragnę go. Tutaj, teraz, w windzie. Jak mogłoby być inaczej? – Wiesz, jak to na mnie działa – mruczy. Och, a więc on też to czuje. Moja wewnętrzna bogini zastanawia się nad porzuceniem pięciodniowych dąsów. Drzwi nagle się rozsuwają, czar pryska, a my wychodzimy na dach. Wieje silny wiatr i choć mam żakiet, jest mi zimno. Christian obejmuje mnie ramieniem, przyciąga do siebie i szybko idziemy w stronę Charliego Tango, stojącego pośrodku lądowiska. Śmigła obracają się powoli. Z kabiny wychodzi wysoki blondyn o kwadratowej szczęce i pochylając się, biegnie ku nam. Wymienia uścisk dłoni z Christianem i woła, przekrzykując łoskot śmigła: – Gotowy do lotu, proszę pana. Jest do pańskiej dyspozycji! – Wszystko sprawdzone? – Tak jest. – Odbierzesz go około ósmej trzydzieści? – Tak jest. – Taylor czeka na ciebie na dole. – Dziękuję, panie Grey. Bezpiecznego lotu do Portland. Do widzenia pani. – Żegna się ze mną ruchem głowy. Christian, nie puszczając mojej dłoni, pochyla się i prowadzi mnie do maszyny. Gdy jesteśmy już w kabinie, zapina mi pasy, mocno je zaciskając. Posyła mi znaczące spojrzenie i ten swój tajemniczy uśmiech. – Dzięki temu będziesz unieruchomiona – mruczy. – Muszę przyznać, że podobają mi się te pasy. Niczego nie dotykaj. Oblewam się szkarłatnym rumieńcem, a on przesuwa palcem wskazującym po moim policzku, po czym wręcza mi słuchawki. „Ja też chciałabym cię dotknąć, ale mi nie pozwolisz”. Robię nachmurzoną minę. Poza tym tak ciasno mnie zapiął, że ledwie mogę się ruszyć. Zajmuje swoje miejsce i także zapina pasy, po czym rozpoczyna kontrolę przedstartową. Jest taki kompetentny. Zakłada słuchawki, pstryka jakiś guzik i śmigła przyspieszają, ogłuszając mnie. Christian odwraca się do mnie. – Jesteś gotowa, mała? – Jego głos odbija się echem w słuchawkach. – Tak. Obdarza mnie chłopięcym uśmiechem. Wow, tak dawno go nie widziałam. – Wieża Sea-Tac, tu Charlie Tango Golf – Golf Echo Hotel, gotowy do lotu do Portland przez PDX. Proszę o potwierdzenie, odbiór. Odzywa się głos kontrolera ruchu, wydający instrukcje: – Roger, wieża, Charlie Tango może startować, bez odbioru. Christian wciska dwa przyciski, chwyta za drążek sterowniczy i śmigłowiec powoli się wznosi ku wieczornemu niebu. Seattle i mój żołądek pozostają w dole. Tyle jest do zobaczenia. – Goniliśmy już za świtem, Anastasio, teraz pora na zmierzch – słyszę w słuchawkach jego głos. Odwracam się i patrzę na niego zaskoczona. Co to ma znaczyć? Jak to jest, że Christian potrafi mówić tak romantycznie? Uśmiecha się, na co odpowiadam nieśmiałym uśmiechem. – Tym razem oprócz zachodzącego słońca jest znacznie więcej do zobaczenia – mówi. Podczas naszego ostatniego lotu do Seattle panowały ciemności, ale dzisiejszego wieczoru widok jest spektakularny, dosłownie nieziemski. Prześlizgujemy się między najwyższymi budynkami, ciągle się wznosząc. – Tam jest Escala – pokazuje mi. – Tam Boeing, no i widać Space Needle. Wyciągam szyję. – Nigdy tam nie byłam. – Zabiorę cię, możemy tam coś zjeść. – Christian, myśmy się rozstali. – Wiem. Ale przecież wolno mi cię tam zabrać i nakarmić. – Piorunuje mnie wzrokiem. Kręcę głową i postanawiam nie protestować. – Bardzo tu pięknie, dziękuję ci. – Robi wrażenie, co? – Robi wrażenie fakt, że umiesz robić coś takiego. – Pochlebstwo z pani ust, panno Steele? Ależ ja jestem człowiekiem o wielu talentach. – Mam tego pełną świadomość, panie Grey. Odwraca się, uśmiecha znacząco i po raz pierwszy od pięciu dni udaje mi się choć trochę zrelaksować. Może nie będzie aż tak źle. – Jak nowa praca? – Dobrze, dziękuję. Interesująca. – Jaki jest twój przełożony? – Och, w porządku. – Jak mogę powiedzieć Christianowi, że Jack mnie deprymuje? – Co ci się w nim nie podoba? – pyta, zerkając na mnie. – Nie licząc tego, co oczywiste, to nic. – Tego, co oczywiste? – Och, Christianie, czasem straszny z ciebie tępak. – Tępak? Ja? Nie jestem pewny, czy podoba mi się pani ton, panno Steele. – No to niech ci się nie podoba. Jego usta wyginają się w uśmiechu. – Brakowało mi twego ciętego języka, Anastasio. Wciągam głośno powietrze i mam ochotę zawołać: „A mnie brakowało całego ciebie, nie tylko języka!” Trzymam jednak buzię na kłódkę i wyglądam przez szybę Charliego Tango, która ma kształt kulistego akwarium. Lecimy na południe. Po prawej stronie słońce wisi nisko nad horyzontem – wielkie, płomiennie pomarańczowe – a ja znowu jestem Ikarem, podfruwającym stanowczo zbyt blisko. Zmierzch podąża za nami z Seattle, na niebie przeplatają się krem, róż i akwamaryna, tak perfekcyjnie, jak tylko Matka Natura potrafi. Niebo jest bezchmurne, a światła Portland migoczą wesoło, witając nas, gdy Christian sadza śmigłowiec na lądowisku. Znajdujemy się na dachu tego dziwnego budynku z brązowej cegły, z którego odlecieliśmy niecałe trzy tygodnie temu. To tak niedawno, a mam wrażenie, jakbym znała Christiana od zawsze. On właśnie pstryka różnymi guzikami, tak że śmigła przestają się obracać i w końcu słyszę w słuchawkach tylko własny oddech. Hmm. Przypomina mi się muzyka Thomasa Tallisa. Wzdrygam się. Nie chcę się teraz zapuszczać w te rejony. Christian odpina swoje pasy i nachyla się, by to samo zrobić z moimi. – Przyjemny lot, panno Steele? – pyta grzecznie. Oczy mu błyszczą. – Tak, dziękuję, panie Grey – odpowiadam równie grzecznie. – W takim razie chodźmy pooglądać zdjęcia tego chłopca. Wyciąga rękę i pomaga mi wysiąść. Na spotkanie wychodzi nam siwowłosy, brodaty mężczyzna. Uśmiecha się szeroko. To ten sam człowiek, którego poznałam ostatnim razem. – Joe. – Christian uśmiecha się i puszcza moją rękę, aby wymienić z nim uścisk dłoni. – Zajmij się nim. Stephan zjawi się koło ósmej czy dziewiątej. – Zrobi się, panie Grey. Witam panią – kiwa mi głową. – Pański samochód czeka na dole. Och, winda się zepsuła, muszą państwo zejść schodami. – Dziękuję, Joe. Christian bierze mnie za rękę i ruszamy w stronę schodów. – Z tymi obcasami masz szczęście, że to tylko trzy piętra – burczy z dezaprobatą. No coś takiego. – Nie podobają ci się te kozaczki? – Bardzo mi się podobają, Anastasio. – Jego spojrzenie ciemnieje i wydaje mi się, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymuje. – Chodź. Zejdziemy powoli. Nie chcę, żebyś spadła z tych schodów i skręciła kark. Siedzimy w milczeniu, gdy kierowca wiezie nas do galerii. Niepokój wrócił, przybierając jeszcze na sile. Christian milczy zadumany, wręcz niespokojny. Po rozluźnionej atmosferze nie został nawet ślad. Tyle pragnę powiedzieć, ale ta podróż jest zbyt krótka. Christian w zamyśleniu wygląda przez szybę. – José to tylko przyjaciel – bąkam. Odwraca się i mierzy mnie wzrokiem. Oczy ma pociemniałe i nieufne, nie zdradzają niczego. Jego usta – och, jego usta mocno mnie rozpraszają. Pamiętam je na swoim ciele – wszędzie. Pali mnie skóra. Christian poprawia się na kanapie i marszczy brwi. – Te śliczne oczy wydają się zbyt duże w stosunku do twarzy, Anastasio. Proszę, powiedz mi, że będziesz jeść. – Tak, Christianie, będę jeść – odpowiadam automatycznie. – Nie żartuję. – Doprawdy? – W moim głosie pobrzmiewa pogarda. Ależ ten człowiek ma tupet; człowiek, przez którego pięć ostatnich dni było dla mnie piekłem. Nie, to nie tak. To ja zgotowałam sobie piekło. Nie. On. Potrząsam z konsternacją głową. – Nie chcę się z tobą kłócić, Anastasio. Chcę, abyś do mnie wróciła i żebyś była zdrowa – mówi. – Ale nic się nie zmieniło. – Nadal masz pięćdziesiąt twarzy. – Porozmawiamy w drodze powrotnej, dobrze? Jesteśmy już na miejscu. Samochód zatrzymuje się przed wejściem do galerii i Christian wysiada. A ja nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Otwiera dla mnie drzwi i ja także wysiadam. – Dlaczego to robisz? – pytam głośniej, niż zamierzałam. – Ale co? – Christian jest wyraźnie zaskoczony. – Mówisz coś takiego, a potem po prostu milkniesz. – Anastasio, przyjechaliśmy na miejsce. Tu, gdzie chciałaś. Załatwmy to, a potem porozmawiamy. Nieszczególnie mam ochotę na scenę na ulicy. Rozglądam się. Ma rację. To miejsce publiczne. Zaciskam usta, a on piorunuje mnie wzrokiem. – Okej – burczę. Bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę wejścia. Znajdujemy się w zaadaptowanym magazynie – cegły, podłogi z ciemnego drewna, białe sufity i biały system rur i przewodów. Przestronnie i nowocześnie. W galerii zdążyło się zebrać sporo osób sączących wino i podziwiających prace José. Na chwilę zapominam o swoich kłopotach, zachwycona tym, że mojemu przyjacielowi udało się zrealizować marzenie. Świetna robota, José! – Dobry wieczór, witamy państwa na wernisażu José Rodrigueza. – Wita nas młoda, krótkowłosa szatynka w czerni, z dużymi kolczykami w kształcie kół i pomalowanymi na czerwono ustami. Prześlizguje po mnie wzrokiem, następnie zdecydowanie zbyt długo patrzy na Christiana, następnie znowu na mnie, mrugając i rumieniąc się. Marszczę czoło. On jest mój. A przynajmniej był. Po chwili kobieta mruga ponownie. – Och, to ty, Ano. Zapraszamy na poczęstunek. – Uśmiechając się szeroko, wręcza mi broszurę i wskazuje stół z napojami i przekąskami. – Znasz ją? – pyta Christian, marszcząc brwi. Kręcę głową, równie skonsternowana. Wzrusza ramionami. – Czego się napijesz? – Białego wina. Brwi schodzą mu się w jedną linię, ale nic nie mówi, tylko odchodzi, aby zrealizować moje zamówienie. – Ana! Przez tłum przeciska się José. A niech mnie! Ma na sobie garnitur. Świetnie wygląda. Uśmiecha się promiennie, a chwilę później bierze mnie w ramiona i mocno przytula. I naprawdę mocno się muszę starać, aby nie wybuchnąć płaczem. Mój przyjaciel, mój jedyny przyjaciel na czas nieobecności Kate. W oczach wzbierają mi łzy. – Ana, tak się cieszę, że dałaś radę przyjść – szepcze mi do ucha. Nagle odsuwa mnie na odległość ramienia i mierzy bacznym spojrzeniem. – No co? – Hej, wszystko w porządku? Wyglądasz, no cóż, dziwnie. Dios mío, schudłaś? Mrugam powiekami, blokując łzy. – José, nic mi nie jest. Tak bardzo się cieszę w twoim imieniu. Gratuluję wystawy. – Głos mi drży, gdy na tej tak bardzo znajomej twarzy widzę troskę, ale muszę panować nad sobą. – Jak się tu dostałaś? – pyta. – Dzięki Christianowi. – Nagle ogarnia mnie niepokój. – Och. – José rzednie mina. Puszcza mnie. – Gdzie on jest? – Tam, poszedł po coś do picia. Kiwam głową w kierunku Christiana i dostrzegam, że właśnie wymienia uprzejmości z kimś stojącym w kolejce. Christian podnosi wzrok i nasze spojrzenia się krzyżują. Przez krótką chwilę jestem jak sparaliżowana, gdy tak patrzę na tego niezwykle przystojnego mężczyznę, z którego twarzy nic się nie da wyczytać. Przewierca mnie gorącym spojrzeniem. O rany… Ten piękny mężczyzna chce, żebym do niego wróciła. Gdzieś w głębi mego jestestwa rodzi się powoli słodka radość. – Ana! – José sprawia, że wracam do rzeczywistości. – Tak się cieszę, że przyjechałaś. Słuchaj, powinienem cię ostrzec… Nagle w słowo wchodzi mu Panna Krótkowłosa i Czerwonousta: – José, chce się z tobą widzieć dziennikarka z „Portland Printz”. Chodź. – Obdarza mnie uprzejmym uśmiechem. – Super, no nie? Sława. – Uśmiecha się szeroko, a ja cieszę się razem z nim. – Później cię znajdę, Ano. – Całuje mnie w policzek i patrzę, jak podchodzi do młodej kobiety stojącej obok tyczkowatego fotografa. Wszędzie wiszą zdjęcia José; niektóre wydrukowano nawet na olbrzymich płótnach. Część jest czarno-biała, część kolorowa. Wiele pejzaży cechuje eteryczne piękno. Na jednej z prac, zrobionej nad jeziorem w Vancouver, jest wczesny wieczór i różowe chmury odbijają się w nieruchomej wodzie. Porywa mnie niezmącony spokój tego miejsca. To niesamowite zdjęcie. Podchodzi Christian i wręcza mi kieliszek białego wina. – Odpowiedni poziom? – Mój głos brzmi względnie normalnie. Patrzy na mnie pytająco. – Wino – wyjaśniam. – Nie. Ale na tego rodzaju imprezach rzadko zdarza się dobre. Chłopak ma talent, nie? – mówi Christian, podziwiając zdjęcie z jeziorem. – A myślisz, że czemu to jego poprosiłam, aby zrobił ci zdjęcia? – Duma w moim głosie jest oczywista. – Christian Grey? – Podchodzi do nas fotograf z „Portland Printz”. – Mogę zrobić panu zdjęcie? – Jasne. Cofam się o krok, ale Christian chwyta mnie za rękę i przyciąga do siebie. Fotograf patrzy to na mnie, to na niego i nie potrafi ukryć zdziwienia. – Dziękuję, panie Grey. – Pstryka kilka fotek. – Pani…? – pyta. – Ana Steele – odpowiadam. – Dziękuję, pani Steele. – Po tych słowach odchodzi. – Szukałam w Internecie zdjęć, na których miałbyś damskie towarzystwo. I nic nie znalazłam. Dlatego właśnie Kate myślała, że jesteś gejem. Usta Christiana wyginają się w uśmiech. – To tłumaczy twoje naganne pytanie. Nie, nie spotykam się z nikim, Anastasio, tylko z tobą. Ale to akurat wiesz. – Głos ma cichy i nabrzmiały szczerością. – Więc nigdzie nie zabierałeś swoich… – rozglądam się, czy nikt nie usłyszy – uległych? – Czasami. Ale nie na oficjalne spotkania. Na zakupy, no wiesz. – Wzrusza ramionami, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. Och, a więc tylko pokój zabaw – Czerwony Pokój Bólu – i apartament. Sama nie wiem, co o tym myśleć. – Tylko z tobą, Anastasio – szepcze. Oblewam się rumieńcem i wbijam wzrok w dłonie. Na swój sposób jemu rzeczywiście na mnie zależy. – Twój przyjaciel wygląda mi bardziej na miłośnika krajobrazów niż na portrecistę. Rozejrzyjmy się. – Ujmuję jego wyciągniętą dłoń. Mijamy kilka kolejnych zdjęć i dostrzegam parę, która na mój widok uśmiecha się szeroko, jakby mnie znała. Pewnie dlatego, że jestem z Christianem. Ale jeden młody mężczyzna otwarcie się na mnie gapi. Dziwna sprawa. Skręcamy za róg i już rozumiem, skąd te dziwne spojrzenia. Na przeciwległej ścianie wisi siedem olbrzymich portretów – przedstawiających mnie. Patrzę na nie bez słowa, a z twarzy odpływa mi krew. Ja: nadąsana, roześmiana, ze zmarszczonymi brwiami, poważna, rozbawiona. Same czarno-białe zbliżenia. A niech mnie! Pamiętam, jak José bawił się parę razy aparatem, kiedy nas odwiedzał i kiedy ja mu służyłam za kierowcę i asystenta. Sądziłam, że tak sobie pstryka. A nie że robi takie niepozowane zbliżenia. Christian jak zahipnotyzowany przygląda się każdemu zdjęciu po kolei. – Wygląda na to, że nie jestem jedyny – mruczy zagadkowo pod nosem, a usta zaciska w cienką linię. Chyba jest zły. – Przepraszam – rzuca, przeszywając mnie ostrym spojrzeniem. A potem udaje się w stronę recepcji. A tym razem o co mu chodzi? Patrzę, jak rozmawia z ożywieniem z Panną Krótkowłosą i Czerwonoustą. Wyjmuje portfel i podaje jej kartę kredytową. Cholera. Na pewno kupił którąś z prac. – Hej. To ty jesteś muzą. Te zdjęcia są fantastyczne – odzywa się młody mężczyzna z szopą jasnych włosów, a ja aż podskakuję. Czuję na łokciu dłoń. Wrócił Christian. – Szczęściarz z pana – mówi Blond Szopa do Christiana, który w odpowiedzi mrozi go spojrzeniem. – A owszem – rzuca zwięźle i odciąga mnie na bok. – Kupiłeś któreś? – Któreś? – prycha, nie odrywając oczu od zdjęć. – Kupiłeś więcej niż jedno? Przewraca oczami. – Kupiłem wszystkie, Anastasio. Nie chcę, aby jakiś nieznajomy pożerał cię wzrokiem w swoim domu. Moją pierwszą reakcją jest śmiech. – Sam wolisz to robić? – pytam drwiąco. Gromi mnie wzrokiem, zbity z tropu moją zuchwałością. Tak mi się przynajmniej wydaje. I próbuje ukryć rozbawienie. – Szczerze mówiąc, tak. – Zboczeniec – mówię bezgłośnie i przygryzam dolną wargę, aby powstrzymać uśmiech. Teraz jego rozbawienie jest oczywiste. Gładzi się z namysłem po brodzie. – Nie sposób zaprzeczyć, Anastasio. – Kręci głową, a jego spojrzenie łagodnieje. – Pociągnęłabym ten temat, ale podpisałam NDA. Wzdycha, patrząc na mnie, i oczy mu ciemnieją. – Ależbym miał ochotę rozprawić się z tym twoim ciętym języczkiem – mruczy pod nosem. Doskonale wiem, co ma na myśli. – Jesteś bardzo niegrzeczny – rugam go. Czy on nie zna żadnych granic? Uśmiecha się, by po chwili zmarszczyć brwi. – Na tych zdjęciach wyglądasz na bardzo rozluźnioną, Anastasio. Nieczęsto cię taką widuję. Słucham? Ha! Zmiana tematu, od żartów do tematów poważnych. Rumienię się i opuszczam wzrok. Christian podnosi mi głowę, a ja robię gwałtowny wdech, czując na brodzie jego palce. – Chcę, żebyś przy mnie była taka rozluźniona – szepcze. W jego spojrzeniu nie ma ani cienia uśmiechu. We mnie ponownie wzbiera radość. No ale jak miałoby do tego dojść? Mamy tyle problemów. – W takim razie musisz mnie przestać onieśmielać – warczę. – A ty musisz się nauczyć komunikacji i mówić mi, co czujesz – ripostuje. Biorę głęboki oddech. – Christian, chciałeś, abym była twoją uległą. W tym właśnie tkwi problem. W definicji słowa „uległy”, którą mi nawet wysłałeś mejlem. – Próbuję sobie przypomnieć dokładne słowa. – Synonimami były, cytuję: „posłuszny, poddany”. Miałam na ciebie nie patrzeć. Nie odzywać się do ciebie, chyba że mi pozwolisz. Czego się spodziewasz? – syczę. Marszczy brwi, a ja kontynuuję: – Bycie z tobą jest mocno dezorientujące. Nie chcesz, abym ci się sprzeciwiała, ale z drugiej strony podoba ci się mój „cięty języczek”. Chcesz posłuszeństwa, tyle że nie zawsze, aby móc mnie wtedy ukarać. Kiedy jestem z tobą, nigdy nie wiem, co akurat obowiązuje. Mruży oczy. – Celna uwaga, jak zawsze, panno Steele. – Głos ma lodowaty. – Chodźmy coś zjeść. – Jesteśmy tutaj dopiero pół godziny. – Zobaczyłaś zdjęcia, porozmawiałaś z chłopakiem. – Ma na imię José. – Porozmawiałaś z José, chłopakiem, którego ostatnio widziałem, gdy próbował wepchnąć ci język do ust. A ty byłaś pijana – warczy. – On nigdy mnie nie uderzył – wyrzucam z siebie. Widać, że jest wściekły. – To cios poniżej pasa, Anastasio – syczy groźnie. Blednę, a Christian przeczesuje dłonią włosy, ledwie tłumiąc gniew. – Zabieram cię na kolację, żebyś w końcu coś zjadła. Gaśniesz na moich oczach. Poszukaj chłopaka i się pożegnaj. – Nie możemy zostać dłużej? Proszę? – Nie. Idź. Teraz. Pożegnaj się. Aż się we mnie gotuje. Pan Przeklęty Kontroler. Dobrze czuć gniew. Lepiej niż być na skraju łez. Przeczesuję pomieszczenie wzrokiem, szukając José. Rozmawia właśnie z kilkoma młodymi kobietami. Ruszam w jego stronę, oddalając się tym samym od Christiana. Przywiózł mnie tutaj, więc muszę robić to, co mi każe? Za kogo on się, do cholery, uważa? Dziewczęta spijają każde słowo, które wypływa z ust José. Gdy podchodzę, jedna z nich głośno wciąga powietrze, niewątpliwie rozpoznając mnie ze zdjęć. – José. – Ana. Przepraszam was, dziewczęta. – José obdarza je szerokim uśmiechem i otacza mnie ramieniem. W sumie nawet mnie to bawi: mój przyjaciel robiący takie wrażenie na damach. – Wyglądasz na wściekłą – mówi. – Muszę już iść. – Ale przecież dopiero co przyjechałaś. – Wiem, ale Christian musi wracać. Zdjęcia są fantastyczne, José, masz wielki talent. Promienieje. – Super, że się zjawiłaś. Chowa mnie w niedźwiedzim uścisku i obraca mną, tak że widzę w oddali Christiana. Marszczy gniewnie brwi. Na pewno dlatego, że jestem w objęciach José. Tak więc z pełną premedytacją oplatam ramionami szyję przyjaciela. Christian chyba zaraz eksploduje. Spojrzenie ma tak mroczne, że niemal czarne. Rusza powoli w naszą stronę. – Dzięki, że mnie ostrzegłeś co do tych portretów – mamroczę. – Cholera. Sorki, Ana. Powinienem był ci powiedzieć. Podobają ci się? – Eee… nie wiem – odpowiadam szczerze, zbita z tropu tym pytaniem. – Cóż, wszystkie się sprzedały, więc komuś się spodobały. Super, no nie? Jesteś dziewczyną z plakatów. – Przytula mnie jeszcze mocniej i w tej właśnie chwili podchodzi do nas Christian. Piorunuje mnie wzrokiem, ale José na szczęście tego nie widzi. Puszcza mnie. – Nie bądź taka sztywna, Ano. Och, pan Grey, dobry wieczór. – Panie Rodriguez, imponująca wystawa. – Christian jest lodowato uprzejmy. – Przykro mi, że nie zostaniemy dłużej, ale czas nas nagli, musimy wracać do Seattle. Anastasio? – Subtelnie podkreśla „nas” i bierze mnie za rękę. – Pa, José. Jeszcze raz moje gratulacje. – Cmokam go szybko w policzek, a chwilę później Christian ciągnie mnie w stronę wyjścia. Wiem, że aż kipi z gniewu. Ja też. Na ulicy rozgląda się szybko, po czym nagle skręca w lewo w boczną uliczkę i popycha mnie na ścianę jakiegoś budynku. Chwyta obiema dłońmi moją twarz, tak bym musiała spojrzeć w te płomienne, pełne determinacji oczy. Robię gwałtowny wdech i jego usta spadają na moje. Całuje mnie żarliwie. Nasze zęby się zderzają, a po chwili jego język wdziera się do mych ust. Pożądanie eksploduje we mnie niczym fajerwerki z okazji Dnia Niepodległości, i też go całuję, z równym zapałem, wplatam palce w jego włosy i mocno przyciągam go do siebie. Z gardła Christiana wydobywa się jęk, niski dźwięk odbijający się echem w moim ciele, a jego dłoń przesuwa się w dół aż do mego uda. Natarczywe palce przez materiał sukienki wbijają się w skórę. W ten pocałunek wlewam całe cierpienie i ból z ostatnich kilku dni, wiążąc Christiana ze sobą, a on, ku memu oszołomieniu – w tej chwili szaleńczej namiętności – robi to samo, czuje to samo. Przerywa pocałunek, ciężko dysząc. Oczy mu płoną pożądaniem, jeszcze bardziej rozpalając krążącą w mych żyłach krew. Próbuję wciągnąć do płuc odrobinę cennego powietrza. – Jesteś. Moja – warczy, podkreślając każde słowo. Odsuwa się i pochyla, opierając dłonie na kolanach, jakby właśnie przebiegł maraton. – Na miłość boską, Ana. Opieram się o ścianę, oddychając głośno, próbując zachować kontrolę nad rozpustną reakcją mego ciała, próbując odzyskać równowagę. – Przepraszam – szepczę, gdy wraca mi oddech. – No i słusznie. Wiem, co robisz. Pragniesz fotografa, Anastasio? On z całą pewnością czuje miętę do ciebie. Kręcę zawstydzona głową. – Nie. To tylko przyjaciel. – Całe dorosłe życie próbowałem unikać wszelkich ekstremalnych uczuć. A jednak ty… ty wywołujesz we mnie uczucia, które są mi zupełnie obce. To bardzo… – Marszczy brwi, szukając odpowiedniego słowa. – Destabilizujące. Lubię kontrolę, Ana, a przy tobie to – prostuje się i wbija we mnie rozgorączkowane spojrzenie – znika. – Macha ręką, po czym przeczesuje palcami włosy i bierze głęboki oddech. Chwyta moją dłoń. – Chodź, musimy porozmawiać, a ty coś zjesz. ROZDZIAŁ DRUGI Zabiera mnie do niewielkiej, przytulnej restauracji. – Musi nam wystarczyć – mruczy. – Nie mamy dużo czasu. Mnie restauracja się podoba. Drewniane krzesła, lniane obrusy, ściany tego samego koloru, co pokój zabaw Christiana – krwista czerwień, kilka niewielkich luster w pozłacanych ramach, białe świece i wazoniki z białymi różami. W tle Ella Fitzgerald nuci tęsknie o tym czymś, co nazywają miłością. Jest bardzo romantycznie. Kelner prowadzi nas do stolika dla dwóch osób, usytuowanego w niewielkiej wnęce. Siadam, zastanawiając się, co takiego usłyszę. – Nie mamy dużo czasu – mówi Christian do kelnera. – Poprosimy więc o dwa steki z polędwicy, średnio wysmażone, sos bearnaise, jeśli jest, frytki i świeże warzywa, takie jakie szef kuchni akurat ma pod ręką, i proszę o kartę win. – Oczywiście, proszę pana. – Kelner, zaskoczony chłodnym zdecydowaniem Christiana, odchodzi. Christian kładzie na stoliku BlackBerry. Jezu, a sama nie mogę nic wybrać? – A jeśli nie lubię steków? Wzdycha. – Nie zaczynaj, Anastasio. – Nie jestem dzieckiem. – No to przestań się zachowywać, jakbyś nim była. Zupełnie jakby dał mi klapsa. A więc tak to będzie wyglądać: pełna napięcia rozmowa, co prawda w romantycznej scenerii, ale mogę zapomnieć o serduszkach i kwiatkach. – Jestem dzieckiem, ponieważ nie lubię steków? – mruczę, próbując ukryć, jak bardzo mnie zabolały jego słowa. – Ponieważ z premedytacją wyzwalasz we mnie zazdrość. To dziecinne zachowanie. W ogóle nie masz względu na uczucia swojego przyjaciela, wodząc go tak na pokuszenie? – Christian zaciska usta i robi nachmurzoną minę. Kelner wraca z kartą win. A ja się rumienię – w ogóle o tym nie pomyślałam. Biedny José, ja przecież absolutnie nie chcę go prowokować. Nagle zalewa mnie fala wstydu. Christian ma rację; zachowałam się bezmyślnie. – Masz ochotę wybrać wino? – pyta, unosząc wyczekująco brew. Uosobienie arogancji. Doskonale wie, że kompletnie nie znam się na winie. – Ty wybierz – bąkam. – Prosimy dwa kieliszki Shiraz Barossa Valley. – Eee… wino sprzedajemy tylko na butelki, proszę pana. – W takim razie niech będzie butelka – warczy Christian. Kelner