Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Marzycielka Katarzyna Michalak Trylogia autorska #3 Samotność… Jeżeli Ewie Kotowskiej wydawało się, że poznała jej smak, była w błędzie. Teraz dopiero, gdy straci ukochanego mężczyznę i najbliższych przyjaciół, doświadczy prawdziwej samotności. Jednak los, dotąd tak okrutny, ma dla Ewy parę niespodzianek. Gdy tylko kobieta odnajdzie siłę, by odbudować z gruzów swój świat, odnajdzie swoje miejsce na ziemi, pojawią się nowe przyjaźnie, a promyk nadziei, że będzie lepiej, musi być, prawda?, nieśmiało rozproszy mrok. Miłość… O nie. Ewa jest bardzo ostrożna z powierzaniem serca w czyjeś ręce. Przyjaźnić się z mężczyznami? Tak, jak najbardziej, ale pokochać? Nie. Jej szczere uczucia zostały tyle razy podeptane, miłość odrzucona, a ona sama zdradzona, że trzyma serce pod kluczem. Czasem tylko tęskni za Tym Jedynym, za bliskością, jakiej przyjaciele dać Ewie nie mogą. Marzenia… Ich nie porzuciła nigdy. Ale są tak dalekie, tak niespełnialne… By sięgnąć po swoją gwiazdkę z nieba, musi zaufać choć raz. Jeszcze jeden, ostatni raz. Czy się odważy? Czy jej poranione serce będzie potrafiło wybaczyć i pokochać, gdy On stanie przed Ewą ponownie? Czytaj dalej. Katarzyna Michalak Marzycielka Wielką sztuką jest zawsze dostawać to, czego chcesz, ale jeszcze większą – nie sięgać po to, czego dostać nie możesz. Copyright O Katarzyna Michalak, 2019 Redakcja: Maryla Błońska Korekta: Maryla Błońska, Beata Sawicka Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Michalak Opracowanie graficzne okładki: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Fotografia na okładce: Victor Habbick/arcangel.com Materiały graficzne: fotolia.com, istock.com Skład i łamanie: Piotr Kuliga www.kuligadtp.netgaleria.pl (http://www.kuligadtp.netgaleria.pl/) ISBN 978-83-951992-7-1 Wydanie I Publikację elektroniczną przygotował: PROLOG Będę miała własny dom, choćby maleńki, ale własny. Z ogrodem. I różami w tym ogrodzie. I nikt mi tego domu nie odbierze. Nikt mnie z niego nie wyrzuci. I nigdy już nie będę chodziła głodna. Nigdy! Będę miała codziennie świeży chleb na śniadanie. Pachnący i świeży. Z masłem i powidłami. Albo z serem i pomidorem. Zawsze będzie mnie stać na gorący posiłek. Będę codziennie gotować sobie pyszny rosół. Albo pomidorową. I do tej pomidorowej sama zrobię makaron. I ulepię mnóstwo pierogów. Mnóstwo! Z pieczarkami. I z mięsem z tego rosołu. A w lecie z jagodami i gęstą, pyszną śmietaną. I z cukrem. Dużo cukru. Będzie mnie stać na dobrą herbatę earl grey z cukrem. Pięknie pachnącą. I na czekoladę. Tak. Na czekoladę też. Będę miała pracę, która będzie moją pasją, wspaniałą pasją. Będę ją uwielbiała. Będę budziła się rano z radością, że mogę zająć się tym, co kocham. I nigdy nie będzie mi tego dosyć. Wspaniałego zajęcia, które przyniesie mi godny zarobek. Tak właśnie. Godne pieniądze. Będę szanowana za to, co robię. Po prostu szanowana. Będę zdrowa. Już nigdy nie zabiorą mnie do szpitala. Nie zamkną na sali ścisłej obserwacji. Nie nafaszerują prochami, od których w środku po prostu umieram. Nie będą mi potrzebne żadne prochy. Na sen też nie. Będę zasypiała spokojna i szczęśliwa, wiedząc, że jutro będzie nowy dzień. Że dla mnie też wzejdzie słońce. I nie skrzywdzę siebie w żaden sposób, a już na pewno nie w ten sposób. Już nigdy. Przyrzekam. I wreszcie… będę miała kogoś – nie coś!, nie chomika, psa czy węża, ale kogoś – kto będzie mnie kochał. Bezgranicznie i bezwarunkowo. Całym sercem. Tak jak ja będę kochała jego. I nigdy więcej nie będę sama. Nigdy więcej… Ewa zamknęła z trzaskiem notes oprawiony w czarną imitację skóry. Tani i wytarty. Trzymała go przez chwilę w dłoniach złożonych jak do modlitwy, walcząc z uczuciem przemożnego smutku. Och, pamiętała noc, w którą pisała te słowa. Głodna i tak wściekła na siebie i świat – nie nieszczęśliwa, ale wściekła! – że pomóc mogło tylko jedno: żyletka i krwawa pręga na skórze. Głupia ja… Głupia tamta kobieta… Trzymała czarny notes między dłońmi i oprócz smutku czuła… podziw. Dla samej siebie, że potrafiła się odbić od takiego dna. Ile siły tkwi w nas, kobietach! Ile trzeba starań, by nas złamać! A i tak powstaniemy z kolan, wypełzniemy z bagna i spróbujemy na powrót żyć… Po chwili przyszło jej do głowy coś jeszcze: jak to się stało, że młoda kobieta, bo pisząc tamte słowa, Ewa dobiegała trzydziestki, mogła się na takim dnie w ogóle znaleźć? Początek dwudziestego pierwszego wieku, a ona marzy o talerzu ciepłej zupy?! Tak jednak było… Ewa wrzuciła notes do kartonowego pudła, które przez ładnych parę lat stało w najdalszym kącie stryszku „budki na narzędzia”, jak mówiła o swoim maleńkim domku nad Liwcem. Ostrożnie zeszła po drabinie, ściągnęła z kanapy koc, owinęła się nim, usiadła na schodkach ganku i zapatrzyła w rozgwieżdżone nocne niebo. „Czy dostrzegasz piękno gwiazd?” – pamięć podsunęła jedno z pytań testu, które Ewą-sprzed-piętnastu-lat po prostu wstrząsnęło. Do dziś właściwie nie wie, dlaczego. Był to test na depresję. Pytań było ze sto, może więcej, ale to jedno wryło się w pamięć kobiety na zawsze. „Czy dostrzegasz piękno gwiazd?”. Wtedy też wyszła przed budynek sanatorium dla depresjantów i nerwicowców, zadarła głowę i zaczęła wpatrywać się w gwiazdy. Były tam. Jasne płomyki w oceanie czerni. Świeciły, jak gdyby nigdy nic, ślepe na nasze małe dramaty, rozpacze i umierania. Jak tamtej nocy, jednej z najczarniejszych w całym życiu Ewy Kotowskiej, jeszcze wtedy Weroniki Nocyk… – To co, wracamy do pisania? – wyszeptała do siebie, żegnając z żalem niebo pełne gwiazd. Westchnęła z głębi duszy i wróciła do domku. Z laptopem nie rozstawała się nigdy. Stare biurko, z którym wędrowała po wynajmowanych mieszkaniach, tu pod oknem maleńkiego pokoiku znalazło w końcu swoją przystań. Odsunęła wygodne krzesło, to samo od lat, również wierny towarzysz jej przeprowadzek, usiadła przy biurku, dotknęła opuszkami palców klawiatury. Przytulny pokój zaczął znikać, ściany szarzeć, światło gasnąć. Miękka wykładzina dywanowa zmieniła się w zimne kafelki podłogi, lepkie od czarnej, krzepnącej krwi… * Odzyskała przytomność nad ranem. Nagle wyszarpnięta z samego dna czarnej, zimnej studni przez wściekły ból, wgryzający się w oba nadgarstki. „Żyję. Niech mnie szlag. Nawet zabić się nie potrafię”, pomyślała bez zbytnich wzruszeń. Usiadła. Uniosła ręce do oczu. Przyjrzała się obojętnie krwawym pręgom. Skalpel, którym podcięła sobie wczoraj żyły, zalśnił, całkiem przyjemnie, w mdłym świetle żarówki. Krew, rozlana na podłodze, zalśniła również. Też całkiem ładnie. Ewa potoczyła dookoła otępiałym spojrzeniem. Umysł miała zupełnie pusty. W środku nie czuła nic. Ani rozpaczy, ani smutku. Nic. Bolały tylko ręce. Bardzo. Siedziała długie minuty, oparta plecami o zimną ścianę i… próbowała myśleć, ale… właściwie po co? Musi iść. Wstać i iść. Nagle to do niej dotarło. Podniosła się. Chwilę chwiała się ze zwieszoną głową, walcząc z osłabieniem. Wreszcie rozejrzała się po łazience, sięgnęła do apteczki, wyjęła bandaż i niezdarnie, z trudem, owinęła sobie najpierw jeden nadgarstek, potem drugi. Niewiele to pomogło. Nadal bolały jak nieszczęście, ale Ewa wiedziała, że tak trzeba. Spojrzała po sobie. Przód błękitnej sukienki był sztywny i czarny od zaschniętej krwi. Wyszła z łazienki, sięgnęła po płaszcz i krzywiąc się z bólu, nałożyła go. Do torby z powrotem włożyła zestaw chirurgiczny, zupełnie nie rozumiejąc, po co to robi. Upchnęła też stary laptop razem z ładowarką i, nie obejrzawszy się już za siebie, wyszła z mieszkania. Ulice w ten sobotni, zimny i dżdżysty poranek były puste. Nikt nie zwracał uwagi na młodą kobietę, bladą jak śmierć, owiniętą lichym paltkiem, która niczym lunatyk szła przed siebie, nie wiedząc dokąd i po co tak zdąża. Uważny obserwator widziałby smugi krwi na jej gołych nogach, zakrwawioną sukienkę wystającą spod płaszcza również by dostrzegł, ale nikt się Ewie nie przyglądał. Była reszcie świata tak obojętna, jak ten świat był obojętny jej. Musiała iść. Mniejsza o słabość, która co i rusz ugina nogi, o pragnienie wysuszające coraz bardziej język. O rwące bólem nadgarstki również mniejsza. Dopiero na moście zaczęło świtać Ewie, co jest celem jej wędrówki. Jedyne miejsce, gdzie chciała się znaleźć. Gdzie jest ktoś, kto jej pomoże. Kto się nią zaopiekuje. Kto opatrzy jej poranione ręce, napoi ją herbatą, a potem otuli kocem i pozwoli zasnąć na kozetce w kanciapce. Szła do lecznicy, do doktora Kochanowskiego… Piotr, zapalony wędkarz, wracał wprost znad Zegrza. W białym wiadrze po farbie wiózł łup – trzy spore karpie. Skręcił w drogę do lecznicy i uśmiechnął się na widok znajomej sylwetki czekającej pod bramą. Weronika! Co ona tutaj porabia w ten nieprzyjemny sobotni poranek? Powinna chyba baraszkować w ciepłym łóżku z niedawno poślubionym małżonkiem?… Kobieta przyglądała się podjeżdżającemu samochodowi tak samo obojętnie, jak każdemu innemu, który mijał ją podczas tej trzygodzinnej wędrówki. Umysł miała nadal przeraźliwie pusty. Wszelkie myśli i uczucia wypierał ból pociętych rąk. Za to skowyt poranionej duszy umilkł. Chociaż tyle. – Nisia, co ty tu…? – zaczął doktor, wyskakując z samochodu. I umilkł, przyglądając się przyjaciółce z rosnącym niepokojem. Trupio blada, wychudła twarz, podkrążone oczy, drżące ręce i… uniósł nagle brwi, a potem sam zbladł, widząc plamy krwi na nagich nogach kobiety. – Co się stało? – wydusił. – Jesteś ranna? Miałaś wypadek? Ktoś cię… skrzywdził? Pokręciła głową. Czarne dziury, którymi zdawały się jej oczy, patrzyły na niego błagalnie. Dłonie zaczęły mu się lekko trząść, gdy walczył z kłódką. Nawet jeśli ona zaprzeczyła, czuł, że stało się coś bardzo złego. I był coraz bardziej pewien, że stał za tym niejaki Jeremi Wiśniowski. Wreszcie odepchnął skrzydła bramy i zwrócił się łagodnie do kobiety: – Chodź, zrobię ci herbaty i wszystko mi opowiesz, dobrze? Ruszyła w stronę drzwi bez słowa. Niczym głuchy, oniemiały zombie, weszła do środka, ostrożnie ściągnęła płaszcz i wtedy… wtedy je zobaczył. Zabandażowane nadgarstki. I zakrwawioną sukienkę. I ślady krwi na płaszczu, nogach i butach. I wiedział już wszystko. Pobladł, jakby to on parę godzin wcześniej wykrwawiał się w ciemnej łazience. Zacisnął zęby tak silnie, aż zgrzytnęło. Przez chwilę walczył ze sobą, żeby nie wybuchnąć, a potem syknął: – Coś ty zrobiła?! W odpowiedzi wzruszyła ramionami. A jego szlag trafił. Chwycił ją za ramię, wbił palce w mięśnie tak, żeby zabolało i powtórzył głosem zduszonym przez wściekłość: – Coś ty, kretynko, zrobiła?! Cięłaś się?! – Zszyj mi to i sobie pójdę – wyszeptała, patrząc na niego czarnymi dziurami oczu. – Dzwonię na pogotowie! Już oni ci zszyją… Zrzucił z ramienia torbę i zaczął szukać telefonu. Zombie bez słowa ruszyło do drzwi. – Nika, wróć! – warknął, ale nawet się nie obejrzała. Doskoczył do niej, odwrócił do siebie szarpnięciem i… ujrzał w jej oczach takie cierpienie, że sam omal się nie rozpłakał. – Pokaż to – wydusił przez zaciśnięte gardło. Podprowadził ją do stołu zabiegowego, przetarł blat ręczniczkiem ze środkiem odkażającym, odwinął bandaż z jednego nadgarstka kobiety i wciągnął ze świstem powietrze na widok głębokiej, krwawej pręgi. Odwinął drugi. Chwilę na nie patrzył, a potem podniósł na Ewę pociemniałe z gniewu źrenice: – Ty się nie cięłaś, kretynko, ty próbowałaś się zabić. – Zszyj mi to i sobie pójdę – powtórzyła głosem wypranym z wszelkich emocji. – Nigdzie nie pójdziesz. A na pewno nie tak szybko – odwarknął. – Zadzwonię na pogotowie albo sam odwiozę cię do szpitala… Nika! – krzyknął wyprowadzony z równowagi, bo cofnęła się, zabierając ręce z jego dłoni, i ruszyła do drzwi. – Jesteś chora, poważnie chora. Muszą się tobą zająć specja… Nie słuchała, co doktor ma jej do powiedzenia. Kto i jak musi się nią zająć. Wiedziała jedno – czy raczej mózg, który co jakiś czas włączał się, żeby zaraz wyłączyć, wiedział: musi iść. Do miejsca, w którym będzie bezpieczna. Gdzie znajdzie to miejsce, skoro nie jest nim lecznica, nie miała pojęcia. Mózg także nie, mimo to zmuszał ją do dalszej wędrówki. Krok za krokiem. Aż do chwili, gdy została zatrzymana kolejnym szarpnięciem i blady z furii doktor pchnął ją z powrotem do gabinetu. – Zszyję ci je. Zrobię to, bo rzeźnicy na pogotowiu potraktują cię tak, żeby bolało jeszcze bardziej – zaczął, z trudem nad sobą panując. – Tylko… muszę się uspokoić. Ręce mi się trzęsą. Poczekasz, aż… aż się uspokoję i zszyję ci to. Potem opowiesz, dlaczego to zrobiłaś i razem podejmiemy decyzję, co dalej. I nie, Nika – przerwał jej, podnosząc ostrzegawczo dłoń, zanim zdążyła zgodzić się albo nie zgodzić – jedno słowo, że sobie pójdziesz, a wzywam pogotowie już teraz. Usiadła na schodkach prowadzących na piętro. Doktor odetchnął lekko. Nie poczuł zbyt wielkiej ulgi, bo kobieta nadal sprawiała wrażenie na wpół obłąkanej czy może naćpanej. Tak, chyba się czegoś nałykała albo coś sobie wstrzyknęła. Mimo wszystko fakt, że posłuchała, że kupił trochę czasu, by pomyśleć, co z nią zrobić – jak jej pomóc, do kurwy nędzy! – sprawił, że odetchnął z ulgą. Cisnął na stół pierwszego karpia. Chwycił nóż, który trzymał na najniższej półce w szafce z narzędziami, i z pasją zaczął skrobać nieszczęsną rybę, aż łuski fruwały po całym gabinecie. Przerwał na moment. Spojrzał na kobietę, która siedziała na schodkach bez ruchu, patrząc szklistym, półprzytomnym wzrokiem przed siebie. Rany na rękach musiały kurewsko boleć, mimo tego w sercu Piotra nie było dla niej litości. Próbowała się zabić! Zamiast przyjść do niego, poprosić o pomoc… przychodzi teraz?! Po „zszyj mi to i sobie pójdę”?! – Mów, Weronika, co ci odpierdoliło? Nagle spojrzała wprost na niego. – Nie jestem już Weronika! Słyszysz?! – krzyknęła takim tonem, że włos zjeżył się mu na karku. – Jej już nie ma! Weronika zdechła wczoraj w nocy! Odeszła raz na zawsze! Jestem Ewa. Ewa Kotowska! Patrzył na nią przez chwilę, zszokowany. Była jeszcze bledsza, jeśli to w ogóle możliwe, cała się trzęsła, z oczu płynęły łzy, skapując na pokrwawioną sukienkę. Wyraz twarzy przerażał. Była wykrzywiona nienawiścią. Nie do niego, do samej siebie. – Dobrze, niech ci będzie – odezwał się pojednawczym tonem. – Jesteś Ewa Kotowska. Czy teraz możesz powiedzieć, co się stało? I Ewa może by opowiedziała, gdyby w tej właśnie chwili nie wpadł do gabinetu… Wiktor Helert. Podbiegł do kobiety, wyciągnął ręce, by chwycić ją w ramiona, ale na widok krwi na sukience i krwawych pręg na nadgarstkach zatrzymał się pół kroku przed nią, pobladły z szoku. Patrzyła na ukochanego mężczyznę wzrokiem zupełnie bez wyrazu. Kiedyś… nie, nie kiedyś… jeszcze wczoraj wieczorem rzuciłaby mu się z płaczem na szyję i pozwoliła tulić, pocieszać, całować i szeptać miłosne zaklęcia, naiwna, durna Weroniczka, dzisiaj pragnęła tylko, by cholerny doktor nałożył jej szwy i pozwolił zasnąć na kozetce w kanciapce. Potrzebowała tylko, na miłość boską, tego! – Nisia… coś ty zrobiła, kochana moja… – zaczął Wiktor głosem zduszonym przez niedawne przerażenie. Szukał jej w domu Wiśniowskiego, szukał na Powiślu. Widząc łazienkę we krwi omal nie oszalał ze strachu o Weronikę. Ostatnim miejscem, które przyszło mu na myśl, była lecznica. Gnał tutaj, na przemian modląc się, żeby ona żyła, i klnąc. Siebie, bo znów Nikę zawiódł, i na pewnego skurwiela, który doprowadził ją do samobójstwa. Z nim się jeszcze rozmówi bez świadków, teraz trzeba było zająć się Weroniką. – Doktor opatrzy ci ręce i… – urwał. – I co? – podchwycił Kochanowski, powracając do skrobania ryb, chyba jeszcze bardziej wściekły niż przed chwilą. Oto zjawia się pieprzony Helert, niczym rycerz na białym koniu, i będzie porywał ze sobą wariatkę po próbie samobójczej. – Zabierzesz ją do pierdla? Zaopiekujesz się Weroniką za kratami? Tamten posłał mu miażdżące spojrzenie. Natomiast ona… – Jestem Ewa Kotowska – wyszeptała z uporem. – Weroniki już nie ma. Wiktor przyklęknął przed nią. Odgarnął kosmyk włosów, który przylepił się jej do mokrego od łez policzka. Kiedyś ten czuły gest wzruszyłby Ewę, przytrzymałaby dłoń mężczyzny, może wtuliła w nią usta…? Dzisiaj patrzyła na Wiktora, jak na obcego. Bo dla Ewy Kotowskiej taki właśnie był. Obcy. – Powiedz, co się stało? – poprosił. – Co tamten skurwysyn ci zrobił, że targnęłaś się na własne życie? Wiedziałem, że nie jesteś z nim szczęśliwa, ale… że aż tak? Zaśmiała się, co brzmiało trochę jak szloch. – Czytałeś moje maile? – musiała zadać mu to pytanie. Musiała wiedzieć, zanim każe mu iść precz. Przytaknął. Przytaknął!? Czytał jej listy, jej wyznania i nie zrobił nic, by jej pomóc! By wyrwać ją z rąk psychopaty! – Nisia… – zaczął, widząc w jej oczach niemy wyrzut i bezbrzeżny żal. – Ewa… – poprawił się w następnej chwili. – Nie mogłem odpisywać. Kiedyś wszystko wyjaśnię. Jeszcze nie dziś i nie jutro, ale kiedyś wreszcie będę mógł wszystko ci wyjaśnić i…, jeśli tylko dasz mi szansę… – Wyjdź, Wiktor – przerwała mu, odwracając wzrok. Nie mogła na niego patrzeć. Po prostu nie mogła. Ani chwili dłużej. – Wynoś się z mojego życia i więcej nie wracaj. Świadomość, że on czytał jej zwierzenia, czasami nieznośnie bolesne, wszystkie te słowa miłości, którymi ratowała się, żeby nie zwariować w małżeństwie z Jeremim, i ani razu nie odpowiedział, łamała jej i tak pogruchotane serce. – Wybacz mi, kochana – wyszeptał. – Może kiedyś zrozumiesz… – Uniósł dłoń, by dotknąć opuszkami palców jej policzka, ale ponownie cofnęła głowę. Nie życzyła sobie jego dotyku. Niczyjego dotyku. Wstał. Spojrzał na lekarza, który przyglądał mu się z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę. – Słyszałeś – rzucił Kochanowski. – Wynoś się. – Odejdę, gdy będę miał pewność, że Weronika jest bezpieczna. – Odejdziesz, gdy ja sobie tego zażyczę – wycedził doktor. – Chociaż… za chwilę możesz się przydać, więc tylko dlatego pozwalam ci zostać. Stój tam, gdzie stoisz i milcz, a ty mów, Ewka, co ci odbiło z tym… wszystkim. – Wskazał nożem do skrobania ryb jej biedne, pocięte nadgarstki. Więc Ewa zaczęła opowiadać. Od początku. Od nocy poślubnej, w którą to rozwiały się jej wszystkie złudzenia i nadzieje. Bez emocji, jak wyzuty z uczuć robot, opowiadała o gwałtach, zdradach, biciu, utracie maleńkiej dziewczynki, wreszcie uwięzieniu przez Jeremiego. Na końcu o tym, jak wyprowadził ją na spacer, a potem wyrzucił z domu. Tak po prostu. I jak w tę straszną, samotną noc, nie potrafiła już wytrzymać bólu. Po prostu nie mogła… Doktor, słuchając jej cichych słów, skrobał ryby, aż łuski pryskały na ściany. Wiktor… on wyszedł z gabinetu. Stanął na korytarzu, oparł się plecami o ścianę, zacisnął powieki i walczył ze łzami wściekłości i pogardy do samego siebie. Miał szansę uratować Weronikę-Ewę. Choćby w dniu jej ślubu. Przecież wiedział… przeczuwał, do czego tamo bydlę jest zdolne! Wystarczyło, żeby zabrał dziewczynę ze sobą. Po prostu wyrwał ją z łap psychopaty. Przecież daliby sobie we dwoje radę. On znalazłby pracę, ona mogłaby po prostu z nim być. Zarobiłby na oboje. „Serio? Dobrze wiesz, Helert, że nie taki był plan tego, który pociągał za sznurki. Władcy marionetek”, pomyślał z goryczą. „Wiesz, dlaczego musiałeś zniknąć z jej życia. Jaka była cena…”. Cicha opowieść dobiegła końca. Nie zostało nic do dodania. Wnerwiający dźwięk noża skrobiącego o rybie łuski ucichł również. – Te, Helert, masz coś do powiedzenia? – usłyszał głos doktora. Obrócił się przez ramię. Teraz widział twarz Kochanowskiego, wykrzywioną pogardą i nienawiścią. „Gdzie byłeś, kiedy twoja ukochana tak cierpiała?”, można było wyczytać w zmrużonych oczach lekarza. „A ty?”, to samo pytanie miał w czarnych źrenicach Wiktor. Patrzyli na siebie długie chwile. – Masz jaką rodzinę? Żonę? – rzucił pytanie Kochanowski. Wiktor zaprzeczył gniewnym ruchem głowy. – Więc co, do kurwy nędzy, stało ci na przeszkodzie, by się nią zaopiekować?! – wykrzyknął doktor, wskazując Ewę pokrwawionym nożem. Helert w dwóch krokach był przy nim. Pochylił się i szepnął jedno słowo. Jedno jedyne, od którego tamten najpierw zbladł, a potem syknął: – Wynoś się. Wypierdalaj! – Nie tak prędko – odparł Wiktor, przeciągając zgłoski. – Zszyjesz, doktorku, te rany, które sobie zafundowała Weroni… Ewa, a potem się zobaczy. Kobieta przez cały ten czas patrzyła na nich oczami szklącymi się od bólu i narastającej gorączki. Było jej już wszystko jedno, co się z nią stanie, byle to się skończyło. Położyć się i zasnąć. Wstała. Na uginających się nogach podeszła do stołu pełnego rybich łusek i naglącym gestem położyła na nim ręce, nadgarstkami do góry. Doktor cisnął nóż do zlewu. – Przejdziemy do innego gabinetu – odezwał się, próbując zachować spokój. – Nie będę szył ci rąk w tym syfie. Potulnie ruszyła za nim do sali obok. Chłodnej i cichej. Ponownie położyła ręce na stole. Wiktor stanął przy niej, ale nie obdarzyła go ani jednym spojrzeniem. Nie tylko dlatego, że wszystko, a więc i on, jej zobojętniało. Prawdę mówiąc, walczyła z samą sobą, żeby nie zemdleć. – Mogę ci najpierw te ręce znieczulić, ale zaboli bardziej. Będę musiał wbijać się od strony cięć. Zresztą sama wiesz. Zniesiesz szycie na żywca? Cienką igłą? Śródskórnie? – rzucił przez ramię doktor, wyjmując z autoklawu zestaw chirurgiczny, a z szafki nici. – Dam radę – odparła słabym głosem. – Świetnie – prychnął, ciskając narzędzia na stół. – Więc teraz słuchaj, Ewka, zasady są proste i przytoczę ci je w krótkich, żołnierskich słowach: zaczniesz mdleć, dam ci w pysk, wzywam pogotowie i do widzenia. Zaczniesz krzyczeć czy histeryzować, przerywam szycie, dzwonię po pogotowie i niech oni się z tobą użerają. Masz ani drgnąć, rozumiesz? Nie mogę cię uśpić, bo nie jesteś psem, nie będę znieczulał, muszę szyć na żywca. Jeśli masz coś przeciwko, tam są drzwi. – Wskazał igłotrzymaczem wyjście z lecznicy. – Ty, Helert, choć raz się na coś przydasz. Będziesz trzymał swoją ukochaną tak, by jakoś to wszystko zniosła. Nie powinienem w ogóle się w to bawić. Robię to, Ewka, tylko dla ciebie. Przez wzgląd na naszą przyjaźń. Ale po wszystkim… nigdy więcej nie chcę cię widzieć. Ciebie, Helert, tym bardziej. Zrozumiano? – Zrozumiano – szepnęła, ogromniejącymi oczami patrząc, jak doktor wyjmuje z opakowania igłę z doczepioną do niej nicią chirurgiczną. Była cienka, to prawda, ale świadomość, że za chwilę on wbije tę igłę w sam środek rany… Ewa poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a przecież musiała wytrzymać! Jeśli nie chce trafić na pogotowie, gdzie będą dużo mniej delikatni, a stamtąd prosto do psychiatryka, musi wytrzymać! Nagle poczuła za sobą Wiktora. I jego ręce na ramionach. Wyciągnęła dłonie ku doktorowi i zacisnęła zęby. Nie pisnęła nawet, gdy po raz pierwszy wbijał igłę. Ani jęknęła, gdy zakładał szybko i uważnie szew śródskórny na jednym nadgarstku, potem na drugim. Jedynie trzęsła się na całym ciele. I łzy płynęły