odchodzi przygaszony i wcale mu się nie dziwię. Marszczę brwi, patrząc na Szarego. Co go gryzie? Och, pewnie ja – gdzieś w głębi mojej psychiki wewnętrzna bogini budzi się, przeciąga sennie i uśmiecha. Dość długo musiała spać. – Jesteś mocno zrzędliwy. Przygląda mi się beznamiętnie. – Ciekawe dlaczego. – Cóż, dobrze ustalić odpowiedni ton dla tej szczerej rozmowy o przyszłości, nie sądzisz? – Uśmiecham się do niego słodko. Zaciska usta, ale chwilę później niemal niechętnie ich kąciki się unoszą i już wiem, że próbuje zdusić uśmiech. – Przepraszam – mówi. – Przeprosiny przyjęte, i miło mi cię poinformować, że po naszym ostatnim posiłku nie przeszłam na wegetarianizm. – Ponieważ ten posiłek był twoim ostatnim, uważam, że to kwestia dyskusyjna. – No i znowu to słowo, „dyskusyjna”. W jego oczach pojawia się przebłysk wesołości, ale zaraz potem znika. – Ana, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, ty mnie zostawiłaś. Trochę się denerwuję. Powiedziałem ci, że chcę cię odzyskać, a ty na to nie zareagowałaś. Wzrok ma wyczekujący, a jego szczerość jest rozbrajająca. I co ja mam teraz powiedzieć? – Tęskniłam za tobą… naprawdę tęskniłam, Christianie. Te ostatnie dni były… trudne. – Przełykam ślinę, a gula w moim gardle staje się większa, gdy przypominam sobie te chwile udręki. Ostatni tydzień był najgorszy w moim życiu, ból niemal nie do opisania. Ale studzi mnie rzeczywistość. – Nic się nie zmieniło. Nie mogę być taka, jaką mnie chcesz. – Przeciskam te słowa obok twardej guli w gardle. – Jesteś taka, jaką chcę – mówi z emfazą. – Nie, Christianie, nie jestem. – Wytrąciło cię z równowagi to, co się wydarzyło ostatnim razem. Ja zachowałem się głupio, a ty… Ty także. Dlaczego nie użyłaś hasła bezpieczeństwa, Anastasio? – Zmienia ton na oskarżycielski. Oho, zmiana kierunku. – Odpowiedz mi. – Nie wiem. To mnie przytłoczyło. Próbowałam być taka, jak chciałeś, próbowałam znieść ból, no i zupełnie wyleciało mi to z głowy. No wiesz… zapomniałam – kończę szeptem. Zawstydzona wzruszam ramionami. Może dałoby się uniknąć tego całego cierpienia. – Zapomniałaś! – Chwyta się brzegu stołu i piorunuje mnie wzrokiem. Kulę się pod jego spojrzeniem. Cholera! Znowu jest wściekły. Moja wewnętrzna bogini także mnie gromi spojrzeniem. „Widzisz, sama jesteś sobie winna!” – Jak mogę ci zaufać? – pyta cicho. – W ogóle? Zjawia się kelner z winem, a my siedzimy, wpatrując się w siebie, niebieskie oczy naprzeciwko szarych. Przepełniają nas wzajemne oskarżenia. Kelner zbytecznie teatralnym gestem odkorkowuje wino i nalewa odrobinę do kieliszka Christiana. On automatycznie upija łyk. – W porządku. – Ton głosu ma szorstki. Kelner ostrożnie napełnia nam kieliszki, stawia butelkę na stole, po czym szybko znika. Christian przez cały ten czas nie odrywa ode mnie wzroku. To ja łamię się pierwsza: przerywając kontakt wzrokowy, sięgam po kieliszek i pociągam łyk. Prawie nie czuję smaku wina. – Przepraszam – szepczę. Nagle robi mi się głupio. Odeszłam, ponieważ uznałam, że do siebie nie pasujemy, natomiast on twierdzi, że mogłam go powstrzymać? – Przepraszasz za co? – pyta zaalarmowany. – Za to, że nie użyłam hasła bezpieczeństwa. Zamyka oczy, jakby mu ulżyło. – Mogliśmy uniknąć tego całego cierpienia – mówi cicho. – Ty dobrze wyglądasz. – Lepiej niż dobrze. Wyglądasz po prostu jak ty. – Pozory mylą. Nie czuję się dobrze. Mam wrażenie, jakby słońce zaszło i od pięciu dni w ogóle nie wzeszło, Ano. Dla mnie przez cały czas trwa noc. Jego wyznanie zapiera mi dech w piersi. O rety, to zupełnie jak u mnie. – Powiedziałaś, że nigdy mnie nie zostawisz, a wystarczyło, że coś poszło nie tak, i już byłaś za drzwiami. – Kiedy powiedziałam, że nigdy cię nie zostawię? – Przez sen. Już dawno nie usłyszałem czegoś równie pokrzepiającego, Anastasio. Wokół mojego serca zaciska się silna pięść. Sięgam po wino. – Powiedziałaś, że mnie kochasz – szepcze Christian. – Teraz to czas przeszły? – Głos ma nabrzmiały niepokojem. – Nie, Christianie. Wygląda tak bezbronnie, gdy wypuszcza powietrze z płuc. – To dobrze – mruczy. Zaszokowało mnie jego wyznanie. To dopiero zmiana nastawienia. Kiedy wcześniej wyznałam mu miłość, był przerażony. Wraca kelner. Stawia przed nami półmiski i chyłkiem się oddala. Jasny gwint. Jedzenie. – Jedz – nakazuje mi Christian. W sumie wiem, że jestem głodna, ale w tej chwili mój żołądek to jeden wielki supeł. Siedzenie naprzeciwko jedynego mężczyzny, którego kochałam, i rozmawianie o naszej niepewnej przyszłości nie wpływa korzystnie na apetyt. Patrzę podejrzliwie na talerz. – Na litość boską, Anastasio, jeśli nie zaczniesz jeść, przełożę cię zaraz przez kolano i nie będzie to miało nic wspólnego z moją satysfakcją seksualną. Jedz! „Nie żołądkuj się tak, Grey”. Moja podświadomość mierzy mnie spojrzeniem znad okularów. Całym sercem przyznaje rację Szaremu. – Okej, zjem to. Schowaj tę swoją świerzbiącą rękę. Nie uśmiecha się, tylko dalej patrzy na mnie gniewnie. Niechętnie biorę sztućce i odkrawam kawałek steku. Och, jest naprawdę smaczny. Jestem głodna, wściekle głodna. Przeżuwam, a Christian wyraźnie się odpręża. Jemy w milczeniu. Muzyka się zmieniła. Teraz w tle słychać kobietę o delikatnym głosie, a słowa piosenki odbijają się echem w mej głowie. Odkąd pojawiłeś się w moim życiu, już nigdy nie będę taka jak dawniej. Rzucam spojrzenie Szaremu. Je i jednocześnie mnie obserwuje. Głód, pragnienie, niepokój – to wszystko w jednym gorącym spojrzeniu. – Wiesz, kto to śpiewa? – pytam, siląc się na normalną rozmowę. Christian nieruchomieje i słucha przez chwilę. – Nie… ale dobra jest. – Mnie też się podoba. W końcu na jego ustach pojawia się ten jego enigmatyczny uśmiech. Co on knuje? – No co? – pytam. Kręci głową. – Jedz – mówi spokojnie. Zjadłam połowę tego, co miałam na talerzu. Więcej nie dam rady. Jak mam to negocjować? – Nie zmieszczę już więcej. Zjadłam wystarczająco dużo dla Pana? W milczeniu patrzy na mnie beznamiętnie, po czym zerka na zegarek. – Naprawdę jestem pełna – dodaję, pociągając łyk pysznego wina. – Niedługo musimy się zbierać. Jest tu Taylor, a ty musisz jutro wstać do pracy. – Ty też. – Ja potrzebuję znacznie mniej snu niż ty, Anastasio. Ale przynajmniej coś zjadłaś. – Nie wracamy Charliem Tango? – Nie, pomyślałem, że pewnie się czegoś napiję. Taylor nas odbierze. No a dzięki temu będę cię miał w samochodzie tylko dla siebie, choćby przez kilka godzin. Dużo czasu na rozmowę. Ach, a więc taki jest plan. Christian przywołuje kelnera i prosi go o rachunek, następnie bierze ze stołu BlackBerry i dzwoni. – Jesteśmy w Le Picotin, Southwest Third Avenue. – Rozłącza się. A więc nadal zachowuje się szorstko podczas rozmów telefonicznych. – Jesteś bardzo oschły wobec Taylora. Właściwie wobec większości ludzi. – Po prostu szybko przechodzę do sedna sprawy. – Tego wieczoru nie przeszedłeś. Nic się nie zmieniło, Christianie. – Mam dla ciebie propozycję. – To wszystko zaczęło się od propozycji. – Inną propozycję. Kelner wraca i Christian wręcza mu kartę kredytową, nie patrząc nawet na rachunek. Po chwili jego telefon brzęczy. Ma propozycję? Jaką tym razem? Przez moją głowę przemyka kilka scenariuszy: porwanie, praca dla niego. Nie, to nie ma sensu. Christian finalizuje płatność. – Chodź. Taylor już czeka. Wstajemy i bierze mnie za rękę. – Nie chcę cię stracić, Anastasio. – Całuje czule moją dłoń, a dotyk jego ust na mojej skórze sprawia, że przeszywa mnie dreszcz. Przed restauracją czeka audi. Christian otwiera przede mną drzwi. Wsiadam i opadam na miękką, skórzaną kanapę. Podchodzi do drzwi od strony kierowcy; wysiada Taylor i przez chwilę rozmawiają. To nowość. Zżera mnie ciekawość. O czym mówią? Chwilę później obaj siedzą już w aucie. Zerkam na Christiana; patrzy przed siebie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Przez krótką chwilę pozwalam sobie kontemplować jego profil: prosty nos, pełne usta, włosy opadające na czoło. Ten boski mężczyzna z całą pewnością nie jest mi pisany. Samochód wypełnia cicha muzyka, jakiś utwór orkiestrowy, którego nie znam. Taylor włącza się do ruchu, kierując się w stronę autostrady I-5 i do Seattle. Christian odwraca się twarzą do mnie. – Jak już mówiłem, Anastasio, mam dla ciebie propozycję. Zerkam nerwowo na Taylora. – Taylor cię nie słyszy – uspokaja mnie Christian. – Jak to? – Taylor! – woła. Mężczyzna nie odpowiada. Woła ponownie, dalej zero reakcji. Christian wychyla się i klepie go w ramię. Taylor wyjmuje z uszu słuchawkę, której wcześniej nie dostrzegłam. – Tak, proszę pana? – Dziękuję. Wszystko w porządku, możesz wrócić do słuchania. – Tak jest. – Zadowolona? Słucha iPoda. Puccini. Zapomnij, że tu jest. Tak jak ja. – Poprosiłeś go, żeby to zrobił? – Tak. Och. – No dobrze, twoja propozycja? Christian sprawia nagle wrażenie rzeczowego i pełnego determinacji. A niech to. Negocjujemy interes. Cała zamieniam się w słuch. – Pozwól, że najpierw spytam cię o coś. Pragniesz stałego związku waniliowego bez żadnego perwersyjnego bzykanka? Szczęka mi opada. – Perwersyjnego bzykanka? – pytam ochrypłym głosem. – Perwersyjnego bzykanka. – Nie wierzę, że to powiedziałeś. – No cóż, powiedziałem. Odpowiedz mi – mówi spokojnie. Policzki mi płoną. Moja wewnętrzna bogini klęczy, ręce ma złożone i patrzy na mnie błagalnie. – Lubię to twoje perwersyjne bzykanko – szepczę. – Tak mi się właśnie wydawało. Czego więc nie lubisz? Tego, że nie mogę cię dotykać. Tego, że podoba ci się mój ból, uderzeń pasa… – Groźby okrutnej i wyjątkowej kary. – To znaczy? – Masz w swoim pokoju te wszystkie laski, pejcze i inne rzeczy i boję się tego jak cholera. Nie chcę, żebyś używał ich ze mną. – Okej, więc żadnych pejczy ani lasek. No i pasów – dodaje sardonicznie. Patrzę na niego z konsternacją. – Próbujesz na nowo określić granice bezwzględne? – Niekoniecznie, próbuję jedynie zrozumieć ciebie, mieć jaśniejszy obraz tego, co lubisz, a czego nie. – Zasadniczo, Christianie, to najtrudniej jest mi znieść fakt, że cieszy cię sprawianie mi bólu. I pomysł, że zrobisz to, ponieważ przekroczyłam jakąś arbitralną granicę. – Ale ona nie jest arbitralna, zasady są spisane. – Nie chcę zasad. – Żadnych? – Żadnych. – Kręcę głową, ale serce mam w gardle. Do czego on zmierza? – Ale nie masz nic przeciwko, abym dawał ci klapsy? – Czym? – Tym. – Podnosi rękę. Poprawiam się na kanapie. – Nie, raczej nie. Zwłaszcza z tymi srebrnymi kulkami… – Dzięki Bogu jest ciemno, bo twarz mi płonie na wspomnienie tamtego wieczoru. Taa… to akurat bym powtórzyła. Christian uśmiecha się z wyższością. – Tak, to było fajne. – Lepsze niż fajne – bąkam. – Więc jesteś w stanie znieść nieco bólu. Wzruszam ramionami. – Chyba tak. – Och, dokąd on zmierza? Mój niepokój podskoczył o kilka stopni w skali Richtera. Gładzi się z zadumą po brodzie. – Anastasio, chcę zacząć od nowa. Najpierw związek waniliowy, a potem może, kiedy już mi bardziej zaufasz, a ja uwierzę, że jesteś ze mną szczera i potrafisz się komunikować, wtedy może poszlibyśmy dalej i porobili trochę tego, co ja lubię. Wpatruję się w niego oszołomiona, a w mojej głowie nie ma ani jednej myśli – jakby w komputerze zepsuł się dysk. Christian chyba się denerwuje, ale nie widzę go dobrze, gdyż spowija nas oregońska ciemność. A więc w końcu dotarliśmy do sedna sprawy. On chce wersji jasnej, ale czy mogę go o to prosić? A czy ja nie lubię mrocznej? Część lubię. W mojej głowie pojawiają się nieproszone wspomnienia tamtego wieczoru z Thomasem Tallisem. – A co z karami? – Zero kar. – Kręci głową. – Zero. – A zasady? – Żadnych zasad. – Absolutnie żadnych? Ale ty masz swoje potrzeby. – Ciebie potrzebuję bardziej, Anastasio. Przez tych kilka ostatnich dni czułem się jak w piekle. Instynkt mówi mi, żebym pozwolił ci odejść, mówi mi, że nie zasługuję na ciebie. – Milknie na chwilę. – Te zdjęcia, które zrobił chłopak… Widzę, jak on ciebie postrzega. Wyglądasz beztrosko i ślicznie. Nie znaczy to, że teraz nie jesteś śliczna, ale widzę twój ból. Okropna jest świadomość, że to przeze mnie tak się czujesz. Ale jestem egoistą. Pragnąłem cię od chwili, gdy wpadłaś do mojego gabinetu. Jesteś wyjątkowa, uczciwa, ciepła, silna, dowcipna, zniewalająco niewinna… lista nie ma końca. Podziwiam cię. Pragnę cię, a myśl, że mógłby mieć cię ktoś inny, jest niczym nóż, obracający się w ranie mojej mrocznej duszy. W ustach mi zasycha. Jeśli to nie jest deklaracja miłości, to nie wiem, jak miałaby takowa wyglądać. Pęka tama i z moich ust wypływa potok słów: – Christianie, dlaczego uważasz, że masz mroczną duszę? Ja bym tego nie powiedziała. Może smutną, ale jesteś dobrym człowiekiem. Ja to widzę… jesteś hojny, życzliwy i nigdy mnie nie okłamałeś. Wiesz, w sobotę doznałam szoku. To mnie obudziło. Dotarło do mnie, że nie potrafię być kobietą, jakiej pragniesz. Potem, kiedy już wyszłam, uświadomiłam sobie, że ból fizyczny, który mi sprawiałeś, nie był taki zły jak ból towarzyszący świadomości, że cię straciłam. Naprawdę chcę sprawiać ci przyjemność, ale to trudne. – Zawsze sprawiasz mi przyjemność – szepcze. – Ile razy mam ci to powtarzać? – Nigdy nie wiem, co myślisz. Czasami wydajesz się taki zamknięty… jak samotna wyspa. Onieśmielasz mnie. Dlatego właśnie trzymam buzię na kłódkę. Nie wiem, w którym kierunku zmierza twój nastrój. W ułamku sekundy potrafi diametralnie się zmienić. To działa dezorientująco. No i na dodatek nie pozwalasz się dotykać, a ja tak bardzo ci pragnę pokazać, jak mocno cię kocham. Mruga w ciemności, chyba nieufnie, a ja już nie mogę mu się oprzeć. Odpinam pasy i wdrapuję mu się na kolana, biorąc go tym z zaskoczenia. Ujmuję jego twarz w dłonie. – Kocham cię, Christianie Greyu. A ty jesteś gotowy zrobić to wszystko dla mnie. To ja nie zasługuję na ciebie i tak mi przykro, że nie jestem w stanie robić dla ciebie tych wszystkich rzeczy. Może z czasem… nie wiem… ale tak, zgadzam się na twoją propozycję. Gdzie mam podpisać? Obejmuje mnie mocno i tuli do siebie. – Och, Ana. – Chowa twarz w moich włosach. Siedzimy objęci, słuchając muzyki – spokojnego utworu na fortepian – odzwierciedlającej emocje obecne w samochodzie, słodki spokój po burzy. Wtulam się w niego jeszcze bardziej, opierając głowę o ramię. Delikatnie gładzi mnie po plecach. – Dotykanie to dla mnie granica bezwzględna, Anastasio – szepcze. – Wiem. Chciałabym zrozumieć dlaczego. Po dłuższej chwili wzdycha i mówi: – Miałem paskudne dzieciństwo. Jeden z alfonsów dziwki… – Urywa i cały się spina, wspominając jakieś niewyobrażalne okropieństwo. – Ja to pamiętam – dodaje szeptem. Serce mi się ściska, gdy przypominają mi się blizny po przypaleniach na jego skórze. Och, Christianie. Zarzucam mu ramiona na szyję. – Stosowała przemoc? Twoja matka? – Głos mam cichy i nabrzmiały od niewypłakanych łez. – Nie mam takich wspomnień. Ale nie dbała o mnie. Nie ochroniła mnie przed swoim alfonsem. – Prycha. – To chyba ja opiekowałem się nią. Kiedy w końcu się zabiła, dopiero po czterech dniach ktoś podniósł alarm i nas znalazł… To pamiętam. Z przerażeniem zakrywam dłonią usta. Kurwa mać. Do gardła podchodzi mi żółć. – To mocno popieprzone – szepczę. – Na pięćdziesiąt sposobów. Przyciskam usta do jego szyi, szukając pociechy i ją oferując, gdy wyobrażam sobie małego, brudnego, szarookiego chłopczyka, zagubionego i osamotnionego przy zwłokach matki. Och, Christianie. Wdycham jego woń. Pachnie bosko, mój ulubiony zapach na świecie. Mocniej mnie obejmuje i całuje moje włosy, i tak siedzę w jego ramionach, gdy tymczasem Taylor pędzi przez noc. Kiedy się budzę, jedziemy już przez Seattle. – Hej – mówi miękko Christian. – Przepraszam – mruczę i prostuję się. Mrugam powiekami i przeciągam się. Nadal siedzę na jego kolanach. – Bez końca mógłbym patrzeć, jak śpisz, Ana. – Mówiłam coś? – Nie. Jesteśmy już prawie pod twoim domem. Och? – Nie jedziemy do ciebie? – Nie. – Dlaczego? – Dlatego, że jutro musisz iść do pracy. – Och. – Wydymam usta. – A czemu pytasz, czyżby coś ci chodziło po głowie? – Może. Chichocze. – Anastasio, nie zamierzam cię dotknąć, dopóki nie będziesz o to błagać. – Że co? – Chodzi mi o to, żebyś w końcu zaczęła się ze mną komunikować. Gdy następnym razem będziemy się kochać, będziesz mi musiała powiedzieć ze szczegółami, czego pragniesz. Zsuwa mnie z kolan, gdy Taylor zajeżdża pod moje mieszkanie. Christian wysiada i otwiera przede mną drzwi. – Mam coś dla ciebie. – Przechodzi na tył samochodu, otwiera bagażnik i wyjmuje spore, ozdobnie zapakowane pudełko. Co to takiego? – Otwórz, jak wejdziesz do mieszkania. – Ty mi nie potowarzyszysz? – Nie, Anastasio. – Kiedy się więc zobaczymy? – Jutro. – Mój szef chce, żebym jutro poszła z nim na drinka. Na twarzy Christiana pojawia się zacięcie. – Czyżby? – W jego głosie pobrzmiewa nutka groźby. – Aby uczcić mój pierwszy tydzień pracy – dodaję szybko. – Gdzie? – Nie wiem. – Mógłbym cię stamtąd zabrać. – Okej… Wyślę ci mejl albo esemesa. – Dobrze. Odprowadza mnie do drzwi i czeka, aż znajdę w torebce klucze. Otwieram drzwi, a on nachyla się, ujmuje moją brodę i unosi. Jego usta wiszą nad moimi, a potem Christian zamyka oczy i delikatnymi pocałunkami zaznacza szlak od kącika oka do kącika ust. Z moich ust wydobywa się cichy jęk. – Do jutra – mówi bez tchu. – Dobranoc, Christianie. – Słyszę w swoim głosie pragnienie. Uśmiecha się. – No, wchodź już. Przekraczam próg, piastując w objęciach tajemniczą paczkę. – Na razie, mała! – woła za mną, po czym odwraca się i z tą swoją swobodną gracją wraca do auta. Od razu po przekroczeniu progu mieszkania otwieram karton i znajduję mojego MacBooka Pro, BlackBerry i jeszcze jedno prostokątne pudełko. A to co? Zrywam srebrny papier. W środku kryje się cienkie etui z czarnej skóry. Otwieram je, a tam iPad. O niech mnie… iPad. Na ekranie leży biała karteczka z napisaną odręcznie wiadomością od Christiana: Anastasio, to dla Ciebie. Wiem, co chcesz usłyszeć. Muzyka tu umieszczona mówi to za mnie. Christian Mam w iPadzie miks utworów Christiana Greya. Kręcę głową z dezaprobatą z powodu tego wydatku, ale w głębi duszy jestem uradowana. Jack ma jeden w redakcji, więc wiem, jak się go używa. Włączam urządzenie i wciągam głośno powietrze, gdy na ekranie pojawia się tapeta: mały model szybowca. O rany. To Blanik L-23, który mu dałam, stojący na szklanej podstawie chyba na biurku Christiana. Wpatruję się w niego długą chwilę. Skleił go! Naprawdę to zrobił. Przypomina mi się, że wspomniał o tym w liściku dołączonym do kwiatów. I już wiem, że temu prezentowi poświęcił dużo uwagi. Przesuwam palcem po strzałce na dole ekranu, aby go odblokować, i ponownie łapię oddech. W tle pojawia się zdjęcie, przedstawiające mnie i Christiana w dniu rozdania dyplomów. To, które pojawiło się w „Seattle Times”. Christian jest na nim taki przystojny. Na mojej twarzy wykwita szeroki uśmiech – owszem, i jest mój! Przesuwam palcem po ekranie i pojawiają się nowe ikonki. Aplikacja Kindle, iBooks, Words – czymkolwiek to jest. Biblioteka Brytyjska? Dotykam ikonki i pojawia się menu: ZBIÓR HISTORYCZNY. Przewijam w dół i wybieram POWIEŚCI Z XVIII I XIX WIEKU. Kolejne menu. Klikam w tytuł: Amerykanin Henry’ego Jamesa. Otwiera się nowe okno, oferujące mi skan egzemplarza książki. O rany – to jedno z pierwszych wydań, z 1879 roku, i mam je w swoim iPadzie! Kupił mi Bibliotekę Brytyjską, do której wchodzi się jednym kliknięciem. Szybko wychodzę z aplikacji, wiedząc, że inaczej utknę tu na całą wieczność. Dostrzegam inną – Dobre jedzenie, na której widok jednocześnie wywracam oczami i się uśmiecham, aplikację z wiadomościami, aplikację pogodową, ale przecież miała tu być muzyka. Wracam do głównego ekranu, klikam w ikonkę iPoda i pojawia się playlista. Przewijam ją. Uśmiecham się. Thomas Tallis – nieprędko to zapomnę. W końcu słuchałam tego dwa razy, podczas gdy Christian chłostał mnie i posuwał. Witchcraft. Mój uśmiech staje się szerszy – nasz taniec w salonie. Marcello i Bach – o nie, to stanowczo zbyt smutne na mój obecny nastrój. Hmm. Jeff Buckley – tak, słyszałam o nim. Snow Patrol – mój ulubiony zespół – i utwór zatytułowany Principles of Love Enigmy. Jakież to w stylu Christiana. I następny tytuł, Possession… o tak, bardzo w stylu Szarego. I jeszcze kilka, które nic mi nie mówią. Wybieram piosenkę, która zwraca moją uwagę, i stukam w play. To Try Nelly Furtado. Zaczyna śpiewać i jej głos otula mnie niczym jedwabny szalik. Kładę się na łóżku. Czy to znaczy, że Christian zamierza spróbować? Wypróbować ten nowy związek? Wsłuchuję się w tekst, patrząc w sufit, próbując zrozumieć jego zmianę stanowiska. Tęsknił za mną. Ja tęskniłam za nim. Musi coś do mnie czuć. Musi. Ten iPad, te piosenki, te aplikacje – zależy mu na mnie. Naprawdę zależy. W moje serce wlewa się nadzieja. Piosenka dobiega końca i do oczu napływają mi łzy. Szybko włączam inną – The Scientist Coldplay, jednego z ulubionych zespołów Kate. Znam ten utwór, ale nigdy dotąd nie wsłuchiwałam się w słowa. Zamykam oczy i pozwalam, by przelewały się przeze mnie. Zaczynają mi płynąć łzy. Nie potrafię ich powstrzymać. Jeśli to nie przeprosiny, to co? Och, Christianie. A może zaproszenie? Odpowie na moje pytania? Czy przypadkiem nie przypisuję temu zbyt wielkiego znaczenia? Pewnie tak. Ocieram łzy. Muszę napisać do niego mejl z podziękowaniami. Zeskakuję z łóżka, aby wziąć ze stołu to podłe urządzenie. Coldplay dalej gra, gdy siedzę po turecku na łóżku. Mac się uruchamia i loguję się. Nadawca: Anastasia Steele Temat: iPad Data: 9 czerwca 2011, 23:56 Adresat: Christian Grey Znowu doprowadziłeś mnie do łez. Kocham iPada. Kocham te piosenki. Kocham aplikację Biblioteka Brytyjska. Kocham Ciebie. Dziękuję. Dobrej nocy.     Ana xx Nadawca: Christian Grey Temat: iPad Data: 10 czerwca 2011, 00:03 Adresat: Anastasia Steele Cieszę się, że Ci się podoba. Sobie też kupiłem. Gdybym był teraz przy Tobie, scałowałbym Twoje łzy. Ale nie jestem – więc kładź się spać.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Jego odpowiedź sprawia, że się uśmiecham – nadal taki apodyktyczny, nadal taki Christianowy. Czy to także ulegnie zmianie? I w tej chwili dociera do mnie, że wcale tego nie chcę. Lubię go takiego władczego, o ile tylko nie muszę obawiać się kary. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Pan Gderliwy Data: 10 czerwca 2011, 00:07 Adresat: Christian Grey A więc znów jest Pan władczy, spięty i gderliwy, Panie Grey. Wiem, jak temu zaradzić. No ale skoro nie ma Cię tu teraz – nie pozwoliłeś mi spędzić z Tobą nocy i oczekujesz, że będę błagać… Fajnie sobie pomarzyć, proszę Pana.     Ana xx PS. Zwróciłam uwagę na fakt, iż do playlisty dorzuciłeś Hymn Prześladowców, Every Breath You Take. Naprawdę lubię Twoje poczucie humoru, ale czy dr Flynn o tym wie? Nadawca: Christian Grey Temat: Spokój w stylu zen Data: 10 czerwca 2011, 00:10 Adresat: Anastasia Steele Moja najdroższa Panno Steele, Klapsy występują i w związkach waniliowych, wiesz? Zazwyczaj za obopólną zgodą i w kontekście seksualnym… ale ochoczo zrobię wyjątek. Pewnie z ulgą przyjmiesz informację, że dr Flynn także lubi moje poczucie humoru. A teraz kładź się spać, jako że jutro nie zaznasz zbyt wiele snu. Nawiasem mówiąc – będziesz błagać, uwierz mi. A ja nie mogę się tego doczekać.     Christian Grey     Spięty prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Dobranoc, słodkich snów Data: 10 czerwca 2011, 00:12 Adresat: Christian Grey Cóż, skoro tak ładnie prosisz i fundujesz mi taką rozkoszną groźbę, położę się do łóżka z iPadem, który mi podarowałeś, i zasnę, przeglądając Bibliotekę Brytyjską, słuchając muzyki, która mówi za Ciebie.     