jej z oczu nieprzerwanym strumieniem, ale tego doktor przecież nie zabronił. Gdy wreszcie skończył… przetarł zszyte rany gazikiem nasączonym jodyną i sięgnął po bandaż… cichutko, bez słowa skargi, zemdlała. Wiktor mógł wreszcie pochwycić Ewę w ramiona, przycisnąć tak chudą, że niemal nic nieważącą, do piersi i zanieść na górę. Przyrzekając sobie bezgłośnie, że ktoś, pewien psychopata, za to zapłaci. ROZDZIAŁ I WIKTOR Obaj patrzyli na zwiniętą w godzien pożałowania kłębek kobietę. Otulona kocem nadal drżała, mimo że w niewielkim pomieszczeniu było ciepło. Przed chwilą Helert wrócił z apteki, zaopatrzony w antybiotyk. Łyknęła tabletkę, poprawiła lekiem przeciwbólowym, skuliła się na kozetce, odwrócona do nich plecami i trwała, znosząc ból świeżo zszytych rąk i rosnącą gorączkę. Wiktor odwrócił wreszcie wzrok. Nie mógł patrzeć na jej cierpienie. – Kiedy leki zaczną działać? – odezwał się przyciszonym głosem. – Chcę ją zabrać do… – Zapomnij – przerwał mu Kochanowski. – Chyba nie ty o tym decydujesz… – Powiedziałem: ona nigdzie z tobą nie pójdzie – powtórzył doktor ostro. I dorzucił: – Bandziorze. Helert zacisnął szczęki. I pięści. Powinien chwycić doktorka za poły fartucha i cisnąć nim przez cały pokój, do wyjścia, a na zewnątrz skuć mu mordę, ale niestety, lekarz był mu potrzebny. Może nie tyle jemu, Wiktorowi, co Ewie. Bo on sam nie mógł jej pomóc. Nie było bezpiecznego miejsca, dokąd mógł ją zabrać. Na pewno nie tam, dokąd on sam musiał wracać… Wystarczy, że ryzykował, będąc w tej chwili tutaj. Więcej nie było mu wolno, jeśli ją kochał. A kochał. Wciąż tak samo. Od lat. Tak samo beznadziejnie i rozpaczliwie. – Zajmę się nią – usłyszał głos lekarza i odetchnął z ulgą. – Wracaj do swoich… zajęć, a ja się Ewą zaopiekuję. – Doktor pochylił się nad kobietą i troskliwie otulił ją kocem. – Nie wróci ani do matki, ani do psychopaty. Będzie bezpieczna. Stanął naprzeciw Helerta, dając mu do zrozumienia, że nie jest tu dłużej potrzebny ani mile widziany. – Trzymam za słowo, doktorku – odezwał się Wiktor. – Jeśli ty ją skrzywdzisz, wiem, gdzie cię znaleźć. – Och, w krzywdzeniu Ewy nie masz sobie równych – zaśmiał się podle Kochanowski, klepiąc go po ramieniu. I tę obelgę Wiktor musiał znieść. – No, może Wiśniowski jest lepszy, ale to psychopata. Ty zaś, Helert, jesteś przecież jej wielką miłością. – Kiedyś… nie dziś i nie jutro… – zaczął Wiktor zduszonym przez wściekłość głosem – …kiedyś spotkamy się w innych okolicznościach i pogadamy sobie po męsku. Na migi wyjaśnimy wszystkie nieporozumienia. – Nie mogę się doczekać, bandyto – uciął doktor i popchnął go do wyjścia. Wiktor po raz ostatni obejrzał się w progu, by pożegnać Ewę spojrzeniem. – Nie skrzywdź jej – tym razem w jego głosie, gdy zwracał się do lekarza, zabrzmiała prośba. – Nacierpiała się wystarczająco. Kochanowski miał odpowiedzieć coś równie podłego, jak przed chwilą, ale zmilczał. Nie podali sobie rąk na pożegnanie. Na tak przyjacielski gest nie było stać ani jednego, ani drugiego. Helert już miał wsiadać do samochodu, którym tu przyjechał, gdy doktor przytrzymał go za ramię. – Nie mścij się na Wiśniowskim – ostrzegł. – Gdy cokolwiek przydarzy się temu skurwielowi, podejrzenie natychmiast padnie na Ewę. Tego brakowało, by i ją przymknęli. Wiktor uniósł kącik ust w krzywym uśmieszku. – Wiem, jak załatwia się takie sprawy – odparł. – Nie wątpię. Jednak daruj sobie. Ty przestrzelisz mendzie kolana, Ewka pójdzie siedzieć. Po prostu odpuść. Helert pokręcił tylko głową i rzucił sucho: – Masz o mnie dość podłe mniemanie. – I tak lepsze, niż na to zasługujesz. Mogłeś ją uratować. Kocha cię od zawsze. Ciebie i tylko ciebie. Gdybyś tylko chciał… mogłeś ją ocalić. – Nie masz pojęcia, doktorku, co mogłem, a czego nie – odparł Wiktor, patrząc na niego ze znużeniem i niechęcią. – Nie masz pojęcia, dlaczego stało się tak, jak się stało. Żyjesz jak cieplarniana paprotka, w świecie prawa i zasad. O innym, brudnym, nie wiesz nic. I dobrze. Niech tak zostanie. Teraz Ewa jest w twoich rękach. Zobaczymy, jak ty sobie z tym poradzisz. Pamiętaj: skrzywdzisz ją i ciebie dopadnę. Jeremiego nie tknę, przynajmniej przez jakiś czas, ale ciebie znajdę i… Niewypowiedziana groźba zawisła między nimi. Kochanowski mimo wszystko poczuł na grzbiecie zimny dreszcz. Nie chciałby spotkać tego człowieka na swojej drodze nigdy więcej. Oglądać czarnego, błyszczącego nieprzyjemnie przedmiotu, który tamten krył pod marynarką, również nie. – Bandzior – powtórzył po raz ostatni, by chociaż tak zemścić się na Helercie za całe zło, którego Ewa doświadczyła przez tego człowieka, ale tamten już tego nie słyszał. Piękne, drogie audi A8, na które Kochanowskiego nigdy nie będzie stać, ruszyło w stronę bramy, by po chwili zniknąć mu z oczu. Mógł teraz spokojnie wyciągnąć z kieszeni komórkę i wybrać 112. Ależ ja go za to znienawidziłam. Całym sercem i gwałtownie. Zupełnie, jakby nienawiść była jedynym uczuciem, które mi zostało. Szukała ofiary, a gdy ją znalazła, wgryzła się jej w gardło i nie puściła przez długie lata… Pamiętam jak przez mgłę kozetkę na piętrze, ból – coraz mniejszy – pociętych rąk zszytych przed paroma kwadransami przez doktora, gorączkę, która też zaczęła odpuszczać, i nagle czyjeś głosy na korytarzu, a potem tuż przy mnie ciche, pełne poczucia winy: – Weroni… Ewa, przyjechało po ciebie pogotowie. Lekarz zaraz tutaj będzie. Usiadłam powoli, patrząc na mojego przyjaciela, bo jeszcze przez parę chwil nim będzie, z niedowierzaniem. – Wezwałeś pogotowie? Zamiast się mną zaopiekować, jak obiecałeś tamtemu… – tak, o Wiktorze, który przez wszystkie te lata czytał moje maile i nie odpisał nigdy, ani słowa!, też zaczęłam myśleć „tamten – …pozbywasz się mnie? Pozwolisz, by zabrali mnie do szpitala psychiatrycznego? Nie miałam najmniejszych wątpliwości, w jaki sposób ze mną postąpią. Krwawe pręgi na nadgarstkach nie dały się ukryć. Zdrada Piotra Kochanowskiego również nie. – Ewa, to dla twojego dobra, przecież wiesz… – Patrzył na mnie wzrokiem zbitego psa, a we mnie zaczęło budzić się wreszcie jakieś uczucie. Nienawiść. – Jeśli już, to dla twojego! Zamiast się mną zająć, zawieźć do domu, nakarmić, pozwolić odespać to wszystko, a potem dać mi pracę, tutaj w lecznicy, z tobą, pozbywasz się problemu! – Ewa, to nie tak… – A niby jak?! – To poważna odpowiedzialność… – Rzeczywiście! A ciebie nie stać na odpowiedzialność nawet za paprotkę! Wiesz, tyle razy zastanawiałam się, dlaczego taki facet, przystojniak, nieubogi, sympatyczny, jest sam… Jeśli w taki sposób „opiekujesz się” każdym, kto cię potrzebuje, przestaję się zastanawiać i dziwić. W drzwiach stanął lekarz, ale nie obdarzyłam go nawet spojrzeniem, patrząc w twarz największemu rozczarowaniu, zaraz po Wiktorze, jakiego doznałam w całym swoim życiu. Boże mój, jak ja go w tamtej chwili nienawidziłam… – Zdrajca, parszywy zdrajca – wysyczałam, wstając. – Nie chcę cię widzieć nigdy więcej. Nigdy! Rozumiesz? Nigdy więcej! – Ewa… gdy trochę ochłoniesz… Trzasnęłam go w twarz. Z całej siły. Aż wpadł na biurko. To nie był dobry pomysł, bo w następnej chwili z bólu pociemniało mi w oczach. Ratownik, który przyszedł z lekarzem, rzucił się do mnie, ale Piotr-zdrajca-Kochanowski przytrzymał go na wyciągnięcie ręki, drugą przytykając do policzka. – Należało mi się – mruknął. Minęłam go i nie patrząc ani na lekarza, ani na ratownika, ruszyłam po schodach w dół. Po drodze wzięłam z krzesła mój błękitny płaszczyk i torbę i już miałam ruszyć przed siebie, nie wiedząc, dokąd tym razem nogi zaprowadzą, gdy zatrzymało mnie silne, męskie ramię. Bynajmniej nie delikatnie. – Pani Ewo, musimy panią zabrać ze sobą – usłyszałam. – Na badania. – Proszę bardzo, badajcie. Czuję się dobrze. Ratownik trzymał mnie za łokieć i wiedziałam, że tak szybko nie puści. – To stwierdzimy na pogotowiu. – Nigdzie nie jadę! Lekarz z ratownikiem wymienili spojrzenia. Ileż razy musieli słyszeć to „nigdzie nie jadę!”… – Proszę nie stawiać oporu – poradził ten pierwszy. Chętnie, ale nie dzisiaj. Szarpnęłam się, ale ratownik ani myślał puścić. – Będziemy musieli panią obezwładnić – ostrzegł lekarz. Doktor Kochanowski, stojąc na schodach, posłał mi spojrzenie na wpół błagalne, na wpół przerażone. Przemknęło mi przez myśl, że to dobry pomysł. Tak oszaleć. Niech „przyjaciel” patrzy, jak mnie krępują, jak wsadzają w kaftan bezpieczeństwa, ale… w tej samej sekundzie wszystko mi zobojętniało. Chciałam po prostu umrzeć. Szpital czy nie, okazja na pewno się nadarzy. Kiedyś mnie przecież wypuszczą, a wtedy podziałam rozsądniej i skuteczniej. Posłałam doktorowi ostatnie spojrzenie, pełne całej pogardy i nienawiści, jakie jeszcze zdołałam z siebie wykrzesać, a potem pozwoliłam zaprowadzić się do karetki. I zamknąć na wiele, wiele tygodni, o czym na szczęście w tamtej chwili nie wiedziałam. .. ROZDZIAŁ II PIOTR Dźwięk klaksonu przy bramie wdarł się w ciszę „budki na narzędzia” tak niespodziewanie i gwałtownie, że Ewa aż się wzdrygnęła. Nie lubiła niezapowiedzianych gości. Pierwsze, co robiła w nowym domu czy mieszkaniu, to odłączała od prądu domofon, by nikt nie zawracał jej głowy. Z listonoszem umawiała się, że ten zostawia pocztę w zaprzyjaźnionym kiosku Ruchu. Z przyjaciółmi, że uprzedzają o odwiedzinach przez telefon. Nikt inny nie był Ewie do szczęścia potrzebny. Zwykle ignorowała wszelkie klaksony i nawoływania, udając, że nikogo nie ma w domu, ale tym razem, ostatniego dnia w małym domku nad Liwcem, postanowiła się ujawnić. Odłożyła karton z pamiątkami i zeszła ze stryszku na dół. Jeszcze miała nadzieję, że temu komuś, kimkolwiek jest, znudzi się czekanie pod zamkniętą bramą, ale gdy Ewa wyszła w końcu przed dom, granatowy ford focus nadal tam był. A w nim, za kierownicą… Musiała się uśmiechnąć. – Piotr! Co ty tutaj robisz?! – wykrzyknęła zdumiona na widok przyjaciela, bo to doktor Kochanowski wysiadał z samochodu. – Dalej od cywilizacji uciec nie mogłaś? – odpowiedział pytaniem, rozglądając się dookoła. Rzeczywiście „budka na narzędzia” stała w sporym oddaleniu od szosy, wsi i sąsiadów. – Ledwie tu trafiłem – mówił dalej, podczas gdy Ewa siłowała się z kłódką. – Jakim cudem w ogóle tu trafiłeś? Nie przypominam sobie, bym dawała ci mój adres. Otworzyła bramę, by mógł wejść do środka. – Użyłem uroku osobistego na sekretarce twojego wydawcy. – Uśmiechnął się i puścił oczko. – No tak. Nadal żadna ci się nie oprze. – Ewa pokręciła głową. – Ale żeby udzielać nieznajomemu informacji, gdzie mieszkam… Nie bardzo się jej to podobało. – Czytała „Pisarkę” – odparł doktor pozornie bez związku. – Gdy przyznałem, że jestem TYM Kochanowskim, jednym z bohaterów twojej nie-autobiografii, i szukam mojej Weroniczki, tak właśnie powiedziałem… wiem, jesteś Ewa Kotowska!