A xxx Nadawca: Christian Grey Temat: Jeszcze jedna prośba Data: 10 czerwca 2011, 00:15 Adresat: Anastasia Steele Śnij o mnie. x     Christian GreyPrezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Śnić o tobie, Christianie Greyu? Zawsze. Szybko przebieram się w piżamę, myję zęby i daję nura pod kołdrę. Wkładam do uszu słuchawki, spod poduszki wyciągam sflaczałego Charliego Tango i mocno go tulę. Przepełnia mnie radość, a na twarzy mam niemądry, szeroki uśmiech. Jeden dzień, a jaka różnica. I jak ja mam teraz zasnąć? José Gonzalez zaczyna nucić kojącą melodię z hipnotyzującymi gitarowymi riffami, a ja odpływam powoli do krainy snów, zdumiewając i zachwycając się tym, jak świat naprawił się w ciągu jednego wieczora. I zastanawiam się leniwie, czy nie powinnam skompilować playlisty dla Christiana. ROZDZIAŁ TRZECI Plusem nieposiadania samochodu jest to, że w autobusie w drodze do pracy mogę podłączyć słuchawki do spoczywającego bezpiecznie w mojej torbie iPada i słuchać tych wszystkich cudownych utworów, które nagrał mi Christian. Kiedy wchodzę do redakcji, na mojej twarzy widnieje absurdalnie szeroki uśmiech. Jack podnosi głowę i lustruje mnie wzrokiem. – Dzień dobry, Ano. Wyglądasz… promiennie. – Jego uwaga mnie krępuje. Jakie to niestosowne! – Dobrze dziś spałam, Jack, dziękuję. Dzień dobry. Marszczy brwi. – Możesz to dla mnie przeczytać i do lunchu przygotować raport? – Wręcza mi cztery rękopisy. Na widok mojej przerażonej miny dodaje: – Tylko pierwsze rozdziały. – Jasne. – Uśmiecham się z ulgą. Włączam komputer, dopijam latte i zjadam banana. Czeka na mnie mejl od Christiana. Nadawca: Christian Grey Temat: Obyś… Data: 10 czerwca 2011, 08:05 Adresat: Anastasia Steele Mam szczerą nadzieję, że zjadłaś śniadanie. Brakowało mi Ciebie w nocy.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Stare książki… Data: 10 czerwca 2011, 08:33 Adresat: Christian Grey Stukam w klawiaturę i jednocześnie jem banana. Przez kilka ostatnich dni nie jadłam śniadań, więc to krok naprzód. Uwielbiam tę aplikację Biblioteka Brytyjska – zaczęłam czytać Robinsona Crusoe… i oczywiście kocham Cię. A teraz zostaw mnie w spokoju – próbuję pracować.     Anastasia Steele     Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP Nadawca: Christian Grey Temat: Tylko to zjadłaś? Data: 10 czerwca 2011, 08:36 Adresat: Anastasia Steele Mogłabyś się bardziej postarać. Będzie Ci potrzebna energia do błagania.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Utrapieniec Data: 10 czerwca 2011, 08:39 Adresat: Christian Grey Panie Grey, próbuję pracować, aby zarobić na życie. Poza tym to Ty będziesz błagać.     Anastasia SteeleAsystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP Nadawca: Christian Grey Temat: Pełna mobilizacja! Data: 10 czerwca 2011, 08:46 Adresat: Anastasia Steele Ależ Panno Steele, uwielbiam wyzwania…     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Siedzę i szczerzę się do monitora jak jakaś idiotka. Ale muszę przeczytać dla Jacka te rozdziały i przygotować raporty. Otwieram pierwszy rękopis i biorę się do roboty. Podczas przerwy na lunch wychodzę do delikatesów po kanapkę z pastrami i słucham playlisty na iPadzie. Najpierw Nitin Sawhney i muzyka świata zatytułowana Homelands – niezłe. Gust muzyczny pana Greya jest naprawdę eklektyczny. Wracam do redakcji, słuchając muzyki klasycznej – Fantasia on a Theme by Thomas Tallis Ralpha Vaughana Williamsa. Och, Szary ma poczucie humoru i uwielbiam go za to. Czy ten idiotyczny uśmiech w końcu zniknie z mojej twarzy? Popołudnie mocno mi się dłuży. Postanawiam napisać mejl do Christiana. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Nudzi mi się… Data: 10 czerwca 2011, 16:05 Adresat: Christian Grey Kręcę młynka palcami. A co u Ciebie? Co porabiasz?     Anastasia Steele     Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP Nadawca: Christian Grey Temat: Twoje palce Data: 10 czerwca 2011, 16:15 Adresat: Anastasia Steele Powinnaś była zgodzić się na pracę dla mnie. Nie kręciłabyś młynka palcami. Jestem przekonany, że znalazłbym dla nich lepszy użytek. Prawdę mówiąc, przychodzi mi teraz do głowy sporo możliwości… A u mnie monotonia – jak zawsze fuzje i przejęcia. Nuda. Twoje mejle w SIP są monitorowane.     Christian Grey     Nieobecny duchem prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. O cholera. Nie miałam pojęcia. Skąd on to, u licha, wie? Marszczę brwi i szybko sprawdzam mejle, którymi się wymieniliśmy, po czym je kasuję. Punkt siedemnasta trzydzieści przy moim biurku staje Jack. Jest piątek, więc ma na sobie dżinsy i czarną koszulę. – To co, Ano? Najczęściej chodzimy na szybkiego drinka do baru po drugiej stronie ulicy. – My? – pytam z nadzieją. – Tak, większość pracowników. Idziesz? Z jakiegoś niewiadomego powodu, którego nie chcę zbyt dokładnie analizować, zalewa mnie fala ulgi. – Chętnie. Jak się nazywa ten bar? – Pięćdziesiątka. – Żartujesz. Patrzy na mnie dziwnie. – Nie. Znasz to miejsce? – Nie, przepraszam. Zaraz do was dołączę. – Co ci zamówić? – Piwo. – Okej. Udaję się do toalety i z BlackBerry wysyłam mejl do Christiana. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Doskonale się wpasujesz Data: 10 czerwca 2011, 17:36 Adresat: Christian Grey Wybieramy się do baru o nazwie Pięćdziesiątka. Gruba nić humoru, której mogłabym teraz użyć, nie ma końca. Czekam na Pana z niecierpliwością, Panie Grey.     A. x Nadawca: Christian Grey Temat: Ryzyko Data: 10 czerwca 2011, 17:38 Adresat: Anastasia Steele Szycie to bardzo niebezpieczne zajęcie.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Nadawca: Anastasia Steele Temat: Ryzyko? Data: 10 czerwca 2011, 17:40 Adresat: Christian Grey To znaczy? Nadawca: Christian Grey Temat: Ja jedynie… Data: 10 czerwca 2011, 17:42 Adresat: Anastasia Steele Ja jedynie stwierdzam fakt, Panno Steele. Do zobaczenia. Raczej prędzej niż później, mała.     Christian Grey     Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc. Przeglądam się w lustrze. Cóż za różnica w porównaniu z wczorajszym dniem. Nie jestem już taka blada, a moje oczy błyszczą. To ten efekt Christiana Greya. Krótka wymiana mejli i proszę bardzo. Uśmiecham się do swego odbicia i wygładzam jasnoniebieską koszulę – tę, którą kupił mi Taylor. Oprócz niej mam na sobie ulubione dżinsy. Większość kobiet w redakcji chodzi albo w dżinsach, albo w powłóczystych spódnicach. Będę musiała zainwestować w jedną czy dwie takie spódnice. Niewykluczone, że w najbliższy weekend spieniężę czek, który dostałam od Christiana za Wandę, mojego garbusa. Gdy opuszczam budynek, ktoś mnie woła. – Panna Steele? Odwracam się z ciekawością i widzę, że w moją stronę ostrożnie idzie młoda kobieta. Wygląda jak duch – jest przeraźliwie blada i ma dziwnie pusty wzrok. – Panna Anastasia Steele? – powtarza, a jej twarz wydaje się zupełnie nieruchoma. – Tak? Zatrzymuje się w odległości niespełna metra i wpatruje we mnie. Znieruchomiała, także się jej przyglądam. Kim jest ta kobieta? Czego ode mnie chce? – Mogę w czymś pani pomóc? – pytam. Skąd wie, jak się nazywam? – Nie… Chciałam jedynie panią zobaczyć. – Głos ma niesamowicie delikatny. Tak jak i ja ma ciemne włosy, kontrastujące z jasną cerą. Jej oczy są brązowe, jak bourbon, ale zupełnie pozbawione wyrazu. W ogóle nie ma w nich życia. Śliczną twarz ma trupio bladą i przeraźliwie smutną. – Przepraszam, ale skąd mnie pani zna? – pytam, próbując ignorować ostrzegawcze łaskotanie wzdłuż kręgosłupa. Z bliska kobieta wygląda na zaniedbaną. Ubrania ma o dwa rozmiary za duże, łącznie z markowym trenczem. Śmieje się. To dziwny, fałszywie brzmiący dźwięk, który jeszcze wzmaga mój niepokój. – Co pani ma, czego nie mam ja? – pyta ze smutkiem. Mój niepokój zamienia się w strach. – Przepraszam, ale kim pani jest? – Ja? Ja jestem nikim. – Unosi rękę, aby przeczesać palcami długie do ramion włosy i kiedy to robi, rękaw płaszcza podchodzi do góry, odsłaniając brudny bandaż na nadgarstku. O kurwa. – Miłego dnia, panno Steele. Odwraca się i odchodzi, gdy tymczasem ja stoję wrośnięta w ziemię. Patrzę, jak jej szczupła postać znika pośród rzeszy ludzi wracających po pracy do domu. O co w tym wszystkim chodzi? Mam mętlik w głowie. Przechodzę na drugą stronę ulicy, próbując przyswoić to, co właśnie się wydarzyło, a moja podświadomość syczy: „Ona ma coś wspólnego z Christianem”. Pięćdziesiątka to wielki, bezosobowy bar, na którego ścianach wiszą proporce bejsbolowe i plakaty. Jack siedzi przy barze w towarzystwie Elizabeth, Courtney – drugiej redaktorki – dwóch facetów z finansów i Claire z recepcji, która jak zwykle ma w uszach srebrne koła. – Cześć, Ana! – Jack wręcza mi butelkę piwa. – Zdrówko… dzięki – bąkam, nie otrząsnąwszy się jeszcze po spotkaniu z Widmową Dziewczyną. – Zdrówko. – Stukamy się butelkami, a potem on wraca do rozmowy z Elizabeth. Claire uśmiecha się do mnie miło. – No więc jak ci minął pierwszy tydzień? – pyta. – Dobrze, dziękuję. Wszyscy wydają się bardzo sympatyczni. – A ty dzisiaj wydajesz się znacznie szczęśliwsza. – W końcu nadszedł piątek – odpowiadam szybko. – Masz jakieś plany na weekend? Moja opatentowana technika odwracania uwagi przynosi efekty. Dowiaduję się, że Claire ma sześcioro rodzeństwa i wybiera się na wielkie rodzinne spotkanie w Tacoma. Opowiada o tym z dużym ożywieniem i uświadamiam sobie, że od wyjazdu Kate na Barbados nie rozmawiałam z żadną dziewczyną w moim wieku. Ciekawe, co słychać u Kate… i Elliota. Muszę zapytać Christiana, czy miał od niego jakieś wieści. Och, no a we wtorek wraca Ethan, brat Kate, i zatrzyma się w naszym mieszkaniu. Christian na pewno nie będzie tym faktem zachwycony. Moje spotkanie z Widmową Dziewczyną schodzi na dalszy plan. Gdy rozmawiam z Claire, Elizabeth częstuje mnie kolejnym piwem. – Dzięki – uśmiecham się. Z Claire rozmawia mi się bardzo swobodnie i nie mija dużo czasu, a w dłoni trzymam trzecie piwo, tym razem postawione przez jednego z chłopaków z finansów. Po wyjściu Elizabeth i Courtney do mnie i Claire dołącza Jack. Gdzie się podziewa Christian? Jeden z finansistów zagaduje Claire. – Ana, myślisz, że podjęłaś właściwą decyzję? – pyta miękko Jack, stojąc nieco zbyt blisko mnie. Ale zauważyłam, że ma w zwyczaju robić to z każdym, nawet w redakcji. – Dobrze mi się pracowało przez ten tydzień, Jack. Tak, uważam, że podjęłam właściwą decyzję. – Bardzo bystra z ciebie dziewczyna. Daleko zajdziesz. Oblewam się rumieńcem. – Dziękuję – bąkam, ponieważ nie wiem, co innego miałabym powiedzieć. – Daleko mieszkasz? – W Pike Market. – To blisko mnie. – Z uśmiechem przysuwa się jeszcze bliżej i opiera się o bar, skutecznie mnie blokując. – Masz jakieś plany na weekend? – Cóż… eee… Najpierw go czuję, dopiero później widzę. Zupełnie jakby całe moje ciało było wyczulone na jego obecność. W tej samej chwili odpręża się i spina – dziwaczna wewnętrzna dwoistość – i wyczuwam tę dziwną, pulsującą elektryczność. Christian obejmuje mnie za ramiona w pozornym geście okazania uczucia – ale ja wiem swoje. On zaznacza swoje terytorium i w tym akurat przypadku jest to bardzo pożądane. Delikatnie całuje moje włosy. – Hej, mała – mruczy. Czuję się jednocześnie bezpieczna i podekscytowana. Christian przyciąga mnie do siebie, a ja podnoszę na niego wzrok, gdy tymczasem on z obojętnym wyrazem twarzy patrzy na Jacka. Przenosząc uwagę na mnie, uśmiecha się lekko i daje buziaka. Ma na sobie granatową marynarkę w prążki, białą, rozpiętą pod szyją koszulę oraz dżinsy. Wygląda jak spod igły. Jack robi krok w tył. – Jack, to Christian – mówię przepraszająco. Za co ja przepraszam? – Christian, Jack. – Jestem jej chłopakiem – mówi Christian z chłodnym uśmiechem, który nie sięga jego oczu, i ściska dłoń mojego kolegi. Przenoszę spojrzenie na Jacka, który w myślach dokonuje oceny tego stojącego przed nim przedstawiciela męskiej rasy. – Jestem jej przełożonym – oświadcza arogancko. – Ana wspominała o byłym chłopaku. O cholera. Nie chcesz tak sobie pogrywać z Szarym. – Cóż, już nie jest były – odpowiada Christian spokojnie. – Chodź, mała, pora się zbierać. – A może napijesz się z nami? – proponuje Jack bez zająknienia. To chyba nie jest dobry pomysł. Dlaczego ta sytuacja jest taka krępująca? Zerkam na Claire, która naturalnie gapi się na Christiana z otwartą buzią. W jej oczach widać uznanie. Kiedy przestanie mnie obchodzić wpływ, jaki on ma na inne kobiety? – Mamy już plany – odpowiada Christian z enigmatycznym uśmiechem. Mamy? I przez moje ciało przebiega dreszczyk wyczekiwania. – Może innym razem – dodaje. – Chodź – mówi, biorąc mnie za rękę. – Do zobaczenia w poniedziałek. – Uśmiecham się do Jacka, Claire i chłopaków z finansów, starając się ignorować grymas niezadowolenia widoczny na twarzy mojego szefa. Idę za Christianem w stronę drzwi. Za kierownicą czekającego na krawężniku audi siedzi Taylor. – Czemu odniosłam wrażenie, że to konkurs wnerwiania? – pytam Christiana, gdy otwiera przede mną drzwi. – Bo rzeczywiście tak było – burczy i posyła mi ten swój enigmatyczny uśmiech, po czym zamyka drzwi. – Witaj, Taylor – mówię i nasze spojrzenia krzyżują się w lusterku wstecznym. – Panno Steele – odpowiada z miłym uśmiechem. Christian siada obok mnie, ujmuje moją dłoń i delikatnie całuje knykcie. – Cześć – mówi cicho. Policzki robią mi się różowe, gdyż mam świadomość, że Taylor może nas słyszeć. Cieszę się, że nie widzi tego płonącego spojrzenia, którym obdarza mnie Christian. Potrzebuję całej swojej samokontroli, aby nie dosiąść go tu i teraz, na tylnym siedzeniu samochodu. Tylne siedzenie samochodu… hmm. – Cześć – mówię bez tchu. W ustach mi zaschło. – Jak masz ochotę spędzić ten wieczór? – Wydawało mi się, że mówiłeś, iż mamy plany. – Och, ja wiem, na co miałbym ochotę, Anastasio. Pytam, co ty chcesz robić. Uśmiecham się promiennie. – Rozumiem – mówi z lubieżnym uśmiechem. – No więc… błaganie. Chcesz błagać u mnie czy u siebie? – Przechyla głowę i obdarza mnie tym swoim przyprawiającym o zawrót głowy seksownym uśmiechem. – Uważam, że zachowuje się pan bezczelnie, panie Grey. Ale dla odmiany moglibyśmy jechać do mnie. – Z premedytacją przygryzam wargę, a jego spojrzenie nabiera mrocznej głębi. – Taylor, do mieszkania panny Steele, proszę. – Tak jest – odpowiada tamten i chwilę później włącza się do ruchu. – No więc jak ci minął dzień? – pyta Christian. – Dobrze, a tobie? – Dobrze, dziękuję. Oboje uśmiechamy się szeroko. Ponownie całuje moją dłoń. – Ślicznie wyglądasz – stwierdza. – Ty także. – Twój szef, Jack Hyde, jest dobry w tym, co robi? To dopiero nagła zmiana tematu. Marszczę brwi. – Czemu pytasz? Nie chodzi o wasz konkurs wnerwiania? Christian uśmiecha się z wyższością. – Ten człowiek chce ci się dobrać do majtek, Anastasio – mówi cierpko. Purpurowieję na twarzy i rzucam nerwowe spojrzenie Taylorowi. – Cóż, może chcieć, co mu się żywnie podoba… Czemu w ogóle drążymy ten temat? Wiesz, że w ogóle nie jestem nim zainteresowana. To jedynie mój przełożony. – I o to właśnie chodzi. On chce tego, co należy do mnie. Muszę wiedzieć, czy dobry jest w tym, co robi. Wzruszam ramionami. – Chyba tak. – Do czego zmierza ta rozmowa? – Lepiej, żeby dał ci spokój, inaczej trafi na bruk. – Christian, o czym ty mówisz? On nie zrobił nic złego. – …Na razie. Jedynie zbyt blisko staje. – Jeden jego ruch, a ty mi zaraz o tym powiesz. To się nazywa nikczemność postępowania. Albo molestowanie seksualne. – To było jedynie piwo po pracy. – Mówię poważnie. Jeden ruch i wylatuje. – Nie masz takiej władzy. – No wiecie co! Ale nim zdążę wywrócić oczami, z siłą rozpędzonej ciężarówki uderza mnie pewna myśl. – Prawda, Christianie? Uśmiecha się tylko enigmatycznie. – Kupujesz tę firmę – szepczę z przerażeniem. W odpowiedzi na panikę w moim głosie jego uśmiech blednie. – Niezupełnie. – Kupiłeś ją. SIP. Już to zrobiłeś. Nieufnie mruga powiekami. – Możliwe. – Kupiłeś czy nie? – Kupiłem. – Dlaczego? – Och, tego już naprawdę zbyt wiele. – Bo mogę, Anastasio. Chcę, żebyś była bezpieczna. – Ale mówiłeś, że nie będziesz się wtrącać w moje życie zawodowe! – I nie będę. Zabieram mu dłoń. – Christian… – Brak mi słów. – Jesteś na mnie zła? – Tak. Oczywiście, że jestem zła – syczę. – No bo który odpowiedzialny biznesmen podejmuje decyzje na podstawie tego, z kim się aktualnie pieprzy? – Wzdrygam się i po raz kolejny zerkam nerwowo na Taylora, który ignoruje nas ze stoickim spokojem. Cholera. Że też akurat teraz najpierw mówię, a dopiero potem myślę. Christian otwiera usta, po czym je zamyka i mierzy mnie gniewnym spojrzeniem. W odpowiedzi piorunuję go wzrokiem. Panująca jeszcze przed chwilą w samochodzie atmosfera słodkiego pojednania robi się napięta od niewypowiedzianych słów i potencjalnych wzajemnych oskarżeń. Na szczęście ta niefortunna podróż nie trwa długo i Taylor zatrzymuje się przed moim mieszkaniem. Szybko wysiadam, nie czekając, aż ktoś mi otworzy drzwi. Słyszę, jak Christian mówi cicho do Taylora: – Chyba lepiej będzie, jak tu zaczekasz. Wyczuwam, że stoi blisko mnie, gdy wściekła szukam w torbie klucza. – Anastasio – mówi spokojnie, jakbym była zapędzonym w róg dzikim zwierzęciem. Wzdycham i odwracam się w jego stronę. Jestem na niego taka wściekła. Mam wrażenie, że zaraz zadławię się gniewem. – Po pierwsze, od jakiegoś czasu się z tobą nie pieprzę, po drugie, i tak chciałem poszerzyć działalność o branżę wydawniczą. Z czterech wydawnictw z siedzibą w Seattle to właśnie SIP generuje największy przychód, ale grozi mu stagnacja. Potrzebuje nowych filii. Patrzę na niego zimno. Jego spojrzenie jest palące, wręcz groźne, ale seksowne jak diabli. Mogłabym się zatracić w stalowej głębi tych oczu. – Więc teraz jesteś moim szefem – warczę. – Formalnie rzecz ujmując, jestem szefem szefa twojego szefa. – I formalnie rzecz ujmując, to nikczemność postępowania: fakt, że pieprzę się z szefem szefa mojego szefa. – W tej akurat chwili się z nim kłócisz. – Christian rzuca mi gniewne spojrzenie. – Dlatego, że straszny z niego osioł – syczę. Zaskoczony Christian robi krok w tył. O cholera. Przegięłam? – Osioł? – mruczy, a w jego oczach pojawia się coś na kształt rozbawienia. Do diaska! Jestem na ciebie wściekła, nie rozśmieszaj mnie! – Tak. – Bardzo się staram wyglądać na przepełnioną moralnym oburzeniem. – Osioł? – powtarza Christian. Tym razem kąciki jego ust drżą od powstrzymywanego uśmiechu. – Nie rozśmieszaj mnie, kiedy jestem na ciebie zła! – krzyczę. I wtedy pojawia się on: olśniewający, szeroki, amerykański uśmiech. A ja jestem zgubiona. Też się śmieję jak wariatka. Jak mogłabym nie zareagować na obecną w jego uśmiechu radość? – To, że na mojej twarzy widnieje głupi uśmiech, nie znaczy wcale, że nie jestem na ciebie cholernie wkurzona – wyrzucam z siebie, próbując zdusić chichot charakterystyczny dla cheerleaderki. Choć w liceum wcale nią nie byłam. Ta myśl pełna goryczy przebiega mi przez głowę. Christian nachyla się i mam wrażenie, że zaraz mnie pocałuje. On jednak tylko muska nosem moje włosy i oddycha głęboko. – Jak zawsze nieprzewidywalna, panno Steele. – Odsuwa się i mierzy mnie wzrokiem. W jego oczach tańczą wesołe iskierki. – Zaprosisz mnie więc do siebie czy mam sobie pójść za skorzystanie z demokratycznego prawa przysługującego obywatelowi amerykańskiemu, przedsiębiorcy i konsumentowi, czyli kupowania tego, na co mi przyjdzie ochota? – Rozmawiałeś na ten temat z doktorem Flynnem? Śmieje się. – Wpuścisz mnie czy nie, Anastasio? Staram się, aby moją postawę cechowała niechęć – zagryzanie wargi pomaga – ale uśmiecham się, gdy otwieram drzwi. Christian odwraca się i macha Taylorowi, który sekundę później odjeżdża. Dziwnie jest gościć Christiana. Mieszkanie wydaje się dla niego za małe. Nadal jestem na niego zła – jego mania prześladowcza nie zna granic. Dociera do mnie, że to dlatego wiedział o monitorowaniu poczty elektronicznej w SIP. Pewnie wie o tym wydawnictwie więcej niż ja. Ta myśl nie jest przyjemna. Co mogę zrobić? Skąd w nim ta potrzeba zapewniania mi bezpieczeństwa? Na litość boską, jestem przecież dorosła. Tak jakby. Co mam zrobić, żeby go uspokoić? Przyglądam się jego twarzy, gdy tak przemierza pomieszczenie niczym zamknięty w klatce drapieżnik, i gniew mi mija. Cieszę się, widząc go tutaj, u siebie, kiedy jeszcze niedawno sądziłam, że to koniec. Cieszę to mało powiedziane. Kocham go i serce mam pełne nerwowego, podniecającego uniesienia. Christian rozgląda się badawczo. – Ładnie tu – stwierdza. – Rodzice Kate kupili jej to mieszkanie. Kiwa z roztargnieniem głową i spojrzenie swych szarych oczu kieruje na mnie. – Eee… napijesz się czegoś? – bąkam nerwowo. – Nie, dziękuję, Anastasio. – Wzrok mu ciemnieje. Czemu tak się denerwuję? – Na co miałabyś ochotę, Anastasio? – pyta miękko, zmierzając ku mnie. – Wiem, czego pragnę ja – dodaje niskim głosem. Cofam się, aż wpadam na betonową wyspę w aneksie kuchennym. – Nadal jestem na ciebie zła. – Wiem. – Posyła mi przepraszający uśmiech, a ja od razu się rozpływam… Cóż, może nie aż tak bardzo zła. – Chciałbyś coś zjeść? – pytam. Kiwa powoli głową. – Tak. Ciebie – mruczy. Czuję ściskanie wszędzie poniżej talii. Potrafi mnie uwieść samym głosem, ale to spojrzenie, ten głodny, spragniony wzrok – o rety. Stoi przede mną. Nie dotyka mnie, a jedynie patrzy mi prosto w oczy, otulając gorącem, które emanuje z jego ciała. Strasznie mi duszno, nogi mam jak z waty i zżera mnie mroczne pożądanie. Pragnę tego mężczyzny. – Jadłaś coś dzisiaj? – pyta cicho. – Kanapkę w przerwie na lunch – odpowiadam szeptem. Nie mam ochoty rozmawiać o jedzeniu. Mruży oczy. – Musisz jeść. – Naprawdę nie mam teraz apetytu… na jedzenie. – A na co go pani ma, panno Steele? – Myślę, że pan wie, panie Grey. Pochyla się i znowu wydaje mi się, że zaraz mnie pocałuje. Nie robi tego jednak. – Chcesz, abym cię pocałował, Anastasio? – szepcze mi cicho do ucha. – Tak – odpowiadam bez tchu. – Gdzie? – Wszędzie. – Będziesz musiała wyrażać się nieco jaśniej. Uprzedzałem, że nie zamierzam cię dotknąć, dopóki nie będziesz mnie błagać i mówić, co mam robić. No to przepadłam, on nie gra fair. – Proszę – mówię szeptem. – Prosisz o co? – Dotknij mnie. – Gdzie, maleńka? Znajduje się tak irytująco blisko, jego zapach jest odurzający. Unoszę rękę, a on natychmiast stawia krok w tył. – Nie, nie – beszta mnie. Spojrzenie ma czujne. – Słucham? – Nie… wracaj. – Nie. – Kręci głową. – W ogóle? – Co ja poradzę na to, że w moim głosie słychać pragnienie? Patrzy na mnie niepewnie i jego wahanie dodaje mi odwagi. Robię krok w jego stronę, a on znowu się cofa. Obronnym gestem unosi ręce, ale się uśmiecha. – Słuchaj, Ana. – To ostrzeżenie. Z irytacją przeczesuje palcami włosy. – Czasami nie masz nic przeciwko – mówię żałośnie. – Może powinnam poszukać markera, żebyśmy mogli zaznaczyć miejsca, gdzie nic z tego. Unosi brew. – To całkiem dobry pomysł. Gdzie jest twój pokój? Kiwam głową. Czy on celowo zmienia temat? – Bierzesz pigułki? O cholera. Pigułki. Mina mu rzednie. – Nie – mówię piskliwie. – Rozumiem. – Usta zaciska w cienką linię. – Chodź, zjemy coś. – Myślałam, że pójdziemy do łóżka! Chcę iść z tobą do łóżka. – Wiem, skarbie. – Uśmiecha się i nagle daje nura w moją stronę, chwyta mnie za nadgarstki i przyciąga do siebie, tak że nasze ciała się stykają. – Musisz jeść i ja też – mruczy, przewiercając mnie gorącym wzrokiem. – Poza tym… wyczekiwanie to podstawa uwodzenia, a na chwilę obecną naprawdę podoba mi się opóźnianie satysfakcji. Niby od kiedy? – Zostałam uwiedziona i już teraz pragnę satysfakcji. Będę błagać, proszę – marudzę. Uśmiecha się do mnie czule. – Jedzenie. Jesteś za szczupła. – Całuje mnie w czoło i puszcza. To gra, część jakiegoś niecnego planu. Rzucam mu spojrzenie spode łba. – Nadal jestem na ciebie zła za to, że kupiłeś SIP, a teraz dodatkowo za to, że każesz mi czekać – oświadczam, wydymając usta. – Ależ gniewna z ciebie damulka. Po dobrym posiłku poczujesz się lepiej. – Już ja wiem, po czym poczuję się lepiej. – Anastasio Steele, jestem zaszokowany. – W jego głosie pobrzmiewa kpina. – Przestań się ze mną drażnić. Nie grasz fair. Przygryza dolną wargę, żeby się szeroko nie uśmiechnąć. Wygląda po prostu uroczo… żartobliwy Christian bawiący się z moim libido. Szkoda tylko, że nie jestem lepsza w uwodzeniu. Wiedziałabym wtedy, co robić. Nie ułatwia mi sprawy fakt, że nie wolno mi go dotykać. Moja wewnętrzna bogini mruży oczy i wygląda na zadumaną. Musimy nad tym popracować. Gdy Christian i ja wpatrujemy się w siebie – ja rozpalona i przepełniona pragnieniem, on zrelaksowany i bawiący się moim kosztem – uświadamiam sobie, że nie mam w domu nic do jedzenia. – Mogłabym coś ugotować, tyle że najpierw musimy iść na zakupy. – Zakupy? – Spożywcze. – Nie masz nic do jedzenia? – Jego spojrzenie twardnieje. Kręcę głową. Kurczę, chyba jest zły. – No to chodźmy na te zakupy – mówi surowo, po czym odwraca się na pięcie, podchodzi do drzwi i otwiera je przede mną. – Kiedy ostatni raz byłeś w supermarkecie? Christian nie pasuje do otoczenia, ale posłusznie chodzi za mną z koszykiem. – Nie pamiętam. – Zakupami zajmuje się pani Jones? – Taylor chyba jej pomaga. Nie jestem pewny. – Chińszczyzna może być? Szybko się ją robi. – Może być. – Christian uśmiecha się szeroko, bez wątpienia wiedząc, dlaczego nie chcę spędzać dużo czasu w kuchni. – Długo dla ciebie pracują? – Taylor chyba ze cztery lata. Pani Jones podobnie. Czemu nie miałaś w mieszkaniu nic do jedzenia? – Wiesz czemu – burczę, rumieniąc się. – To ty mnie zostawiłaś – mówi z dezaprobatą. – Wiem – odpowiadam cicho. Nie chcę, aby mi o tym przypominał. Docieramy do kasy i milcząc, stajemy w kolejce. Zastanawiam się, czy gdybym nie odeszła, Christian zaproponowałby mi waniliową alternatywę. – Masz coś do picia? – Przywołuje mnie do rzeczywistości. – Piwo… chyba. – Pójdę po jakieś wino. O rany. Nie bardzo wiem, jaki rodzaj win dostępny jest w supermarkecie Ernie’s. Christian wraca z pustymi rękami. Krzywi się. – Zaraz obok jest dobry sklep monopolowy – mówię szybko. – Zobaczę, co tam mają. Może powinniśmy po prostu jechać do niego; wtedy nie byłoby tego całego zamieszania. Patrzę, jak z niewymuszoną gracją zdecydowanym krokiem opuszcza sklep. Dwie wchodzące akurat kobiety zatrzymują się i gapią na niego. Och, patrzcie sobie, patrzcie, myślę zniechęcona. Pragnę mieć go z powrotem w swoim łóżku, ale on gra trudnego do zdobycia. Może ja też powinnam. Moja wewnętrzna bogini przytakuje mi energicznie. I gdy stoję w kolejce do kasy, razem układamy plan. Hmm… Christian wnosi do mieszkania torby z zakupami. Niósł je przez całą drogę ze sklepu. Dziwnie wygląda. Jakoś tak nieprezesowsko. – Wyglądasz bardzo… domowo. – Dotąd nikt mi tego nie zarzucił – stwierdza cierpko. Stawia torby na blacie wyspy. Gdy zabieram się za rozpakowywanie, on wyjmuje butelkę białego wina i rozgląda się za korkociągiem. – Wszystko jest dla mnie jeszcze nowe. Możliwe, że znajdziesz go w tamtej szufladzie. – Pokazuję brodą. To się wydaje takie… normalne. Dwoje ludzi poznających się, przygotowujących wspólnie posiłek. A jednocześnie jest tak dziwnie. Zniknął gdzieś strach, który zawsze czułam w jego obecności. Tyle już rzeczy robiliśmy razem, takich, że na samą myśl o nich oblewam się rumieńcem, a mimo to ledwo go znam. – O czym myślisz? – wyrywa mnie z zadumy. Zdejmuje marynarkę i kładzie ją na kanapie. – O tym, jak mało cię znam. Jego spojrzenie łagodnieje. – Nikt nie zna mnie tak dobrze jak ty. – Nie uważam, aby to była prawda. – W moich myślach pojawia się nieproszona pani Robinson. – To jest prawda, Anastasio. Jestem bardzo, ale to bardzo skryty. Podaje mi kieliszek białego wina. – Na zdrowie – mówi. – Na zdrowie. – Upijam łyk, a Christian wkłada butelkę do lodówki. – Mogę ci jakoś pomóc? – pyta. – Nie, dam sobie radę. Siądź sobie. – Chciałbym pomóc. – Mówi to szczerze. – Możesz pokroić warzywa. – Nie umiem gotować. – Podejrzliwie patrzy na nóż, który mu podaję. – No bo nie musisz. – Kładę przed nim deskę do krojenia i kilka czerwonych papryczek. Przygląda się im z konsternacją. – Nigdy nie kroiłeś warzyw? – Nie. Uśmiecham się drwiąco. – Kpisz sobie ze mnie? – Wygląda na to, że potrafię robić coś, czego ty nie. Spójrzmy prawdzie w oczy, Christianie, to chyba pierwsza taka sytuacja. No dobrze, pokażę ci. Ocieram się o niego, a on robi krok w tył. Moja wewnętrzna bogini prostuje się i zaczyna się nam bacznie przyglądać. – Tak to się robi. – Siekam papryczkę, oddzielając pestki. – Wydaje się proste. – Nie powinieneś mieć z tym żadnych problemów – rzucam ironicznie. Przez chwilę przygląda mi się spokojnie, po czym zabiera się za swoje zadanie, gdy tymczasem ja kroję w kostkę pierś kurczaka. Zaczyna kroić, ostrożnie, powoli. O rany, spędzimy tu całą noc. Myję ręce i z szafek wyciągam wok, oliwę oraz inne potrzebne składniki, co rusz ocierając się o niego – biodrem, ramieniem, plecami, dłońmi. Krótkie, pozornie niewinne dotknięcia. Nieruchomieje za każdym razem, gdy to robię. – Wiem, co robisz, Anastasio – burczy, nadal krojąc tę pierwszą paprykę. – To się chyba nazywa gotowanie – trzepoczę rzęsami. Biorę do ręki drugi nóż i staję obok Christiana. Obieram i siekam czosnek, szalotki i fasolę, niezmiennie na niego wpadając. – Dobra w tym jesteś – stwierdza i zabiera się za drugą paprykę. – W krojeniu? – Trzepot rzęs. – Lata praktyki. – Znowu się o niego ocieram, tym razem pupą. Po raz kolejny nieruchomieje. – Jeśli zrobisz to jeszcze raz, Anastasio, posiądę cię na kuchennej podłodze. Wow. To działa. – Najpierw będziesz mnie musiał błagać. – To wyzwanie? – Możliwe. Odkłada nóż i podchodzi do mnie powoli. Oczy mu płoną. Wyłącza gaz. Oliwa w woku niemal natychmiast się uspokaja. – Myślę, że zjemy później – mówi. – Włóż mięso do lodówki. Nie jest to zdanie, które się spodziewałam usłyszeć z ust Christiana Greya, i tylko on potrafi sprawić, aby te słowa brzmiały podniecająco. Biorę z blatu miskę z pokrojonym kurczakiem, przykrywam ją talerzem i wstawiam do lodówki. Kiedy się odwracam, on stoi tuż za mną. – Więc będziesz błagał? – pytam szeptem, odważnie patrząc mu w oczy. – Nie, Anastasio. – Kręci głową. – Żadnego błagania. – Głos ma miękki, uwodzicielski. I stoimy tak, patrząc na siebie, chłonąc siebie nawzajem – atmosfera naładowana jest elektrycznością. Żadne z nas nic nie mówi, jedynie patrzymy. Przygryzam wargę, gdy znów zalewa mnie fala pożądania, rozgrzewając krew, spłycając oddech, zbierając się poniżej talii. Widzę moje reakcje odbijające się w jego spojrzeniu. Nagle chwyta moje biodra i przyciąga do siebie. Zatapiam palce w jego włosach. Usta Christiana obejmują w posiadanie moje. Popycha mnie na lodówkę, słyszę ciche, pełne protestu pobrzękiwanie butelek i słoików. Nasze języki się odnajdują. Jęczę mu prosto do ust, gdy jedną dłonią pociąga mnie za włosy w trakcie namiętnego pocałunku. – Czego pragniesz, Anastasio? – pyta bez tchu. – Ciebie. – Gdzie? – W łóżku. Bierze mnie na ręce, po czym szybko i bez wysiłku niesie do mojej sypialni. Stawia mnie przy łóżku, schyla się i włącza lampkę. Rozgląda się szybko po pokoju i zasuwa kremowe zasłony. – Teraz co? – pyta miękko. – Kochaj się ze mną. – Jak? Jezu. – Musisz mi powiedzieć, maleńka. Jasny gwint. – Rozbierz mnie. – Jeszcze nic, a ja już mam przyspieszony oddech. Uśmiecha się i wsuwa palec wskazujący za materiał mojej rozpiętej przy szyi koszuli, po czym przyciąga mnie do siebie. – Grzeczna dziewczynka – mruczy i nie odrywając płonącego spojrzenia od moich oczu, powoli zaczyna rozpinać mi koszulę. Aby zachować równowagę, niepewnie opieram się dłońmi o jego ramiona. Nic nie mówi. A więc ramiona to bezpieczna strefa. Kiedy wszystkie guziki są już rozpięte, zsuwa mi koszulę z ramion, a ja puszczam go i pozwalam, by opadła na podłogę. Sięga do zapięcia moich dżinsów, odpina je i rozsuwa zamek. – Powiedz mi czego pragniesz, Anastasio. – Jego oczy płoną, oddech ma płytki, a usta rozchylone. – Pocałuj mnie odtąd dotąd – szepczę, przesuwając palcem od dolnej części ucha wzdłuż szyi. Christian odgarnia moje włosy z linii ognia i nachyla się, pozostawiając słodkie, delikatne pocałunki na ścieżce wyznaczonej przez mój palec, po czym wraca tą samą drogą. – Dżinsy i figi – mruczę, a on uśmiecha się i klęka przede mną. Och, poczucie władzy jest upajające. Wsunąwszy kciuki za pasek dżinsów, razem z figami lekko ściąga je w dół. Po chwili mam na sobie już tylko stanik. Christian przerywa i patrzy na mnie wyczekująco, ale nie wstaje. – Co teraz, Anastasio? – Pocałuj mnie – mówię szeptem. – Gdzie? – Wiesz gdzie. – Gdzie? Och, a więc nie idzie na żadne ustępstwa. Z zażenowaniem pokazuję na złączenie ud, a on uśmiecha się szelmowsko. Zamykam oczy, zakłopotana, ale jednocześnie podniecona do granic możliwości. – Och, z przyjemnością – chichocze Christian. Całuje mnie i wysuwa język, ten swój niosący radość, wprawny język. Jęczę i wplatam palce w jego włosy. On nie przerywa, zataczając językiem kółka wokół łechtaczki, doprowadzając mnie do szaleństwa, raz za razem, dookoła. Ach… to tylko… jak długo…? Och… – Christian, proszę – jęczę błagalnie. Nie chcę szczytować na stojąco. Nie mam tyle siły. – Proszę co, Anastasio? – Kochaj się ze mną. – Kocham – mruczy, delikatnie dmuchając. – Nie. Chcę poczuć cię w sobie. – Jesteś pewna? – Proszę. Nie przerywa słodkich, wymyślnych tortur. Jęczę głośno. – Christian… proszę. Wstaje i patrzy na mnie, a usta mu lśnią od dowodu mego pożądania. To takie podniecające… – No i? – pyta. – No i co? – pytam bez tchu, ogarnięta gorączkową potrzebą. – Ja jestem nadal w ubraniu. Patrzę na niego z konsternacją. Rozebrać go? Tak, mogę to zrobić. Sięgam do jego koszuli i Christian robi krok w tył. – O nie – upomina mnie. Cholera, jemu chodzi o dżinsy. Och, mam pewien pomysł. Moja wewnętrzna bogini wydaje głośne okrzyki, a ja klękam przed nim. Dość niezdarnie rozpinam drżącymi palcami rozporek, po czym energicznym ruchem opuszczam mu dżinsy i bokserki, uwalniając jego męskość. Wow. Podnoszę wzrok i widzę, że Christian przygląda mi się z… czym? Niepokojem? Podziwem? Zaskoczeniem? Wychodzi z dżinsów i ściąga skarpetki, a ja biorę go w dłoń i ściskam mocno, przesuwając dłoń tak, jak mi pokazywał. Wydaje jęk i cały się napina, wypuszczając świszczący oddech przez zaciśnięte zęby. Bardzo ostrożnie wsuwam go do ust i ssę – mocno. Mhm, pyszny. – Ach. Ana… delikatnie. Delikatnie chwyta moją głowę, a ja wsuwam go głębiej do ust, wargami zasłaniając zęby, i mocno ssę. – Kurwa – rzuca. Och, to dobry, inspirujący, seksowny odgłos, więc robię to jeszcze raz, wciągając go głębiej, tańcząc językiem po koniuszku. Hmm… czuję się jak Afrodyta. – Ana, wystarczy. Dość tego. Robię to znowu – błagaj, Grey, błagaj – i znowu. – Ana, wystarczy tej manifestacji – warczy przez zaciśnięte zęby. – Nie chcę dojść w twoich ustach. Robię to jeszcze raz, a on pochyla się, chwyta mnie za ramiona, podciąga do góry i rzuca na łóżko. Ściąga przez głowę koszulę, po czym sięga do leżących na ziemi dżinsów i niczym porządny harcerz wyjmuje z nich foliową paczuszkę. Dyszy ciężko, tak jak i ja. – Zdejmij stanik – nakazuje. Siadam i robię, co mi każe. – Połóż się. Chcę na ciebie popatrzeć. Kładę się i obserwuję, jak powoli zakłada prezerwatywę. Tak bardzo go pragnę. Patrzy na mnie i oblizuje usta. – Stanowisz przyjemny widok dla oka, Anastasio Steele. – Pochyla się i powoli przesuwa się w górę, całując mnie przy tym. Całuje po kolei piersi, drażniąc podniecająco brodawki, a ja jęczę i wiję się pod nim. Nie… Przestań. Pragnę cię. – Christian, proszę. – Proszę co? – mruczy pomiędzy piersiami. – Chcę poczuć cię w sobie. – Naprawdę? – Proszę. Patrząc mi w oczy, nogą rozchyla uda i przechyla się tak, że wisi nade mną. Nie odrywając ode mnie wzroku, rozkosznie powoli wsuwa się we mnie. Zamykam oczy, delektując się jego twardością, tym wyjątkowym uczuciem, że należę do niego. Odruchowo unoszę biodra, aby wyjść mu na spotkanie, aby w pełni się z nim połączyć. Jęczę głośno. Christian wycofuje się i bardzo powoli znowu się we mnie zanurza. Moje palce odnajdują drogę do jedwabistych, niesfornych włosów, a on, och… tak powoli raz po raz się ze mnie wysuwa. – Szybciej, Christianie, szybciej… proszę. Spogląda na mnie triumfująco i mocno całuje, a potem rzeczywiście zaczyna się poruszać – nieustępliwie, karząco… och – i już wiem, że nie potrwa to długo. Ustala pulsujący rytm. Zaczynam przyspieszać, moje nogi się naprężają. – No już, mała – dyszy. – Dojdź dla mnie. Jego słowa mnie gubią. Eksploduję, spektakularnie, oszałamiająco, i rozpadam się na milion kawałków, a on sekundę później podąża za mną, wołając moje imię. – Ana! O kurwa, Ana! – Opada na mnie i chowa twarz na mojej szyi. ROZDZIAŁ CZWARTY Gdy wraca mi zdolność myślenia, otwieram oczy i przyglądam się twarzy mężczyzny, którego kocham. Twarzy pełnej czułości. Muska nosem mój nos, opierając ciężar ciała na łokciach. Jego dłonie spoczywają na moich, tuż przy mojej głowie. Niestety podejrzewam, że robi to po to, abym go nie dotknęła. Wysuwa się ze mnie, składając na mych ustach delikatny pocałunek. – Brakowało mi tego – szepcze. – Mnie też. Ujmuje moją brodę i mocno całuje. To namiętny, błagalny pocałunek, proszący o co? Nie wiem. Kiedy Christian odrywa usta od moich, brak mi tchu. – Więcej mnie nie zostawiaj – mówi błagalnie, patrząc mi prosto w oczy. Na jego twarzy maluje się powaga. – Dobrze – szepczę i uśmiecham się do niego. Uśmiech, który widzę w odpowiedzi, jest wyjątkowo promienny; ulga, euforia i chłopięca radość tworzą kombinację potrafiącą zmiękczyć najtwardsze nawet serce. – Dziękuję za iPada. – Ależ nie ma za co, Anastasio. – Którą z piosenek lubisz najbardziej? – O nie, za dużo byś o mnie wiedziała. – Uśmiecha się szeroko. – Ugotuj mi jakąś strawę, dziewko. Umieram z głodu – dodaje, siadając nagle i pociągając mnie za sobą. – Dziewko? – Chichoczę. – Dziewko. Jadło proszę. – Skoro tak ładnie prosisz, panie, już się biorę do roboty. Gdy gramolę się z łóżka, przesuwam poduszkę, ujawniając kryjący się pod nią sflaczały balon. Christian bierze go do ręki i patrzy na mnie z konsternacją. – To mój balonik – mówię, sięgając po szlafrok. Kurde, czemu on musiał go znaleźć? – W łóżku? – Tak. – Rumienię się. – Dotrzymywał mi towarzystwa. – Szczęściarz z Charliego Tango. – W jego głosie słychać zdziwienie. Owszem, jestem sentymentalna, Grey, ponieważ cię kocham. – Mój balonik – powtarzam, po czym odwracam się na pięcie i wychodzę do kuchni, zostawiając Christiana uśmiechniętego od ucha do ucha. Siedzimy na perskim dywanie Kate, pałeczkami wyjadamy chińszczyznę z porcelanowych miseczek, popijając schłodzonym białym pinot grigio. Christian opiera się o kanapę, wyciągnąwszy przed siebie nogi. Włosy ma potargane, jak to po seksie. Ma na sobie dżinsy, koszulę i nic więcej. W tle nucą cicho panowie z Buena Vista Social Club. – Smaczne – mówi z uznaniem, nabierając pałeczkami kolejną porcję. Siedzę obok po turecku, jedząc łapczywie i podziwiając jego bose stopy. – Najczęściej to ja się zajmuję gotowaniem. Kate średnio radzi sobie w kuchni. – Mama cię nauczyła? – Mama? – prycham. – Kiedy zaczęło mnie to interesować, mama mieszkała już w Mansfield w Teksasie z Mężem Numer Trzy. A Ray, cóż, gdyby nie ja, żywiłby się tostami i jedzeniem na wynos. Christian przygląda mi się uważnie. – Czemu nie zamieszkałaś w Teksasie z mamą? – Jej mąż, Steve, i ja… nie dogadywaliśmy się. I tęskniłam za Rayem. Jej związek ze Steve’em nie trwał długo. Myślę, że się opamiętała. Nigdy o nim nie mówi – dodaję cicho. To taka mroczna część jej życia, o której nigdy nie rozmawiamy. – Zostałaś więc w Waszyngtonie z ojczymem? – Bardzo krótko mieszkałam w Teksasie. Potem wróciłam do Raya. – Wygląda na to, że to ty się nim opiekowałaś – mówi miękko. – Chyba tak. – Wzruszam ramionami. – Przyzwyczajona jesteś do opiekowania się ludźmi. Coś w jego głosie przykuwa moją uwagę i podnoszę wzrok. – O co chodzi? – pytam. – Ja chcę się tobą zaopiekować. – W jego oczach płoną jakieś nienazwane emocje. Serce mi przyspiesza. – Zauważyłam – mówię cicho. – Tylko jakoś w dziwny sposób się za to zabierasz. Marszczy brwi. – Inaczej nie potrafię. – Nadal jestem na ciebie zła za kupienie SIP. Uśmiecha się. – Wiem, ale twoja złość i tak by mnie nie powstrzymała. – I co ja mam teraz powiedzieć kolegom z pracy, Jackowi? Christian mruży oczy. – Ten złamas lepiej niech się ma na baczności. – Christian! To mój szef. Zaciska usta w cienką linię. Wygląda jak krnąbrny uczeń. – Nie mów im. – Czego mam nie mówić? – Że wydawnictwo należy do mnie. Wczoraj podpisano zarys warunków umowy. Przewiduje on czterotygodniowy zakaz ujawniania informacji dotyczących zmiany właściciela, a w tym czasie zarząd SIP dokona pewnych zmian. – Och… zostanę bez pracy? – pytam niespokojnie. – Szczerze w to wątpię – odpowiada cierpko Christian, starając się stłumić uśmiech. Robię gniewną minę. – Jeśli odejdę i poszukam sobie pracy w innej firmie, ją także kupisz? – Chyba nie myślisz o odejściu? – Wraca czujność. – Może i myślę. W sumie nie dałeś mi wielkiego wyboru. – Tak, tamtą firmę też kupię – oświadcza stanowczo. Jestem w sytuacji bez wyjścia. – Nie sądzisz, że zachowujesz się ciut nadopiekuńczo? – Tak. Mam pełną świadomość, że tak to wygląda. – Dzwoń do doktora Flynna – burczę. Odstawia pustą miskę i patrzy na mnie spokojnie. Wzdycham. Nie chcę się kłócić. Wstaję i sięgam po jego naczynie. – Masz ochotę na deser? – W końcu gadasz do rzeczy! – Posyła mi lubieżny uśmiech. – Nie na mnie. – A czemu nie? Moja wewnętrzna bogini budzi się z drzemki i siada wyprostowana, zamieniając się w słuch. – Mamy lody. Waniliowe – prycham. – Naprawdę? – Uśmiech Christiana staje się jeszcze szerszy. – Myślę, że mogłyby się okazać użyteczne. Słucham? Patrzę osłupiała, jak wstaje zgrabnie. – Mogę zostać? – pyta. – To znaczy? – Na noc. – Sądziłam, że tak właśnie zrobisz. – To dobrze. Gdzie te lody? – W piekarniku. – Uśmiecham się słodko. Przechyla głowę, wzdycha i kręci głową. – Sarkazm to kiepska forma ciętego dowcipu, panno Steele. – Oczy mu błyszczą. O cholera. Co on knuje? – Mógłbym cię jednak przełożyć przez kolano. Wstawiam miski do zlewu. – Masz przy sobie te srebrne kulki? Klepie się po klatce piersiowej, brzuchu i kieszeniach dżinsów. – To zabawne, ale nie noszę przy sobie zapasowego kompletu. W pracy niewielkie jest na nie zapotrzebowanie. – Bardzo się cieszę, że to słyszę, panie Grey. A wydawało mi się, że mówiłeś, iż sarkazm to kiepska forma ciętego dowcipu. – Cóż, Anastasio, moje nowe motto brzmi tak: „Jeśli z czymś nie możesz walczyć, musisz to polubić”. Gapię się na niego – nie mogę uwierzyć, że to powiedział – a on wygląda na niesłychanie z siebie zadowolonego. Odwraca się, otwiera zamrażalnik i wyjmuje pudełko lodów waniliowych Ben & Jerry’s. – Nadadzą się idealnie. – Podnosi na mnie wzrok. – Ben & Jerry’s & Ana. – Wypowiada to powoli, podkreślając każdą sylabę. A niech mnie. Szczęka opada mi chyba aż na podłogę. Christian otwiera szufladę i wyjmuje z niej łyżkę. Kiedy unosi głowę, spojrzenie ma mroczne, a język przesuwa się po górnych zębach. Och, ten język. Zaintrygował mnie. W moich żyłach zaczyna krążyć rozpustne pożądanie. Będzie zabawa z jedzeniem. – Mam nadzieję, że jest ci ciepło – mówi cicho. – Zamierzam cię tym schłodzić. Chodź. – Wyciąga rękę i podaję mu dłoń. W sypialni stawia lody na stoliku nocnym, ściąga z łóżka kołdrę i obie poduszki, po czym kładzie je na podłodze. – Masz pościel na zmianę, prawda? Kiwam głową, obserwując go zafascynowana. Bierze do ręki Charliego Tango. – Nie rób nic mojemu balonikowi – rzucam ostrzegawczo. Usta wyginają mu się w półuśmiechu. – Gdzieżbym śmiał, maleńka, ale mam ochotę zrobić coś tobie i tej pościeli. Niemalże drżę. – Chcę cię związać. Och. – Dobrze – szepczę. – Tylko ręce. Do łóżka. Muszę cię unieruchomić. – Dobrze – szepczę ponownie, niezdolna do niczego więcej. Podchodzi, nie odrywając ode mnie wzroku. – Wykorzystamy to. – Ujmuje koniec paska przy moim szlafroku i powoli, rozkosznie i drażniąco, pociąga, rozwiązując kokardę, a potem go zabiera. Poły szlafroka rozchylają się, gdy tymczasem ja stoję sparaliżowana pod gorącym wzrokiem. Po chwili zsuwa szlafrok z moich ramion. Ten opada u mych stóp, a ja stoję naga. Gładzi moją twarz wierzchem dłoni i ten dotyk odbija się echem w moim kroczu. Pochyla się i obdarza krótkim pocałunkiem. – Połóż się na łóżku. Na plecach – mruczy, a oczy mu ciemnieją, wwiercając się w moje. Robię, co mi każe. Pokój oświetla jedynie blade światło nocnej lampki. Generalnie nie znoszę żarówek energooszczędnych – są takie ciemne – ale teraz, gdy jestem naga, cieszę się z przytłumionego światła, jakie dają. Christian stoi przy łóżku, wpatrując się we mnie. – Cały dzień mógłbym na ciebie patrzeć, Anastasio – mówi. Po tych słowach wchodzi na łóżko i siada na mnie okrakiem. – Ręce nad głowę – nakazuje. Tak robię, a on zawiązuje mi koniec paska na lewym nadgarstku, a drugi koniec przeciąga przez metalowe szczeble w wezgłowiu łóżka. Mocno pociąga, tak że lewą rękę mam wyprostowaną nad głową. Następnie unieruchamia mi prawą rękę, mocno zawiązując pasek. Kiedy jestem już skrępowana, Christian wyraźnie się odpręża. Lubi mnie taką. Tym sposobem nie mogę go dotknąć. W mojej głowie pojawia się myśl, że żadna z jego uległych także nie mogła go dotykać – a co więcej, nigdy nie miały takiej sposobności. To on zawsze sprawował kontrolę i trzymał je na dystans. Dlatego właśnie lubi te swoje zasady. Schodzi ze mnie i pochyla się, aby przelotnie cmoknąć w usta. Następnie wstaje, ściąga koszulę przez głowę, rozpina dżinsy i szybko się ich pozbywa. Jest cudownie nagi. Moja wewnętrzna bogini wykonuje potrójnego aksla, a mnie nagle zasycha w ustach. Ma szerokie, umięśnione ramiona i wąskie biodra, przez co jego sylwetka przypomina odwrócony trójkąt. Widać, że chodzi na siłownię. Cały dzień mogłabym na niego patrzeć. Przechodzi na koniec łóżka, chwyta mnie za kostki i szybko pociąga w dół, tak że ramiona mam wyciągnięte i zupełnie unieruchomione. – Tak lepiej – stwierdza. Bierze ze stolika pudełko z lodami i znowu siada na mnie okrakiem. Bardzo powoli zdejmuje pokrywkę i zanurza łyżeczkę. – Hmm… jeszcze są twarde – mówi, unosząc brew. Nabiera porcję lodów waniliowych i wkłada do ust. – Pyszne – mruczy, oblizując wargi. – To niesamowite, jak smaczna może być zwykła wanilia. – Spogląda na mnie. – Masz ochotę? – pyta wesoło. Wygląda tak cholernie podniecająco, młodo i beztrosko – siedząc na mnie i jedząc lody. Och, co on, u licha, zamierza mi zrobić? Nieśmiało kiwam głową. Nabiera kolejną porcję i przybliża łyżeczkę do mojej twarzy. Otwieram usta, a wtedy on szybko wkłada ją do swoich. – Są za dobre, żeby się dzielić – oświadcza, uśmiechając się szelmowsko. – Ej – protestuję. – Ależ, panno Steele, lubi pani wanilię? – Tak. – Mówię to głośniej, niż zamierzałam, i bezskutecznie próbuję go z siebie zrzucić. Śmieje się. – Stajemy się zadziorni, tak? Na twoim miejscu bym tego nie robił. – Lody – mówię prosząco. – Cóż, jako że tak wiele mi dzisiaj dałaś rozkoszy, panno Steele… – Ustępuje i podaje mi łyżeczkę pełną lodów. Tym razem pozwala mi je zjeść. Chce mi się śmiać. On naprawdę świetnie się bawi, a jego dobry humor jest zaraźliwy. Nabiera kolejną łyżeczkę i znów mnie częstuje; a potem jeszcze raz. Okej, wystarczy. – Hmm, cóż, to całkiem dobry sposób na zmuszenie cię do jedzenia. Mógłbym się do tego przyzwyczaić. Nabiera lody na łyżeczkę i zbliża ją do mych ust. Tym razem trzymam je zaciśnięte i kręcę głową. Christian pozwala, aby powoli się roztopiły, po czym kapie mi nimi na szyję i piersi. Nachyla się i bardzo powoli je zlizuje. Moje ciało natychmiast rozpala pożądanie. – Mhm. Z pani ciała, panno Steele, są jeszcze smaczniejsze. Pociągam za pasek szlafroka i łóżko skrzypi złowieszczo, ale mam to gdzieś – całą trawi mnie ogień. Christian nabiera kolejną łyżeczkę i upuszcza lody na moje piersi. Następnie rozsmarowuje je łyżeczką po obu piersiach i brodawkach. Och… zimne. Brodawki natychmiast twardnieją pod chłodną warstwą. To prawdziwe męczarnie. Gdy lody zaczynają się rozpuszczać, spływają z mego ciała na łóżko. Usta Christiana kontynuują swoje słodkie tortury, mocno ssąc, delikatnie muskając. Och, błagam! Głośno dyszę. – Chcesz trochę? – I nim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, jego język wsuwa się do mych ust. Jest zimny, zręczny, smakuje wanilią i Christianem. Pyszny. Gdy zaczynam się przyzwyczajać do tego doznania, on znowu siada i przesuwa łyżeczkę z lodami środkiem mego ciała, przez brzuch aż do pępka, gdzie pozostawia porcyjkę lodów. Och, są bardzo zimne, ale w dziwny sposób palą mi skórę. – Już to kiedyś robiłaś. – Oczy Christiana lśnią. – Będziesz musiała leżeć nieruchomo, w przeciwnym razie lody wylądują na łóżku. – Całuje po kolei obie piersi i mocno ssie brodawki, po czym jego usta podążają śladem lodów w dół mego ciała, ssąc i liżąc. A