… od razu podzieliła się ze mną i twoim adresem, i telefonem. – Powinieneś uprzedzić o odwiedzinach. Ewa nadal nie była pewna, czy ta niezapowiedziana wizyta ją cieszy, czy wręcz przeciwnie. Są miłości – i nienawiści – które nigdy nie przemijają. Doktor Kochanowski był jedną z nich. – Bałem się, że mnie spławisz – rzekł po prostu. – Z chęcią bym to zrobiła, ale skoro już jesteś… – Gestem dłoni zaprosiła go do domu. Z ganku wchodziło się od razu do maleńkiego saloniku, połączonego z kuchnią. Piotr zatrzymał się na progu zdumiony. – A więc tak mieszka słynna pisarka, Ewa Kotowska. Chata, czy jak to nazwać, wielkości chustki do nosa. Ewa wzruszyła ramionami. – Mieściliśmy się tu z Kubusiem bez problemu. Nic więcej nie było nam potrzebne. – Mieszkałaś tu z dzieckiem?! – wykrzyknął zbulwersowany. – W tej głuszy?! W tej budzie?! – Piotr, przyjechałeś mnie obrażać? – Nie! Tylko… wyobrażałem sobie twój dom nieco… godniej. – Nieco godniej mieszkam w Australii – odparła mimo wszystko rozbawiona. Nie mógł wiedzieć, dlaczego pomimo dziesięciu lat na topkach bestsellerów Ewa nie dorobiła się niczego więcej niż tej żałosnej „budki na narzędzia”. Ona lubiła swój domek, był malutki, ale bardzo przytulny. Jednak nieliczni goście bywali zaskoczeni, jak doktor. – Masz ochotę na kompot porzeczkowy? Może jesteś głodny? – zmieniła temat. – Nagotowałam gar gołąbków. Kubuś, mój kochany niejadek, za nimi akurat przepada, więc niemal co tydzień pichcę… – …domowe gołąbki. Pewnie! Uwielbiam! Jeśli nie sprawi ci to kłopotu… – Karmienie przyjaciół to czysta przyjemność – odparła. – A uważasz mnie za przyjaciela? – zapytał pół żartem, pół serio. Zmierzyła go spojrzeniem lekko zmrużonych oczu. – Sam sobie na to pytanie odpowiedz. Zakrzątnęła się przy kuchni. Nałożyła na talerz dwa pięknie pachnące gołąbki, nalała do szklanki karminowego płynu. – Przejdźmy na drugą stronę domu. Tam jest o niebo przyjemniej. – Wskazała drzwi do sypialni, przez którą wychodziło się na taras. Piotr podążył za nią. Sypialnia zaskoczyła go jeszcze bardziej. Była większa niż salonik i kuchnia razem wzięte, jasna, z trzema dużymi oknami, wychodzącymi na ogród, lecz najbardziej zaskakiwała fototapeta na całą ścianę, przedstawiająca wschód słońca nad morzem. Zatrzymał się. Zapatrzył na szmaragdowo-błękitne fale. – Mało nie zwariowałam z tęsknoty za morzem i słońcem, gdy po raz ostatni wyszłam ze szpitala – odezwała się Ewa. – To była namiastka. Podeszła do ściany,pogładziła dłonią grzbiet morskiej fali. Tak jakoś miękko, z czułością, jakby to było żywe, kochane przez nią stworzenie, a nie zdjęcie. Nie zwykła fototapeta z istocka… Była z tą czułością w oczach taka piękna… Piotr, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, co robi, podszedł do Ewy, objął ją w pół. Znieruchomiała. Uniosła na mężczyznę zdumione spojrzenie. Zapatrzył się w jej złoto-zielone oczy, które tyle razy śniły się mu po nocach od dnia, gdy widział ją po raz ostatni, siłą wyprowadzaną z lecznicy przez ratownika. Ależ siebie nienawidził tamtego dnia i sobą gardził… – Dziękuję, że mi wybaczyłaś – rzekł miękko. Ewa uśmiechnęła się tylko. – Gdybyś wiedziała, jak długo nie mogłem sobie darować, że zamiast się tobą zaopiekować… – Piotr, proszę… – przerwała mu. Naprawdę nie chciała wracać do przeszłości. Już wystarczy, że musiała o niej pisać. Czy trzeba o tym jeszcze gadać? Doktor, nadal obejmując ją jedną ręką, drugą pogładził Ewę po policzku, takim zwykłym, miłym, nic nieznaczącym gestem. Ot, przyjaciel spotyka po latach drogą mu istotę… Czy rzeczywiście? Czy naprawdę ten gest jest zwykły, miły i nic nieznaczący? Ewa poczuła nagle po wybrzuszeniu w jego spodniach, że raczej nie… – Masz kogoś? – zapytał niskim, nieco ochrypłym głosem, dotykając opuszką palca jej ust. Zdecydowanie przestało to być nic nieznaczące i przyjacielskie. Ewa, która od lat była sama, boleśnie sama, pokręciła głową. Pochylił się i musnął wargami jej usta. – Piotr… to trochę niewłaściwe – szepnęła, kładąc dłonie na jego piersi. Nie odepchnęła go jednak, nie do końca pewna, czy chce, żeby on przestał. – Dlaczego? Jesteśmy dorośli. Wolni. Ty jesteś sama, ja też… – wymruczał. – Wiesz, że ciebie pragnę od niepamiętanych czasów. Od chwili, gdy po raz pierwszy stanęłaś w drzwiach lecznicy. – Miałam wtedy siedemnaście lat – zauważyła, pozwalając, by wsunął dłoń pod jej bluzkę na plecach i zaczął przyciskać jej lędźwie do swoich. – Byłem tego boleśnie świadom. – Nie chciałeś mnie, gdy ci się oświadczałam – dodała przekornie. – Chciałem, chciałem. A teraz chcę jeszcze bardziej. Pragnę się z tobą kochać. Tu i teraz. Drugi pocałunek nie był już ani pytający, ani niewinny. Piotr ujął twarz kobiety w dłonie i po prostu go sobie wziął. Tak jak o tym marzył od chwili, gdy Ewa, wtedy jeszcze Weronika, pojawiła się w jego życiu, śliczna, młoda i niewinna. Smakował jej wargi, przygryzał, pieścił językiem, czekając, prosząc, aż ona wyjdzie mu naprzeciw. Pozwoliła się całować parę chwil, po czym odsunęła go łagodnie. – Pozwól mi na to – wyszeptał, czując przemożne pragnienie. – Wiem, że masz za sobą ciężkie doświadczenia, że byłaś krzywdzona, ale ja będę uważny, nie zrobię nic, co miałoby ci sprawić ból. Proszę, Ewa… Nienawidził siebie za ten błagalny, żebraczy ton. Jej, za to, że każe się błagać, nienawidził również. Gdy bez słowa pokręciła głową, nagle zrozumiał. – Wiktor Helert – syknął. – Przeklęty Wiktor Helert. Zawsze on. Tyle razy cię krzywdził, zdradzał i porzucał, a ty, głupia, naiwna kobieto, zawsze pozwalałaś mu wracać. I krzywdzić na nowo… – Piotr, chyba powinieneś już iść, zanim skompromitujesz się jeszcze bardziej – zauważyła chłodno. Przez wszystkie te lata paru facetów podkochiwało się w niej i takich tekstów – wyrzutów odtrąconego samca – słuchała nie raz. Naprawdę nie potrafią znosić odmowy z godnością? – Gdzie on teraz jest? Ojciec twojego dziecka? – Piotr nie pozwolił się uciszyć. – Wciąż działa w mafii? Jest już bossem czy nadal zwykłym bandziorem? Co u niego, Ewcia? Może siedzi? Zbladła. Posłała Kochanowskiemu spojrzenie pełne odrazy, a potem wycedziła: – Nie waż się tak o nim mówić. Po prostu milcz! Gówno ci do tego, kim on był i co się z nim stało. Masz na jego punkcie obsesję, więc się lecz! Kochanowski natychmiast spasował. Jeśli chce zdobyć tę kobietę – a chce – musi być ostrożniejszy. – Przepraszam, Ewa. Wybacz – zaczął, wyciągając do niej dłoń, ale cofnęła się ponownie, splatając ręce na piersiach. – Masz jeszcze coś do powiedzenia, czy skończyłeś? – rzuciła obcym, pełnym niechęci tonem. – Jeśli to drugie, wynoś się i nigdy nie wracaj. Już raz cię o to prosiłam, p r z y j a c i e l u, no nie? – Ewa… porozmawiajmy. Przyrzekam, że cię nie tknę. Usiądziemy na tarasie, spróbuję twoich gołąbków i kompotu z porzeczek, na pewno są przepyszne, a ty opowiesz, jeśli oczywiście zechcesz, co się z tobą działo po wyjściu ze szpitala. Wiesz, że próbowałem się z tobą zobaczyć? Chciałem cię odwiedzać, przychodziłem do tego parszywego psychiatryka, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama, że masz dokąd pójść, gdy cię wypiszą – mówił szybko, wiedząc, że gdy umilknie, ona ponownie wskaże mu drzwi. – Ty jednak nigdy nie zgodziłaś się ze mną spotkać. – Dziwi cię to? – prychnęła z ironią. – Dzięki tobie trafiłam do piekła na ziemi, a ten zdziwiony, że nie byłam wdzięczna! – Było aż tak źle? Zaśmiała się bez odrobiny wesołości. – A jak myślisz? Pięciogwiazdkowe spa to nie było… Z czasem jednak zrozumiałam, że chciałeś dobrze. Może nawet uratowałeś mi wtedy życie. I ci wybaczyłam. – Westchnęła. Ujął jej dłonie. Odwrócił ku górze. Powiódł palcem po srebrnej bliźnie, pamiątce po ranie, którą, kiedyś zszywał. – Prawie nie widać – odezwała się mimo wszystko wzruszona tym delikatnym gestem. – Próbowałaś powtórzyć? – musiał zapytać. – Och, taaak – odparła. – Przez ładnych parę lat miałam koszmarną depresję i, owszem, próbowałam. Osiem razy, łącznie z tym. Po ostatnim mój lekarz stwierdził, że jestem jak kot, zostało mi ostatnie życie i więcej nie będzie. – Wzruszyła nonszalancko ramionami, nic sobie nie robiąc z przerażonej miny Piotra. – Próbowałaś się zabić osiem razy?! – To według rachub lekarza. Ja tam uważam, że na serio tylko trzy. Ten pierwszy i jeszcze dwa, nieco później. – Ale… jak ci się udało…? – urwał. To pytanie, jak i wszystkie poprzednie, nie należało do delikatnych. Chyba chciała o tym z kimś pogadać, w przeciwnym razie już dawno poszczułaby go psem, którego nie miała. – Jak mi się udało jakoś to przetrwać? – Domyśliła się. – Pewnie sądzisz, jak reszta świata, że gdybym naprawdę chciała umrzeć, skoczyłabym z dziesiątego piętra albo rzuciła pod pociąg. Tylko widzisz, Piotr, ja bardzo chciałam żyć… ROZDZIAŁ III SZPITAL Zawieźli ją nie na żadne pogotowie, tylko prosto do psychiatryka. Niespecjalnie kontaktowała, ledwie żywa z wyczerpania, odwodnienia, bólu i gorączki. Słaniającą się na nogach zbadała pielęgniarka, potem czekała ponad godzinę, aż zejdzie do niej lekarz dyżurny. Wreszcie poprowadzono ją do gabinetu, gdzie przyjmował facet, niewiele od niej starszy – też sobie specjalizację wybrał – poprosił, by usiadła i opowiedziała, co się stało. – Ja nie chcę tutaj być – wymamrotała, wbijając w doktora półprzytomne spojrzenie. – Proszę o wypis na własne żądanie. – Pani… – Zajrzał do karty – pani Weroniko… – Ewo! Używam drugiego imienia! – Oczywiście. Pani Ewo, proszę pozwolić sobie pomóc. To naprawdę dobre miejsce, by nabrać sił do walki z życiem. Gdyby miała więcej energii, zaśmiałaby się szyderczo. „Dobre miejsce”? Serio?! Ponury gmach szpitala przerażał od pierwszych chwil. Pacjenci, których widziała na korytarzu, gdy ją tutaj prowadzono, przerażali jeszcze bardziej. Chciała stąd wyjść! Wrócić do… Dokąd? Nie miała domu. Matka nie pozwoli jej zajmować kawalerki na Powiślu, doktor Kochanowski oddał ją do szpitala, Wiktor przepadł, niespecjalnie się przejmując, co z nią będzie. Nikogo nie obchodziła. Kompletnie nikogo. Spokojnie mogła umierać. Nikt nie zauważyłby jej śmierci. Nikt by się nią nie przejął… Rozpłakała się. Lekarz podał jej chusteczki. Poczekał, aż się uspokoi, po czym rzekł łagodnie: – Dziś nie będę pani więcej męczył. Jutro po obchodzie ponownie się spotkamy i spróbujemy porozmawiać. Położymy panią na korytarzu. Nie dlatego, że nie ma miejsca w sali, lecz żeby pielęgniarki miały na panią baczenie. To standardowa procedura. Proszę nie brać tego do siebie. Ewie, jeszcze bardziej zmęczonej płaczem, było wszystko jedno. Byle w końcu mogła zwinąć się pod kołdrą i zniknąć. Lekarz zaprowadził ją z powrotem do zabiegowego, wymienił z pielęgniarką kilka słów, ta założyła kobiecie wenflon, wyczarowała rozkładane łóżko i wreszcie Ewa, podłączona do kroplówki, mogła się położyć. Jeszcze kazali łyknąć jakieś pastylki i… cóż… w trymiga urwał jej się film. Udręczony mózg mógł odetchnąć. Śniła… Czuły dotyk dłoni na policzku, tak dobrze znanej, że tylko wtulić usta w jej ciepłe wnętrze. Pocałunek w skroń i cichy szept „Kocham cię, zawsze kochałem i będę kochać. Wybacz mi… wybacz wszystko. Tak strasznie cię skrzywdziłem…”, wyciskają łzy z oczu. Chce zapłakać, ale to przecież tylko sen. Chce przytrzymać tę dłoń, ale przecież to sen! Jeszcze jeden pocałunek. Na policzku zostaje ślad ciepła. I jedna łza skapująca na mokrą od łez poduszkę. Ona chce go zatrzymać, powiedzieć, że wybacza. I kocha. Też kocha. Całym sercem. Ale już za późno. Jak zawsze na wszystko za późno. Oddalające się kroki cichną. Zostaje sama. Znów sama. I nie chce się budzić. Szpital psychiatryczny dla niewtajemniczonych, czyli odwiedzających, konserwatorów instalacji, hydraulików, elektryków, malarzy, jednym słowem: normalnej reszty świata, zdaje się strasznym miejscem. Ewie, gdy ocknęła się nazajutrz późnym popołudniem, też się taki wydał. Gdy tylko otworzyła oczy, jej wzrok napotkał skuloną postać młodego mężczyzny czy raczej chłopaka – później się okaże, że dzieciak miał niespełna osiemnaście lat – który siedział pod ścianą po drugiej stronie korytarza, z narzuconym na głowę starym, kraciastym kocem i, mamrocząc coś do siebie, wgapiał się w Ewę spod tego koca nieruchomym spojrzeniem. Gdyby była całkiem przytomna, a nie otumaniona lekami, zerwałaby się zapewne z krzykiem. Ona jednak usiadła i zaczęła wpatrywać się w ukryty pod kocem tułub. I tak sobie trwali. Ona na polowym łóżku, tamten pod ścianą. Wreszcie wstała, by poszukać toalety. Chłopak podniósł się również. I ruszył za nią. Od tej pory gdziekolwiek Ewa się nie uda, on będzie jej towarzyszył, okutany w kraciasty koc, mamroczący coś w sobie tylko znanym języku. Śniadanie, obiad i kolacja – gdzie ona, Ewa, tam tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców. Kolejka po leki – za plecami wierny cień w kraciastym kocu. Toaleta czy kąpiel – nie ma sprawy, młodzieniec poczeka pod drzwiami. Zawsze skulony pod kocem, opowiadający sobie czy może Ewie – nigdy nie zrozumiała ani słowa – jakieś tam swoje historie. Na początku irytowało ją to, rzecz jasna. Ale jakoś tak niespecjalnie. Była bądź co bądź w psychiatryku i musiała liczyć się z różnymi wariatami. Jej przecież też niewiele brakowało. Na przykład codziennie, punktualnie o trzynastej trzydzieści, no plus minus kwadrans, zaczynała płakać. Rozpaczliwie szlochać. Nikt ani nic nie mogło jej uspokoić. I niepotrzebny był żaden powód – przynajmniej tak się Ewie wydawało, by wpół do drugiej zaczęły płynąć jej z oczu potoki łez, a gardło szarpał bolesny szloch. Pielęgniarki, które nie takie histerie widziały, zupełnie się tymi napadami płaczu nie przejęły. „Ryczy, to ryczy, byle się nie wieszała, a przynajmniej nie na naszym dyżurze”, to do Ewy przypadkiem dotarło. Czy były bezduszne? Zobojętniałe? Prędzej przyzwyczajone. To był oddział nerwic i depresji. Tutaj nie trafiali szczęśliwi, uśmiechnięci ludzie. Wręcz odwrotnie: na oddziale zawsze, dzień w dzień, ktoś płakał. W nocy, nafaszerowani tak od serca lekami nasennymi, spali jak zabici, ale nie da się uśpić całego oddziału na całą dobę. Niestety. Niektóre z pielęgniarek potrafiły być jednak okrutne. Choćby ta, co drugiego dnia po przybyciu Ewy na oddział, zmieniała jej opatrunek na nadgarstkach… I szarpała za bandaż tak, żeby bolało. Potem przetarła świeże rany gazikiem nasączonym jodyną, tak żeby bolało jeszcze bardziej. Ewa naprawdę musiała zaciskać zęby, powstrzymując jęk. – Nie udawaj takiej bohaterki – odezwała się kobieta nieprzyjemnym tonem. – Pokrzycz sobie. A następnym razem, jeśli rzeczywiście będziesz chciała się zabić, skacz z dziesiątego piętra albo przykuj się kajdankami do torów kolejowych i wyrzuć kluczyk. Nie będziesz musiała cierpieć, tak jak teraz, a nam dupy zawracać. Jak miło, prawda? Takie słowa do pacjentki, która próbowała się zabić nie z tego powodu, że dopadła ją jesienna nostalgia, lecz dlatego, że straciła maleńką dziewczynkę i po prostu nie miała już siły dalej żyć… O, to było przyczyną tych codziennych napadów płaczu, jak się Ewa w końcu domyśliła: mniej więcej o tej porze, po południu, poroniła. Utraciła dziecko. Mózg próbował zapomnieć, lecz serce i dusza pamiętały. Ewa pozwoliła więc sobie na żałobę. Gdy nadchodziła godzina trzynasta i czuła, że zbliża się rozpacz, zwijała się na łóżku, nakrywała kołdrą aż po czubek głowy, wbijała zęby we własną pięść, żeby nie krzyczeć i nie jęczeć zbyt głośno, i pozwalała płynąć łzom. Przywoływała wszystkie wspomnienia – te dobre i te złe – i płakała. Wołała Wiktora, przeklinała go, wybaczała mu, błagała, powtarzała, jak bardzo go kocha, i znów wyklinała od najgorszych – i płakała. Czasem szeptała: „Babciu, babuniu…”, a raz jej się wymknęło: „Mamusiu…” – i płakała. Dzień w dzień… A okutany w koc młodzieniec siadał na korytarzu, tak by widzieć skuloną pod kołdrą Ewę, i mamrotał słowa pocieszenia. Przynajmniej ona chciała w to wierzyć. „Do wszystkiego można się przyzwyczaić, powiedział skazaniec, idąc na szubienicę” i dzisiaj Ewa mogłaby się pod tym podpisać. Ona, kochająca wolność, słońce i przestrzeń, została zamknięta – za co? dlaczego? – w miejscu gorszym od więzienia. Więźniowie mieli jakieś przywileje: spacery, widzenia, przepustki… W psychiatryku o wszystkim decydował ordynator. No, czasem lekarz prowadzący. W skrajnych przypadkach sąd. Ale nie po to, żeby osądzić: wypuścić czy nie. Sąd był tylko po to, by zatrzymać cię wbrew twojej woli. Jeśli nie rokowałaś na razie poprawy, czyli stanowiłaś zagrożenie dla siebie albo innych, siedziałaś w domu bez klamek, i to dosłownie – Ewa szybko się przekonała, że to nie przenośnia, klamek tu rzeczywiście nie uświadczysz – bez prawa do wyjścia choćby na parę godzin. Nawet jeśli rodzina chciałaby cię wziąć na pogrzeb czy ślub, nawet biorąc za ciebie odpowiedzialność i podpisując wymagane cyrografy – nie rokujesz, nie wychodzisz. Na początku Ewa miała głęboko gdzieś świat zewnętrzny. Zamknięta we własnym cierpieniu była… powiedzmy, pogodzona z faktem, że na spacer może się udać co najwyżej po szpitalnym korytarzu. Jaki spacer, litości! Zbierała siły jedynie na posiłki i toaletę – z nieodłącznym człowiekiem w kocu, rzecz jasna. Resztę dnia spędzała w swoim łóżku pod oknem na sali ścisłej obserwacji, niewielkim pokoju z czterema łóżkami i ścianami ze szkła, żeby pielęgniarki miały na delikwentki oko, czy te niczego nie kombinują. Na kombinowanie żadna z jej trzech towarzyszek niedoli nie miała sił. Pogrążone w głębokiej depresji, trwały zwinięte pod kołdrą tak jak Ewa. Dwie oprócz niej jeszcze jakoś kontaktowały, natomiast trzecia znajdowała się w stanie bliskim katatonii. Po kilku dniach od przywiezienia na oddział zupełnie przestała się poruszać. Nie wstawała na posiłki, do toalety również nie. Wtedy te dwie, będące tutaj dłużej od Ewy, zaczęły kiwać smutno głowami i wypowiadać szeptem jedno słowo, od którego robiło się jej słabo: elektrowstrząsy. Przyszedł dzień, gdy ta czwarta wyjechała z sali ścisłej obserwacji razem z łóżkiem… Nie było jej może z godzinę. Wróciła nieprzytomna od narkozy, a Ewa… gdy pielęgniarki dały im spokój… wstała, podeszła na palcach do łóżka w rogu sali, ujęła tak szczupłą, że niemal przezroczystą, dłoń chorej i zaczęła ją głaskać, czy tamta to czuła, czy nie. Chyba po to, by nie zwariować do szczętu, Ewa musiała chociaż tak być z kobietą poddaną elektrowstrząsom. Nie potrafiła inaczej… O dziwo, podziałały! Mózg chorej załapał prawidłowe fale i z dnia na dzień zaczęła wracać do świata żywych. Została przeniesiona do normalnej sali – o ile jakakolwiek sala w psychiatryku może być nazwana „normalną” – szybciej niż Ewa. Dziwne… bo ona przecież czuła się coraz lepiej! Owszem, nadal całymi dniami potrafiła wgapiać się w sufit, wciąż o pierwszej trzydzieści zalewała się łzami i nic nie mogła na to poradzić, ale przecież dbała o higienę, jadła… I to by było na tyle. Ordynator za każdym razem, kiedy słyszał jej „czuję się świetnie, kiedy mogę wyjść?”, natychmiast wyznaczał jej wizytę w swoim gabinecie, słuchał, co Ewa ma mu do powiedzenia i – ku jej niebotycznemu zdumieniu – odsyłał z powrotem na salę ścisłej obserwacji. A przecież słowem nie pisnęła, że zaraz po wyjściu zamierza… No właśnie. Prawdopodobnie lekarze byli tu sprytniejsi niż pacjenci. Ewa zaczęła naprawdę wrastać w swoje łóżko przy oknie. Cicha, spokojna kontemplacja sufitu powoli wchodziła jej w krew. Czasami pielęgniarki pytały ją, czy chce się widzieć z Piotrem Kochanowskim, który mniej więcej co tydzień próbował się z nią zobaczyć. Po co? Żeby nakablować na nią ordynatorowi, zdrajca cholerny? Nie życzyła sobie jego wizyt. Raz odwiedziła ją matka, którą wpuszczono, nie pytając Ewy o zdanie. Pani prokurator, obrażona na córkę, że przez nią musi znosić to miejsce, psychiatryk!, poinformowała ją, że „łazienkę po twoich fanaberiach sprzątnęłam” i Ewa po wyjściu ze szpitala może, co za łaskawość doprawdy, przez jakiś czas w kawalerce mieszkać. Następnym razem przyszedł ojciec. Jakiś taki zgaszony i przykurczony… Wyznał córce, że próbuje wrócić do matki, na Powiśle. Zdrowie zaczęło szwankować i czas szukać mety na starość. Gdyby Ewa, oczywiście jak sama wydobrzeje, wróciła do mieszkania obok, trochę pomogłaby i jemu, i matce. Och… Ewa tylko o tym marzyła! Skakać przy podłej, wrednej Marzence i ojcu, który sobie o córce przypomina tylko wtedy, gdy ma w tym interes. Była naprawdę szczęśliwa, gdy sobie poszedł, a ona, zamiast prać jego brudne gacie, mogła zostać tutaj, w tym dziwnym miejscu bez klamek i z kratami w oknach, które niby więzieniem nie było, a jednak czułaś się jak więzień własnej, chorej duszy… ROZDZIAŁ IV GOŚĆ Mijał miesiąc od dnia, w którym Ewę tutaj przywieziono, dzięki nieocenionemu byłemu przyjacielowi, gdy do sali weszła pielęgniarka i rzekła: – Pani Ewo, ma pani gościa. Wpuścić go? Ewa, która akurat wypełzła spłakana spod kołdry po półgodzinnej, codziennej porcji łez, pokręciła głową. Ostatnie, o czym marzyła, to wizyta… kogo? Nawet nie miała siły zapytać. – To pani przyjaciel z dzieciństwa, tak przynajmniej twierdzi. Wiktor Helert. Niezły przystojniak. – Pielęgniarka, jedna z tych milszych i bardziej ludzkich, puściła do Ewy oczko, a ona… ona aż wstrzymała oddech. Wiktor! Jest tutaj! Pewnie czeka tuż za ścianą, na korytarzu! I czemu, durne serce, zaczynasz walić z podekscytowania i radości?! Pamiętasz, co ci zrobił? Jak cię pokaleczył? A ty cieszysz się, głupie, na sam dźwięk jego imienia… Pielęgniarka, biorąc milczenie Ewy za zgodę, wyszła na korytarz i już po chwili do pokoju wchodził on, ten, którego Ewa nie potrafiła wyrzucić ani z pamięci, ani z durnego, stęsknionego serca. Pochylił się i pocałował ją w usta. Leciutko. Uśmiechnął się, pogładził jej policzek. Potem przysiadł na łóżku, ujął dłoń Ewy w swoją i trwał w milczeniu, chłonąc obraz ukochanej kobiety, tak jak ona jego. Też bez słowa, bo zaciśnięte gardło nie chciało przepuścić ani jednego, wpatrywała się w jego twarz, pociemniałą ze zmęczenia i smutku. Oczy, zazwyczaj błyszczące wolą życia i walki, miał przygaszone. Rysy twarzy ostre, szczęki zaciśnięte. Próbował grać spokojnego, może nawet szczęśliwego, że ją widzi, ale Ewa znała tego mężczyznę zbyt dobrze, by dać się zwieść. Leżała, oddychając płytko i bezgłośnie, by nie spłoszyć tej magicznej chwili, w której ma Wiktora tak blisko i tylko dla siebie. – Jak się czujesz? – wyszeptał, przerywając milczenie. Odgarnął kosmyk włosów z jej czoła, a ona poczuła łzy pod powiekami. Oddałaby pół życia za taką czułość, jeśli mogłaby ją zatrzymać. Nie miała jednak złudzeń. Wiktor za chwilę odejdzie. Kiedy wróci? Jeśli w ogóle… Tego nie wie on sam zapewne. – Jak cię tutaj traktują? – odezwał się ponownie, bo nie odpowiedziała. – Pielęgniarki wydają się sympatyczne. Lekarz również. – Rozmawiałeś z lekarzem? – zdziwiła się mimowolnie. Jej rodzice też najpierw widzieli się z ordynatorem, dopiero potem przyszli do niej. Po co? Dlaczego? Nie miała pojęcia i w ich przypadku nie interesowało to jej. Jednak Wiktor, to co innego. – Jesteś ponoć bardzo skryta. Niewiele o sobie opowiadasz. Lekarz potrzebuje jak najszerszego wywiadu środowiskowego, tak się wyraził. – Powiedziałam wszystko, co chciał wiedzieć. – Wzruszyła ramionami. – Od nocy poślubnej do nocy, w którą próbowałam się zabić. Niczego więcej mu nie wyczaruję. – Mówiłaś, że rodzice wychowywali cię „bezstresowo”? – A jakie to ma znaczenie? Z tego powodu samobójstwa nie popełniałam. Pieprzę i ich, i to wychowanie. – Myślisz, że klęczenie pod ścianą z rękami w górze nie miało żadnego wpływu na to, co teraz przeżywasz? Wyleczyłaś