ja się staram. Naprawdę się staram leżeć nieruchomo, pomimo tego przyprawiającego o zawrót głowy połączenia zimna i jego rozpalającego dotyku. Ale moje biodra mimowolnie zaczynają się poruszać, wirując w swoim własnym rytmie, ulegając czarowi tej chłodnej wanilii. Christian przesuwa się niżej i zaczyna zlizywać lody z mego brzucha, wsuwając język do pępka. Jęczę. O mamusiu. Jest zimno, jest gorąco, jest podniecająco. Ale on nie przestaje. Łyżeczkę z lodami przesuwa jeszcze niżej, na włosy łonowe, na łechtaczkę. Krzyczę głośno. – Ćśś – mówi łagodnie Christian, a jego magiczny język zabiera się za zlizywanie lodów. Jęczę cichutko. – Och… proszę… Christianie. – Wiem, skarbie, wiem. Nie przerywa ani na chwilę, a moje ciało się unosi – coraz wyżej i wyżej. Wkłada we mnie jeden palec, po chwili drugi i w przejmująco wolnym tempie wsuwa je i wysuwa. – Właśnie tak – mruczy, rytmicznie pocierając przednią ścianę pochwy, jednocześnie liżąc i ssąc. Nieoczekiwanie przeżywam orgazm tak intensywny, że oszałamia wszystkie moje zmysły, zamazując to, co się dzieje wokół mego ciała. Wiję się i jęczę. O rany, szybko poszło. Mgliście uświadamiam sobie, że Christian przerwał swoje rozkoszne działania. Zakłada prezerwatywę, a chwilę później wchodzi we mnie. Szybko i głęboko. – O tak! – jęczy, wbijając się we mnie. Cały się klei; resztki roztopionych lodów przechodzą z mojej skóry na jego. To dziwne, rozpraszające uczucie, ale doznawać go mogę tylko przez kilka sekund, gdyż Christian nagle wychodzi ze mnie i przekręca mnie na brzuch. – Teraz tak – mruczy i znowu jest we mnie, ale nie od razu wznawia ten swój nieustępliwy rytm. Wychyla się, uwalnia mi dłonie i pociąga do góry, tak że praktycznie siedzę na nim. Jego dłonie zamykają się na moich piersiach. Pociąga lekko za brodawki. Jęczę, odrzucając do tyłu głowę. Christian muska nosem moją szyję, a potem kąsa ją, zaczynając poruszać biodrami, rozkosznie powoli, raz po raz wypełniając mnie sobą. – Masz pojęcie, ile dla mnie znaczysz? – dyszy mi do ucha. – Nie. – Brak mi tchu. – A właśnie że wiesz. Nie pozwolę ci odejść. Z mojego gardła wydobywa się głośny jęk, gdy jego ruchy stają się coraz szybsze. – Jesteś moja, Anastasio. – Tak, twoja – dyszę. – Troszczę się o to, co jest moje – syczy i przygryza mi ucho. Krzyczę. – Tak, mała, chcę cię słyszeć. Jedną ręką oplata mnie w talii, drugą chwyta za biodro i wchodzi we mnie jeszcze mocniej, jeszcze głębiej, a ja znowu krzyczę. I zaczyna się morderczy rytm. Jego oddech staje się coraz głośniejszy, coraz bardziej urywany, taki jak mój. Czuję w dole brzucha znajome przyspieszenie. Znowu! Jestem jednym wielkim doznaniem. Właśnie to robi ze mną Christian – bierze moje ciało i obejmuje je w posiadanie, tak że nie jestem w stanie myśleć o niczym poza nim. Jego czary są przemożne, upajające. Jestem motylem schwytanym w jego sieć, nie potrafię i nie mam ochoty uciec. Jestem jego… cała jego. – No dalej, mała – syczy przez zaciśnięte zęby. Jak na zawołanie, niczym uczeń czarnoksiężnika pozbywam się wszystkich hamulców i jednocześnie doznajemy spełnienia. Leżymy na łyżeczki na lepkim prześcieradle. Christian wtula nos w moje włosy. – Przeraża mnie to, co do ciebie czuję – szepczę. Nieruchomieje. – Mnie też, maleńka – mówi cicho. – A jeśli mnie zostawisz? – Ta myśl jest straszna. – Nigdzie się nie wybieram. Nie sądzę, abym się kiedykolwiek tobą nasycił, Anastasio. Odwracam się i patrzę na niego. Twarz ma poważną, szczerą. Przechylam się i delikatnie go całuję. Uśmiecha się i wkłada mi kosmyk włosów za ucho. – Jeszcze nigdy nie czułem tego, co po twoim odejściu, Anastasio. Poruszyłbym niebo i ziemię, aby uniknąć powtórki. – W jego głosie pobrzmiewa smutek. Jeszcze raz go całuję. Chciałabym jakoś poprawić nam nastrój, ale robi to za mnie Christian. – Pójdziesz ze mną jutro na letnie przyjęcie mego ojca? To coroczna impreza dobroczynna. Obiecałem, że się zjawię. Uśmiecham się, czując nagłą nieśmiałość. – Oczywiście, że pójdę. – Cholera. Nie mam w co się ubrać. – Co się stało? – Nic. – Powiedz mi – nalega. – Nie mam w co się ubrać. Christian przez chwilę wygląda na skrępowanego. – Nie złość się, ale w moim mieszkaniu nadal znajdują się te wszystkie ubrania dla ciebie. Jestem pewny, że znajdziesz tam kilka sukienek. Sznuruję wargi. – Naprawdę? – mruczę. Nie chcę się z nim dzisiaj kłócić. Muszę wziąć prysznic. Dziewczyna, która wygląda jak ja, stoi przed SIP. Chwileczkę – ona to ja. Jestem blada i nieumyta, w zbyt dużym ubraniu. Wpatruję się w nią, a ona ma na sobie moje rzeczy; jest wesoła, zdrowa. – Co masz, czego nie mam ja? – pytam ją. – Kim jesteś? – Jestem nikim… A kim ty jesteś? Ty też jesteś nikim…? – No to jesteśmy dwie. Nic nie mów, wyrzucą nas, wiesz… – Na jej twarzy pojawia się uśmiech, paskudny grymas, który jest tak przerażający, że zaczynam krzyczeć. – Jezu, Ana! – Christian mną potrząsa. Czuję kompletną dezorientację. Jestem w domu… jest ciemno… w łóżku z Christianem. Kręcę głową, próbując się dobudzić. – Skarbie, wszystko w porządku? Przyśniło ci się coś niedobrego. – Och. Włącza lampkę i spowija nas przytłumione światło. Christian przygląda mi się z niepokojem. – Ta dziewczyna – szepczę. – O co chodzi? Jaka dziewczyna? – pyta uspokajającym tonem. – Kiedy wychodziłam dziś z pracy, przed SIP czekała dziewczyna. Wyglądała jak ja… ale nie do końca. Christian nieruchomieje, a kiedy światło lampki zaczyna się ocieplać, dostrzegam, że twarz ma pobladłą. – Kiedy to było? – pyta cicho. Siada wyprostowany i wpatruje się we mnie. – Kiedy wychodziłam z pracy – powtarzam. – Znasz ją? – Tak. – Przeczesuje palcami włosy. – Kto to? Zaciska usta i nic nie odpowiada. – Kto? – naciskam. – Leila. Przełykam ślinę. Dawna uległa! Pamiętam, jak Christian opowiadał o niej przed lotem szybowcem. Spiął się. Coś się dzieje. – Ta dziewczyna, która wgrała ci do iPoda Toxic? Patrzy na mnie niespokojnie. – Tak. Coś mówiła? – Zapytała, co ja mam, czego nie ma ona, a kiedy spytałam, kim jest, odparła, że nikim. Christian zamyka oczy, jakby czuł ból. Co się dzieje? Kim ona jest dla niego? Skóra zaczyna mnie swędzieć, gdy adrenalina przypuszcza szturm na moje ciało. A jeśli dużo dla niego znaczy? Jeśli tęskni za nią? Tak mało wiem na temat jego dawnych… eee… związków. Na pewno podpisała umowę i dawała mu to, czego pragnie, ochoczo dawała mu to, czego potrzebuje. O nie – a tymczasem ja nie potrafię. Na tę myśl robi mi się niedobrze. Christian wstaje, wkłada dżinsy i udaje się do salonu. Zerkam na budzik: piąta rano. Także wstaję, narzucam na siebie jego białą koszulę i idę za nim. O cholera, rozmawia przez telefon. – Tak, przed redakcją SIP, wczoraj… wczesnym wieczorem – mówi cicho. Odwraca się w moją stronę i pyta: – O której dokładnie? – Za dziesięć szósta – mamroczę. Z kim, u licha, rozmawia o takiej porze? Co zrobiła Leila? Przekazuje tę informację temu komuś na drugim końcu linii, nie odrywając wzroku ode mnie. Minę ma poważną. – Dowiedz się jak… Tak… Tego bym nie powiedział, no ale przecież do głowy by mi nie przyszło, że może to zrobić. – Zamyka oczy, jakby czuł ból. – Nie wiem, jak to się skończy… Tak, porozmawiam z nią… Tak… wiem… Zbadaj to i daj mi znać. Po prostu ją znajdź, Welch, ona ma kłopoty. Znajdź ją. – I rozłącza się. – Napijesz się herbaty? – pytam. Herbata, lekarstwo Raya na każdą sytuację kryzysową i jedyne, co potrafi zrobić w kuchni. Wlewam wodę do czajnika. – Prawdę mówiąc, to chciałbym wrócić do łóżka. – Jego spojrzenie mówi mi, że nie po to, aby spać. – A ja się chętnie napiję. Masz ochotę mi potowarzyszyć? – Chcę wiedzieć, co się dzieje. Nie dam sobie zamydlić oczu seksem. Z irytacją przeczesuje palcami włosy. – Dobrze, mi też zrób herbatę. Stawiam czajnik na kuchence i wyjmuję z szafki filiżanki i dzbanek. Mój niepokój sięga zenitu. Czy on mi powie, o co chodzi? Czy będę musiała to z niego wyciągać? Wyczuwam na sobie jego wzrok – wyczuwam niepewność i gniew. Podnoszę głowę. W jego oczach błyszczy niepokój. – Co się stało? – pytam cicho. Kręci głową. – Nie zamierzasz mi powiedzieć? Wzdycha i zamyka oczy. – Nie. – Dlaczego? – Bo to nie powinno ciebie dotyczyć. Nie chcę cię w to wszystko wplątywać. – Nie powinno, ale dotyczy. Ona mnie znalazła i zagadnęła pod pracą. Skąd o mnie wie? Skąd wie, gdzie pracuję? Uważam, że mam prawo wiedzieć, co się dzieje. Christian ponownie przeczesuje palcami włosy. Emanuje z niego frustracja, jakby toczył ze sobą jakąś wewnętrzną walkę. – Proszę? – mówię łagodnie. Zaciska usta w cienką linię i wywraca oczami. – Okej – poddaje się. – Nie mam pojęcia, jak cię znalazła. Może przez to zdjęcie z Portland, nie wiem. – Wzdycha i wyczuwam, że ta frustracja jest nakierowana na niego samego. Czekam cierpliwie. Wlewam wodę do dzbanka, gdy tymczasem Christian przemierza salon tam i z powrotem. Po chwili kontynuuje: – Kiedy byłem z tobą w Georgii, Leila zjawiła się bez zapowiedzi w moim mieszkaniu i zrobiła scenę na oczach Gail. – Gail? – Pani Jones. – Co to znaczy „zrobiła scenę”? Widzę, że się waha. – Powiedz. Coś przede mną ukrywasz. Mruga, zaskoczony. – Ana, ja… – urywa. – Proszę? Wzdycha, poddając się. – Nieudolnie próbowała podciąć sobie żyły. – O nie! – To tłumaczy bandaż na nadgarstku. – Gail zawiozła ją do szpitala. Ale Leila wypisała się z niego, zanim zdążyłem tam dotrzeć. Cholera. Co to wszystko znaczy? Próba samobójcza? Dlaczego? – Psychiatra, który z nią rozmawiał, orzekł, że to typowe wołanie o pomoc. Nie uważa, aby rzeczywiście groziło jej niebezpieczeństwo. Ale ja nie jestem co do tego przekonany. Od tamtej pory próbuję ją znaleźć, aby jakoś jej pomóc. – Powiedziała coś pani Jones? Patrzy na mnie. Wydaje się mocno skrępowany. – Niewiele – rzuca w końcu, ale wiem, że coś przede mną ukrywa. Nalewam do filiżanek herbatę. A więc Leila chce wrócić do życia Christiana i decyduje się na próbę samobójczą, aby zwrócić na siebie jego uwagę? Trochę to drastyczne. Ale skuteczne. Christian wyjeżdża z Georgii, aby się z nią zobaczyć, ale ona jest szybsza i znika? Dziwna sprawa. – Nie możesz jej znaleźć? A jej rodzina? – Nie wiedzą, gdzie jest. Mąż także nie wie. – Mąż? – Tak – odpowiada. – Od dwóch lat jest mężatką. Co takiego? – Więc była z tobą, kiedy już miała męża? – O kurwa. Dla niego naprawdę nie istnieją żadne granice. – Nie! Dobry Boże, nie. Była ze mną prawie trzy lata temu. Odeszła i krótko potem wyszła za mąż. Och. – Dlaczego więc teraz próbuje zwrócić na siebie twoją uwagę? Kręci ze smutkiem głową. – Nie mam pojęcia. Udało nam się jedynie dowiedzieć, że jakieś cztery miesiące temu odeszła od męża. – Wyjaśnijmy coś sobie. Od trzech lat nie jest twoją uległą? – Dokładnie dwóch i pół. – I chciała więcej. – Tak. – Ale ty nie? – Wiesz przecież. – Więc odeszła. – Tak. – Czemu więc teraz cię nachodzi? – Nie wiem. – Ale z tonu jego głosu wiem, że ma jakąś teorię. – Ale ty podejrzewasz… Mruży gniewnie oczy. – Podejrzewam, że ma to związek z tobą. Ze mną? Czego by miała chcieć ode mnie? „Co masz ty, czego ja nie mam?” Patrzę na Szarego, nagiego od pasa w górę. Mam go, jest mój. Ale ona wyglądała jak ja: takie same ciemne włosy i jasna cera. Marszczę brwi na tę myśl. Tak… co mam ja, czego nie ma ona? – Czemu mi wczoraj nie powiedziałaś? – pyta cicho. – Zapomniałam o niej. – Wzruszam przepraszająco ramionami. – No wiesz, piwo po pracy, koniec pierwszego tygodnia. Potem w barze pojawiłeś się ty i twój testosteron… no i Jack, a potem znaleźliśmy się tutaj. Wyleciało mi z głowy. To przez ciebie zapominam o różnych rzeczach. – Testosteron? – Kąciki ust mu drgają. – Tak. Zawody we wkurzaniu. – Już ja ci pokażę testosteron. – Nie wolałbyś się napić herbaty? – Nie, Anastasio, zdecydowanie nie. Jego oczy wwiercają się we mnie, paląc mnie spojrzeniem mówiącym: „Pragnę cię i wiem, że ty to wiesz”. To takie podniecające. – Zapomnij o niej. Chodź. – Wyciąga rękę. Moja wewnętrzna bogini robi potrójnego fikołka, gdy podaję mu dłoń. Za ciepło mi. Budzę się przytulona do nagiego Christiana Greya. Choć twardo śpi, mocno mnie obejmuje. Przez zasłony sączy się łagodne poranne światło. Moja głowa leży na jego piersi, a rękę mam przerzuconą przez brzuch. Unoszę głowę, przestraszona tym, że mogę go obudzić. We śnie wygląda tak młodo i beztrosko. I jest mój. Hmm… Unoszę rękę i niepewnie przesuwam opuszkami palców po włoskach na jego klatce piersiowej. Christian się nie rusza. Nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę jest mój – jeszcze przez kilka cennych chwil. Nachylam się i czule całuję jedną z blizn. Jęczy cicho, ale się nie budzi, a ja się uśmiecham. Całuję drugą i wtedy jego oczy się otwierają. – Cześć. – Uśmiecham się zawstydzona. – Cześć – odpowiada ostrożnie. – Co robisz? – Patrzę na ciebie. Przesuwam palcami w dół jego brzucha. Chwyta moją dłoń, mruży oczy, po czym uśmiecha się szeroko. Uff. Moje sekretne dotykanie pozostaje tajemnicą. Och… dlaczego nie wolno mi cię dotykać? Christian nieoczekiwanie zmienia pozycję i wbija mnie w materac. Ostrzegawczo przytrzymuje mi dłonie. Muska nosem mój nos. – Niegrzeczna pani jest, panno Steele – rzuca, ale nie przestaje się uśmiechać. – Lubię być przy tobie niegrzeczna. – Czyżby? – pyta i całuje mnie lekko w usta. – Seks czy śniadanie? – W jego oczach lśnią wesołe iskierki. Jego męskość wbija się we mnie, a ja unoszę biodra. – Dobry wybór – mruczy i przesuwa ustami po szyi, kierując się ku piersiom. Stoję obok komody przed lustrem, próbując coś zrobić z włosami – naprawdę są już za długie. Mam na sobie dżinsy i T-shirt, a Christian, świeżo wykąpany, ubiera się za mną. Pożeram wzrokiem jego ciało. – Często ćwiczysz? – pytam. – Codziennie oprócz weekendów – odpowiada, zapinając rozporek. – Co robisz? – Bieganie, podnoszenie ciężarów, kick boxing. – Wzrusza ramionami. – Kick boxing. – Tak, mam osobistego trenera, byłego olimpijczyka. Ma na imię Claude. Jest bardzo dobry. Polubisz go. Odwracam się i patrzę, jak zabiera się za zapinanie białej koszuli. – Jak to polubię? – Spodoba ci się jako trener. – A po co mi trener? Ty utrzymujesz mnie w dobrej formie. Podchodzi do mnie niespiesznie i obejmuje. Nasze spojrzenia krzyżują się w lustrze. – Ale chcę, żebyś była sprawna, skarbie. Do tego, co mam na myśli, musisz być w świetnej formie. Oblewam się rumieńcem, gdy powracają wspomnienia z pokoju zabaw. Tak… Czerwony Pokój Bólu bywa wyczerpujący. Czy on zamierza z powrotem mnie tam wpuścić? A czy ja tego chcę? „Oczywiście, że tak” – krzyczy moja wewnętrzna bogini. Wpatruję się w jego niezgłębione, urzekające szare oczy. – Wiesz, że tego pragniesz – mówi bezgłośnie. Ponownie się rumienię, a w mojej głowie pojawia się nieproszona myśl, że Leila pewnie dotrzymałaby mu kroku. Zaciskam usta, a Christian marszczy brwi. – Co się stało? – pyta zaniepokojony. – Nic. – Kręcę głową. – Okej, spotkam się z Claude’em. – Spotkasz? – pyta z radosnym niedowierzaniem. Na widok jego miny uśmiecham się. Wygląda tak, jakby wygrał w totka, choć najpewniej nigdy nie wytypował żadnego numeru. Nie musi. – Tak, skoro to ma cię uszczęśliwić – burczę. Obejmuje mnie jeszcze mocniej i całuje w policzek. – Nie masz pojęcia jak bardzo – szepcze. – No więc na co masz dzisiaj ochotę? – Trąca nosem moją szyję, a moje ciało przebiega przyjemny dreszcz. – Chciałabym podciąć włosy i… eee… muszę iść do banku, aby spieniężyć czek i kupić samochód. – Ach – mówi znacząco i przygryza wargę. Sięga do kieszeni dżinsów i wyjmuje kluczyki do mojego małego audi. – Jest tutaj – mówi cicho, niepewnie. – Jak to jest tutaj? – O rany, w moim głosie słychać gniew. Cholera. Bo go czuję. Jak on śmie! – Taylor przyprowadził go wczoraj. Otwieram usta, po czym je zamykam. Powtarzam ten proces dwukrotnie, ale nadal nie mogę wydobyć z siebie głosu. Christian oddaje mi samochód. Cholera jasna. Jak mogłam tego nie przewidzieć? Cóż, każdy kij ma dwa końce. Sięgam do tylnej kieszeni dżinsów i wyjmuję kopertę z jego czekiem. – Proszę, to twoje. Christian posyła mi pytające spojrzenie, a kiedy rozpoznaje kopertę, unosi obie ręce i cofa się. – O nie. To twoje pieniądze. – Wcale nie. Chciałabym kupić od ciebie samochód. Wyraz jego twarzy ulega zmianie. Pojawia się na niej wściekłość, tak – wściekłość. – Nie, Anastasio. Twoje pieniądze, twój samochód – warczy. – Nie, Christianie. Moje pieniądze, twój samochód. Kupię go od ciebie. – Podarowałem ci go z okazji ukończenia studiów. – Gdybyś z takiej okazji dał mi pióro, to byłby odpowiedni prezent. Ty mi podarowałeś audi. – Naprawdę chcesz się o to kłócić? – Nie. – Świetnie. Tu masz kluczyki. – Kładzie je na komodzie. – Nie to miałam na myśli! – Koniec dyskusji, Anastasio. Nie przeginaj. Rzucam mu chmurne spojrzenie i wtedy przychodzi mi do głowy pewien pomysł. Drę kopertę na dwie części, następnie na jeszcze dwie i wyrzucam do kosza. Och, dobrze mi to robi. Christian przygląda mi się spokojnie, ale wiem, że właśnie podpaliłam lont i powinnam się odsunąć na bezpieczną odległość. Pociera brodę. – Prowokacyjna jak zawsze – stwierdza cierpko. Odwraca się na pięcie i wychodzi do drugiego pokoju. Nie takiej reakcji się spodziewałam. Oczekiwałam prawdziwego Armagedonu. Przyglądam się sobie w lustrze i wzruszam ramionami, decydując się na koński ogon. Zżera mnie ciekawość. Co robi Szary? Wychodzę za nim i słyszę, że rozmawia przez telefon. – Tak, dwadzieścia cztery tysiące dolarów. Bezpośrednio. Podnosi na mnie wzrok, nadal nie okazując żadnych emocji. – Świetnie… poniedziałek? Doskonale… Nie, to wszystko, Andrea. Rozłącza się. – W poniedziałek te pieniądze znajdą się na twoim koncie. Nie pogrywaj ze mną. – Jest wściekły, ale mam to gdzieś. – Dwadzieścia cztery tysiące! – Prawie krzyczę. – I skąd znasz numer mojego konta? Mój gniew go zaskakuje. – Wiem o tobie wszystko, Anastasio – mówi cicho. – To niemożliwe, aby mój samochód był wart dwadzieścia cztery tysiące. – Skłonny byłbym przyznać ci rację, ale rynkiem rządzą zasady podaży i popytu. Jakiś szaleniec zapragnął tej śmiertelnej pułapki i chętnie zapłacił za nią aż tyle. Podobno to klasyk. Zapytaj Taylora, jeśli mi nie wierzysz. Piorunuję go wzrokiem, a on mi odpowiada tym samym, dwoje zagniewanych uparciuchów. I czuję to, to przyciąganie – to napięcie między nami – namacalne, ciągnące nas ku sobie. Nagle Christian chwyta mnie i opiera o drzwi, wygłodniałymi ustami przywierając do moich. Jedną rękę trzyma na moim tyłku i przyciska mnie do krocza, a drugą odchyla mi głowę. Wplatam palce w jego włosy, przyciągam go do siebie. Wwierca swoje ciało w moje, unieruchamiając mnie. Oddech ma urywany. Czuję go. Pragnie mnie, a mnie się kręci w głowie z podniecenia. – Dlaczego mi się stawiasz? – mruczy pomiędzy gorączkowymi pocałunkami. Krążąca w mych żyłach krew śpiewa. Czy zawsze będzie tak na mnie działał? I ja na niego? – Ponieważ mogę. – Brak mi tchu. Bardziej wyczuwam niż widzę jego uśmiech przy mojej szyi. Opiera czoło o moje. – Boże, mam ochotę cię teraz posiąść, ale skończyły mi się gumki. Nie potrafię się tobą nasycić. Jesteś nieznośną, nieznośną kobietą. – A ty doprowadzasz mnie do szaleństwa – szepczę. – Na różne sposoby. Kręci głową. – Chodźmy na śniadanie. I znam miejsce, gdzie możesz podciąć włosy. – Dobrze – zgadzam się i nagle jest już po kłótni. – Ja płacę. – Pierwsza biorę ze stolika rachunek za śniadanie. Christian rzuca mi gniewne spojrzenie. – Trzeba być szybkim, Grey. – Masz rację, trzeba – mówi kwaśno, ale mam wrażenie, że tylko się ze mną drażni. – Nie bądź taki zły. Jestem o dwadzieścia cztery tysiące dolarów bogatsza niż rano. Stać mnie, żeby zapłacić za śniadanie – zerkam na rachunek – dwadzieścia dwa dolary i sześćdziesiąt siedem centów. – Dziękuję – mówi niechętnie. Och, wrócił nadąsany uczeń. – Gdzie teraz? – Naprawdę chcesz podciąć włosy? – Tak, spójrz tylko na nie. – Dla mnie wyglądasz ślicznie. Jak zawsze. Rumienię się i wbijam wzrok w splecione na kolanach dłonie. – A wieczorem jest to przyjęcie twojego ojca. – Pamiętaj, obowiązują stroje wieczorowe. – Gdzie to będzie? – W domu rodziców. Mają namiot. – I jaki to szczytny cel? Christian pociera dłońmi o uda, wyraźnie skrępowany. – Program odwykowy dla rodziców z małymi dziećmi, który nazywa się Damy Radę. – Rzeczywiście jest szczytny – mówię miękko. – Chodźmy. – Wstaje, ucinając naszą rozmowę i wyciąga rękę. Gdy ją ujmuję, splata palce z moimi. Dziwne. Potrafi być wylewny, a chwilę później zamykać się w sobie. Wychodzimy z restauracji na ulicę. Jest śliczny, ciepły ranek. Słońce świeci, a w powietrzu rozchodzi się zapach kawy i świeżo upieczonego chleba. – Dokąd idziemy? – Niespodzianka. Och, dobrze. W sumie nie bardzo lubię niespodzianki. Idziemy spacerkiem przez dwa kwartały i sklepy robią się zdecydowanie bardziej ekskluzywne. Nie miałam jeszcze okazji zwiedzić okolicy, ale to naprawdę niedaleko od naszego mieszkania. Kate się ucieszy. Jest tu mnóstwo butików, które zaspokoją jej apetyt na modę. Prawdę mówiąc, to i ja muszę coś kupić: kilka rozkloszowanych spódnic do pracy. Christian zatrzymuje się przed dużym, elegancko się prezentującym salonem piękności i otwiera przede mną drzwi. Nazywa się Esclava. Wnętrze tworzą biel i skóra. Za prostym, białym biurkiem siedzi w recepcji młoda blondynka w nienagannym białym uniformie. Podnosi wzrok, gdy wchodzimy. – Dzień dobry, panie Grey – mówi radośnie. Policzki jej różowieją i trzepocze rzęsami. To efekt Greya, ale ona zna Christiana! Skąd? – Witaj, Greto. A on zna ją. O co chodzi? – To co zwykle, proszę pana? – pyta grzecznie. Usta ma pomalowane różową szminką. – Nie – mówi szybko, zerkając na mnie nerwowo. To co zwykle? Co to ma znaczyć? O kurwa! To Zasada Numer Sześć, cholerny salon piękności. Te bzdury z woskowaniem… cholera! To tu przyprowadzał wszystkie swoje uległe? Może także Leilę? I co ja mam o tym, kurde, myśleć? – Panna Steele powie, czego chce. Piorunuję go wzrokiem. Ukradkiem wprowadza w życie Zasady. Zgodziłam się na trenera, a teraz to? – Dlaczego tutaj? – syczę. – Jestem właścicielem tego salonu, a oprócz niego jeszcze trzech. – Właścicielem? – A to niespodzianka. – Tak. Taka działalność dodatkowa. Tak czy inaczej, co tylko chcesz, masz tutaj na koszt firmy. Wszystkie rodzaje masażu: szwedzki, shiatsu, gorącymi kamieniami, refleksologia, kąpiele z algami, zabiegi na twarz, to wszystko, co lubią kobiety. – Macha lekceważąco ręką. – Woskowanie? Śmieje się. – Tak, woskowanie też. Wszędzie – szepcze mi konspiracyjnie do ucha, ubawiony moim skrępowaniem. Oblewam się rumieńcem i zerkam na Gretę, która patrzy na mnie wyczekująco. – Chciałabym podciąć włosy. – Oczywiście, panno Steele. Różowousta Greta jest uosobieniem niemieckiej efektywności, gdy sprawdza coś w komputerze. – Franco jest wolny za pięć minut. – Franco może być – mówi do mnie uspokajająco Christian. Próbuję to wszystko ogarnąć. Christian Grey, prezes Grey Enterprises Holdings, Inc., jest właścicielem sieci salonów piękności. Zerkam na niego, a on nagle blednie – coś, lub ktoś, zwróciło na siebie jego uwagę. Odwracam się, aby zobaczyć, na co patrzy, i widzę, że na końcu salonu pojawiła się elegancka platynowa blondynka. Zamyka właśnie za sobą drzwi i mówi coś do jednego z fryzjerów. Platynowa Blondynka jest wysoka, opalona, śliczna i zbliża się do czterdziestki albo niedawno ją przekroczyła – trudno powiedzieć. Ma na sobie taki sam uniform jak Greta, tyle że czarny. Wygląda fantastycznie. Obcięte na pazia włosy lśnią niczym aureola. Gdy się odwraca, dostrzega Christiana i uśmiecha się do niego ciepło. – Przepraszam na chwilę – bąka Christian. Przechodzi szybko przez salon, mijając odzianych na biało stylistów fryzur, praktykantów przy stanowiskach do mycia włosów, i podchodzi do niej. Stoją za daleko, abym mogła słyszeć ich rozmowę. Platynowa Blondynka wita go z wyraźną radością, całując w oba policzki. Dłonie kładzie mu na ramionach i rozmawiają z ożywieniem. – Panno Steele? Recepcjonistka Greta próbuje zwrócić na siebie moją uwagę. – Chwileczkę, dobrze? – Zafascynowana obserwuję Christiana. Platynowa Blondynka odwraca się i patrzy na mnie, po czym obdarza promiennym uśmiechem, jakby mnie znała. Uśmiecham się grzecznie w odpowiedzi. A potem odwraca się do