się z tamtego cierpienia? Serio? – mówił cicho i z troską, jakby pytał siebie, a nie ją. – Bo ja nie potrafię zapomnieć. Wybaczyć również nie. Nienawiść, którą czuję do ojca i matki, jest tak samo żywa, jak w czasach, gdy on mnie katował, i w dniu, gdy ona zafundowała mi swoimi zeznaniami poprawczak, a potem więzienie. Gdyby nie to, Nisia, to znaczy Ewa, bylibyśmy razem. Razem! Ja nie siedziałbym za kratami i ty… – rozejrzał się po pokoju – … również nie. – To nie była wina twoich czy moich rodziców. Oboje mamy wolną wolę. Ty mogłeś się powstrzymać od skatowania ojca, ja nie musiałam ciąć się po rękach. To nasze wybory, Wiktor, doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy. Pokręcił nieprzekonany głową. Tak, lata temu go poniosło. Tak, wpadł w furię, widząc ciskaną o ścianę matkę i wreszcie odpłacił skurwielowi tym samym. Ale najwyższą cenę zapłaciła za to najniewinniejsza z nich wszystkich. Ewa-Weronika. Jeśli potrafiła wybaczyć… dobrze. On nie umiał. Nie potrafił pogodzić się z tym, że za chwilę zostawi ją w szpitalu, odejdzie, zniknie i długo nie pojawi się w jej życiu. Może nawet nigdy? Żył na krawędzi. Liczył się ze śmiercią każdego dnia. Ewa nie może jednak o tym wiedzieć… Ona jednak wyczytała to w jego oczach, pociemniałych z frustracji i smutku, bo ujęła bez słowa rękę mężczyzny i przytuliła do policzka. – Nic nie mów – wyszeptała. – Wiem, że mnie zostawisz. – Tak strasznie tego nie chcę… – Głos mu się załamał. – Trzyma mnie przy życiu, w bagnie, w którym jestem, tylko nadzieja, że kiedyś będziemy razem. – A będziemy? – zapytała cichutko. Ona powoli traciła tę nadzieję. Chociaż Wiktor miał rację: dla niej ta gwiazdka z nieba, marzenie, że kiedyś on wróci i zostanie, i zamieszkają razem w małym domku, i urodzi im się maleńka dziewczynka, a może chłopczyk, również były odległym, chwiejnym promykiem w mroku, który trwał, trwał i nie chciał się skończyć. Ujął jej dłoń i ucałował. – Jeżeli na mnie poczekasz… – Jak długo, Wiktor? Ile razy jeszcze będziesz pojawiał się znikąd, nieoczekiwany, a potem odchodził, zostawiając mnie bez nadziei, że wrócisz? Pokręcił głową. Nie znał odpowiedzi na to pytanie. – Dlaczego nie możesz zabrać mnie ze sobą? – mówiła dalej. – Umiem i lubię pracować, nie byłabym dla ciebie ciężarem. – Nie o to chodzi! – wykrzyknął ze złością. Nie na nią, na siebie, że mimo to musi ją odrzucić. – Nie możesz wejść do świata, w którym teraz żyję! – Mogę! Zniosę wszystko, byle tylko… – Nie wiesz, o czym mówisz – uciął zduszonym tonem, po czym nachylił się do niej tak, by nikt ich nie słyszał, i zaczął szybko, żeby nie mogła mu przerwać: – Kiedyś powiedziałaś, że nie nadajesz się na dziewczynę bandziora i miałaś rację. Na kobietę gangstera tym bardziej nie, a tym właśnie się stałem. W więzieniu zwerbowała mnie mafia. Mafia, Ewuś! Ten szajs, od którego chciałem trzymać się z daleka, dorwał mnie i nie wypuści tak szybko, o nie… Słuchała jego rwących się słów z przerażeniem i rosnącą rozpaczą. Chciała coś powiedzieć, ale nie pozwolił sobie przerwać. – Nie miałem wyboru. Tresowali mnie dotąd, aż poszedłem na współpracę. Nie brudzę sobie rąk zabijaniem i torturami, nie wymagają, bym przemycał narkotyki czy małolaty do szwabskich burdeli. Nie. Ja tylko włamuję się na konta bankowe, na serwery policji, wszędzie tam, gdzie boss sobie zażyczy. Kradnę i morduję w białych rękawiczkach. Ale… widziałem straszne rzeczy, Ewa… Ponownie głos mu się załamał. Ona chwyciła go za rękę i zacisnęła palce z całych sił. – Wezwali mnie do takiego jednego, biznesmena, który… chciał zakończyć z nimi współpracę. Coś tam niby miałem wydobyć z jego komputera, ale im chodziło o coś innego. O pokazanie mi, nie jemu, ale mi, co się ze mną stanie, gdy to ja zechcę odejść. Skończyć z gangsterką, zdradzić. Torturowali tego człowieka na straszne sposoby… Jego żona musiała na to patrzeć… Potem wzięli się za nią, a ja… Tym razem ja musiałem na to patrzeć. – Przycisnął dłoń do oczu, siłą powstrzymując łzy. Ewa milczała, ściskając go za rękę. W żaden inny sposób nie potrafiła mu pomóc. – Wyszedłem stamtąd, gdy już skończyli i z tym facetem, i z jego żoną… jako zupełnie inny człowiek. Złamany. Złamali mnie okrucieństwem, wręcz sadyzmem, i bezwzględnością. Wtedy zrozumiałem jedno: muszę cię chronić za wszelką cenę przed tym skurwysyństwem. Nie wolno mi się do ciebie zbliżać Ewa, nie wolno pisać. Nie mogę pozwolić, by któryś z bandziorów wpadł na twój trop. Żebyś stała się ich zakładniczką. Nade mną mogą się znęcać, wytrzymam wiele, ale nie wolno im tknąć ciebie. Teraz rozumiesz, dlaczego zostałaś sama z tamtym psychopatą? – Pochylił się i pocałował ją w usta, słone od łez, jeszcze raz. – Potrafiłbym skręcić mu kark jednym ruchem, ale wtedy oni, którzy nie spuszczają oka ze swego ulubionego hakera, dorwaliby ciebie Ewuś i już nigdy nie mógłbym się od nich uwolnić. Kiedyś, gdy przestanę być im potrzebny, gdy opłacę się mafii wystarczająco, zniknę. Razem z tobą. I gdzieś daleko zaczniemy nowe życie. Przyrzekam. Ale to jeszcze nie ten czas. Jeśli potrafisz czekać, nie wiadomo jak długo, poczekaj na mnie. Jeśli jednak chcesz normalnie żyć, z normalnym, przyzwoitym, dobrym facetem, zrób to. Znajdź sobie kogoś. Będę całym sercem za nim i za tobą. Nigdy nie stanę wam na drodze. Chciałbym, żebyś chociaż ty była szczęśliwa. Tak bardzo bym tego chciał… – Nie rozumiem, dlaczego w ogóle do nich przystąpiłeś – odezwała się z buntem w głosie. – To był przecież twój wybór. Nikt nie mógł cię zmusić do czegoś, czego sam byś nie chciał! Pokręcił głową i odrzekł z goryczą: – Masz rację. Dobrowolnie zgodziłem się zostać bandytą. Nie chciał opowiadać, czym były pierwsze miesiące w więzieniu. A ona nie musi o tym wiedzieć. Zaczęła płakać. Cicho, bezgłośnie. Po prostu łzy płynęły po jej wychudłych policzkach i wsiąkały w poduszkę. Nie mógł na to patrzeć. Wstał. Nie próbowała go zatrzymywać. Może gdyby zdobył się na całkowitą szczerość, zaufał jej do końca i jednak wyznał, w jaki sposób zmuszono go do współpracy, rozstaliby się z jakąkolwiek nadzieją na przyszłość. Ale on się nie odezwał, a ona nie chciała wiedzieć nic więcej. Może tylko, kiedy zobaczy go ponownie, ale… nie zapytała. Pozwoliła, by ostatni raz dotknął dłonią jej policzka, starł łzy, odwrócił się i – przygarbiony, załamany, pozbawiony złudzeń – wyszedł. I ona, Ewa, ma niby leczyć depresję? Być szczęśliwa i uśmiechnięta? Serio? Powróciła do kontemplacji sufitu. Przy następnym obchodzie ordynator, doktor Jakubiak, zdecydował, że na sali ścisłej obserwacji jego ulubiona pacjentka jeszcze trochę zabawi… Jest takie doświadczenie, durne i okrutne, lecz wiele mówiące: do akwarium z wodą wrzucają szczura. Szczury potrafią doskonale pływać, tak na marginesie, więc zwierzak pływa i pływa, próbuje wdrapać się na gładkie, śliskie ścianki i wreszcie tonie. Chcę wierzyć, że nim utonie całkiem, jednak go ratują. Drugiemu szczurowi, zanim zacznie opadać z sił i tonąć, podrzucają drabinkę, po której wydostaje się z akwarium na „stały ląd”. Gdy następnym razem wrzucają nieszczęśnika do wody, pływa – wierząc, że podrzucą mu tę drabinkę – nawet kilkadziesiąt godzin, o wiele, wiele dłużej niż ten pierwszy, bez nadziei. Jaki z tego wniosek? Ano taki, że mając nadzieję, mogę walczyć o życie, zaś bez niej wszelka walka traci sens. Ja sensu dalszego istnienia w tamtych dniach po prostu nie widziałam. Wiktora, czy raczej moje wyobrażenie o nim, bo tak naprawdę nie znałam tego człowieka, kochałam od zawsze. Był moją wyidealizowaną wizją księcia na białym koniu, domu i rodziny. Nie mam pojęcia, jakie naprawdę byłoby nasze wspólne życie, bo spędziliśmy razem, pod jednym dachem raptem miesiąc. Piękny, pełen czułości i kochania, ale tylko miesiąc. Czy byłabym w stanie żyć z człowiekiem po takich przejściach? Byłym więźniem? A teraz jeszcze gangsterem, który musiał patrzeć na tortury i mordowanie? Jakie zmiany na jego psychice to wywarło? Kim się stał? Może powinnam była sobie na to odpowiedzieć, zanim znowu zaczęłam umierać z rozpaczy, że on po raz kolejny mnie zostawił? Do codziennej porcji płaczu o trzynastej trzydzieści doszedł i ten żal: Wiktor pojawił się, nakarmił mnie dwoma pocałunkami, pogładzeniem po policzku, i zniknął nie wiadomo na jak długo, może na zawsze. Szczur przebierał łapkami coraz wolniej… z coraz większym wysiłkiem… tonął… I wtedy mądry doktor Jakubiak wpadł na pomysł, który ocalił mi życie. – W dniu przyjęcia miała pani ze sobą pewien przedmiot – zagaił ordynator oddziału nerwic i depresji, który od dwóch miesięcy próbował poradzić sobie z oporną pacjentką. Nie to, żeby Ewa sprawiała trudności, wręcz przeciwnie! Była wyjątkowo spokojna. Nie wadziła nikomu. Starała się zniknąć ze świata na dobre, jedząc coraz mniej i nie wstając już w ogóle, jeśli nie musiała. Do stanu, w którym zdecydowałby się na zastosowanie elektrowstrząsów, było na szczęście daleko, lecz leki powinny już działać! Pacjentka mogłaby wreszcie wstać, pójść do świetlicy, dołączyć do szpitalnej społeczności, zacząć chodzić na psychoterapię… Ona była jednak zainteresowana sufitem i niczym więcej. Nie podobało się to lekarzowi z powołania, jakim był Jakubiak. Dziś miał dla Ewy niespodziankę… Spojrzała na niego bez zrozumienia. W dniu przyjęcia miała podcięte żyły i niewiele więcej pamiętała oprócz bólu. Lecz oto doktor wyciąga „spod lady” i kładzie na blacie biurka starego laptopa, którego Ewa rzeczywiście przytargała najpierw do lecznicy, potem widać i do szpitala. Uniosła brwi, nic nie rozumiejąc. Po co mu ten laptop? Chce przypitolić jej nim w łeb, żeby ocknęła się ze stuporu i zaczęła egzystować jak człowiek? – Pani przyjaciel, Wiktor, zna panią dużo lepiej niż rodzice. Powiedział między innymi, że pięknie pani pisze. Że w głębi serca jest pani pisarką. Czy to prawda? Kochany Wiktor… Durny Wiktor! Ona pisarką? Jak to było, droga profesorko od polskiego? „Zdasz, drogie dziecko, maturę, pod warunkiem że przyrzekniesz mi teraz, jak tu stoisz, iż nigdy więcej nie będziesz próbowała pisać”. Przyrzekła. – Pani Ewo, a gdybym tak zgodził się, żeby ten laptop na parę godzin dziennie był pani wydawany? Pod ścisłą kontrolą oczywiście, bo nie jest to zwykły przedmiot na wyposażeniu szpitala. A i kabel ma, że tak powiem… zachęcający. Usiadłaby sobie z nim pani w świetlicy i pisała, co tam w duszy zagra? Hę? Patrzył na Ewę z taką nadzieją… Ona zaś, od dwóch miesięcy zawieszona między istnieniem i nieistnieniem, nagle poczuła znane mrowienie. Koniuszki palców domagały się klawiatury. Natychmiast! Doktor był bystry. Musiał dostrzec błysk ożywienia w nieruchomej zazwyczaj twarzy kobiety, bo uśmiechnął się szeroko i zapytał konkretnym tonem: – Kiedy pani zaczyna? Proponuję zaraz. Przesunął laptop w stronę Ewy, jak przesuwa się plik banknotów w stronę opornego klienta i… kupiona-zatopiona. Chwyciła komputer, jak tonący brzytwę. – Mogę pisać? W świetlicy? – upewniła się. – Tak. W nocy laptop może się ładować u pielęgniarek, ale dziś może się pani podłączyć do gniazdka i zacząć natychmiast. Widzę, że już coś się kluje w tej pięknej główce – zaśmiał się. Ewa po raz pierwszy od niepamiętnych czasów uśmiechnęła się również. Chwilę później siadała przy stole nakrytym starą, wypłowiałą ceratą, podnosiła klapę laptopa, który ledwo dychał, ale jednak, i niecierpliwymi dłońmi, pragnącymi pisać już teraz, natychmiast, otwierała nowy plik. Tak właśnie powstał Ferrin. Ferrin, który stanie się jej ucieczką, azylem, miejscem, w którym będzie ratowała się przed całkowitym obłędem, beznadzieją i rozpaczą. Miejscem, w którym nauczy się od nowa żyć. Są książki ratujące życie. Książki, które pomogą ci dotrwać do świtu w najczarniejszą noc. Książki, w których znajdziesz coś, co ustrzeże cię przed najgorszym. Na przykład wrócisz do domu dłuższą drogą, przez oświetlone ulice, zamiast przez ciemny park. Książki, przy których zapomnisz, jak podły jest twój los, a przypomnisz sobie, że gdzieś daleko, pod lasem, od lat czeka na ciebie mała, rozpadająca się chałupka po dziadkach, która stanie się twoją ostoją, dzięki której odżyjesz. Są wreszcie książki-ucieczki. Książki, w które tak dalece się zapadasz, że przestajesz być TUTAJ, a jesteś TAM. I dzięki temu żyjesz. Taką książką był dla mnie Ferrin. W nim kochałam i byłam kochana. W nim zabijałam i umierałam. Nienawidziłam, upadałam i podnosiłam się. Rządziłam, byłam manipulowana, poddawałam się i zwyciężałam. Miałam wpływ na wszystko, by w następnej chwili, wraz z następnym rozdziałem, nie mieć wpływu na nic. Zupełnie jak w życiu! W Ferrinie odnalazłam oczywiście mojego Wiktora i będę go odnajdować w każdej następnej powieści. Nie mogłam być przez niego kochana w realnym życiu, miałam go chociaż w moich książkach. Słusznie zauważył Konrad Dorada, wydawca: przemycałam czarnookiego drania, mojego Wiktora Helerta, bo tak go nazwałam na potrzeby „Pisarki”, do każdej historii, która wyszła spod mego pióra. Wiktor-Jakub był cząstką mnie, moim dopełnieniem. I nic nie mogłam na to poradzić. Zrozumiałam to, pisząc moją pierwszą, wielką powieść. Ferrin. ROZDZIAŁ V. CZERWONY ALARM CZERWONY ALARM Ten gnojek był niebezpieczny Do Ewy, która – nadal przetrzymywana na sali ścisłej obserwacji, nie wiadomo właściwie dlaczego – nie brała żadnego udziału w życiu szpitala i pacjentów, mimo wszystko docierały różne wieści. Najczęściej podczas posiłków, jakie siłą rzeczy musiała spożywać na oddziałowej stołówce. Zamówić do pokoju ich się nie dało. „Zgwałcił pacjentkę”, to usłyszała któregoś dnia. „Wykorzystał dziewczynę po próbie samobójczej, naćpaną prochami, i zgwałcił”. Och, dzieciaku w kocu, który zniknąłeś któregoś dnia, jako „nierokujący”, przeniesiony na cięższy oddział, prawdopodobnie schizofreników i innych takich… Pomyśleć, że twoja cicha, ale nieszkodliwa obecność mnie irytowała… Za Ewą, pracowicie klikającą swoją pierwszą powieść, zaczął się włóczyć synuś pani sędziny – a więc nietykalny, tudzież z lepszej kasty – który był tutaj na obserwacji. Co ten bandzior robił na oddziale baranków i owieczek cierpiących na depresje i nerwice? Tego nie wiedział nikt. Oprócz mamusi. Nietykalny synuś, który ot tak zgwałcił półprzytomną dziewczynę, upodobał sobie „panią pisareczkę”. Z początku niegroźnie popatrywał na klikającą w zapamiętaniu kobietę. Lecz którejś nocy… Bo Ewa, całkowicie zapadając się w powieść, pisała cichutko w kąciku także po zgaszeniu świateł… Pojawił się znikąd, cichy jak cień. Stanął za jej plecami, długie minuty śledził tekst, pojawiający się na ekranie laptopa i nagle chwycił ją za gardło. Odgiął głowę i wyszeptał wprost do ucha: – Będziesz miła i ja będę miły. Postawisz się, kurwo, a skręcę ci kark. Ewa… cóż… kiedyś zamarłaby z przerażenia, niezdolna choćby do kiwnięcia palcem. Ale ona po pierwsze była w szpitalu psychiatrycznym, gdzie możesz wszystko. Cóż, odbiło pacjentce… Po drugie przeżyła własną śmierć i gwałt na ciele, zadany przez „kochającego” mężunia. Po trzecie właśnie mordowała kogoś w Ferrinie i była… niebezpieczna. Odwinęła się jak żmija. Chwyciła bandziora za krtań, jak on przed chwilą chwycił ją, i wycedziła: – Ode mnie, gnoju, trzymaj się z daleka albo cię zabiję. Rozumiesz, bandyto? Po prostu którejś nocy przyjdę do twojego pokoiku i uduszę cię poduszką. Skąd wzięła w sobie siły, by skurwielowi z kasty nietykalnych zagrozić? Nie wiadomo. Ważne, że bandyta odpuścił. Przed taką Ewą-do-serca-przytul-psa bandyta, co gwałci nieprzytomne kobiety, odpuścił. Od tej pory omijał Ewę szerokim łukiem i już nigdy, do czasu jej wypisu, nie nastawał na jej cześć. Ile jednak nieszczęsnych pacjentek zdołał zmusić do uległości? Ile wziął, bo nie stawiały oporu? To tajemnica oddziału. Nie chciałabyś się na nim znaleźć, prawda? Ewa – ta sama, co swego czasu kochała cały świat – na drodze do wyzdrowienia miała jeszcze nie jedno ekstremalne przeżycie, które nie mieści się w waszym pojęciu, kochane, cieplarniane paprotki, niezdające sobie sprawy, jak popieprzony bywa świat… Niedopuszczające do świadomości, że normalna, inteligentna kobieta, pani doktor, urocza weterynarz, dobrze wykształcona i ze znakomitymi perspektywami, może się nagle znaleźć w najniższym kręgu piekła, zdana na łaskę i niełaskę popieprzonych towarzyszy niedoli… Któregoś dnia siedziała sobie na swoim miejscu, w najodleglejszym rogu świetlicy, gdy – zupełnie nie wiadomo, w jakim celu – ordynator zadecydował o integracji oddziału nerwic i depresji z oddziałem cięższym, cokolwiek to oznaczało. Ewa o decyzji ordynatora nie miała pojęcia. Po prostu klikała w klawiaturę, oderwana od rzeczywistości. I nagle… została uniesiona, tak właściwie: porwana w powietrze przez czyjeś niesamowicie silne ręce. Ciśnięta o ścianę. Przyduszona palcami miażdżącymi jej krtań. Wybałuszyła oczy i patrzyła na rosłą kobietę, która właśnie próbowała ją zabić z zaciętym wyrazem twarzy. Wokół nie było nikogo. Po prostu pustynia. I tylko chuda, nic nieważąca Ewunia Kotowska w garści napakowanej, wyższej o głowę furiatki. – Zabiłaś mi rodzinę! – wycharczała napastniczka. – Ty suko, ty kurwo!!! Doniosłaś na nich!!! Ewa znieruchomiała, modląc się, by ktoś zauważył ten napad wcześniej, niż tamta ją udusi. W głowie rozbrzmiał jej CZERWONY ALARM. Aaaa! Aaaa! Walcz o życie! Mordują cię! Aaaa! Aaaa! Oszem, mogła umierać, ale z własnej ręki! Niekoniecznie uduszona przez kogoś, komu popieprzyło się we łbie! – Ty ubecka suko, skurwiała mendo, pierdolona donosicielko! – Kobieta obrzucała Ewę przekleństwami, zaciskając palce coraz silniej. Ratunku!!! Ewa trwała nieruchomo, wiedząc, że stawiając najmniejszy opór – umrze. Ta kobieta była psychotyczką. Miała napad manii. To nie był całkiem przytomny bandzior na obserwacji. Ona odleciała całkiem daleko. Nie bała się niczego ani nikogo. Niczym nawiedzony berserk. Palce zaciskały się coraz mocniej. Chciała zabić. Nienawidziła. Udusić! Udusić donosicielkę! Ewie zaczęło brakować tchu. Ratunku, ratunku, ratunku!!! – skowyczała w duszy. Kobieta dalej miażdżyła jej krtań. W najdalszym i najciemniejszy kącie świetlicy… Ratunku, na pomoc, ratunku!!! Ciemniało jej w oczach. Umierała… Nagle uścisk zelżał. Dwóch rosłych pielęgniarzy odciągnęło napastniczkę. Ta szarpała się, wyła, drapała, próbowała gryźć, ale szybko sobie z nią poradzili. Ewa opadła na krzesło, z trudem łapiąc powietrze. Łzy płynęły jej po policzkach. Drżała niczym osika. Ktoś tam ją przepraszał. „Nie mieliśmy pojęcia, że jest niebezpieczna, była przecież na lekach”. „Psychoza maniakalno-depresyjna, proszę zrozumieć, pani Ewo, proszę zrozumieć…” – o to chyba prosił doktor Jakubiak, który o mało co nie stracił pacjentki, uduszonej jak gdyby nigdy nic na jego dyżurze. Ewa zaś wiedziała od tej pory jedno: pisanie – pisaniem, ale bezpieczna jest tylko w swojej sali, razem z depresjantkami takimi jak ona. Kochanymi, potulnymi warzywkami, które gapią się w sufit. Zrozumiała też jeszcze coś: chce żyć. A jeśli umierać, to na swoich warunkach, a nie duszona przez psychotyczkę jak bezwolny kurczak, albo gwałcona przez bandziora, synusia pani sędziny z kasty nietykalnych, niech im wszystkim ziemia ciężką będzie… Tak, Ewa Kotowska zdecydowała się na powrót do rzeczywistości. Tam przynajmniej, po drugiej stronie krat, mogła decydować o swoim życiu. Wybory był jej wyborami, a nie regulaminem szpitala. Za błędne decyzje ona ponosiła odpowiedzialność. Nie była zdana na łaskę czy niełaskę oszalałych pacjentów psychiatryka. I lekarzy, którzy nagle zapragnęli integrować ją z psychotykami w morderczej manii. Chciała stąd wyjść. Jak najszybciej. ROZDZIAŁ VI PRZYJACIÓŁKI – Pani Ewuniu, jest lepiej! – To były pierwsze słowa, którymi po dwóch tygodniach „terapii pisaniem” przywitał pacjentkę doktor Jakubiak. – Z prawdziwą przyjemnością, i satysfakcją!, przenoszę panią na ogólną salę. Dostanie pani dwie miłe współlokatorki i zdrowiejcie radośnie, moje drogie! W pierwszym momencie przekonana, że nie poradzi sobie – ona, z tak poharataną duszą – nie tylko na zewnątrz, ale nawet na sali „zwykłych” depresjantek, próbowała oponować. Bronić się przed przeniesieniem. Nie wiedziała, że za chwilę, dzięki doktorowi, pozna dwie wspaniałe przyjaciółki, takie na śmierć i życie. I jeśli kiedykolwiek w przyszłości będzie sama, to na własne życzenie. Bo tak naprawdę ludzie są dobrzy. Pragną ci pomóc. Jeden warunek: musisz okazać gestem albo słowem, że pomocy potrzebujesz. Że przyjaciele są ci potrzebni. Jeśli grasz Zosię-Samosię, sorry, ale mogą nie posiadać daru jasnowidzenia i po prostu nie zrozumieć… Następnego dnia zaraz po obchodzie spakowała skromne manatki i przeniosła się na sam koniec korytarza, do niewielkiego pokoju, w którym stały trzy łóżka. Zajęła to przy oknie, wpełzła pod kołdrę, trochę przerażona, co też się zaraz stanie, i zaczęło się wielkie oczekiwanie. Niedługo po niej do pokoju weszła nieśmiało młoda dziewczyna. – Jestem Julia – odezwała się od progu i przysiadła na łóżku stojącym najbliżej drzwi. Stamtąd popatrywała z niepokojem na Ewę, nie wiedząc, czego się może po niej spodziewać. Bądź co bądź nie było to sanatorium, a szpital psychiatryczny. Tu pacjenci byli nieprzewidywalni. Ewa przedstawiła się, obiecując sobie w duchu, że nie będzie się do nowo przybyłych uprzedzać. Przyjmie je z całym dobrodziejstwem inwentarza, o ile nie zaczną jej dusić albo gwałcić. Ta dziewczyna wyglądała jednak niegroźnie. Byłaby skończoną pięknością – miała niesamowicie niebieskie oczy i wspaniałe jasnozłote włosy – gdyby nie koszmarnie wychudzone ciało, na którym szpitalna piżama wisiała jak na wieszaku. Dosłownie. Skóra na twarzy opinała wystające kości, oczy błyszczały gorączkowo, spod piżamy widać było sterczące nienaturalnie obojczyki. Ewa, z lekka przerażona tym wyglądem, odwróciła wzrok, nie chcąc wgapiać się w dziewczynę zbyt natarczywie. – Mam anoreksję – wymamrotała tamta. I zaraz dodała: – Przepraszam. – Za co? – zdziwiła się Ewa. – No… że musisz mnie taką oglądać. Ewa chciała odpowiedzieć: „Chyba zwariowałaś”, ale nie było to dobre słowo. Nie w tym miejscu, rzekła więc z przekonaniem: – Jesteś śliczna. Masz piękne oczy. I te włosy… tylko pozazdrościć. A z anoreksją już oni sobie poradzą. Spokojna głowa. Jula uśmiechnęła się. Zęby też miała nieskazitelne. Równe i białe. – A ty? Za co tu trafiłaś? – odważyła się zapytać. – Próba samobójcza. – Ewa wzruszyła z nonszalancją ramionami. – Rozsypało mi się życie, do tego doszła depresja no i… Miałam dosyć. Dziewczyna ze zrozumieniem pokiwała głową. – Ja byłam modelką – zaczęła. – Ciągle za gruba, tak mi powtarzano. Więc pojechałam z odchudzaniem, a jak już złapałam fazę, nie potrafiłam przestać. Wreszcie nie byłam za gruba, ale też nie miałam siły wychodzić na wybieg. Gdy zemdlałam parę razy, podziękowano mi mało uprzejmie. Zaczęłam się więc głodzić jeszcze bardziej, bo ubzdurałam sobie, że widać wciąż nie