Christiana, który próbuje ją do czegoś przekonać, a ona zgadza się, unosząc ręce i uśmiechając się. On także się do niej uśmiecha – najwyraźniej dobrze się znają. Być może od dawna razem pracują? Może zarządza tym salonem; w sumie jest w niej coś władczego. Wtedy doznaję olśnienia i już wiem, w głębi duszy wiem, kto to taki. To ona. Oszałamiająca. Starsza. Piękna. To pani Robinson. ROZDZIAŁ PIĄTY – Greto, z kim rozmawia pan Grey? – Ze zdenerwowania swędzi mnie skóra na głowie, a moja podświadomość krzyczy, abym brała nogi za pas. Ja się jednak silę na nonszalancję. – Och, to pani Lincoln. Razem z panem Greyem są właścicielami tego salonu. – Greta chętnie udziela informacji. – Pani Lincoln? – Sądziłam, że pani Robinson jest rozwiedziona. Być może wyszła za mąż po raz drugi, za jakiegoś biednego durnia. – Tak. Rzadko tu bywa, ale jedna z naszych kosmetyczek zachorowała, więc dziś ją zastępuje. – Wiesz, jak pani Lincoln ma na imię? Greta patrzy na mnie, marszcząc brwi, i sznuruje intensywnie różowe usta, kwestionując moją ciekawość. Kurde, posunęłam się chyba o krok za daleko. – Elena – mówi w końcu, niemal niechętnie. Ogarnia mnie dziwne uczucie ulgi, że intuicja mnie nie zawiodła. Nadal rozmawiają o czymś z ożywieniem. Christian mówi coś do Eleny, a ona wygląda na zmartwioną. Kiwa głową, krzywi się, a potem kręci głową. Wyciąga rękę i uspokajającym gestem dotyka jego ramienia, zagryzając wargę. Jeszcze jedno kiwnięcie głową, a potem zerka na mnie i posyła mi blady uśmiech. Mogę tylko patrzeć na nią z kamienną twarzą. Chyba jestem w stanie szoku. Jak on mógł mnie tutaj przyprowadzić? Mówi coś cicho do Christiana; on zerka w moją stronę, a potem odwraca się do niej i odpowiada. Ona kiwa głową i chyba życzy mu powodzenia, ale pewności nie mam, gdyż nie jestem dobra w czytaniu z ruchu warg. Szary wraca do mnie. Na jego twarzy maluje się niepokój. No i dobrze. Pani Robinson wycofuje się na zaplecze, zamykając za sobą drzwi. Christian marszczy brwi. – Wszystko dobrze? – pyta, ale słowa te naznaczone są ostrożnością. – Nie do końca. Nie chciałeś mnie przedstawić? – Ton głosu mam zimny, oschły. Otwiera usta i wygląda, jakbym wyszarpnęła mu dywan spod nóg. – Ale sądziłem… – Niby jesteś inteligentny, ale czasami… – Brak mi słów. – Chcę stąd wyjść. – Dlaczego? – Wiesz dlaczego. – Przewracam oczami. Przygląda mi się płonącym wzrokiem. – Przepraszam, Ana. Nie wiedziałem, że ona tu będzie. Rzadko tu zagląda. Otworzyła nowy salon w Bravern Center i to tam najczęściej bywa. Ktoś dzisiaj zachorował. Odwracam się na pięcie i kieruję ku drzwiom. – Franco nie będzie nam potrzebny, Greto – warczy Christian, po czym opuszczamy salon. Muszę się powstrzymywać, aby nie puścić się biegiem. Chcę uciec stąd jak najdalej. I strasznie chce mi się płakać. Muszę odciąć się od tego całego popapraństwa. Christian idzie obok bez słowa, a ja próbuję to wszystko przetrawić. Głowę mam opuszczoną i maszeruję, omijając rosnące wzdłuż Second Avenue drzewa. Na szczęście nie próbuje mnie dotykać. Głowa mi puchnie od pozostających bez odpowiedzi pytań. – Przyprowadzałeś tu swoje uległe? – pytam ostro. – Niektóre tak – odpowiada cicho. – Leilę? – Tak. – To miejsce wygląda na nowe. – Niedawno robiliśmy remont. – Rozumiem. Więc pani Robinson poznała wszystkie twoje uległe. – Tak. – Wiedziały o niej? – Nie. Żadna. Tylko ty. – Ale ja nie jestem twoją uległą. – Nie, z całą pewnością nie. Zatrzymuję się i staję twarzą do niego. W jego oczach widać strach. Usta ma zaciśnięte. – Nie widzisz, jak strasznie jest to popieprzone? – Patrzę na niego gniewnie. – Widzę. Przepraszam. – I ma tyle przyzwoitości, aby wyglądać na skruszonego. – Chcę podciąć włosy, najchętniej gdzieś, gdzie nie pieprzyłeś ani personelu, ani klientek. Wzdryga się. – A teraz przepraszam. – Nie odchodzisz. Prawda? – pyta. – Nie, chcę jedynie obciąć te cholerne włosy. Gdzieś, gdzie zamknę oczy, ktoś umyje mi włosy, a ja zapomnę o tym całym towarzyszącym ci bagażu. – Mogę poprosić Franco, żeby przyszedł do mojego mieszkania albo twojego – mówi cicho po chwili zastanowienia. – Jest bardzo atrakcyjna. Mruga powiekami. – Owszem. – Nadal jest mężatką? – Nie. Rozwiodła się jakieś pięć lat temu. – Dlaczego nie jesteście razem? – Bo między nami wszystko skończone. Już ci to mówiłem. – Nagle marszczy brwi. Unosi palec i z kieszeni marynarki wyjmuje BlackBerry. Pewnie ma włączone wibracje, ponieważ nie słyszałam, żeby dzwonił. – Welch – warczy i odbiera. Stoimy na Second Avenue, mijają nas ludzie zaaferowani sobotnimi obowiązkami, bez wątpienia rozmyślający o własnych dramatach. Zastanawiam się, czy oprócz mnie ktoś ma do czynienia z byłymi uległymi, pięknymi dawnymi Dominami i mężczyzną, który nie zna czegoś takiego jak poszanowanie prywatności. – Zginął w wypadku? Kiedy? – Christian przerywa moje rozmyślania. O nie. Kto? Słucham uważnie. – Już po raz drugi ten drań coś zataił. Musi to wiedzieć. Czy ona go w ogóle nie obchodzi? – Christian kręci z odrazą głową. – To zaczyna mieć sens… nie… tłumaczy dlaczego, ale nie gdzie. – Rozgląda się, jakby czegoś szukał, a ja robię to samo. Nic nie zwraca mojej uwagi. Widzę jedynie przechodniów, samochody i drzewa. – Ona tu jest – kontynuuje Christian. – Obserwuje nas… Tak… Nie. Dwóch albo czterech, przez całą dobę… Nie poruszyłem jeszcze tego tematu. – Wbija wzrok we mnie. Jakiego tematu? Marszczę brwi, a on przygląda mi się nieufnie. – Co… – szepcze i blednie. – Rozumiem. Kiedy?… Dopiero co? Ale jak?… Żadnego wywiadu środowiskowego?… Rozumiem. Prześlij mejlem nazwisko, adres i zdjęcia, jeśli je masz… przez całą dobę, od dzisiejszego popołudnia. Skontaktuj się z Taylorem. – Christian rozłącza się. – No i? – pytam poirytowana. Powie mi, co się stało? – To był Welch. – Kim jest Welch? – Mój doradca do spraw bezpieczeństwa. – Okej. No więc co się stało? – Jakieś trzy miesiące temu Leila zostawiła męża i uciekła z facetem, który cztery tygodnie temu zginął w wypadku samochodowym. – Och. – Ten dupek psychiatra powinien był się tego dowiedzieć – oświadcza gniewnie. – Chodź. – Wyciąga rękę, a ja automatycznie podaję mu dłoń, po czym ją wyszarpuję. – Chwileczkę. Byliśmy w trakcie rozmowy o nas. O niej, twojej pani Robinson. Twarz Christiana tężeje. – Ona nie jest moją panią Robinson. Możemy o tym porozmawiać u mnie. – Nie chcę iść do ciebie, chcę obciąć włosy! – wołam. Jeśli skupię się na tej jednej rzeczy… Ponownie wyciąga z kieszeni BlackBerry i wystukuje jakiś numer. – Greta, z tej strony Christian Grey. Chcę, żeby Franco zjawił się za godzinę w moim mieszkaniu. Zapytaj panią Lincoln… Dobrze. – Chowa telefon. – Będzie o pierwszej. – Christian…! – wołam z rozdrażnieniem. – Anastasio, Leila przeżywa w tej chwili jakieś psychiczne załamanie. Nie wiem, czy chodzi jej o mnie, czy o ciebie, ani jak daleko jest gotowa się posunąć. Pójdziemy do ciebie, spakujesz się i zatrzymasz się u mnie do czasu, aż ją namierzymy. – Dlaczego miałabym to zrobić? – Żebym mógł ci zapewnić bezpieczeństwo. – Ale… Rzuca mi gniewne spojrzenie. – Przyjdziesz do mojego mieszkania, nawet gdybym cię musiał zaciągnąć tam za włosy. Wpatruję się w niego… to nie do wiary. Szary do potęgi entej. – Uważam, że przesadzasz. – Nie przesadzam. Możemy powrócić do naszej rozmowy u mnie. Chodź. Krzyżuję ręce na piersiach i piorunuję go wzrokiem. Tego już stanowczo za wiele. – Nie – oświadczam. Muszę się mu postawić. – Możesz iść albo cię zaniosę. Pozwalam ci wybrać, Anastasio. – Nie ośmieliłbyś się. – Marszczę brwi. No bo chyba nie urządziłby sceny na środku Second Avenue? Uśmiecha się lekko, ale uśmiech ten nie dociera do jego oczu. – Och, mała, oboje wiemy, że kiedy tylko rzucasz mi rękawicę, ja ochoczo podejmuję wyzwanie. Wpatrujemy się w siebie – i nagle on się schyla, łapie mnie za uda, podnosi, i przerzuca sobie przez ramię. – Postaw mnie! – krzyczę. Och, ale fajnie jest krzyczeć. Rusza, zupełnie mnie ignorując. Jedną ręką obejmuje mocno moje uda, a drugą daje klapsa w tyłek. – Christian! – wołam. Ludzie się na nas gapią. Już bardziej upokorzyć mnie nie może. – Pójdę! Pójdę! Stawia mnie na ziemi i zanim wraca do pionu, ja odmaszerowuję w stronę mojego mieszkania, kipiąc z gniewu i go ignorując. Nie mija chwila, a on oczywiście mnie dogania, ale ja dalej go ignoruję. I co mam zrobić? Jestem taka zła, ale nie mam nawet pewności o co – tyle się tego uzbierało. Gdy tak idę w stronę domu, układam w głowie listę: 1. Przerzucenie przez ramię – niedopuszczalne, gdy ma się więcej niż sześć lat. 2. Zabranie do salonu, którego właścicielem jest on do spółki z dawną kochanką – jakie to beznadziejnie głupie. 3. To samo miejsce, do którego zabierał swoje uległe – ta sama beznadziejna głupota. 4. Brak świadomości, że to kiepski pomysł – a podobno bystry z niego facet. 5. Posiadanie byłej dziewczyny-wariatki. Czy mogę go za to winić? Jestem taka wściekła, że owszem, mogę. 6. Znajomość numeru mojego konta – to prześladowanie do kwadratu. 7. Kupienie SIP – on ma więcej pieniędzy niż rozumu. 8. Naleganie, abym zamieszkała u niego – zagrożenie ze strony Leili musi być większe, niż się obawiał… wczoraj o tym nie wspominał. Chwileczkę. Coś się zmieniło. Ale co? Zatrzymuję się, a Christian razem ze mną. – Co się stało? – pytam ostro. Marszczy brwi. – To znaczy? – Z Leilą. – Powiedziałem ci. – Wcale nie. Chodzi o coś jeszcze. Wczoraj nie upierałeś się, abym zatrzymała się u ciebie. No więc co się stało? Przestępuje z nogi na nogę. – Christian! Powiedz mi! – Wczoraj udało jej się uzyskać pozwolenie na broń. O cholera. Patrzę na niego, mrugając, i czuję, jak z mojej twarzy odpływa krew. Chyba zemdleję. A jeśli ona chce go zabić? Nie! – To znaczy, że mogła już kupić broń – mówię cicho. – Ana. – W jego głosie słychać troskę. Kładzie mi dłonie na ramionach i przyciąga do siebie. – Nie sądzę, aby zrobiła coś głupiego, ale… nie chcę po prostu ryzykować twojego bezpieczeństwa. – Mojego? A co z tobą? – szepczę. Marszczy brwi, a ja mocno go obejmuję i tulę twarz do jego klatki piersiowej. Nie przeszkadza mu to. – Wracajmy – mruczy, całuje moje włosy i to by było tyle. Wściekłość minęła, ale o niej nie zapomniałam. Rozproszyła się w obliczu potencjalnej krzywdy wyrządzonej Christianowi. Ta myśl jest nie do zniesienia. Pakuję niewielką walizkę, a do plecaka chowam Maca, BlackBerry, iPada i balonik. – Charlie Tango też jedzie? – pyta Christian. Kiwam głową, a on uśmiecha się blado. – We wtorek wraca Ethan – mówię cicho. – Ethan? – Brat Kate. Zatrzyma się tu, dopóki nie znajdzie w Seattle jakiegoś lokum. Christian patrzy na mnie spokojnie, ale widzę, że do jego oczu zakrada się chłód. – No to dobrze, że ty będziesz akurat u mnie. Będzie miał więcej miejsca dla siebie – mówi cicho. – Nie wiem, czy ma klucze. Będę musiała tu wtedy wrócić. Nic nie mówi. – To wszystko. Bierze moją walizkę i wychodzimy. Gdy obchodzimy budynek, aby dotrzeć na parking, łapię się na tym, że oglądam się przez ramię. Nie wiem, czy przemawia przeze mnie paranoja, czy rzeczywiście ktoś mnie obserwuje. Christian otwiera w audi drzwi od strony pasażera i patrzy na mnie wyczekująco. – Wsiadasz? – pyta. – Myślałam, że to ja prowadzę. – Nie. Ja to zrobię. – Uważasz mnie za kiepskiego kierowcę? Tylko mi nie mów, że wiesz, jaki wynik uzyskałam podczas egzaminu na prawko… Choć w sumie wcale by mnie to nie zdziwiło. – Może wie, że teorię zdałam ledwo, ledwo. – Wsiadaj do samochodu, Anastasio – warczy. – Okej. – Szybko wsiadam. Wyluzuj, facet. Może on też się czuje nieswojo. Obserwuje nas tajemnicza postać – blada brunetka o brązowych oczach, którą cechuje niepokojące podobieństwo do ciebie i która może być uzbrojona. Christian włącza się do ruchu. – Wszystkie twoje uległe były brunetkami? Marszczy brwi. – Tak – burczy. W tym krótkim słowie słychać niepewność i wyobrażam sobie, o czym teraz myśli: „Do czego ona zmierza?”. – Tak się tylko zastanawiałam. – Mówiłem ci. Wolę brunetki. – Pani Robinson nie jest brunetką. – To pewnie dlatego. Na zawsze zniechęciła mnie do blondynek. – Żartujesz – mówię bez tchu. – Tak. Żartuję – odpowiada z rozdrażnieniem. Patrzę przez szybę, wszędzie dostrzegając brunetki, ale Leili nie ma wśród nich. A więc lubi tylko kobiety o ciemnych włosach. Ciekawe dlaczego. Czy Pani Niezwykle Olśniewająca Mimo Swego Wieku Robinson rzeczywiście obrzydziła mu blondynki? Kręcę głową. Christian Popapraniec Grey. – Opowiedz mi o niej. – Co chcesz wiedzieć? – Christian marszczy brwi, a ton głosu rzuca mi ostrzeżenie. – Opowiedz mi o waszym wspólnym biznesie. Wyraźnie się odpręża, nie mając nic przeciwko rozmowie o pracy. – Jestem cichym udziałowcem. Nieszczególnie interesuje mnie branża kosmetyczna, ale Elena przekształciła to w całkiem dochodowe przedsięwzięcie. Ja jedynie zainwestowałem i pomogłem jej na starcie. – Dlaczego? – Byłem jej dłużnikiem. – Och? – Kiedy rzuciłem studia na Harvardzie, pożyczyła mi sto tysięcy na rozkręcenie własnej firmy. A niech to… ona jest także kasiasta. – Rzuciłeś studia? – Nie były dla mnie. Po dwóch latach dałem sobie spokój. Niestety, rodzice nie wykazali się zrozumieniem. Marszczę brwi. Państwo Grey okazujący dezaprobatę – jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić. – Wygląda na to, że nie tak źle wyszedłeś na porzuceniu uczelni. A co studiowałeś? – Nauki polityczne i ekonomiczne. Hmm… cyferki. – No więc jest bogata? – Była znudzoną młodą żoną, Anastasio. Jej mąż był zamożny, handlował drewnem. – Posyła mi drapieżny uśmiech. – Nie pozwolił jej pracować. No wiesz, sprawował nad nią kontrolę. Niektórzy mężczyźni tak już mają. – Uśmiecha się krzywo. – Naprawdę? Mężczyzna sprawujący kontrolę, a więc to nie jest tylko postać mityczna? – Wlewam w te słowa tyle sarkazmu, ile się tylko da. Uśmiech Christiana staje się szerszy. – Pożyczyła ci pieniądze męża? Kiwa głową. Uśmiech ma szelmowski. – To straszne. – Odegrał się za to – mówi enigmatycznie, wjeżdżając na podziemny parking w Escali. Och? – Jak? Christian kręci głową, jakby wspomnienie było wyjątkowo gorzkie, i parkuje obok audi quattro. – Chodź, niedługo zjawi się Franco. W windzie Christian przygląda mi się bacznie. – Nadal jesteś na mnie zła? – pyta rzeczowo. – Bardzo. Kiwa głową. – W porządku – mówi i wbija wzrok przed siebie. Kiedy zjawiamy się w holu, czeka na nas Taylor. Skąd on zawsze wie? Bierze moją walizkę. – Welch się z tobą skontaktował? – pyta go Christian. – Tak, proszę pana. – I? – Wszystko ustalone. – Doskonale. Jak tam twoja córka? – Dobrze, dziękuję panu. – To świetnie. O pierwszej zjawi się fryzjer, Franco De Luca. – Panno Steele – Taylor kiwa mi głową. – Witaj, Taylor. Masz córkę? – Tak, proszę pani. – Ile ma lat? – Siedem. Christian rzuca mi zniecierpliwione spojrzenie. – Mieszka ze swoją matką – wyjaśnia Taylor. – Och, rozumiem. Taylor uśmiecha się. A to nowina. Taylor jest ojcem? Idę za Christianem do salonu, zaintrygowana tą wiadomością. Rozglądam się. Nie było mnie tu cały tydzień. – Jesteś głodna? Kręcę głową. Christian przez chwilę mi się przygląda, ale uznaje, że nie będzie się o to spierał. – Muszę wykonać parę telefonów. Czuj się jak u siebie w domu. – Dobrze. Znika za drzwiami gabinetu, pozostawiając mnie w tej olbrzymiej galerii sztuki, którą nazywa domem. Zastanawiam się, co ze sobą zrobić. Ubrania! Podnoszę z podłogi plecak i udaję się na górę do swojej sypialni. Otwieram szafę. Jest pełna ubrań – wszystkie są nowe, mają jeszcze metki z ceną. Trzy długie suknie wieczorowe, trzy sukienki koktajlowe i trzy kolejne do noszenia na co dzień. To wszystko musiało kosztować majątek. Zerkam na metkę jednej z sukien wieczorowych: dwa tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt osiem dolarów. O kurwa. Nogi się pode mną uginają i siadam na podłodze. Chowam twarz w dłoniach i próbuję przetrawić ostatnie godziny. To takie wyczerpujące. Dlaczego, och, dlaczego musiałam zakochać się w kimś, kto jest po prostu szalony – piękny, cholernie seksowny, bogatszy od Krezusa i szalony przez wielkie S? Wyjmuję z plecaka BlackBerry i dzwonię do mamy. – Ana, skarbie! Tak dawno nie dzwoniłaś. Co słychać, kochanie? – Och, no wiesz… – Co się stało? Z Christianem sprawa nadal niewyjaśniona? – Mamo, to skomplikowane. Uważam, że jest szalony. W tym tkwi problem. – Nic mi nie mów. Mężczyzn czasami zupełnie nie da się zrozumieć. Bob się zastanawia, czy nasza przeprowadzka do Georgii była na pewno dobrym pomysłem. – Co takiego? – Tak, przebąkuje o powrocie do Vegas. Och, ktoś jeszcze ma kłopoty. Nie jestem sama. W drzwiach pojawia się Christian. – Tu jesteś. Myślałem, że uciekłaś. – Widać, że mu ulżyło. Unoszę rękę, aby dać mu znać, że rozmawiam przez telefon. – Przepraszam, mamo, muszę kończyć. Niedługo znowu się odezwę. – Dobrze, skarbie, dbaj o siebie. Kocham cię! – Ja ciebie też, mamo. Rozłączam się i podnoszę wzrok na Szarego. Marszczy brwi. Wydaje się dziwnie skrępowany. – Czemu się tu chowasz? – pyta. – Nie chowam się. Rozpaczam. – Rozpaczasz? – Nad tym wszystkim, Christianie. – Macham ręką w kierunku ubrań. – Mogę wejść? – To twój pokój. Ponownie marszczy brwi i siada po turecku naprzeciwko mnie. – To tylko ubrania. Jeśli ci się nie podobają, to je oddam. – Nie jest z tobą łatwo, wiesz? Drapie się po brodzie… brodzie z jednodniowym zarostem. Aż mnie świerzbi ręka, żeby go dotknąć. – Wiem. Staram się – mruczy pod nosem. – Bardzo jesteś irytujący. – Tak jak i pani, panno Steele. – Dlaczego to robisz? Wraca nieufność. – Wiesz dlaczego. – Nie wiem. Przeczesuje palcami włosy. – Frustrująca z ciebie kobieta. – Mógłbyś mieć fajną uległą brunetkę. Taką, która by powiedziała „Jak wysoko?” za każdym razem, gdy kazałbyś jej skoczyć, zakładając, rzecz jasna, że wolno by się jej było odezwać. Dlaczego więc ja, Christianie? Po prostu tego nie rozumiem. Przygląda mi się przez chwilę, a ja nie mam pojęcia, co się wtedy dzieje w jego głowie. – Dzięki tobie inaczej postrzegam świat, Anastasio. Nie pragniesz mnie z powodu moich pieniędzy. Dajesz mi… nadzieję – mówi cicho. Co takiego? Powrócił Pan Tajemniczy. – Nadzieję na co? Wzrusza ramionami. – Na więcej. – Głos ma cichy i niski. – I masz rację. Jestem przyzwyczajony do tego, że kobiety robią dokładnie to, co im każę, kiedy im każę, to, czego chcę. Coś takiego może się znudzić. W tobie jest coś, Anastasio, co dociera do części mego jestestwa, której sam nie rozumiem. To syreni śpiew. Nie potrafię ci się oprzeć i nie chcę cię stracić. – Przechyla się i bierze mnie za rękę. – Nie uciekaj, proszę. Miej we mnie trochę wiary. I trochę cierpliwości. Proszę. Wygląda tak bezbronnie… To niepokojące. Opierając się na kolanach, nachylam się w jego stronę i delikatnie całuję w usta. – Dobrze. Wiara i nadzieja, jakoś sobie z tym poradzę. – To super. Ponieważ przyjechał Franco. Franco jest niskim, ciemnowłosym gejem. Uwielbiam go. – Takie piękne włosy! – zachwyca się z okropnym, najpewniej udawanym włoskim akcentem. Założę się, że pochodzi z Baltimore albo innego podobnego miejsca, ale jego entuzjazm jest zaraźliwy. Christian prowadzi nas do łazienki, szybko wychodzi i wraca z krzesłem. – Pozwolicie, że was zostawię – burczy. – Grazie, panie Grey. – Franco odwraca się do mnie. – Bene, Anastasio, co my z tobą zrobimy? Christian siedzi na kanapie, pracując nad czymś, co wygląda jak arkusz kalkulacyjny. W salonie rozbrzmiewa cicha, łagodna muzyka klasyczna. Jakaś kobieta śpiewa z pasją, wkładając w dźwięki własną duszę. Przepięknie. Christian unosi głowę i uśmiecha się. – Widzisz! Mówiłem, że mu się spodoba – cieszy się Franco. – Ślicznie wyglądasz, Ano – mówi Christian z uznaniem. – No to ja już skończyłem – wykrzykuje Franco. Christian wstaje z kanapy i podchodzi do nas. – Dziękuję, Franco. Fryzjer odwraca się, obdarza mnie niedźwiedzim uściskiem i całuje w oba policzki. – Nie pozwól, aby ktoś inny obcinał ci włosy, bellissima Ana! Śmieję się, zakłopotana jego bezpośredniością. Christian odprowadza go do drzwi i chwilę później wraca. – Cieszę się, że zostawiłaś długie – mówi, idąc ku mnie. Oczy mu błyszczą. Bierze pasmo włosów w palce. – Jakie miękkie – mruczy, patrząc na mnie. – Nadal się na mnie gniewasz? Kiwam głową, a on się uśmiecha. – A konkretnie za co? Przewracam oczami. – Mam ci pokazać listę? – To jest taka lista? – I to długa. – Możemy omówić ją w łóżku? – Nie. – Dąsam się niczym mała dziewczynka. – W takim razie podczas lunchu. Jestem głodny, i nie mam na myśli jedynie jedzenia. – Obdarza mnie lubieżnym uśmiechem. – Nie dam ci się omotać tymi twoimi sztuczkami. Tłumi uśmiech. – Co konkretnie panią gryzie, panno Steele? Wyrzuć to z siebie. No dobrze. – Co mnie gryzie? Cóż, po pierwsze, poważne naruszenie mojej prywatności, fakt, że zabrałeś mnie w miejsce, gdzie pracuje twoja dawna kochanka i gdzie miałeś w zwyczaju zabierać wszystkie swoje kochanki na woskowanie różnych części ciała, potraktowałeś mnie na ulicy, jakbym miała sześć lat, no a na dodatek pozwoliłeś się dotknąć tej swojej pani Robinson! – kończę piskliwie. Unosi brwi. Po jego dobrym humorze nie został już nawet ślad. – Dość długa ta lista. Ale pozwól, że podkreślę raz jeszcze: ona nie jest moją panią Robinson. – Może cię dotykać. Zasznurowuje usta. – Wie gdzie. – Co chcesz przez to powiedzieć? Przeczesuje obiema dłońmi włosy i na chwilę zamyka oczy, jakby czekał na jakieś boskie wskazówki. Przełyka ślinę. – Ty i ja nie mamy żadnych zasad. Nigdy nie byłem w związku pozbawionym zasad i nigdy nie wiem, gdzie zamierzasz mnie dotknąć. Denerwuję się tym. Twój dotyk… – urywa, szukając odpowiednich słów. – Po prostu znaczy więcej… dużo więcej. Więcej? Jego odpowiedź niezwykle mnie zaskakuje. No i znowu wisi między nami to krótkie słowo, znaczące tak wiele. Mój dotyk znaczy… więcej. I jak mam się oprzeć, kiedy mówi mi takie rzeczy? Szare oczy szukają moich, pełne niepokoju. Niepewnie wyciągam rękę i niepokój przekształca się w strach. Christian cofa się, a ja opuszczam rękę. – Granica bezwzględna – szepcze, a na jego twarzy malują się ból i panika. Moje rozczarowanie bierze górę. – Jak byś się czuł, gdybyś nie mógł mnie dotykać? – Zdruzgotany i pozbawiony tego, co najważniejsze – odpowiada natychmiast. Och, mój Szary. Kręcę głową i uśmiecham się blado. Christian wyraźnie się odpręża. – Pewnego dnia będziesz mi musiał powiedzieć, dlaczego to akurat jest granicą bezwzględną. – Pewnego dnia – mruczy i w ułamku sekundy pozbywa się swej bezbronności. Jak to możliwe, że tak szybko przeskakuje z nastroju w nastrój? To najbardziej zmienna osoba, jaką znam. – No więc wracając do twojej listy. Naruszenie prywatności. – Krzywi się. – Bo znam numer twojego konta? – Tak, to oburzające. – Robię wywiad w przypadku wszystkich moich uległych. Pokażę ci. – Odwraca się i rusza w stronę gabinetu. Posłusznie idę za nim. Z zamkniętej na klucz szafki na dokumenty wyjmuje szarą teczkę. Widnieje na niej napis: ANASTASIA ROSE STEELE. O kurwa. Piorunuję go wzrokiem. Wzrusza przepraszająco ramionami. – Możesz to wziąć – mówi cicho. – Wielkie dzięki – warczę. Przeglądam zawartość. Ma kopię mojego aktu urodzenia, na litość boską, moje granice bezwzględne, NDA, umowę, o rany, numer ubezpieczenia zdrowotnego, życiorys, historię zatrudnienia. – Więc wiedziałeś, że pracuję u Claytona? – Tak. – To nie był zbieg okoliczności. Nie zjawiłeś się tam przypadkowo? – Nie. Nie wiem, czy mam się wściekać, czy cieszyć. – Ale to popieprzone. Wiesz o tym? – Ja tak tego nie postrzegam. Robiąc to, co robię, muszę zachować środki ostrożności. – Ale to informacje prywatne. – Nie robię niewłaściwego użytku z tych informacji, Anastasio. Zresztą każdy mógłby je zdobyć, gdyby tylko się trochę postarał. Potrzebuję ich, aby sprawować kontrolę. Zawsze tak robiłem. – Z jego twarzy nic się nie da wyczytać. – Ależ robisz z nich niewłaściwy użytek. Przelałeś na moje konto dwadzieścia cztery tysiące dolarów, których nie chcę. Zaciska usta. – Już ci mówiłem. Tyle Taylorowi udało się dostać za twoje auto. Trudne do uwierzenia, wiem, ale tak właśnie było. – Ale audi… – Anastasio, masz pojęcie, jak duże są moje dochody? Rumienię się. – A po co mi to? Nie muszę wiedzieć, jaka kwota znajduje się na twoim koncie, Christianie. Spojrzenie