jestem wystarczająco szczupła do tego zawodu. I tak trafiłam tutaj. Albo mi pomogą, albo… – Machnęła ręką w niesprecyzowanym kierunku. W tym momencie drzwi otworzyły się po raz kolejny i do pokoju weszła niewysoka, krągła brunetka. – Cześć, laski – rzuciła, opadając na ostatnie wolne łóżko. – Jestem Agata. A wy? Przedstawiły się. Ona wyłożyła na nocną szafkę parę drobiazgów. Postawiła też zdjęcie rodziny oprawione w ramkę i zwróciła się ponownie do współlokatorek: – Mam nadzieję, że nie należycie do imprezowiczek i nie będzie się tu przewijał tabun gości? Nie mam nastroju do zabawy. – To szpital, a nie akademik – zauważyła Ewa, sama mając podobną nadzieję. Jula wydawała się spokojną dziewczyną, Agata sprawiała wprost przeciwne wrażenie. Dobrze więc, że od początku wszystko sobie wyjaśniły. – Ja jedynie płaczę, za co z góry przepraszam, punktualnie trzynasta trzydzieści, kiedyś codziennie, teraz już rzadziej. – Możesz sobie płakać – zgodziła się łaskawie Agata. – Gdzie, jak nie tu? Ja też… też czasami płaczę – wyznała łamiącym się głosem, po czym nakryła się kołdrą po czubek głowy i cóż… chyba właśnie zebrało się jej na płacz, bo kołdra zaczęła lekko drżeć. Ewa z Julią spojrzały po sobie, nie wiedząc, co robić. Pacjentki z jednego pokoju zazwyczaj się wspierają w trudnych chwilach, pocieszają, słuchają zwierzeń, bronią jedna drugiej przed resztą świata. Czy jednak Agata życzyła sobie przytulenia i pocieszeń? Jula odważyła się pierwsza. Przysiadła na łóżku i delikatnie, nieśmiało pogładziła Agatę po drżących plecach, czego ta przez kołdrę pewnie nie poczuła. Ewę wzruszył ten gest. Uśmiechnęła się do dziewczyny, czując, że chciałaby mieć w niej przyjaciółkę. Gdy w środku nocy obudzi ją cichy płacz, tym razem Julii, bez wahania wstanie i przytuli dziewczynę. Będzie słuchała jej cichych, bolesnych zwierzeń aż do świtu. Bo tutaj każdy miał poharataną duszę. Nawet taka piękność, jak Julia, której od urodzenia nikt nie chciał. Rodzice podrzucili ją, niczym bezpańskiego szczeniaka, do najbliższego domu dziecka i zapomnieli o małej dziewczynce, która jak każdy pragnęła być tylko kochana. Nic więcej. Dlaczego akurat ją, skoro trojgiem innych dzieci zajmowali się bez najmniejszego trudu? Tego Julia nie wiedziała. Ból „gorszego” dziecka był tym większy. Szukała miłości, wdając się w romanse ze starszymi mężczyznami, do czego ze wstydem się Ewie i Agacie po jakimś czasie przyznała. – Podoba mi się doktor Jakubiak. Próbuję go sobą zainteresować, ale wiecie… taka chuda nie mam szans. – Nie masz szans, skarbie, bo on jest lekarzem i nie wolno mu kręcić z pacjentkami – wyjaśniła Agata. – Dostaniesz wypis i wcale nie wykluczone, że stworzycie piękną parę, bo całkiem przystojny ten nasz doktorek. – Jest starszy od Juli o dobre dwa dziesięciolecia – zauważyła Ewa. – A o ile od ciebie był starszy ten twój weterynarz? Też coś koło tego… Mijał drugi tydzień, od kiedy zamieszkały we wspólnym pokoju. Sporo już o sobie wiedziały. Ewa zwierzyła się nowym przyjaciółkom ze smutnego dzieciństwa, śmierci Buni, nieudanego małżeństwa i utraty maleńkiej dziewczynki. Tylko o Wiktorze jak do tej pory nie mogła mówić. Był jej tajemnicą. Pragnęła zachować go tylko dla siebie. Julia opowiedziała o poniewierce po coraz to nowych bidulach i rodzinach zastępczych. Nie były to miłe wspomnienia. Też pewnie sporo przemilczała. Agata z nich trzech była najbardziej wygadana. O ile nie zapadała się w depresję. Wtedy zwijała się pod kołdrą, a one wiedziały, że potrzebuje świętego spokoju i szanowały to. Gdy jednak kołdra zaczynała drżeć, Julia nie mogła znieść jej cichej rozpaczy, przysiadała – jak za pierwszym razem – na brzegu łóżka i głaskała ukryte pod kołdrą plecy przyjaciółki, bo ta przeżyła największą stratę. Trzy lata temu w jednej chwili straciła bliskich: rodziców i dwóch braci. Zginęli w wypadku, spowodowanym przez podpitego gnoja, któremu już dawno zabrano prawo jazdy, ale nadal bezkarnie jeździł. I zabijał. On wyszedł z tego bez draśnięcia. Czworo ludzi, dobrych, fajnych ludzi, nie żyło. Piąta, Agata, od tamtego dnia umierała z rozpaczy i tęsknoty. Ewie krew się gotowała z gniewu na tamtego moczymordę-mordercę i pięści same zaciskały, gdy słuchała cichych słów przyjaciółki, wypowiadanych drżącym od łez głosem… – On siedzi za kratami i ja siedzę za kratami – Agata zdobyła się na żart. – Taka to sprawiedliwość. Z tym, że on odsiedzi te marne dwa lata, bo tyle dostał, i wyjdzie, jak gdyby nigdy nic albo już wyszedł, by dalej rozbijać się po pijaku. Ja nigdy sobie ze śmiercią rodziny nie poradzę. Nigdy. Niedługo mijają trzy lata od wypadku, a boli tak samo. Ewa z Julią pokiwały głowami. Tutaj, w szpitalu, każdy dźwigał jakiś ciężar, czasem nie do zniesienia. W sąsiednim pokoju leżała starsza kobieta, którą zięć ganiał z siekierą, gdy wpadł w szał, próbował też topić żonę, jej córkę, w studni. On był nadal na wolności, ona odchorowywała zięcia i ciężką nerwicę w psychiatryku. Takich historii Ewa nasłuchała się więcej. Nieraz myślała, że ściany szpitala powinny płakać krwawymi łzami nad nieszczęściem tych, których więżą… Jej własne nieszczęścia zdawały się mało poważne, w porównaniu choćby ze stratą rodziny czy zięciem-psychopatą. Jeremi ją „jedynie” trzymał na strychu pod kluczem przez miesiąc, a potem wyrzucił z domu. Nie próbował topić w studni. Jula z Agatą miały swoje zdanie na temat Wiśniowskiego. Dla nich był takim samym psycholem, jak zięciunio kobiety spod czwórki. Toteż gdy pewnego dnia on sam, Jeremi Wiśniowski we własnej osobie, stanął w drzwiach ich pokoju… – Ewa, masz gościa – zaszeptała Jula, pochylając się ku przyjaciółce, która akurat myła zęby w damskiej łazience. Ręka ze szczoteczką zamarła. „Wiktor!”, rozbłysło w umyśle kobiety. Błyskawicznie dokończyła toaletę, przygładziła włosy, uśmiechnęła się do własnego odbicia, z niepokojem przyglądając się wymizerowanej twarzy, aż Jula musiała ją zapewnić, że wygląda ślicznie, i jak na skrzydłach pobiegła do pokoju. Te skrzydła podciął jej na samym progu widok Jeremiego. Poczuła to jak uderzenie w splot. Aż oddech uwiązł jej w krtani. W pierwszym odruchu chciała się cofnąć i uciekać, ale przecież nie miała dokąd. Rozejrzała się w panice po pokoju. Jula z Agatą posłały jej krzepiące spojrzenie i już wiedziała, że nigdzie się nie ruszą, dopóki ten, co ją tak przeraża, jest tutaj. – Cześć, nieźle wyglądasz – odezwał się, mierząc kobietę taksującym wzrokiem. – Możemy porozmawiać na osobności? – Spojrzał znacząco na jej towarzyszki, ale Ewa pokręciła głową i rzekła krótko: – Rozmawiajmy. – Jest parę spraw… że tak powiem: osobistych – spróbował raz jeszcze. – Rozmawiajmy – powtórzyła, oparła się stół i splotła ręce na piersiach. Zmrużył ze złości oczy i wypalił: – Złożyłem pozew o rozwód. – Nie ma problemu. – Z orzekaniem o winie. Twojej winie. Ewa parsknęła śmiechem. Naprawdę nie mogła się powstrzymać. Jula z Agatą wymieniły spojrzenia. Tupeciarz z tego gnojka… – Serio? A na czym niby polega ta moja wina? – zapytała Ewa w następnej chwili. – No wiesz… – zaczął, ale pod spojrzeniem dwóch obcych kobiet umilkł. – Wszystkiego dowiesz się z pozwu. Przyniosłem ci go. – Wyciągnął do niej plik gęsto zapisanych kartek. – Miłej lektury – dorzucił jadowicie i nie żegnając się wyszedł. Ewa zaś… opadła bez sił na najbliższe łóżko. Ręka z pozwem drżała, właściwie całe ciało trzęsło się jak osika. Nie miała pojęcia, że widok Jeremiego okaże się takim wstrząsem. Agata przysiadła obok niej i otoczyła kobietę ramionami. Ta rozpłakała się żałośnie. – Rozwód… z mojej winy – wydusiła przez łzy, gdy już mogła cokolwiek powiedzieć. – Rozumiecie? Z mojej winy… – Nie martw się, Ewuś. – Jula usiadła z drugiej strony i zaczęła swoim zwyczajem głaskać zapłakaną kobietę po włosach. – Znajdziemy dobrego adwokata, który puści bezczelnego typa w skarpetkach. – Skąd wezmę pieniądze na adwokata?! Nie mam oszczędności, nie mam pracy… – Najpierw więc znajdziemy ci pracę. – Gdzie? W psychiatryku?! – Kiedyś stąd przecież wyjdziesz – zauważyła Agata. – Nie będą cię tu trzymać w nieskończoność. A wtedy będziesz musiała znaleźć jakieś zajęcie. Na początek trzepnęłabym palanta alimentami. Jesteś jego żoną, masz depresję z jego powodu, nie wiadomo, jak długo nie będziesz zdolna do pracy. Niech płaci, gnój parszywy. Ubogi nie jest. Pogadaj z doktorem Jakubiakiem, on na pewno ci pomoże. Jesteś jego oczkiem w głowie. Ewa podniosła na przyjaciółkę błyszczące od łez spojrzenie. – Agatka ma rację – wtrąciła Jula. – Ale w czym? W tym, że jestem oczkiem w głowie doktora Jakubiaka? – Ewa próbowała się uśmiechnąć. – To też. Powinnam być zazdrosna, bo sama mam na niego chęć, ale odstąpię ci go, moja kochana, jeśli miałoby cię to uszczęśliwić. Kobieta musiała się roześmiać. – No tak, o niczym innym nie marzę, jak o doktorze Jakubiaku. – Co ty do niego masz? Przystojny jest, skubaniec. Miły i kulturalny. Wykształcony. Naprawdę świetna partia. Wszystkie pacjentki, znaczy te wolne, bez mężów, się w nim podkochują! – Serio? – Ewa naprawdę tego nie zauważyła. Doktor to doktor. Ona miała swoją Wielką Miłość… – Serio, serio, a on się podkochuje w naszej pisareczce – podchwyciła Agata, widząc, że ta rozmowa dobrze na Ewę działa po niedawnym wstrząsie. – Jestem ciekawym przypadkiem, tak się wyraził, niczym więcej. – Za ciekawym przypadkiem nie wodzi się wzrokiem, gdy przypadek tego nie widzi. – Jula szturchnęła ją w bok. – Agatka ma rację, poproś doktora o rozmowę i zapytaj, co masz robić. Jeśli mu na tobie zależy, ciekawy przypadku, na pewno coś wymyśli. To był dobry pomysł. Bardzo dobry. Jednak nawet doktor Jakubiak nie wyczaruje prawnika, który zajmie się rozwodem Ewy za darmo. Dziewczyny miały rację: już teraz, będąc w szpitalu, musiała szukać pracy. Albo będzie gryzła tynk ze ściany. W przytułku dla bezdomnych. ROZDZIAŁ VII WIKTOR Doktor Jakubiak rzeczywiście okazał się pomocny Polecił Ewę znajomemu prawnikowi, który zgodził się zająć jej sprawami na kredyt. – Rozliczymy się, gdy zacznie pani zarabiać – uciął jej pełne wstydu przeprosiny, że nie może wpłacić nawet skromnej zaliczki. Od razu wgłębił się w pozew rozwodowy, złożony przez Jeremiego, wysłuchał wersji Ewy, porobił notatki i zadowolony odezwał się: – Zwykle osobie w pani położeniu doradzałbym rozwód za porozumieniem stron, jednak w tym przypadku będę walczył o uznanie całkowitej winy pani męża. Najpierw jednak wystąpimy o alimenty. Dużo tego nie będzie, ale przyda się pani każda kwota. Zdecydowanie tak! – to widziała Ewa w oczach dwóch przyjaciółek, które przysłuchiwały się całej tej rozmowie za Ewy przyzwoleniem. Przed Agatką i Julią nie miała tajemnic. Oprócz jednej. Po wyjściu prawnika wszystkie trzy przystąpiły do wertowania gazet z ogłoszeniami. Trzeba przecież było znaleźć Ewie pracę. Na szczęście w stołecznych lecznicach poszukiwano lekarzy weterynarii. Ewa skomponowała całkiem zręczne CV. Krótkie, ale treściwe. Poprosiła doktora Jakubiaka o kilka kopii, a potem Agatkę, która mogła wychodzić na przepustki, kiedy chciała, żeby rozniosła CV do wybranych lecznic. Przyjaciółka uczyniła to z taką chęcią, aż Ewa poczuła ciepło w sercu. Los, do tej pory dla niej niezbyt łaskawy, ostatnio zaczął się jakby uśmiechać. Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/katarzyna-michalak/marzycielka/?lfrom=334617187) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом.
КУПИТЬ И СКАЧАТЬ ЗА: 663.19 руб.