staje się łagodniejsze. – Wiem. To jedna z rzeczy, które w tobie kocham. Wpatruję się w niego zszokowana. Które we mnie kocha? – Anastasio, zarabiam mniej więcej sto tysięcy dolarów na godzinę. Opada mi szczęka. To nieprzyzwoicie ogromna kwota. – Dwadzieścia cztery tysiące to nic. Samochód, książki o Tess, ubrania, to wszystko nic. – Głos ma miękki. Patrzę na niego. On naprawdę tego nie rozumie. Zadziwiające. – Gdybyś był na moim miejscu, jak byś się czuł z tymi wszystkimi… hojnymi darami? – pytam. Przygląda mi się wzrokiem pozbawionym wyrazu i już wiem, jaki jest z nim problem: empatia, czy raczej brak empatii. Cisza się przeciąga. W końcu Christian wzrusza ramionami. – Nie wiem – mówi i wygląda na autentycznie speszonego. Ściska mi się serce. Oto właśnie sedno jego pięćdziesięciu odcieni. Nie potrafi postawić się w mojej sytuacji. – To nie jest przyjemne. Jesteś bardzo hojny, ale mnie to krępuje. Wiele razy ci to mówiłam. Wzdycha. – Chcę ci podarować cały świat, Anastasio. – Pragnę jedynie ciebie, Christianie. Bez żadnych dodatków. – Wchodzą w skład pakietu. To część mnie. Och, ta dyskusja zmierza donikąd. – Może zjemy coś? – pytam. Dobija mnie to panujące między nami napięcie. Marszczy brwi. – Jasne. – Ugotuję coś. – Dobrze. A jeśli nie, to w lodówce jest jedzenie. – Pani Jones ma wolne weekendy? A ty jadasz wtedy coś na zimno? – Nie. – Och? Wzdycha. – Moje uległe gotują, Anastasio. – Och, naturalnie. – Oblewam się rumieńcem. Jak mogłam być taka głupia. Uśmiecham się do niego słodko. – Na co pan ma ochotę? – Na to, co pani się uda znaleźć. Przejrzawszy imponującą zawartość lodówki, postanawiam zrobić hiszpańską tortillę. Są nawet zimne ziemniaki – idealnie. To szybkie i proste. Christian zaszył się w gabinecie i bez wątpienia narusza prywatność jakiegoś biednego, niczego niepodejrzewającego głupca, gromadząc informacje na jego temat. Ta myśl nie jest przyjemna i pozostawia w mych ustach gorzki smak. W głowie mi się kręci. Dla tego człowieka naprawdę nie istnieją żadne granice. Skoro mam gotować, potrzebna mi muzyka. I zamierzam gotować nieulegle! Podchodzę do stojącej obok kominka stacji dokującej i biorę do ręki iPoda Christiana. Założę się, że jest tu więcej kawałków wybranych przez Leilę – na tę myśl cierpnie mi skóra. Gdzie ona jest? Czego chce? Wzdrygam się. Cóż za spuścizna. Nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć. Przeglądam długą listę utworów. Mam ochotę na coś optymistycznego. Hmm, Beyoncé – jakoś mi nie pasuje do Christiana. Crazy in Love. O tak! Jaki trafny tytuł. Wciskam „repeat” i pogłaśniam. Tanecznym krokiem wracam do kuchni, znajduję miskę, otwieram lodówkę i wyjmuję jajka. Rozbijam je i zaczynam ubijać, cały czas tańcząc. Raz jeszcze zaglądam do lodówki i wyjmuję ziemniaki, szynkę i – tak! – groszek z zamrażalnika. Wszystko się przyda. Znalazłszy patelnię, stawiam ją na kuchence, wlewam odrobinę oliwy z oliwek i wracam do ubijania jajek. Brak empatii. Czy tylko Christian tak ma? A może tacy są wszyscy mężczyźni. Nie mam pojęcia. Niewykluczone, że to żadna rewelacja. Szkoda, że Kate nie ma w domu; ona na pewno by wiedziała. Ten jej wyjazd trwa stanowczo za długo. Ma wrócić pod koniec tygodnia po dodatkowym urlopie z Elliotem. Ciekawe, czy nadal tak za sobą szaleją. „Jedna z rzeczy, które w tobie kocham”. Nieruchomieję. Tak powiedział. Czy to znaczy, że są i inne rzeczy? Uśmiecham się po raz pierwszy, odkąd ujrzałam panią Robinson – to szczery, szeroki uśmiech. Christian obejmuje mnie, a ja aż podskakuję. – Ciekawy dobór muzyki – mruczy, całując moją szyję. – Ładnie ci pachną włosy. – Zatapia w nich nos i oddycha głęboko. W moim podbrzuszu budzi się pożądanie. Nie. Wyplątuję się z jego objęć. – Nadal jestem na ciebie zła. Marszczy brwi. – Jak długo będziesz to ciągnąć? – pyta, przeczesując palcami włosy. Wzruszam ramionami. – Na pewno dopóki nie zjem. Kąciki jego ust unoszą się z rozbawieniem. Odwraca się, bierze z blatu pilota i wyłącza muzykę. – Ty to wrzuciłeś na iPoda? – pytam. Kręci głową i już wiem, że to ona – Widmowa Dziewczyna. – Nie sądzisz, że próbowała ci coś wtedy powiedzieć? – No, patrząc na to z perspektywy czasu, pewnie tak – mówi cicho. Co było do udowodnienia. Zero empatii. Moja podświadomość krzyżuje ręce na piersi i cmoka z niesmakiem. – Dlaczego nadal masz tę piosenkę? – Nawet ją lubię. Ale jeśli ciebie to obraża, usunę ją. – Nie, może być. Lubię gotować przy muzyce. – Czego byś chciała posłuchać? – Zaskocz mnie. Udaje się do stacji dokującej, a ja wracam do ubijania. Chwilę później pomieszczenie wypełnia niebiańsko słodki, smutny głos Niny Simone. To jedna z ulubionych piosenek Raya: I Put a Spell on You. Rumieniąc się, zerkam na Christiana. Co on mi próbuje powiedzieć? Już dawno temu rzucił na mnie czar. O rety… Wyraz jego twarzy uległ zmianie, zniknęła wesołość, oczy ma teraz pociemniałe, skupione. Zafascynowana patrzę, jak powoli, niczym drapieżnik, którym zresztą jest, zbliża się do mnie w powolny, zmysłowy rytm muzyki. Jest bosy, ma na sobie jedynie puszczoną luźno białą koszulę, dżinsy. Ma też uwodzicielską minę. Nina śpiewa „jesteś mój”, gdy Christian dochodzi do mnie. Jego zamiary są oczywiste. – Christianie, proszę – szepczę, a trzepaczka w mej dłoni nieruchomieje. – Proszę o co? – Nie rób tego. – Nie rób czego? – Tego. Stoi przede mną i przygląda mi się. – Jesteś pewna? – pyta cicho, po czym wyjmuje mi z dłoni trzepaczkę i wkłada ją z powrotem do miski z jajkami. Serce mam w gardle. Bardzo tego nie chcę – chcę. On jest taki frustrujący, taki podniecający i atrakcyjny. Odrywam wzrok od jego urzekającego spojrzenia. – Pragnę cię, Anastasio – mruczy. – Kocham i nienawidzę, i kocham się z tobą kłócić. To dla mnie nowość. Muszę wiedzieć, że między nami wszystko w porządku. Tylko w taki sposób mogę się tego dowiedzieć. – Moje uczucia względem ciebie się nie zmieniły – mówię cicho. Bliskość tego mężczyzny jest przytłaczająca i podniecająca. Pojawia się znajome przyciąganie, wszystkie moje synapsy popychają mnie w jego stronę, moja wewnętrzna bogini kręci zmysłowo biodrami. Przyglądając się widocznym nad rozpiętymi guzikami koszuli włoskom, przygryzam wargę, bezradna, kierowana pragnieniem – tak bardzo chcę poczuć, jak smakuje tam jego skóra. Znajduje się tak blisko, ale mnie nie dotyka. Ogrzewa mnie ciepło jego ciała. – Nie dotknę cię, dopóki nie wyrazisz zgody – mówi miękko. – Ale teraz właśnie, po naprawdę koszmarnym ranku, pragnę zatopić się w tobie i zapomnieć o wszystkim oprócz nas. O rety… Nas. Magiczne połączenie, krótki, sugestywny zaimek przypieczętowujący umowę. – Zamierzam dotknąć twojej twarzy – mówię bez tchu i w jego oczach na chwilę pojawia się zaskoczenie. Unoszę rękę, po czym dotykam delikatnie jego policzka i przesuwam opuszkami palców po zaroście. Christian zamyka oczy i wypuszcza powstrzymywane powietrze, nachylając twarz ku mojej dłoni. Powoli pochyla się, a moje usta automatycznie wychodzą na spotkanie jego warg. – Tak czy nie, Anastasio? – szepcze. – Tak. Delikatnie opuszcza usta na moje i rozchyla je językiem, biorąc mnie jednocześnie w objęcia, przyciągając do swego ciała. Jego dłoń przesuwa się w górę mych pleców, palce wplątują się we włosy i pociągają lekko, gdy tymczasem druga ręka zatrzymuje się na moich pośladkach, dociskając mnie do niego. Jęczę cicho. – Panie Grey – Taylor wspomaga się kaszlnięciem i Christian natychmiast mnie puszcza. – Taylor. – Głos ma lodowaty. Odwracam się na pięcie i widzę stojącego na progu zażenowanego Taylora. Panowie patrzą na siebie, komunikując się wyłącznie za pomocą spojrzeń. – Do gabinetu – warczy Christian i Taylor przechodzi szybko przez salon. – Odbiorę to sobie później – szepcze mi mój miły do ucha, po czym udaje się w tym samym kierunku. Biorę głęboki, uspokajający oddech. Jak to jest, że nie potrafię się temu mężczyźnie oprzeć? Zdegustowana kręcę głową, wdzięczna Taylorowi za to, że nam przerwał. Choć okazało się to krępujące. Ciekawe, co jeszcze musiał przerywać w przeszłości. Co widział? Nie chcę o tym myśleć. Lunch. Przygotuję lunch. Zabieram się za krojenie ziemniaków. Czego chce Taylor? W mojej głowie kłębią się niespokojne myśli – chodzi o Leilę? Dziesięć minut później wyłaniają się z gabinetu. Akurat skończyłam robić omlet. Christian wygląda na zatroskanego. Na kuchennej wyspie stawiam dwa ogrzane talerze. – Lunch? – Poproszę – mówi Christian i sadowi się na jednym ze stołków barowych. I przygląda mi się uważnie. – Jakiś problem? – Nie. Pochmurnieję. A więc nie chce mi powiedzieć. Nakładam na talerze jedzenie i siadam obok niego. – Dobre – mruczy z uznaniem po pierwszym kęsie. – Masz ochotę na kieliszek wina? – Nie, dziękuję. – Muszę przy tobie zachować trzeźwość umysłu, Grey. Rzeczywiście omlet jest pyszny i jem, choć nie jestem zbyt głodna. Wiem, że w przeciwnym razie Christian by mnie o to męczył. W końcu postanawia wypełnić czymś panującą między nami ciszę i włącza muzykę klasyczną, którą już słyszałam. – Co to takiego? – pytam. – Canteloube, Chants d’Auvergne. Ta akurat nosi tytuł Bailero. – Śliczna. W jakim to jest języku? – Starofrancuskim, a konkretnie oksytańskim. – Znasz francuski, rozumiesz tekst? – Przypominam sobie, jak rozmawiał w tym języku podczas kolacji u jego rodziców. – Niektóre słowa. – Christian uśmiecha się, wyraźnie rozluźniony. – Moja matka miała mantrę: „instrument muzyczny, język obcy, sztuka walki”. Elliot zna hiszpański, Mia i ja francuski. Elliot gra na gitarze, ja na pianinie, a Mia na wiolonczeli. – Wow. A sztuki walki? – Elliot zna judo. Mia w wieku dwunastu lat zbuntowała się i odmówiła. – Uśmiecha się na to wspomnienie. – Szkoda, że moja matka nie była taka zorganizowana. – Doktor Grace potrafi być groźna, jeśli sprawa dotyczy osiągnięć jej dzieci. – Musi być z ciebie bardzo dumna. Ja bym była. Jakiś cień przemyka przez twarz Christiana, on sam przez chwilę sprawia wrażenie skrępowanego. Przygląda mi się nieufnie, jakby poruszał się po nieznanym terenie. – Zdecydowałaś już, w co się ubierzesz dziś wieczorem? A może muszę pójść i coś ci wybrać? – pyta szorstko. Hola! Co ja takiego powiedziałam? – Eee… jeszcze nie. Sam wybrałeś te wszystkie ubrania? – Nie, Anastasio. Podałem twój rozmiar i listę ubrań stylistce u Neimana Marcusa. Powinny pasować. I wiedz, że na dzisiejszy wieczór i kilka następnych dni zamówiłem dodatkową ochronę. Skoro gdzieś po ulicach Seattle krąży nieprzewidywalna Leila, takie środki ostrożności są uzasadnione. Nie chcę, żebyś wychodziła bez ochrony. W porządku? Mrugam powiekami. – W porządku. – Co się stało z Muszę-cię-mieć Greyem? – To dobrze. Muszę im zrobić odprawę. To nie powinno trwać długo. – Są tutaj? – Tak. Gdzie? Christian wstawia swój talerz do zlewu i znika. Co to miało znaczyć? Można by odnieść wrażenie, że w jednym ciele mieszka kilka osób. To objaw schizofrenii? Muszę sprawdzić w Internecie. Szybko zmywam naczynia i udaję się na górę do swojej sypialni, niosąc dossier ANASTASIA ROSE STEELE. Wyjmuję z szafy trzy długie suknie wieczorowe. No dobrze, którą wybrać? Leżąc na łóżku, przyglądam się mojemu Macowi, iPadowi i BlackBerry. Czuję się przytłoczona tą całą technologią. Najpierw z iPada przegrywam na Maca playlistę Christiana, a potem uruchamiam przeglądarkę i ruszam na łowy. Leżę w poprzek łóżka w towarzystwie Maca, gdy wchodzi Christian. – Co robisz? – pyta miękko. Wpadam w lekką panikę, zastanawiając się, czy powinnam mu pozwolić zobaczyć stronę, którą oglądam – Zaburzenie Dysocjacyjne Osobowości: Objawy. Wyciągnąwszy się obok mnie, z rozbawieniem zerka na stronę. – Czytasz to z jakiegoś konkretnego powodu? – pyta nonszalancko. Szorstki Christian zniknął – wrócił Christian żartobliwy. Jak, u licha, mam mu dotrzymać kroku? – Prowadzę badania. Dotyczące skomplikowanej osobowości. – Mówię to ze śmiertelną powagą. Kąciki jego ust drżą. – Skomplikowana osobowość? – Taki mój mały projekt. – A więc teraz jestem małym projektem? Działalnością dodatkową. Może eksperymentem naukowym? Sądziłem zaś, że jestem wszystkim. Panno Steele, rani mnie pani. – Skąd wiesz, że chodzi o ciebie? – Strzelam. – To prawda, że jesteś jedynym popieprzonym, zmiennym, zbzikowanym na punkcie kontroli facetem, z którym łączą mnie relacje intymne. – Sądziłem, że jestem jedyną osobą, z którą cię łączą takie relacje. – Unosi brew. Policzki mi różowieją. – Tak. To także. – Doszłaś już do jakichś wniosków? Odwracam się i patrzę na niego. Leży obok mnie, opierając się na łokciu, a na jego twarzy maluje się rozbawienie. – Uważam, że potrzebna ci intensywna terapia. Delikatnie zakłada mi pasmo włosów za ucho. – A ja uważam, że potrzebna mi jesteś ty. Proszę. – Wręcza mi szminkę. Marszczę zaskoczona brwi. To krwista czerwień, zupełnie nie w moim stylu. – Chcesz, żebym pomalowała nią usta? – pytam piskliwie. Śmieje się. – Nie, Anastasio, chyba że masz na to ochotę. To chyba nie jest twój kolor – dodaje cierpko. Siada po turecku i przez głowę ściąga koszulę. – Podoba mi się twój pomysł sporządzenia mapy. Patrzę na niego pytająco. Mapa? – Miejsca zakazane – mówi tytułem wyjaśnienia. – Och. Żartowałam sobie. – A ja nie. – Chcesz, żebym cię pomalowała szminką? – Zmywa się. Po jakimś czasie. To oznacza, że mogłabym go dotykać. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech. – A może coś bardziej trwałego, na przykład marker? – Mógłbym dać sobie zrobić tatuaż. – W jego oczach tańczą wesołe chochliki. Christian Grey z tatuażem? Znaczący swoje piękne ciało, choć i tak jest już naznaczone? Nie ma mowy! – Nie zgadzam się na tatuaż! – Śmieję się, aby ukryć przestrach. – W takim razie szminka. Zamykam Maca i przesuwam go na bok. Może być całkiem fajnie. – Chodź. – Wyciąga do mnie ręce. – Siądź na mnie. Siadam na łóżku, a potem przysuwam się do niego. Christian leży na plecach, ale nogi ma zgięte w kolanach. – Oprzyj mi się o uda. Siadam na nim tak, jak mi polecił. W jego oczach czai się ostrożność. Ale także wesołość. – Wydajesz się nastawiona do tego dość entuzjastycznie – stwierdza sucho. – Zawsze chętnie się uczę czegoś nowego, panie Grey. I w końcu się zrelaksujesz, ponieważ ja będę wiedzieć, gdzie leżą granice. Kręci głową, jakby nie do końca mógł uwierzyć w to, że zaraz zacznę malować po jego ciele. – Otwórz szminkę – nakazuje. Och, jest w nastroju überapodyktycznym, ale ja się tym nie przejmuję. – Daj mi rękę. Podaję mu drugą. – Tę ze szminką. – Przewraca oczami. – Czy ty właśnie przewróciłeś oczami? – Aha. – To bardzo niegrzeczne, panie Grey. Znam ludzi, którzy na widok czegoś takiego robią się agresywni. – Czyżby? – Ton głosu ma ironiczny. Podaję mu dłoń ze szminką, a on nagle się podnosi, tak że siedzimy twarzą w twarz. – Gotowa? – mruczy cicho, a we mnie wszystko się słodko spina. Och, rety. – Tak – odpowiadam szeptem. Jego bliskość jest kusząca, wyrzeźbione ciało niemal styka się z moim, aż Christianowy zapach miesza się z moim żelem pod prysznic. Kieruje moją dłoń do góry, do łuku, który tworzy bark na złączeniu z ramieniem. – Dociśnij – mówi bez tchu, a mnie zasycha w ustach, gdy prowadzi moją dłoń w dół, od barku, wokół stawu, a potem po boku klatki piersiowej. Szminka zostawia szeroką, jaskrawoczerwoną linię. Christian zatrzymuje się przy dolnych żebrach, a potem prowadzi mi dłoń przez brzuch. Pozornie obojętnie patrzy mi w oczy, ale pod tą całą obojętnością dostrzegam jego napięcie. W połowie brzucha mruczy: – I tak samo po drugiej stronie. Puszcza moją dłoń, a ja wypełniam jego polecenie. Zaufanie, którym mnie obdarzył, sprawia, że kręci mi się w głowie, ale na ziemię sprowadza mnie fakt, że mogę policzyć dokładnie jego ból. Na jego klatce piersiowej widnieje siedem małych, okrągłych białych blizn i patrzenie na te paskudne okaleczenia pięknego ciała to prawdziwa męczarnia. Kto mógł zrobić coś takiego małemu dziecku? – Gotowe – szepczę, tłumiąc w sobie emocje. – Jeszcze nie – odpowiada i długim palcem wskazującym rysuje linię pod szyją. Przejeżdżam po niej szminką. Skończywszy, zaglądam w szare głębie jego oczu. – Teraz plecy. – Gestem mi pokazuje, abym z niego zeszła, następnie odwraca się na łóżku i siada po turecku plecami do mnie. – Narysuj linię od klatki piersiowej przez całe plecy aż na drugą stronę. – Głos ma niski i schrypnięty. Tak robię i teraz szkarłatna linia biegnie przez środek jego pleców. Jednocześnie liczę kolejne blizny na jego ciele. Razem dziewięć. O kurwa. Muszę walczyć ze sobą, aby nie pocałować każdej z nich. Powstrzymuję napływające do oczu łzy. Jakim bydlakiem trzeba być, aby to zrobić? Christian ma opuszczoną głowę i cały jest spięty, gdy kończę swoje dzieło. – Wokół szyi także? – pytam cicho. Kiwa głową, a ja rysuję jeszcze jedną linię, tuż poniżej linii włosów. – Gotowe – mruczę. Wygląda to tak, jakby miał na sobie dziwaczną kamizelkę w cielistym kolorze ze szkarłatnym wykończeniem. Ramiona mu opadają, gdy w końcu się odpręża. Powoli odwraca się twarzą do mnie. – To są granice – mówi cicho. Oczy ma pociemniałe, a źrenice rozszerzone… strachem? Pożądaniem? Przepełnia mnie pragnienie przytulenia się do niego, ale jakoś udaje mi się powstrzymać. – Dam sobie z nimi radę. A teraz mam ochotę rzucić się na ciebie – szepczę. Obdarza mnie szelmowskim uśmiechem i podnosi ręce w geście pozwolenia. – Cóż, panno Steele, cały jestem twój. Wydaję radosny pisk i rzucam się w jego ramiona, przewracając go na plecy. Przekręca się, śmiejąc się wesoło. W tym śmiechu słychać także ulgę, że ta ciężka przeprawa dobiegła końca. Nie wiem, jakim cudem, ale ostatecznie stwierdzam, że to ja leżę pod nim. – No dobrze, powróćmy do tego, co nam przerwał Taylor – mruczy Christian i jego usta opadają na moje. ROZDZIAŁ SZÓSTY Palce mam wplątane w jego włosy, a owładnięte gorączką usta delektują się wargami Christiana. Rozkoszuję się tańcem naszych języków. I wiem, że on czuje to samo. Jest bosko. Nagle podciąga mnie do góry, chwyta za skraj T-shirta i ściąga mi go przez głowę, po czym rzuca na podłogę. – Chcę cię czuć – szepcze mi pożądliwie do ust, a jego dłonie wędrują do tyłu, aby rozpiąć stanik. Sekunda wystarcza i już go nie ma. Popycha mnie z powrotem na łóżko, wciskając w materac, a jego usta przesuwają się na pierś. Palcami mocniej chwytam jego włosy, gdy bierze do ust brodawkę i mocno pociąga. Wydaję okrzyk, bo to doznanie rozlewa się po całym moim ciele, napinając mięśnie wokół krocza. – Tak, mała, chcę cię słyszeć – mruczy z ustami przy mojej rozgrzanej skórze. Ależ ja pragnę poczuć go w sobie. Natychmiast. Ustami i językiem bawi się brodawką, pociągając za nią, ssąc, sprawiając, że wiję się z podniecenia. Wyczuwam jego pożądanie w połączeniu z – czym? Z czcią. Tak, można by odnieść wrażenie, że on mnie czci. Pieści mnie palcami, a brodawka pod umiejętnym dotykiem staje się jeszcze twardsza. Jego dłoń przesuwa się do mych dżinsów i sprawnie je rozpina. Następnie wślizguje się pod materiał majtek i ociera palcami o łono. Z sykiem wypuszczam powietrze, gdy jego palec wsuwa się we mnie. Przyciskam krocze do jego dłoni, oszalała z pragnienia. – Och, mała – dyszy, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteś taka wilgotna – dodaje z zachwytem. – Pragnę cię – mruczę. Nasze usta ponownie się łączą i czuję jego głodną desperację. To nowość – jeszcze nigdy tak nie było, z wyjątkiem może tego razu po powrocie z Georgii – i przypominają mi się jego słowa… „Muszę wiedzieć, że między nami wszystko w porządku. To jedyny sposób, jaki znam”. Ta myśl mnie rozbraja. Świadomość, że mam na niego taki wpływ, że potrafię dać mu ukojenie… Christian siada i zsuwa ze mnie dżinsy, a sekundę później bieliznę. Nie odrywając wzroku od mojej twarzy, wstaje, wyjmuje z kieszeni foliową paczuszkę i rzuca mi ją, po czym jednym płynnym ruchem pozbywa się dżinsów i bokserek. Niecierpliwie rozrywam folię i kiedy on kładzie się znowu przy mnie, powoli nakładam mu prezerwatywę. Chwyta mnie za dłonie i przekręca się na plecy. – Ty na górze – nakazuje, pociągając mnie na siebie. – Chcę cię widzieć. Och. Nakierowuje mnie, a ja z wahaniem opuszczam się na niego. Christian zamyka oczy i unosi biodra, wypełniając mnie, rozciągając, a gdy wypuszcza powietrze, jego usta mają kształt litery O. Przytrzymuje moje dłonie i nie wiem, czy po to, aby mi pomóc w utrzymaniu równowagi, czy po prostu nie chce dopuścić, abym go dotknęła, choć mam przecież mapę. – Ale mi dobrze – mruczy. Ponownie się unoszę, oszołomiona poczuciem władzy, patrząc, jak Christian Grey powoli mi się poddaje. Puszcza moje dłonie i chwyta biodra, a ja kładę ręce na jego ramionach. Wchodzi we mnie ostro, a ja wydaję okrzyk. – Właśnie tak, maleńka, poczuj mnie. Odchylam głowę i tak właśnie robię: czuję go całą sobą. Poruszam się – idealnie dopasowując się do jego rytmu – zagłuszając wszystkie myśli i rozsądek. Jestem jedynie doznaniem, zagubionym w tej bezbrzeżnej rozkoszy. W górę i w dół… jeszcze raz i jeszcze… o tak… Otwieram oczy i wpatruję się w niego. Oddech mam urywany. On także patrzy na mnie płonącym wzrokiem. – Moja Ana – mówi bezgłośnie. – Tak – dyszę. – Na zawsze. Wydaje głośny jęk i ponownie zamyka oczy. Ten widok wystarcza, aby przypieczętować moje przeznaczenie, i dochodzę głośno, wyczerpująco, wirując i wirując, aż w końcu opadam na niego. – Och, mała – jęczy i doznaje spełnienia, mocno mnie do siebie przyciskając. Głowę mam opartą na jego klatce piersiowej na obszarze, do którego mój dotyk nie ma wstępu, policzek dotyka kręconych włosków. Oddech mam jeszcze urywany i walczę z pokusą, by go pocałować. Leżę po prostu na nim, odzyskując świadomość. Christian gładzi moje włosy i plecy, czeka, aż uspokoi mu się oddech. – Jesteś taka piękna. Unoszę głowę i patrzę na niego sceptycznie. W odpowiedzi marszczy brwi i nagle szybko siada. Obejmuje mnie mocno, przytrzymując na miejscu. Zaciskam dłonie na jego bicepsach. – Jesteś. Taka. Piękna – powtarza z emfazą. – A ty bywasz zaskakująco słodki. – Całuję go. Unosi mnie i wysuwa się z mojego wnętrza. Krzywię się. Nachyla się i całuje mnie delikatnie. – Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteś atrakcyjna, prawda? Oblewam się rumieńcem. Czemu tak się tego uczepił? – Ci wszyscy chłopcy, którzy się za tobą uganiają, nic ci to nie mówi? – Chłopcy? Jacy chłopcy? – Mam ci podać listę? – Christian marszczy brwi. – Fotograf za tobą szaleje, ten chłopak w sklepie, w którym pracowałaś, starszy brat twojej współlokatorki. Twój szef – dodaje gorzko. – Och, Christianie, to wcale nie jest prawda. – Uwierz mi. Pragną cię. Pragną tego, co należy do mnie. – Przyciąga mnie do siebie, a ja opieram ręce na jego ramionach i przyglądam mu się z rozbawieniem. – Do mnie – powtarza, a oczy płoną mu zaborczo. – Tak, do ciebie – odpowiadam uspokajająco, uśmiechając się. Wygląda na udobruchanego, a ja fantastycznie się czuję nago na jego kolanach w sobotnie popołudnie. Kto by pomyślał? Jego idealne ciało znaczą ślady szminki. Zauważam, że pościel nieco się ubrudziła. Ciekawe, co sobie pomyśli pani Jones. – Granica pozostaje nienaruszona – mruczę i odważnie przesuwam palcem wskazującym po linii na ramieniu. Christian sztywnieje i mruga powiekami. – Mam ochotę trochę pozwiedzać. Patrzy na mnie sceptycznie. – Apartament? – Nie. Chodziło mi raczej o mapę skarbów, którą narysowaliśmy na tobie. – Palce aż mnie świerzbią, aby go dotykać. Unosi zdziwiony brwi i mruga niepewnie. Pocieram nosem o jego nos. – A z czym konkretnie będzie się to wiązać, panno Steele? Przesuwam opuszkami palców po jego twarzy. – Chcę po prostu dotykać cię wszędzie tam, gdzie mi wolno. Christian chwyta zębami mój palec wskazujący i lekko przygryza. – Aua – protestuję, a on uśmiecha się szeroko. – Dobrze – puszcza mój palec, ale w głosie pobrzmiewa odrobina niepokoju. – Poczekaj. – Ponownie mnie unosi i zdejmuje prezerwatywę, po czym rzuca ją bezceremonialnie na podłogę przy łóżku. – Nie znoszę ich. Mam ochotę wezwać doktor Greene, żeby zaaplikowała ci zastrzyk. – I myślisz, że najlepsza ginekolog w Seattle przybiegnie na twoje wezwanie? – Potrafię być bardzo przekonujący – mruczy, zakładając mi włosy za ucho. – Franco wykonał kawał dobrej roboty. Podoba mi się to cieniowanie. Słucham? – Przestań zmieniać temat. Przemieszcza się tak, że siedzę na nim okrakiem, opierając się o jego zgięte w kolanach nogi. Christian opiera się na łokciach. – No to dotykaj – mówi bez wesołości. Wygląda na zdenerwowanego, choć próbuje to ukryć. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, wyciągam rękę i przesuwam palcem poniżej linii pozostawionej przez szminkę na wyrzeźbionym brzuchu. Wzdryga się i przerywam. – Nie muszę tego robić – mówię cicho. – Nie, w porządku. Muszę się tylko trochę… przestawić. Dawno nikt mnie nie dotykał. – Pani Robinson? – Te słowa wydostają się nieproszone z moich ust. I zaskakujące jest to, że udaje mi się nie wlać do nich rozgoryczenia ani urazy. Kiwa głową. Wyraźnie jest skrępowany. – Nie chcę o niej rozmawiać. To ci popsuje nastrój. – Jakoś dam sobie radę. – Nie, Ana. Wściekasz się za każdym razem, gdy o niej wspominam. Przeszłość to przeszłość. To fakt. Nie jestem w stanie jej zmienić. Dobrze, że ty takiej nie masz, inaczej doprowadzałoby mnie to do szaleństwa. Nie chcę się kłócić. – Do szaleństwa? Większego niż ogarnia cię teraz? – uśmiecham się w nadziei na rozluźnienie napiętej atmosfery. Drgają mu usta. – Szaleję za tobą – szepcze. Serce przepełnia mi radość. – Mam zadzwonić do doktora Flynna? – To chyba nie będzie konieczne – stwierdza sucho. Popycham jego nogi tak, że je prostuje, po czym kładę palce z powrotem na brzuchu i pozwalam, aby wędrowały po jego skórze. Christian ponownie nieruchomieje. – Lubię cię dotykać. – Moje palce muskają pępek, a potem przesuwają się w dół. Oddech mu przyspiesza, oczy ciemnieją, a członek twardnieje i drga pod moim dotykiem. A niech to. Runda druga. – Znowu? – mruczę. Uśmiecha się. – O tak, panno Steele, znowu. Cóż za rozkoszny sposób spędzania sobotniego popołudnia. Stoję pod prysznicem i myję się, uważając, aby nie zamoczyć związanych włosów. Rozmyślam o ostatnich godzinach. Christian i wanilia chyba do siebie pasują. Tak wiele mi dzisiaj wyjawił. Niełatwa jest próba przyswojenia tych wszystkich informacji i zastanowienia się nad tym, czego się dowiedziałam: ile zarabia – jest obrzydliwie bogaty, co jest po prostu niesamowite jak na kogoś w jego wieku, i że posiada dossier na mój temat i wszystkich swoich ciemnowłosych uległych. Ciekawe, czy tamta szafka kryje wszystkie teczki? Moja podświadomość sznuruje usta i kręci głową – „Nawet się tam nie zapuszczaj”. Marszczę brwi. A może tylko zajrzę? No i jeszcze Leila – gdzieś w okolicy, możliwe, że uzbrojona – i jej fatalny muzyczny gust wciąż obecny na jego iPodzie. Ale jeszcze gorsza jest pani Pedo Robinson. Nie pojmuję tej kobiety i nawet nie mam zamiaru podejmować prób pojęcia. Nie chcę, aby była jasnowłosym widmem w naszym związku. Christian ma rację, rzeczywiście mam mroczki przed oczami na samą myśl o niej, więc może lepiej, żebym nie zaprzątała sobie nią głowy. Wychodzę spod prysznica i wycieram się. I nagle dopada mnie nieoczekiwany gniew. Ale kto nie miałby mroczków? Która normalna, zdrowa psychicznie kobieta zrobiłaby coś takiego piętnastoletniemu chłopcu? W jakim stopniu przyczyniła się do jego odchyłów? Ja tej kobiety nie rozumiem. A co gorsza Christian twierdzi, że ona mu pomogła. Jak? Przypominają mi się jego blizny, to skrajne fizyczne ucieleśnienie koszmarnego dzieciństwa i przyprawiające o mdłości przypomnienie o tym, jakie zostawiło to ślady na jego psychice. Mój słodki, smutny Szary. Powiedział mi dzisiaj tyle cudowności. Szaleje na moim punkcie. Patrząc na swoje odbicie w lustrze, uśmiecham się na wspomnienie jego słów, a serce ponownie mało nie pęka mi z radości. Niewykluczone, że jednak nam się uda. Ale jak długo będzie chciał to robić, zanim zachce mu się sprać mnie na kwaśne jabłko za przekroczenie jakiejś arbitralnej granicy? Uśmiech znika z mojej twarzy. Tego właśnie nie wiem. To jest ten cień, który wisi nad nami. Perwersyjne bzykanko, zgoda, to może być, ale coś więcej? Moja podświadomość patrzy na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu, choć raz nie wyskakując ze swoimi mądrościami. Udaję się do sypialni, aby się ubrać. Christian szykuje się na dole, więc cały pokój jest dla mnie. Oprócz sukienek w szafie mam także szuflady pełne nowej bielizny. Wybieram czarny gorset bez ramiączek: pięćset czterdzieści dolarów. Jest wykończony srebrną tasiemką, a do kompletu ma miniaturowe figi. Do tego pończochy samonośne w cielistym kolorze, tak delikatne, jakby utkano je z czystego jedwabiu. O rany, są… zmysłowe… i nawet podniecające… Sięgam właśnie po sukienkę, kiedy bezceremonialnie wchodzi Christian. Hola, a zapukać to nie można? Staje jak skamieniały, wpatrując się we mnie wygłodniałym wzrokiem. Mam wrażenie, że nie tylko policzki oblewa mi szkarłatny rumieniec. Christian ma na sobie białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. W wycięciu rozpiętego kołnierzyka dostrzegam ślad szminki. – W czym mogę pomóc, panie Grey? Zakładam, że cel pańskiej wizyty jest inny niż bezmyślne wgapianie się we mnie? – To bezmyślne wgapianie bardzo mi się podoba, dziękuję, panno Steele – mruczy, robiąc krok do przodu i pożerając mnie wzrokiem. – Przypomnij mi, abym wysłał podziękowania Caroline Acton. Marszczę brwi. A co to za jedna? – Osobista stylistka u Neimana – mówi, odpowiadając na moje niewypowiedziane na głos pytanie. – Och. – Rozproszył mnie ten widok. – Właśnie widzę. Czego chcesz, Christianie? – Posyłam mu rzeczowe spojrzenie. Uśmiechając się, wyjmuje z kieszeni srebrne kulki, a ja nieruchomieję. O cholera! Chce dać mi klapsy? Teraz? Dlaczego? – To nie to, co myślisz – mówi szybko. – No to mnie oświeć – szepczę. – Pomyślałem sobie, że mogłabyś je dzisiaj włożyć. Implikacje tego zdania w końcu do mnie docierają. – Na przyjęcie? – Jestem zaszokowana. Kiwa powoli głową, a oczy mu ciemnieją. O rety. – Później dasz mi klapsy? – Nie. Przez chwilę mam wrażenie, że to, co czuję, to ukłucie rozczarowania. Chichocze. – A chcesz? Przełykam ślinę. Sama nie wiem. – Cóż, bądź spokojna, nie zamierzam cię dotknąć w taki sposób, nawet gdybyś mnie o to błagała. Och! To coś nowego. – Chcesz się w to zabawić? – kontynuuje, unosząc kulki. – Zawsze możesz je wyjąć, jeśli nie będziesz mogła wytrzymać. Wpatruję się w niego. Wygląda tak niesamowicie kusząco – potargane włosy, ciemne oczy, w których tańczą erotyczne ogniki, kąciki ust uniesione w seksownym, wesołym uśmiechu. – Dobrze – zgadzam się cicho. O tak! Moja wewnętrzna bogini odzyskała głos. – Grzeczna dziewczynka – uśmiecha się Christian. – Włóż najpierw buty, a potem chodź do mnie. Buty? Odwracam się i zerkam na szpilki z szarego zamszu, pasujące do sukni, na którą się zdecydowałam. A co tam, może być tak, jak on chce. Wyciąga rękę, aby mnie podtrzymać, gdy zakładam szpilki od Christiana Louboutina, kupione za trzy tysiące dwieście dziewięćdziesiąt pięć dolarów, czyli jak za darmo. I od razu robię się wyższa o co najmniej dwanaście centymetrów. Prowadzi mnie do łóżka, ale nie siada, tylko podchodzi do jedynego krzesła w sypialni. Stawia je przede mną. – Kiedy kiwnę głową, schylisz się i przytrzymasz krzesła. Rozumiesz? – Głos ma schrypnięty. – Tak. – Dobrze. A teraz otwórz usta – nakazuje. Robię, co mi każe, sądząc, że włoży mi do nich kulki, aby je zwilżyć. Nie, on wkłada tam palec wskazujący. Och… – Ssij – mówi. Unoszę rękę i przytrzymuję jego dłoń, po czym zaczynam ssać – widzicie, jak chcę, to potrafię być posłuszna. Smakuje mydłem… hmm. Ssę mocno, a nagrodą jest widok jego rozchylonych ust. Wygląda na to, że nie będzie mi potrzebny żaden lubrykant. Christian wkłada sobie kulki do ust, gdy tymczasem ja funduję fellatio jego palcowi. Kiedy próbuje go wyjąć, przytrzymuję zębami. Uśmiecha się szeroko i kręci głową, więc w końcu puszczam. Gdy widzę, że kiwa głową, pochylam się i chwytam za brzegi krzesła. Przesuwa mi majteczki na bok i bardzo powoli wkłada we mnie palec, zataczając niespieszne kółka, tak że czuję go na wszystkich ściankach. Z mojego gardła wydobywa się bezradny jęk. Wysuwa palec i ostrożnie wkłada na jego miejsce kulki, jedną po drugiej. Kiedy już są na swoim miejscu, przesuwa z powrotem materiał majtek i całuje mnie w pupę. A potem jego dłonie biegną w górę mych nóg, od kostek aż do ud i Christian lekko całuje miejsca, gdzie kończą się pończochy. – Ma pani naprawdę piękne nogi, panno Steele – mruczy. Wstaje i chwyta mnie za biodra, po czym przyciąga moje pośladki do siebie, abym poczuła jego erekcję. – Może tak właśnie cię przelecę, kiedy wrócimy do domu, Anastasio. Teraz możesz już się wyprostować. Kręci mi się w głowie i podnieca mnie dotyk obijających się o siebie kulek. Christian nachyla się i całuje mnie w ramię. – Kupiłem dla ciebie, abyś je założyła na galę zeszłej soboty. – Obejmuje mnie i wyciąga rękę. Na niej spoczywa niewielkie czerwone pudełeczko z napisem „Cartier”. – Ale ty odeszłaś, więc nie miałem w ogóle okazji ci ich dać. Och! – To moja druga szansa – mówi cicho głosem nabrzmiałym emocjami. Denerwuje się. Z wahaniem biorę od niego pudełeczko i je otwieram. Wewnątrz kryje się para kolczyków. Każdy składa się z czterech diamencików, ułożone jeden pod drugim, przy czym górny w lekkim oddaleniu od pozostałych. Są piękne, proste i klasyczne. Sama bym takie wybrała, gdybym miała oczywiście okazję robić zakupy u Cartiera. – Są śliczne – szepczę i ponieważ to kolczyki drugiej szansy, kocham je. – Dziękuję. Wyraźnie się odpręża i ponownie całuje mnie w ramię. – Zakładasz tę suknię ze srebrnej satyny? – pyta. – Tak. Może być? – Naturalnie. Pozwolę ci się przygotować. – Po tych słowach wychodzi, nie oglądając się za siebie. Wkroczyłam do alternatywnego wszechświata. Młoda kobieta patrząca na mnie w lustrze wygląda na godną czerwonego dywanu. Jej długa, satynowa srebrna suknia bez ramiączek jest po prostu oszałamiająca. Może ja też napiszę do Caroline Acton. Jest dopasowana i pięknie podkreśla moje niezbyt imponujące krągłości. Włosy otaczają moją twarz miękkimi falami, rozsypane na ramionach i piersiach. Z jednej strony zakładam je za ucho, odsłaniając moje kolczyki drugiej szansy. Makijaż ograniczyłam do minimum: eyeliner, tusz, odrobina różu i jasnoróżowa szminka. Tak naprawdę róż mi niepotrzebny. Jestem nieco zarumieniona dzięki ciągłemu przemieszczaniu się srebrnych kulek. Tak, już one zagwarantują, że kolorków mi dzisiejszego wieczoru nie zabraknie. Kręcąc głową nad zuchwałością erotycznych pomysłów Christiana, schylam się po satynowy szal i srebrną kopertówkę, po czym ruszam na poszukiwanie mojego Szarego. Tyłem do mnie rozmawia właśnie na korytarzu z Taylorem i trzema innymi mężczyznami. Ich zaskoczone miny pełne uznania oznajmiają mu moją obecność. Odwraca się, a ja stoję skrępowana. W ustach czuję suchość. Wygląda niesamowicie… Czarny smoking, czarna mucha i pełen podziwu wzrok. Podchodzi do mnie i całuje moje włosy. – Anastasio, wyglądasz przepięknie. Rumienię się na ten komplement, wypowiedziany przy Taylorze i pozostałej trójce. – Kieliszek szampana przed wyjściem? – Chętnie – bąkam, zdecydowanie zbyt szybko. Christian kiwa głową Taylorowi, który wyprowadza ekipę do holu. Wyjmuje z lodówki szampana. – Ochrona? – pytam. – Najbliższa. Taylor sprawuje nad nimi kontrolę. Do tego też ma przygotowanie. – Podaje mi smukły kieliszek. – Jest naprawdę wszechstronny. – Owszem – uśmiecha się Christian. – Ślicznie wyglądasz, Anastasio. Na zdrowie. – Stukamy się kieliszkami. Szampan jest bladoróżowy i pyszny. – Jak się czujesz? – pyta, obrzucając mnie gorącym wzrokiem. – Dobrze, dziękuję. – Uśmiecham się słodko, niczego nie zdradzając. Doskonale wiem, że to aluzja do srebrnych kulek. – Proszę, to ci się przyda. – Wręcza mi duży aksamitny woreczek, który leżał na kuchennym blacie. – Otwórz – poleca między łykami szampana. Zaintrygowana wkładam do środka rękę i wyjmuję misternie wykończoną srebrną maskę z kobaltowymi piórami i pióropuszem wieńczącym górę. – To bal maskowy – wyjaśnia. – Rozumiem. – Maska jest piękna. Krawędzie ma owinięte srebrną wstążką, a wokół oczu srebrne filigrany. – Ona podkreśli twoje śliczne oczy, Anastasio. Uśmiecham się do niego nieśmiało. – Ty też założysz maskę? – Oczywiście. Na swój sposób zapewniają dużo swobody – dodaje, unosząc brew. Och. Ale będzie fajnie. – Chodź. Chcę ci coś pokazać. Bierze mnie za rękę i prowadzi przez korytarz do drzwi obok schodów. Otwiera je, prezentując duży pokój mniej więcej tej samej wielkości, co pokój zabaw, który musi znajdować się dokładnie nad nami. Ten akurat jest wypełniony książkami. O kurczę, biblioteka, w której każda ściana ma półki od podłogi aż do samego sufitu. Na środku stoi duży stół bilardowy oświetlany podłużną lampą Tiffany. – Masz bibliotekę! – piszczę radośnie, cała podekscytowana. – Tak, bilardownię, jak ją nazywa Elliot. Ten apartament jest naprawdę spory. Dzisiaj do mnie dotarło, kiedy wspomniałaś o zwiedzaniu, że jeszcze cię po nim nie oprowadziłem. Teraz nie mamy na to czasu, ale pomyślałem, że pokażę ci ten pokój i może zaproszę na partyjkę bilardu w niedalekiej przyszłości. Uśmiecham się szeroko. – No pewnie. – W duchu sobie gratuluję. José i ja zaprzyjaźniliśmy się właśnie przy bilardzie. Od trzech lat gramy w niego regularnie. Jestem mistrzynią kija. José okazał się dobrym nauczycielem. – No co? – pyta rozbawiony Christian. Och! Naprawdę muszę przestać natychmiast okazywać wszystkie emocje, jakie się we mnie kłębią. – Nic – odpowiadam szybko. Mruży oczy. – Cóż, może doktorowi Flynnowi uda się odkryć twoje tajemnice. Poznasz go dziś wieczorem. – Tego kosztownego szarlatana? – O cholera. – We własnej osobie. Wprost się nie może doczekać, aby cię poznać. Gdy siedzimy na tylnej kanapie audi i jedziemy w kierunku północnym, Christian ujmuje moją dłoń i delikatnie przesuwa kciukiem po knykciach. Poprawiam się na siedzeniu i zwalczam w sobie pokusę jęknięcia, gdyż Taylor nie słucha dziś iPoda, a obok niego siedzi jeden z ochroniarzy. Chyba nazywa się Sawyer. Zaczynam odczuwać lekki, całkiem przyjemny ból w dole brzucha, wywołany kulkami. Ciekawe, jak długo uda mi się wytrzymać bez, eee… ulżenia sobie? Zakładam nogę na nogę. Gdy to robię, na powierzchnię wydostaje się w końcu myśl, która od jakiegoś czasu nie daje mi spokoju. – Skąd miałeś szminkę? – pytam cicho Christiana. Uśmiecha się znacząco i pokazuje na Taylora. Wybucham śmiechem. – Och. – I szybko przestaję. Ach, te kulki. Przygryzam wargę. Christian uśmiecha się do mnie, a oczy mu błyszczą szelmowsko. Doskonale wie, co się ze mną dzieje, ten seksowny małpiszon. – Rozluźnij się – szepcze. – Jeśli to zbyt wiele… – urywa i delikatnie całuje moją dłoń, a potem ssie opuszek małego palca. Teraz już wiem, że robi to celowo. Zamykam oczy, a tymczasem moje ciało bierze w posiadanie żądza. Poddaję się temu doznaniu, a mięśnie podbrzusza zaciskają się mocno. Kiedy otwieram oczy, Christian przygląda mi się uważnie, mój mroczny książę. To chyba przez ten smoking i muchę, ale wygląda na starszego, bardziej wyrafinowanego, niesamowicie przystojnego rozpustnika z lubieżnymi zamiarami. Po prostu zapiera mi dech w piersiach. Jestem w seksualnej niewoli i jeśli wierzyć jego słowom, on także. Na tę myśl uśmiecham się szeroko. – No więc czego możemy się dzisiaj spodziewać? – Och, taka tam zwykła impreza – odpowiada lekko Christian. – Dla mnie nie taka zwykła – przypominam mu. Uśmiecha się czule i znowu całuje moją dłoń. – Będzie tam wielu ludzi obnoszących się z zamożnością. Aukcja, loteria, kolacja, tańce, moja matka wie, jak się urządza przyjęcie. – Uśmiecha się i po raz pierwszy od rana nieco się rozluźniam na myśl o wieczorze. Wzdłuż podjazdu prowadzącego do rezydencji Greyów ciągnie się sznur drogich samochodów. Drogę oświetlają im podłużne, jasnoróżowe papierowe lampiony. Gdy podjeżdżamy nieco bliżej, widzę, że są porozwieszane dosłownie wszędzie. W wieczornym świetle wyglądają magicznie, jakbyśmy wkraczali do jakiegoś zaczarowanego królestwa. Zerkam na Christiana. Jak to pasuje do mojego księcia – i budzi się we mnie dziecinne podekscytowanie. – Maski na twarz – uśmiecha się Christian i kiedy wyjmuje swoją, czarną i prostą w kształcie, mój książę staje się kimś bardziej mrocznym, zmysłowym. W jego twarzy widać teraz jedynie pięknie wykrojone usta i mocno zarysowaną żuchwę. Na jego widok czuję ukłucie w sercu. Zakładam swoją maskę i ignoruję pączkujące w mym ciele pożądanie. Taylor zatrzymuje się na końcu podjazdu i chłopak w uniformie otwiera drzwi od strony Christiana. Sawyer wyskakuje z auta, aby otworzyć moje. – Gotowa? – pyta Christian. – Tak jest. – Wyglądasz pięknie, Anastasio. – Całuje moją dłoń i wychodzi z samochodu. Wzdłuż trawnika biegnie ciemnozielony dywan, prowadzący do rozległego ogrodu na tyłach domu. Christian obejmuje mnie w talii, gdy idziemy po dywanie w towarzystwie elity Seattle w strojach wieczorowych i najprzeróżniejszych maskach. Drogę oświetlają nam lampiony. Dwóch fotografów ustawia gości na tle porośniętej bluszczem altany. – Panie Grey! – woła jeden z nich. Christian kiwa głową i przyciąga mnie bliżej siebie, gdy przez chwilę pozujemy do zdjęć. Skąd wiedzą, że to on? Pewnie przez tę charakterystyczną zmierzwioną czuprynę. – Dwóch fotografów? – pytam Christiana. – Jeden jest z „Seattle Times”, drugi robi zdjęcia pamiątkowe, które potem będzie można kupić. Och, moje zdjęcie znowu w prasie. Przez głowę przemyka mi myśl o Leili. W taki przecież sposób dowiedziała się o mnie. Ta myśl jest niepokojąca, ale pociesza mnie fakt, że w masce niełatwo mnie rozpoznać. Na końcu dywanu odziani na biało kelnerzy trzymają tace pełne kieliszków z szampanem i cieszę się, kiedy Christian wręcza mi jeden – to powinno odpędzić ode mnie czarne myśli. Podchodzimy do dużej białej pergoli obwieszonej mniejszymi wersjami papierowych lampionów. Pod nią błyszczy czarno-biały parkiet do tańca otoczony niskim płotkiem z wejściami z trzech stron. Przy każdym z nich ustawiono dwa rzeźbione w lodzie łabędzie. Czwarty bok zajmuje scena, na której kwartet smyczkowy gra jakiś nieznany mi, piękny, eteryczny utwór. Scena jest duża i podejrzewam, że później zajmie ją cały zespół. Christian bierze mnie za rękę i prowadzi między łabędziami na parkiet, gdzie zbierają się gawędzący z kieliszkami w dłoniach goście. Kawałek dalej rozstawiono olbrzymi namiot, a w nim elegancko nakryte stoły oraz krzesła. Strasznie ich dużo! – Ile tu będzie osób? – pytam Christiana, zaskoczona rozmiarem namiotu. – Coś koło trzystu. Musiałabyś zapytać o to moją matkę. – Uśmiecha się do mnie. – Christian! Młoda kobieta zarzuca mu ręce na szyję i od razu wiem, że to Mia. Ma na sobie elegancką długą suknię z jasnoróżowego szyfonu, a jej twarz skrywa prześliczna, delikatnie zdobiona wenecka maska. Wygląda niesamowicie. I w tej chwili zalewa mnie fala wdzięczności za to, że Christian podarował mi tę srebrną suknię. – Ana! Och, kochana, wyglądasz bosko! – Obdarza mnie mocnym uściskiem. – Musisz poznać moje przyjaciółki. Nie chcą uwierzyć, że mój brat ma w końcu dziewczynę. Posyłam Christianowi spojrzenie pełne paniki, ale on wzrusza ramionami z rezygnacją, w geście mówiącym „wiem, że jest niemożliwa, znoszę to już od wielu lat”, i pozwala Mii odciągnąć mnie do grupy czterech młodych kobiet. Wszystkie mają na sobie drogie suknie, a także nienaganne fryzury i makijaże. Mia dokonuje wzajemnej prezentacji. Trzy z nich są sympatyczne, ale Lily, tak chyba ma na imię, patrzy na mnie niechętnie spod czerwonej maski. – Wszyscy oczywiście sądziliśmy, że Christian jest gejem – oświadcza drwiąco, kamuflując niechęć szerokim, fałszywym uśmiechem. – Lily, zachowuj się – beszta ją Mia. – To oczywiste, że mój brat ma doskonały gust, jeśli chodzi o kobiety. Czekał, aż pojawi się ta właściwa, i nie okazałaś się nią ty! Rumieni się nie tylko Lily, ale i ja. – Drogie panie, czy mogę odzyskać moją towarzyszkę? Christian obejmuje mnie w talii i przyciąga do siebie. Cała czwórka płoni się, uśmiecha i przestępuje z nogi na nogę – jego olśniewający uśmiech zawsze tak działa. Mia zerka na mnie i wywraca oczami, a ja wybucham głośnym śmiechem. – Miło było was poznać – mówię przez ramię, gdy zaczynamy się oddalać. – Dziękuję ci – szepczę do Christiana, kiedy dzieli nas już od nich stosowna odległość. – Zobaczyłem, że jest tam Lily. A to prawdziwa zołza. – Podobasz jej się – burczę. Wzdryga się. – Cóż, bez wzajemności. Chodź, przedstawię cię paru osobom. Następne pół godziny to wir prezentacji i powitań. Poznaję dwóch hollywoodzkich aktorów, dwóch prezesów i kilku wybitnych lekarzy. I nie ma takiej możliwości, żebym zapamiętała, jak się wszyscy nazywają. Christian nie odstępuje mnie ani na krok, co bardzo mnie cieszy. Szczerze mówiąc, to całe bogactwo, glamour i skala imprezy onieśmielają mnie. Nigdy dotąd nie brałam w czymś takim udziału. Odziani na biało kelnerzy krążą między gośćmi z butelkami szampana, z niepokojącą regularnością napełniając mi kieliszek. Nie mogę zbyt dużo pić. Nie mogę zbyt dużo pić – powtarzam w myślach, ale zaczyna mi się lekko kręcić w głowie i nie wiem, czy to wina szampana, spowodowanej maskami atmosfery tajemnicy, czy srebrnych kulek. Coraz trudniej mi ignorować tępy ból w podbrzuszu. – Więc pracuje pani w SIP? – pyta łysiejący dżentelmen w masce niedźwiedzia. A może psa? – Słyszałem plotki o nagłym przejęciu. Rumienię się. Bo rzeczywiście do niego doszło, a dokonał go człowiek, który ma więcej pieniędzy niż rozumu i specjalizuje się w prześladowaniu. – Jestem jedynie asystentką, panie Eccles. Nic mi o takich sprawach nie wiadomo. Christian milczy, uśmiechając się blado do Ecclesa. – Panie i panowie! – Przerywa nam mistrz ceremonii w czarno-białej masce arlekina. – Proszę o zajęcie miejsc. Podano kolację. Christian bierze mnie za rękę i razem z tłumem ludzi udajemy się do dużego namiotu. Jego wnętrze jest oszałamiające. Trzy olbrzymie żyrandole rzucają iskierki we wszystkich kolorach tęczy na obite kremowym jedwabiem ściany i sufit. Stolików musi być co najmniej trzydzieści. Przypomina mi się prywatna sala w hotelu Heathman – kryształowe kieliszki, obrusy i pokrowce na krzesła ze śnieżnobiałego lnu, a pośrodku srebrny kandelabr otoczony wymyślną kompozycją z jasnoróżowych peonii. Obok niego stoi owinięty siateczkowym jedwabiem kosz z prezentami. Christian zerka na plan rozsadzenia gości, po czym prowadzi mnie do stołu na środku namiotu. Siedzą już przy nim Mia i Grace Trevelyan-Grey, pogrążone w rozmowie z młodym mężczyzną, którego nie znam. Grace ma na sobie połyskującą suknię w kolorze mięty, na twarzy zaś dopasowaną kolorystycznie wenecką maskę. W ogóle nie wygląda na zestresowaną i wita się ze mną ciepło. – Ana, cudownie cię znowu widzieć! Ślicznie wyglądasz. – Matko. – Christian wita się z nią sztywno i całuje w oba policzki. – Och, Christianie, jakiś ty oficjalny – beszta go żartobliwie. Dołączają do nas rodzice Grace, państwo Trevelyan. Są pełni młodzieńczego wigoru, ale pod tymi maskami trudno określić ich wiek. Widok Christiana mocno ich raduje. – Babciu, dziadku, przedstawiam wam Anastasię Steele. Pani Trevelyan cała się nade mną rozpływa. – Och, w końcu kogoś sobie znalazł, to wspaniale, no i jaką piękność! No, mam szczerą nadzieję, że uczynisz z niego przyzwoitego mężczyznę – wyrzuca z siebie, ściskając mi dłoń. O w mordę. Dzięki niebiosom za maskę. – Mamo, nie zawstydzaj Any. – Na ratunek przychodzi mi Grace. – Ignoruj tę niemądrą staruszkę, moja droga. – Pan Trevelyan ściska mi dłoń. – Wyobraża sobie, że skoro jest taka stara, to ma nadane przez Boga prawo mówienia wszystkiego, co jej ślina na język przyniesie. – Ana, to mój kolega, Sean. – Mia nieśmiało przedstawia mi swego młodego towarzysza, który uśmiecha się do mnie łobuzersko. W jego brązowych oczach tańczy rozbawienie, gdy wymieniamy uścisk dłoni. – Miło cię poznać, Sean. Christian także ściska mu dłoń, bacznie się przyglądając. No nie, czyżby biedna Mia także musiała znosić jego nadopiekuńczość? Uśmiecham się do niej ze współczuciem. Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/strefa-autora/goraca-antologia-41652248/?lfrom=390579938) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом.