Сетевая библиотекаСетевая библиотека
Sedno życia Katarzyna Kielecka Co składa się na sedno życia samotnej kobiety? Edyta, zakompleksiona i zdystansowana trzydziestolatka, niechętnie przyjmuje od brata propozycję pracy. Nie przypuszcza, że pociągnie to za sobą kolejne zwroty i zburzy jej cenny spokój. Niespodziewana diagnoza lekarska i spotkanie przyjaciółki z dzieciństwa wyzwalają w zamkniętym świecie bohaterki lawinę zmian, która zdaje się nie mieć końca. Czy kobieta stawi czoła problemom i spełni obietnicę? Niezwykła powieść o szukaniu drogi do akceptacji siebie, o łamaniu wewnętrznych barier oraz o tym, jak trudno nauczyć się kochać. W przygotowaniu Piętno dzieciństwa. Katarzyna Kielecka Sedno życia Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy. Projekt okładki i stron tytułowych Ilona Gostyńska-Rymkiewicz Zdjęcia na okładce © Monkey Business, Africa Studio | stock.adobe.com Redakcja Justyna Nosal-Bartniczuk Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej Grzegorz Bociek Korekta Barbara Kaszubowska Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe. Wydanie I, Katowice 2019 Wydawnictwo Szara Godzina s.c. biuro@szaragodzina.pl www.szaragodzina.pl (http://www.szaragodzina.pl/) Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl (http://www.dictum.pl/) © Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2018 ISBN 978-83-66201-49-1 Kamilli i Oli za niezachwianą wiarę w moje pióro. Rozstąpiły się góry lodowe, ciepły promień dosięgnął do dna… A myślałam – nie zmrużę już powiek, umrzeć nie chcę, a żyć – to nie ja. Agnieszka Osiecka, Rozbieliły się… PROLOG Przez niemal trzy dekady nie czułam się nikim ważnym. Nie umiałam? A może nie chciałam? Łapałam się na rozważaniu, czy w ogóle istnieję… Wtedy dzwonił telefon lub przychodził mail, a z nim kuksaniec w bok i wiadro wody wylewanej na głowę. Szybko przestawałam mieć wątpliwości co do swojej obecności wśród żywych. Zabolało, więc jestem… Ha, ha! Owszem, Kartezjusz widział to jakoś inaczej, ale on z pewnością był ode mnie mądrzejszy. Umiał myśleć, a ja potrafiłam tylko dumać czy też snuć bezsensowne rozważania. Miałam marzenia, choć głupio, bo bez wiary, że się spełnią. Nie dzieliłam się nimi. Sobą też się nie dzieliłam. Harmonia dusz? Bzdura! Nikt nie jest w stanie do końca zrozumieć drugiego człowieka. Po co zatem tracić czas? Byłam tchórzem. Szybko rezygnowałam. Chowałam uszy po sobie. Brak pewności siebie czy może o nic ważnego nie musiałam walczyć? Wciąż spodziewałam się ataku, więc tkwiłam z nabitą bronią i jadem na podorędziu. To, jak widzieli mnie inni, miałam gdzieś. Udawałam? Przed światem czy przed sobą? Pewnie jedno i drugie. Myślałam, że nic dla nikogo nie znaczę, dlatego mało kto znaczył dla mnie cokolwiek. Ojciec twierdził, że jestem dzikusem i zawsze już będę sama. Nie tak jak Wojtek. Tak, mam brata. Starszego o dwadzieścia minut i pewnie z tego powodu o całe niebo mądrzejszego. Już gdy byliśmy mali, radził sobie znacznie lepiej niż ja. Darł się wniebogłosy, jeśli coś było nie tak, jadł i spał, kiedy miał ochotę, a nie gdy mu kazano, i wiedział, czego chce. Wyznaczał cel, planował, działał i dopinał swego. W szkole brał udział we wszystkich poważnych przedsięwzięciach: został najmłodszym członkiem rady uczniowskiej w historii naszej budy i zbierał dziesiątki pucharów za wygrane turnieje szachowe. Ojciec pękał z dumy. Zawsze stawiał mi brata za przykład, jeśli już w ogóle raczył się do mnie odezwać. Mawiał, że córka się nie udała, ale przynajmniej syn nie przynosi mu wstydu. Owszem, mnie się po prostu wstydził. Nie dziwiłam się temu za bardzo. Sama siebie się wstydziłam. Wojtek spełniał oczekiwania ojca. Nawet studia wybrał odpowiednie: finanse i bankowość, czyli strzał w dziesiątkę dla rodzica maklera. Gdzież ja mogłam się z nim równać z moją nieżyciową historią?! Już na drugim roku mój brat podjął pracę w banku. Nim skończył trzydzieści lat, cieszył się ogromnym poważaniem jako jedna z szych Future Banku w Łodzi. Odnosił sukcesy na wszelkich możliwych polach, bo nie tylko był przystojny, wysportowany i przy forsie, ale i ożenił się z piękną, długonogą kobietą z seksapilem i fantazyjnymi tipsami, które przyprawiały o zawrót głowy. Gdy inni faceci bezceremonialnie gapili się na tyłek Marzeny, mój brat wzruszał ramionami. Nie był zazdrośnikiem. To nie jego styl. Za mało logiczny. Żona Wojtka oczywiście nie pracowała. Jej oficjalnego statusu hrabiny na włościach nie należy mylić z tak zwaną kurą domową gotującą, sprzątającą i ogólnie zatroskaną, bo to zupełnie inny gatunek. Moja bratowa urodziła bliźnięta. Nasz ojciec cieszył się z wnuków, bo doskonale dopełniały jego wizję życiowego sukcesu. Irracjonalnie uznał, że syn przez ten podwójny strzał świadomie zdecydował się na kontynuowanie rodzinnej tradycji. Mimo to nigdy nie widziałam, żeby dziadek zajmował się dziećmi albo chociaż z nimi rozmawiał. Nie wnikałam w to, uznając, że się nie znam. W końcu ze mną też raczej nie rozmawiał poza zadawaniem odwiecznych pytań, na które nie oczekiwał odpowiedzi. Zatem… szczęśliwa rodzinka i tylko ja taka nieudana. Edyta dzika, Edyta nudna, Edyta skryta. – Jak ty wyglądasz? Dlaczego nic nie mówisz? Na co ci te durne studia? Nie masz za grosz ambicji! Edyta, czy ty się czasem czeszesz? Edyta… Edyta… Edyta… Od dziecka nie znosiłam tego imienia. Jest takie zimne i bez wyrazu. Ani go zdrobnić, ani nadać mu jakiegoś charakteru… Czasem myślałam, że właśnie przez imię wszystko idzie nie tak. Nawet nie wiem, kto je wykombinował. Kiedyś spytałam. Ojciec tylko spojrzał na mnie krzywo i bąknął, że nie pamięta. Mam jeszcze drugie imię, a jakże: Barbara. Wymyśliła je ciotka – siostra ojca. Chyba też nie lubiła Edyty. Za to zaczytywała się w Panu Wołodyjowskim. Łudziła się, że nowe imię doda mi werwy. Dlatego mówiła na mnie Baśka. W jej wykonaniu brzmiało to sielsko i jakoś tak prawdziwie. Ojcu w życiu by Baśka nie przeszła przez gardło, bo po pierwsze uważał to imię za banalny i staromodny wybryk, a po drugie w ogóle nie tolerował żadnych czułości i zdrobnień. Natomiast mój brat wszelkie tego typu rozważania uważał za głupie, bo po co sobie głowę zawracać drugim imieniem, skoro posiada się pierwsze. Wojtek zawsze dbał o konkret i twarde fakty. Jak ojciec. Ciotka bujała w obłokach. Nikt z nas nie wiedział, na jakiej siedzi chmurze. Kontrastowała ze mną ciepłem i otwartością. Ja – koło podbiegunowe, ona – okolice równika. Była jedyną osobą, której zdarzało się mnie przytulać. W dzieciństwie. Potem nie pozwalałam na to nawet jej, bo zwyczajnie nie lubiłam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Krępowało mnie to i budziło lęk, chociaż nie miałam pojęcia przed czym. Wiedziałam o niej niewiele. Widywałam ją rzadko, bo chyba nie przepadała za ojcem. W ostatnich latach, jeśli już się pojawiała na rodzinnych spotkaniach, uwagę i czas poświęcała bliźniakom Wojtka. Lubiła dzieci. Raczej powinna, skoro uczyła w szkole. Czasem jej zazdrościłam, gdy Jagoda i Maks śmiali się, wchodząc na jej kolana. Innym razem zazdrościłam maluchom. Zwykle jednak starałam się nie patrzeć. Dzieci okropnie zakłócają spokój. Ciotka to stara panna. Tak się mówi o kobietach, których nigdy nikt nie chciał albo o takich, które nikogo nie chciały, aż zrobiło się za późno na cokolwiek. Bo to chyba za późno, gdy mija półwiecze? Ojciec został sam ledwie po roku wczesnego małżeństwa, z kilkumiesięcznymi bliźniakami na głowie. Nie zdradził nam szczegółów związanych ze śmiercią matki. Mówił o niej mało, jeśli w ogóle. Jedyne, co nam zostało, to kilka zdjęć i miejsce na cmentarzu, gdzie raz w roku przynosimy znicze i kwiaty. Bo tak trzeba. Nie znałam matki. Nie zdążyłam jej pokochać, kiedy żyła. Ojciec zaś nie zadbał o to, żebym pielęgnowała wspomnienie o niej. Skądś pojawiła się na chwilę, żeby dać nam życie, i zniknęła bez śladu, prawie bezimienna, prawie bez wyrazu, bez emocji. Czasem przebiega mi przez głowę myśl, że kiedyś to była kobieta z krwi i kości, że mogła mieć uczucia i nadzieje, szaleńczo kochać ojca i cieszyć się, że została matką. Może nas też kochała i wcale nie chciała odejść, tylko nie miała wyboru… Żeby się nie dręczyć, na co dzień przyjmowałam prostą wersję wydarzeń, że jej nie ma, nie było i koniec. Dała początek mojemu istnieniu i sprawa zamknięta. W sumie całe życie jest z góry zamkniętą sprawą. Wszystko już było – rzekł ben Akiba, a to był łebski rabin. Prochu nie wymyślę, więc nie ma się czym ekscytować. CZĘŚĆ I Rozdział 1 Nadeszła kolejna w życiu pierwsza sobota miesiąca. Zgodnie z nie wiadomo po co kultywowanym zwyczajem, mieliśmy obowiązek stawiać się w tym dniu na obiad rodzinny u Wojtków. Ojciec wymyślił lata temu, że raz w miesiącu w tym właśnie terminie koniecznie musimy się spotkać, by spędzić ze sobą co najmniej trzy kompletnie pozbawione sensu godziny. A kiedy człowiek nauczy się działać jak automat, to tak żyje i nawet nie chce mu się buntować. Tradycja trwa niezagrożona. Ojciec oczekiwał, że chociaż w te soboty będę elegancka i wytworna, skoro już nie potrafię być piękna i interesująca. W jego wzroku dawało się dostrzec nieco pogardliwe rozczarowanie. Nie wysilałam się. W końcu obiad to nie bal. No jasne: gdyby chodziło o bal, pewnie bym wcale nie poszła. Omiotłam wzrokiem mieszkanie i zatrzymałam się na lustrze. Spojrzała na mnie niezadowolona, skrzywiona gęba bez wyrazu. Blada skóra z miliardem wnerwiających piegów, które sprawiały, że permanentnie czułam się jak muchomor. I jak on miałam ochotę truć. Dostrzegłam małe brązowe oczka patrzące ponuro na świat, a nad nimi średnio uporządkowane brwi, zadarty, zupełnie niepasujący do mojego charakteru nos i żabie, wiecznie nabzdyczone i milczące usta. Najgorsze do przyjęcia było to, co szalało nad niskim czołem. Niewiele odbiegało od kołtuna. Miałam długie i gęste jak u ciotki włosy, które jednak nie dawały mi szans na upięcie w tak gustowny, gładki koczek, jaki ona zwykła nosić. Za dużo tego, za bardzo wiło się w każdą stronę, zbyt intensywnie żyło własnym życiem niczym stado oszalałych sprężyn. Koczkodan to ja. I jeszcze, jakby wszystkiego było mało, te pokręcone mendy połyskiwały miedzią! Nie aż tak jak marchewka, ale niezaprzeczalnie były rude. Nie wiedziałam, kto z naszych przodków sprezentował mi tak cudowne geny, mimo to czułam wyraźnie, że po wsze czasy będę mu za to wdzięczna. Na co dzień w ogóle się nie malowałam, wychodząc z założenia, że z… wiadomo czego bata nie ukręcisz. Zostało jeszcze parę godzin do wyjścia, więc z nudów sięgnęłam po kosmetyczkę. Nawet nieźle wyposażoną w same nietrafione prezenty od kochanej rodziny. Przecież każdy wie, że nic mnie tak bardzo nie ucieszy jak kolejny tusz do rzęs pod choinką. Po dwóch kwadransach spoglądałam z zaciekawieniem w lustro na całkiem nie swoją twarz. Spróbowałam się uśmiechnąć. Wyszedł z tego dziwny grymas. Nic to, spróbujmy dopasować do tej gęby resztę. Zajrzałam do szafy w przedpokoju. Wisiały tam zaledwie trzy kiecki, które nabyłam w chwilach lekkomyślnej rozrzutności. Zaczęłam przymierzać jedną po drugiej, wpychając stopy w jedyne szpilki, jakie posiadałam. Sukienki były krótkie i wyraźnie eksponowały kolana. Niech będzie. Tu akurat nie mogłam się czepiać. Nawet mnie to rozbawiło: smukłe i silne nogi plus zdrowe i mocne zęby – całkiem jak dorodna klacz. Prawdziwa gratka dla koniokrada. Pomalowałam paznokcie na czerwono i przemaszerowałam po pokoju kilka razy w każdej stylizacji, po czym znudziła mnie ta rozrywka. Wytknęłam język tej obcej babie z lustra i poszłam do łazienki umyć twarz. Chciało mi się płakać. Bez sensu. Starłam lakier z paznokci, pochowałam niepotrzebne szmatki do szafy, a na koniec wcisnęłam się w ulubione dżinsy i zwykły błękitny sweter: gładki, bez żadnych głupot, wzorków, napisów, manifestacji i przekazów. Włosy zostawiłam w spokoju. Niech robią, co chcą. Rozczesałam je tylko, żeby nie zachęcały ptaków do założenia w nich gniazda. Ze spokojem oceniłam wynik walki. Tak, to ja. Normalna. Wróć! Nie tyle normalna, co zwyczajna. I tak ma być. Cisza i spokój. Czas na kawę. Zaprzyjaźniłam się z ekspresem. Gadałam do niego, czasem nawet się z nim kłóciłam, jednak zawsze się godziliśmy, bo kawę piłam nałogowo, zwykle siedząc w ulubionym bujanym fotelu stojącym w rogu pokoju szumnie nazywanego salonem. Ten fotel to jedyny mebel, który sama sobie kupiłam. Całą resztę dostałam od ojca zaraz po maturze. Oboje z bratem otrzymaliśmy identyczne – bliźniacze – urządzone już mieszkania na tym samym blokowisku. Ojciec zaszalał. Dzięki temu mógł pozbyć się nas z domu, żeby spokojnie i bez skrępowania gościć kolejne kobiety albo stłumić wyrzuty sumienia, że nigdy nas nie kochał. Wojtek już kilka lat temu przeniósł się do wypasionej chawiry, bo to znacznie lepiej pasowało do wizji dyrektora banku z żoną i dziećmi, a mieszkanie chyba wynajmował. Byłam pewna, że ja w moim zostanę na zawsze, bo niby gdzie miałabym pójść? Moje lokum urządzono w chłodnych, stalowoszarych barwach. Ściany, teoretycznie białe, teraz lekko się już przykurzyły. Podłogę pokryto bardzo praktyczną terakotą. Niestety nawet latem potwornie ciągnęło po nogach. Ojciec zamówił oszczędne w formie, nowoczesne i funkcjonalne meble. Tylko fotel burzył klimat i estetykę wnętrza. Wypatrzyłam go w jakimś sklepie z antykami. Idealnie do siebie pasowaliśmy – ja i ten stary rupieć – kiedy zwijałam się w kłębek w towarzystwie książki i kawy. Pomijając fotel, moją obecność w mieszkaniu można było poznać po szumie ekspresu, rozgrzebanej pościeli w sypialni i kartonach wypełnionych książkami w trzecim, całkowicie niepotrzebnym pokoju. Poza tym żadnych okruszków, żadnych kółek po kubkach na stole, żadnych garów w zlewie. Zresztą nikt tam poza mną nie bywał, więc nie miało prawa się brudzić. Książki czytałam pasjami. Głównie historyczne, popularnonaukowe i publikacje typowo uczelniane, rzadziej powieści, chociaż takiego Sienkiewicza czy Hugo łykałam zawsze z przyjemnością. Jak espresso. To hobby, uzależnienie i ucieczka. Zwłaszcza ucieczka. W ową sobotę, gdy wybiła czternasta, umyłam kubek, wskoczyłam w wygodne, sportowe buty, narzuciłam lekką jesienną kurtkę i zamknęłam starannie drzwi na klucz. Załadowałam się do toyoty yaris – kolejnego prezentu od ojca, tym razem otrzymanego na okoliczność ukończenia studiów, z których wcześniej przez pięć lat przy każdej okazji kpił. Bardzo lubiłam to srebrne pudło. Dzięki niemu unikałam tłoku w tramwajach, poza tym woziło mnie pokornie w ukochane Tatry, kiedy tylko czułam potrzebę ukojenia nerwów samotną włóczęgą po szlakach. Tego dnia pojechałam na ulicę Giewont, która z Tatrami korelowała jedynie nazwą. Tam właśnie, na klimatycznym osiedlu Stoki, stał bunkier Wojtka: potężne, piętrowe domiszcze otoczone betonową zeribą, by nikt nieproszony się nie przedarł. Bywałam proszona, więc przedzierać się nie zamierzałam. Sami mnie wpuszczali, diabli wiedzą po co. Wszystkie te sobotnie obiadki wyglądały tak samo, więc nikt nie oczekiwał atrakcji. Tym razem jednak w moją spokojną egzystencję, nastawioną jedynie na możliwie bezbolesne przetrwanie popołudnia, wdarło się coś nowego. Siedzieliśmy zwyczajnie przy stole: ojciec ze swoją Jolką, Wojtek z Marzeną, dzieci, ciotka i oczywiście ja. Panowie jak zwykle w garniturach i pod krawatami. Zawsze na posterunku, z telefonami po prawej stronie talerza. Bo gdyby coś… Ot, koszty rangi i stanowiska. Te napuszone, wiecznie dzwoniące komórki to jakby przedłużenie ich mózgów. Bez nich by nie istnieli. Elektroniczne powiernice, o które ciężko czuć zazdrość, chociaż kobiety z krwi i kości pozostają przy nich bez szans. Marzena przyjęła gości w czarnej kiecce i z czarnymi pazurami, na końcach których migotały po dwie złote gwiazdeczki. Takie same zdobiły jej kolczyki i łańcuszek na opalonej szyi. Dopracowana fryzura z długich i idealnie gładkich włosów tak czarnych, że zdawały się stanowić komplet z sukienką i tipsami, oraz staranny makijaż dopełniały idealnego obrazu kobiety, żony i matki. Nikogo nie dziwiło zestawienie jej wyglądu ze stołem wypełnionym domowymi frykasami i z wymuskanym obrazkiem czystych, wypielęgnowanych dzieci. W tym objawiała się magia posiadania pani Krysi – gosposi i opiekunki. Urządzenie dwa w jednym, prawie tak niezawodne jak smartfon. Wystarczy jedynie odpowiednio zarządzać domowym budżetem. Wojtka było stać, bo odpowiednio zarządzał. Proste. Obok Marzeny usiadła aktualna flama – o, pardon – narzeczona ojca. Jego związki przemijały zwykle w rytmie następowania po sobie pór roku i nie przywykłam się do nich przywiązywać. Wszystkie wybranki były takie same, mówiły to samo i chodziło im o to samo. Różniły się tylko imionami. Od wczesnego dzieciństwa zlewały mi się w jedno pasmo sukienek, perfum i fryzur. Jolkę widziałam chyba już trzeci raz, więc istniała szansa, że ostatni. Kobieta miała na sobie srebrną, lśniącą kieckę ledwo zakrywającą kuper i równie świecący manicure. Z uszu zwisały jej tak długie kolczyki, że ich ostre końce musiały ranić nagie ramiona. Na szczęście nie dostrzegłam krwawych szram. Jolka zatopiła się w zajmującej rozmowie z Marzeną. Nie wiem o czym. Nie słuchałam. Pewnie i tak nie miałabym nic do powiedzenia. Obie były w tym samym wieku i pasowały do siebie. Ja niby podobnie, ale urwałam się chyba z innego stulecia albo z innej planety czy wręcz galaktyki. W zasadzie nie znałam tych dwóch kobiet. Nie miałam ochoty tego zmieniać. Ojciec i Wojtek także zdawali się pogrążeni w pasjonującej dyskusji na temat wahań stawki WIBOR w ostatnich miesiącach. Mężczyzn odróżniał tylko kolor włosów, który u ojca z ciemnego przechodził w siwiznę. Obaj wysocy, postawni, barczyści, gładko ogoleni, z twardym, wyrazistym spojrzeniem i agresywną męską urodą. Ciacha nad ciachami! Kobiety, patrzcie i mdlejcie! Po drugiej stronie stołu siedziała ciotka z imponującym kokiem siwiejących blond włosów i uprzejmym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Ubrana elegancko, choć skromnie w lekki szary kostium, z delikatnym makijażem i widoczną ciągle urodą, która sama z siebie postanowiła pospierać się z jej wiekiem. Co jakiś czas bliźnięta pochylały ku niej swoje ciemne główki, a ciotka z niezwykłą cierpliwością pomagała im zapełniać kolorowanki. Dzieci zawsze lgnęły do ciotki, bo znacznie chętniej od ojca poświęcała im czas, więcej niż matka rozumiała i zwyczajnie się nimi interesowała, traktując bardzo poważnie ich drobne, dziecięce problemy. A ja… Nawet nie pamiętałam, ile mają lat. Wiedziałam, że kilka. Przycupnęłam obok ciotki. Jak zwykle nie pasowałam do tego stołu, do eleganckiej zastawy, z której już parę razy zdarzało mi się coś potłuc, do tych smartfonów, garniturów i pazurów. Najchętniej poszłabym pomóc pani Krysi. Tylko znowu byłoby gadanie, że nie umiem się dostosować. Siedziałam więc, milczałam i bezmyślnie gapiłam się w telewizor, dłubiąc widelcem w talerzu. – Ciii! – syknęła nagle Marzena z niespotykaną u niej energią. – Zaczyna się. – Też oglądasz? – Jolka się ożywiła, zerkając na ekran. – Zajefajny serial! – Każdy to ogląda! Każdy! – podniecała się Marzena. – A najlepszy jest ten stary. Ten… Cholera, mam na końcu języka! – Zawada! – podpowiedziała Jolka gwałtownie. – Piotr Zawada. Słyszałaś, że poderwał laskę z planu? Obie damy plotkowały niby lekko, mimochodem, lecz nic nie było w stanie ukryć ich kołtuńskiej ekscytacji. Oczy zdradzały wszystko. Z obrzydzeniem odwróciłam twarz w drugą stronę. Ciotka zerwała się z krzesła i zniknęła za drzwiami łazienki. Lekkie zaskoczenie zmieszało moje ospałe z odrętwienia emocje. – A wiecie, że razem z ciotką poznaliśmy kiedyś tego Zawadę? – rzucił ojciec. – To było na nartach jeszcze przed maturą. Moja siostra się w nim podkochiwała – dodał z wyczuwalną ironią. – Niemożliwe! – Marzena zainteresowała się gwałtownie. – Przecież ona jest an-ty-fa-ce-to-wa. Zastanawiam się nawet, wiecie, czy nie jest po prostu lesbijką. – Nie ekscytuj się. To nie twoja sprawa. – Mój brat przywrócił żonę do porządku. Natychmiast zamilkła. – A on co? – pytała Jolka. – Co on co? – mruknął Wojtek zdezorientowany. – Ten Zawada co? Chyba nie kochał się w waszej nobliwej cioteczce? – doprecyzowała Jolka. Ojciec wyciągnął paczkę papierosów i zapalił. Rzadko robił to przy stole. Tym razem widocznie uznał, że mu się należy. Popatrzył na nas z błyskiem rozbawienia w oczach i powiedział: – Otóż on też się w niej kochał! – Skąd wiesz? – przerwała mu wybranka. – Chodzili ze sobą? Czy tam bujali się? Bo tak się chyba mówiło w tamtej erze. No, Jolu kochana, brawo. Próbujesz być dowcipna. Zatem masz mózg. Rzuciłam w jej stronę miażdżące spojrzenie, po czym z uwagą i niepokojem utkwiłam wzrok w ojcu. Znałam tę historię. Dowiedziałam się o niej zupełnie przypadkiem dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam w rodzinnym domu. Orientowałam się tylko w zarysach dramatu. W każdym razie tak mi się zdawało. Nastoletnia wtedy ciotka zakochała się w chłopaku poznanym podczas ferii zimowych w Karpaczu. Przez cały pobyt krążyli wokół siebie jak oszalałe satelity. Dopiero pod koniec odegrali romantico w plenerze, całując się pod Kruczymi Skałami i zalewając falą wzajemnych wyznań. Ponieważ wciąż byli gówniarzami skazanymi na łaskę i niełaskę rodziców, a w dodatku on przyjechał z Wrocławia, a ona z Łodzi, po feriach mogli tylko pisać do siebie listy. Pisali. Całymi miesiącami. Mam na myśli prawdziwą korespondencję. Nie maile czy czaty. Listy były papierowe, ręcznie kaligrafowane. Takie, co to na nich krew, pot i łzy. Takie, które możesz przytulić do serca albo wepchnąć pod poduszkę, na które czeka się jak na pierwszą gwiazdkę lub na wiosenne kwiaty. Nie możesz niczego przyspieszyć. Wiesz, że przyjdą. Wystarczy poczekać… Prawdopodobnie nikt dziś już takich nie pisze i nikt tak nie czeka. Ciotka czekała. Gnała każdego dnia ze szkoły, żeby dopaść do skrzynki na listy pierwsza i zachować dla siebie ten niewinny przecież, choć intymny sekret. Wyjmowała kopertę, pędziła na strych i tam godzinami czytała wciąż od nowa i odpisywała, kawałek po kawałku, akapit po akapicie, jakby prowadziła cichą rozmowę w cztery oczy. Wiedziała, że to pisanie i czekanie mają sens, że wystarczy zdać maturę, przetrwać bzy, jabłonie i całą tę cholerną wiosnę, a wtedy on przyjedzie. Wszystko mieli zaplanowane: studia w Łodzi i wspólne życie. Sielanka. Bajka. Banał… Tymczasem pewnego dnia tuż przed maturą skrzynka świeciła pustkami. To był kompletnie pozbawiony sensu czwartek. Po nim nadszedł równie beznadziejny piątek i cały długi bezpocztowy weekend. Nigdy więcej nie przyszła żadna wiadomość. Ani po niedzieli, ani po tygodniu, ani po maturze. Listy słane przez nią wróciły z adnotacją „adresat nieznany”. Młode i niedoświadczone serce dziewczyny rozpadło się na milion kawałków. Nie robiła głupot. Nie zalewała się łzami, nie zaczęła pić na umór, tarzać w rozpuście ani gryźć nocami poduszkę. Studia skończyła z wyróżnieniem i z wielkim zapałem oddała się nauczaniu języka polskiego w szkole. Nie spotykała się z nikim, nie podrywała, nie flirtowała, nie romansowała. Nie chciała też o tym rozmawiać, dlatego świat wokół niej porósł warstwą dziwnych, mniej lub bardziej nieprawdopodobnych plotek. Ciotka przez lata zbierała w drewnianej skrzynce w góralskie wzory wszystkie artykuły dotyczące znanego z telewizyjnych seriali i licznych podrywek aktora. Pod stosem starych gazet leżał plik listów. Zdarzyło się raz, że pamiątki wpadły w moje ręce i to, co zdążyłam przeczytać, zanim takt i sumienie dały mi po łapach, wryło się głęboko w moją pamięć i kazało otoczyć krewną irracjonalną aurą szacunku, troski i dyskrecji. Nie wiedziała, że znam jej sekret. Był u mnie bezpieczny. Otrząsnęłam się ze wspomnień. Ojciec zdążył już wprowadzić wszystkich w temat. Poluzował krawat, dolał sobie do szklaneczki ulubionej whisky, zaciągnął się dymem i kontynuował: – Nie byłem ślepy… Zwietrzyłem romans. Potrafiłem dodać dwa do dwóch, a reszty się domyślić. Któregoś razu pierwszy dopadłem do skrzynki i miałem dziki ubaw z jego listu miłosnego. Ziało żałosnym patosem, więc żeby nie było tak mdło i nudno, zacząłem mu odpisywać jako ona. Tylko wiecie, z większym jajem i znacznie pieprzniej. Po trzecim przechwyconym liście chyba się przestraszył. Przestał się odzywać i popsuł mi zabawę. Poczułam do ojca gigantyczną, nieposkromioną odrazę. Jolka i Marzena zaśmiewały się do łez. Niezły numer wywinął! Boki zrywać! Wojtek siedział bez słowa, udając, że go to nie interesuje. Z jego twarzy, jak zwykle, nie dało się wyczytać absolutnie nic. Nagle w ciszę domu wdarł się huk trzaskających wejściowych drzwi. – Wyszła? Może usłyszała? – zaniepokoiła się bratowa. – No to co? – Ojciec wzruszył ramionami. – Ludzie, to było wieki temu! Poczułam, że mam dość. Draństwo nie ulega przedawnieniu. Wstałam od stołu i bez słowa ruszyłam w ślady ciotki. Nie wierzę w wielką miłość po grób, w bajki ani w szczęśliwe zakończenia, jednak skoro ciotka wierzyła, mój ojciec nie miał prawa jej tego psuć, zwłaszcza że ożenił się zaledwie rok później. Na podjeździe dopadł mnie Wojtek. – Zamierzasz za nią lecieć? – spytał. – Nie. Za to ojca nie chcę znać. – Trochę dołożył do pieca, fakt, tylko że to nic nie zmienia. Ta sprawa jest pozamiatana. – Dlaczego mu nie wygarnąłeś? – rzuciłam z pretensją. – Dlaczego nigdy nie tupniesz nogą, gdy robi coś nie tak? – A ty? – Bo ma mnie w nosie. Przecież nie posłucha. Nie widzi we mnie człowieka. – We mnie też nie. Uwierz, Edyta. To po prostu bez sensu – oświadczył obojętnym tonem, po chwili znacznie energiczniej dodając: – Słuchaj, ja nie o tym. Chciałem pogadać o twoich wynikach sprzedażowych. – Teraz? – jęknęłam. – Jest sobota… – No właśnie. Dlatego mamy czas. Zapraszam do mojego gabinetu. Zrezygnowana niechętnie poczłapałam z powrotem w stronę domu. Rozdział 2 Tak, ja też pracowałam w banku. W sumie nie wiem dlaczego. A nie! Wiem! Skończyłam historię. Po obronie jedyną opcją była praca w szkole, a tego stanowczo nie chciałam. Banda rozwrzeszczanych bachorów to towarzystwo nie dla mnie. Wojtek załatwił mi miejsce w jednej z placówek swojego banku i tak zostałam panią z okienka. Po kilku latach nadal siedziałam w tym samym miejscu, w tej samej placówce, a brat został moim szefem. Nie bezpośrednim, bo rezydował o ładnych kilka stołków wyżej w machinie korporacyjnej hierarchii. Górował nad obsługą klienta. Czego mógł zatem chcieć od takiego szaraczka jak ja w to piękne sobotnie popołudnie? Przeszliśmy do ziejącego nowoczesnym chłodem gabinetu. Wojtek uciekał tam, ilekroć chciał ukryć się przed rodziną. To prawdziwa jaskinia lwa, do której nie wpuszczał byle kogo. Byłam tam pierwszy raz. Poczułam, że kopnął mnie zaszczyt. Rozejrzałam się po wnętrzu, w którym kłująca w oczy biel kontrastowała z ciemnym brązem niemal graniczącym z czernią. Wszystko urządzono w formie bardzo prostych, praktycznych, kanciastych i lśniących brył: biurko, regały, nawet krzesła. Drzwi w głębi prowadziły do dalszego pomieszczenia. Nie zdziwiłabym się, gdyby trzymał tam ze trzy sejfy i parę sztabek złota. Chyba był materialistą ze skłonnością do luksusów. Prostych luksusów, bo zamiłowania do przepychu wcale u niego nie zarejestrowałam. Już bardziej u Marzeny. Jedyny obły kształt w gabinecie stanowił ogromny, podświetlany globus ustawiony na stoliku w kącie. A, i jeszcze szachy. Duży drewniany zestaw jak z Cepelii albo z Sukiennic stał rozłożony na biurku obok laptopa. Ewidentnie w połowie rozgrywki. Tak, szachy pasowały do Wojtka. Grywał od dziecka. Były rozsądne i logiczne jak on. A globus? Zdziwił mnie nieco, chociaż nie na tyle, żeby chciało mi się pytać, zwłaszcza że brat nie dał mi szansy. – Jak to robisz, że niezależnie od limitów, promocji i innych dupereli masz zawsze najlepsze wyniki sprzedażowe w zespole? – zaatakował, przestawiając białego skoczka na szachownicy. – Nie wiem – odpowiedziałam zaskoczona. – Pewnie przypadek. – Daj spokój. Jaki przypadek, skoro tak jest co miesiąc? – zapieklił się, przysiadając tyłkiem na biurku i splatając ręce na piersiach. – I to nie tylko u was. Nawet nie tylko w Łodzi. Przekopałem dane z ostatnich trzech lat. – No to się narobiłeś, biedaku – mruknęłam z udawaną troską, przycupnąwszy skromnie na krześle. – Rozumiem, że mam być mniej wydajna? Nie widzę problemu. Włączę tryb olewania i będzie git. – Nie pajacuj. Nie o to chodzi. – Wielki pan szef się zirytował. – Bez sensu byłoby nic z tym nie zrobić. Trzeba to wykorzystać. Musisz zebrać wszystko do kupy i powkładać innym do głów. – Czyli? – Poprowadzisz szkolenia sprzedażowe. Przy okazji odwalisz badania motywacji pracy zespołu. I tak mieliśmy je w planach. Dostaniesz gotowe formularze. – O nie! Nie ma mowy! – zjeżyłam się. – Do tego to ja się nie nadaję. Nie potrafię. – A tam, pieprzenie. Potrafisz. Spisz w punktach przebieg rozmowy z klientem. Dokładnie, ze szczegółami, włącznie z tym, jak formułujesz zdania albo drapiesz się po nosie. Osobno dla wszystkich produktów. Potem to rozwiń w takie drzewko. Co mówisz, jeśli klient reaguje w dany sposób, a co wtedy, gdy inaczej. Z konkretnymi przykładami i cytatami, Zrób z tego skrypty. Niebawem wyznaczę terminy pierwszych szkoleń. Najpierw w twoim oddziale, a potem zobaczymy… Może w innych też. Zależy, jak sobie poradzisz. – A jeśli nie chcę? – Przykro mi, ale w umowie o pracę masz zapisane wykonywanie poleceń przełożonych. W tym także moich. Poza tym to dla ciebie szansa na rozwój. Zmiany są w życiu potrzebne. Proponuję nastawić się pozytywnie i nie marudzić. – Niech cię szlag. – Ja też ci życzę jak najlepiej. – I dlatego koniecznie musisz zadbać o to, żebym oszalała do reszty? – Bez przesady. Nie histeryzuj. Dostaniesz na to czas i miejsce już w przyszłym tygodniu. Nie zamierzam okradać cię z twoich cennych prywatnych godzin. Dość siedzenia na dupie za wygodną barykadą w placówce. Bierzesz się do roboty! I pamiętaj, że liczę na ciebie, bo to mój pomysł. Odpowiadam głową za jego wdrożenie – zakończył korporacyjny bełkot, odwrócił się do mnie plecami, ruszając czarną wieżą, i ogłosił, że ma króla w szachu. To by było na tyle, jeśli chodzi o wygodną, rutynową i doskonale nudną pracę, do której od lat przywykłam. Idealnie do mnie pasowała. Choć pozornie miałam kontakt z ludźmi, moje zajęcie dawało możliwość izolowania się od wszelkich głębszych relacji. Dla setek klientów siadających każdego dnia na krzesełku po drugiej stronie mojego biurka byłam tylko maszyną – bezimiennym klockiem wchodzącym w skład pojęcia „bank”. Dla mnie stanowili jednolitą, szarą masę, która przewijała się bez śladu, pozostawiając po sobie wędrujący mozolnie w górę wykres mojego wyniku sprzedażowego za dany kwartał. Pod tym względem pasowaliśmy do siebie. Ja miałam ich w nosie, a oni zlewali mnie. Jedyne, co na chwilę nas łączyło, to wniosek kredytowy albo umowa o prowadzenie rachunku. A ten mi tu wywraca system do góry nogami i chce, żebym mu prowadziła jakieś durne, wielogodzinne szkolenia, na których wszyscy będą się na mnie gapić i zadawać idiotyczne pytania. Już pomijam, że potraktują mnie jak wroga za samą próbę zmuszenia ich do czegoś innego niż to, do czego przywykli. W korporacji nikt nie lubi zmian. – Jak ja nienawidzę tej roboty! – zrzędziłam w drodze do domu, lecz słyszała mnie tylko toyota. – Cholera, nie znoszę jej prawie tak, jak pracy w szkole. Powinnam zostać pasterzem owiec na jakiejś trudno dostępnej hali, a najlepiej kozicą górską. Kozicą samotnicą. Oczywiście przygotowałam te idiotyczne skrypty. Moja asertywność była odwrotnie proporcjonalna do zdolności sprzedażowych. Popsioczyłam pod nosem, po czym przesiedziałam tydzień przy biurku w centrali na niedostępnym dla klientów tak zwanym open space. Uznałam, że to nawet wygodne, bo dało mi możliwość korzystania z lepszego ekspresu do kawy przeznaczonego dla wyższych rangą pracowników. Dopóki nikt do mnie nie przyłaził na bezsensowne pogaduszki, dopóty pracowałam we względnym spokoju. Skrypty zaakceptowano i przydzielono mi z wydziału szkoleń opiekuna dla ociężałych umysłowo i początkujących coachów. Pod jego czujnym okiem w kolejnych dniach mozolnie tworzyłam plany i konspekty instruktażu. Urobiłam się jak zwariowana mrówka, bo na nic się tu zdała znajomość oferty dla klientów detalicznych. Należało odwalić pracę koncepcyjną i myśleć. A myślenie boli. Pierwsze szkolenie przeżywałam potwornie. Bałam się, że ludzie mnie wyśmieją, zhejtują i totalnie oleją. Wypiłam hektolitry kawy i pewnie dlatego było mi ciągle niedobrze. W sali naprzeciwko mnie siedziały cztery osoby, z którymi widywałam się codziennie, lecz niemal nigdy nie zamieniałam choćby zdawkowych zdań o pogodzie. Zawsze pozowałam na milczącego buca. Tymczasem teraz musiałam nawiązać nić porozumienia na bazie znienawidzonych przez wszystkich limitów sprzedażowych. Z ich strony zaczęło się spodziewanym i standardowym: „Przecież to tylko wciskanie ludziom kitu, w dodatku natrętne. Nic rewolucyjnego nie wymyślisz” oraz „O Jezu, znowu to samo!”. Poczułam, że zdecydowanie i żywiołowo nienawidzę własnego brata. Zdusiłam w sobie stres oraz barwne przekleństwa i zaczęłam ze współpracownikami zwyczajnie rozmawiać o tym, czego nie lubimy w tej robocie. Wylaliśmy na Wojtka solidne wiadro treściwych pomyj, a po godzinie już tylko ja się produkowałam. Oni słuchali. Z każdym kolejnym kwadransem wydawali się coraz bardziej zainteresowani i zadowoleni. – Cholera, tak na to nie patrzyłem – mruknął na koniec jeden z nich, nawet sympatyczny z facjaty blondyn, a reszta mu skwapliwie przytaknęła. Czułam, że mogę nieśmiało otrąbić pierwszy sukces. Jakiś czas później, gdy przypadkiem przechodziłam obok pomieszczenia socjalnego, ten sam koleś, popijając kawę, plotkował z pozostałymi kursantami. Do moich uszu dotarło zaskakujące stwierdzenie: – Wiedzieliście, że to taka kontaktowa dziewczyna? Błyskotliwa i z poczuciem humoru. W dodatku jest na czym oko zawiesić. Ciekawe, dlaczego zwykle chodzi taka nadęta. Pomyślałam, że chyba ciężko zaszkodziła mu kofeina. Mimo to jego słowa wryły mi się w pamięć. Od tej chwili starałam się być bardziej wyluzowana. Chociaż wciąż nie tryskałam zachwytem, nadzwyczaj szybko przyzwyczaiłam się do nowej formy wykorzystywania mnie w pracy. Coraz bardziej doceniałam zmiany, jakie Wojtek mi zafundował, bo miałam więcej swobody i czasu. Prowadziłam spotkania warsztatowe w małych grupach, a potem asystowałam przeszkolonym podczas ich pracy, żeby sprawdzić, czy skutecznie stosują się do omówionych procedur obsługi klienta. Na koniec zbierałam wyniki i wpisywałam wnioski w niekończącą się górę formularzy oraz plików. Mogłam przyjść później, wyjść wcześniej, a czasem nawet popracować nad dokumentami w domu. Kiedy każdy pracownik placówki zaliczył już przyjemność wysłuchania moich bredni, Wojtek znów wezwał mnie na rozmowę, tym razem w firmowej przestrzeni biurowej. – Zrobiłam, co mi zleciłeś. Czy już mogę wrócić do normalnej roboty? – spytałam wprost, oglądając z dyrektorskiego okna na szczycie biurowca panoramę miasta w trakcie rewitalizacji. – Nie ma mowy! – wypalił. – Jesteś świetna! Wyniki, może i ślamazarnie, ale idą w górę. Wdrożysz swoje procedury we wszystkich łódzkich placówkach. Jeśli się postarasz, zaczniesz jeździć dalej. – O niczym innym nie marzę. Mamy jakąś placówkę na niedostępnych zboczach Zawratu? Albo chociaż gdzieś na Sokolicy? – szydziłam. – Jeśli tak, jadę od razu. – Cieszę się, że tryskasz humorem. Będę pamiętał, że marzą ci się takie wojaże. Najpierw jednak podpiszesz nową umowę o pracę, bo zmieniasz stanowisko. Zgłoś się jutro do kadr. Przy okazji dadzą ci skierowanie na badania okresowe, bo masz podobno jakieś braki w tym temacie. Migałaś się czy coś. – Bujaj się. Mam nadzieję, że dałeś mi podwyżkę. Jeśli nawet nie za te twoje szkolenia, to jako rekompensatę za badania, na które chcesz mnie wysłać. – Na to nie licz – orzekł, puszczając do mnie oko. Wstał i otworzył drzwi swojego gabinetu, sugerując, że audiencja skończona. Zgodnie z rozkazem nazajutrz udałam się do kadr. Ochoczo podpisałam umowę, bo jednak uwzględniała podwyżkę. Odebrałam skierowanie na cholerne badania i niemrawo poczłapałam przez jesienne błoto w kierunku kliniki. Byłam wściekła jak diabli. Nie znoszę konowałów. Nienawidzę badań, wkłuć, mierzenia ciśnienia, a nawet osłuchiwania. Na widok krwi robi mi się niedobrze. Krępuje mnie wszelkie obnażanie się, nawet to w warunkach medycznych. Jedyni lekarze, jakich toleruję, to dentyści. Bo o zęby trzeba dbać. Resztę z zasady chrzanię. W rejestracji dostałam plik papierków: do okulisty, do laryngologa, do lekarza medycyny pracy i do laboratorium. Przy okazji sympatyczna rejestratorka postawiła mnie pod ścianą, stanowczo sugerując wątpliwą przyjemność wizyty u ginekologa. Komputer wypluł jej informację, że nie badałam się od lat. Niech będzie. Dowaliłam do tego przegląd stomatologiczny i rozpoczęłam niekończącą się tułaczkę po kolejnych gabinetach. – Coś mi się pani nie podoba – powiedział ginekolog, grzebiąc w wiadomych rejonach. W sumie się nie zdziwiłam. Od tamtej strony nie musiałam mu się wydawać szczególnie śliczna. Zresztą z żadnej nie powalałam urodą. Jakie to miało znaczenie? Zerknęłam spomiędzy własnych kolan na jego imponującą łysinę i mruknęłam: – Nie szkodzi. Przyzwyczaiłam się. – Przepraszam. Źle mnie pani zrozumiała – poprawił się natychmiast bez cienia uśmiechu. – Coś mnie niepokoi. Proszę przejść na leżankę. Wykonam USG. – Wskazał zieloną kozetkę usytuowaną koło monstrualnej maszyny z monitorem. – Kiedy ostatnio robiła pani cytologię? – spytał, nie odwracając twarzy od ekranu, po którym latały jakieś czarno-białe plamy prezentujące piękno mojego wnętrza. – Nie mam pojęcia – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. – Podejrzewam, że nigdy. – Żartuje pani? – Raczej nie. Za to morfologię dwadzieścia minut temu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Dobre i to – rzekł w zamyśleniu. – Ale cytologii i tak pani nie uniknie. W celu wykonania badania pogonił mnie znów na fotel. Potem kazał mi się ubrać i zaprosił na pogawędkę przy biurku. Wiedziałam już, że ulgowo nie będzie. Jedyne, co mi nie groziło, to informacja o ciąży. Ta opcja nie wchodziła w grę. W dzieworództwo nie wierzę. – Ma pani guzy na jajnikach. – Co? – Są dość duże. Na podstawie badania ultrasonografem nie ocenię stopnia złośliwości. Konieczne będzie pobranie wycinka. Zobaczymy też, co wyjdzie w cytologii. Wtedy zdecydujemy o dalszym postępowaniu. Informacje docierały do mnie niczym przez mgłę. Miałam wrażenie, że do uszu ktoś napchał mi mokrej waty. – Mam raka? – zdołałam wydusić, bo tyle zrozumiałam. – Nie będę pani oszukiwał, bo nie wygląda to dobrze, jednak proszę być dobrej myśli. Medycyna w dzisiejszych czasach nie jest bezsilna. Dobitniej się nie dało. Cóż za nieprawdopodobnie rozwinięta empatia! Nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Był skupiony i rzeczowy. Skołowana słuchałam go nieuważnie, a on wciąż ględził, wypisując świstki. Tłumaczył pierdoły o koniecznych badaniach, skierowaniach, biopsjach, sropsjach i niedorzecznych zaleceniach. Starałam się nie słuchać. Rozdział 3 Machina udręczenia ruszyła. W strugach jesiennego deszczu pociąg z lakoniczną nazwą „nowotwór” na tabliczce rozpoczął swój bieg. Drzwi się zamknęły, wstawiono okna bez klamek. Nie udało mi się wysiąść. Zaczęłam zaliczać kolejne wizyty w gabinetach i laboratoriach. Oglądali mnie ze wszystkich stron – od środka i z zewnątrz – dumali nade mną jak nad kawałkiem mięsa, z którego nie wiadomo, co zrobić: kotlety czy pieczeń. Czułam obojętność i odrętwienie. Wciąż miałam wrażenie, że cała ta sprawa wcale nie dotyczy mnie. Że to jakiś kiepski, łzawy dramat. A ja przecież stronię od fabuły. Może dlatego zamiast rozpaczać, mechanicznie wykonywałam to, co mi kazali, i nie miałam nawet czasu na analizę spektrum zagrożeń. Albo mam szczęście w życiu, albo w tym okresie czuwał nade mną palec przeznaczenia, bo mimo legendarnych w naszym kraju kolejek po zdrowie już po trzech tygodniach od diagnozy leżałam w Klinice Chirurgii Onkologicznej Centrum Zdrowia Matki Polki, a jakiś zamaskowany koleś wycinał mi tego cholernego drania. Spałam beztrosko na zimnym stole operacyjnym, chrzaniąc zapewnienia, że wytną najmniej, jak się da, i nie śniąc kompletnie o niczym. Po zabiegu, kiedy z lekka wracała mi zdolność rozumowania, zadowolony z siebie chirurg bąknął, że wysłał piękny kawałek mnie do badania histopatologicznego oraz że nie wyglądało to najgorzej. Wprawdzie zutylizowano moje jajniki, jajowody i wszelkie szanse na zostanie matką, istniała jednak nadzieja, że będę żyć. Ucieszyłam się niezmiernie, bo macierzyństwo miałam w nosie, a z życiem czułam się dość mocno związana i to od niemal trzydziestu lat. Byle jakie ono, to fakt, ale przyzwyczaiłam się do trwania na tym padole i nie chciało mi się zmieniać lokalizacji. Przez moment tylko przepłynęło przez mój przytłumiony anestetykami mózg, że szkoda, iż nie jestem już stuprocentową kobietą. Bo może kiedyś, w dalekiej przyszłości, nabierze to znaczenia. – Idiotka! – skarciłam się głośno. – Słucham? – spytał pochylony nad moim brzuchem i oglądający ranę pooperacyjną medyk. – A nic, przepraszam. Zamarzyło mi się zwyczajne życie. – Ależ może pani prowadzić zwyczajne życie – pocieszył mnie natychmiast. – Tylko nigdy nie zajdzie pani w ciążę. Poza tym wszystko pozostanie jak dotąd. Raz-dwa stanie pani na nogi. Jak dotąd… No tak. Okej, niech będzie, że uwierzyłam mu na słowo. W ekspresowym tempie i bez dodatkowych rewelacji doszłam do siebie, tak jak obiecywał. Wszystko, co mi rozorał, goiło się jak na psie, więc po dwóch tygodniach z hakiem postanowiłam wrócić do pracy. Tego dnia odebrałam wyniki histopatologii. Onkolog z nieskrywaną radością potwierdził wygłaszaną tuż po zabiegu optymistyczną wersję wydarzeń i uznał, że zamiast chemioterapii wystarczą naświetlania, na które powinnam się zgłaszać przez sześć tygodni w każdy dzień roboczy. Należy mi się, więc niech się NFZ wykaże. Dodatkowo na bazie udokumentowanego wpływu optymizmu na zdrowie lekarz nakazał mi się cieszyć. – Radioterapia ma znacznie mniej skutków ubocznych. Nie wypadną włosy, a w pani przypadku byłaby to wielka strata. Niewątpliwie. Mój kołtun tak bardzo dodaje światu powabu, że szkoda okazałaby się niepowetowana. – Poza tym zabieg trwa krócej i jest mniej stresujący niż wlewy chemii – dodał. – A jakie przewiduje pan dla mnie powody do zmartwień? Bo nie wierzę w brak wad tej imprezy. Spojrzał na mnie badawczo i z pewnym wahaniem wyrecytował: – Ogólne zmęczenie i osłabienie, utrata apetytu, zmiany skórne w naświetlanych okolicach. W początkowej fazie część pacjentów odczuwa też mdłości. Przepiszę pani maść do smarowania uszkodzonego naskórka i środki przeciwwymiotne. Czasami pomagają. Aha, czasami. Rewelacyjnie. Czuję, że będzie się działo. – Czy mogę w tym czasie pracować? – Tak, jeśli będzie się pani czuła na siłach. Równie dobrze jednak radiolog może wystawić zwolnienie. Miałam pietra. Ogromnego. Ale cóż było robić? Poddałam się fali. Ze strachu zgłosiłam się w piątek, żeby mieć czas na dojście do siebie przez weekend. Tymczasem szybko się okazało, że wcale nie jest tak źle. Chodziłam śnięta, gniłam w pościeli po dwanaście godzin na dobę, żarcie rosło mi w gębie i tyle. Miałam fart, bo poza tym było znośnie. Dało się z tym żyć. W kolejnych tygodniach przyjeżdżałam rano do kliniki, żeby na mnie poświecili, czym tam trzeba, a potem maszerowałam do pracy. Jeśli czułam się słabo, mogłam wyjść wcześniej do domu, dzięki czemu zaczęłam po cichu chwalić zmiany zawodowe, które zafundował mi brat. W normalnej obsługowej pracy nie byłoby to możliwe. Ukryłam całą sprawę przed rodziną. Z ojcem i ciotką od ostatniego feralnego spotkania nie miałam kontaktu, a Wojtkowi nie chciałam zawracać głowy byle czym. Miał swoje życie. Nie przywykliśmy do zwierzeń i przecież w żaden sposób nie mógłby mi pomóc. Pomijam, że nie byłam pewna, czy miałby na to ochotę. Bo niby dlaczego? Na wypadek pojawienia się niewygodnych pytań o nieobecność w pracy wymyśliłam historyjkę o natrętnej rwie kulszowej. Nie musiałam z niej korzystać, bo nikt się nie czepiał. Piątego dnia radioterapii wychodziłam po zabiegu dość zadowolona z powodu zbliżającego się weekendu. Nie spieszyłam się, bo nie miałam zaplanowanych pilnych zadań i mogłam dotrzeć do biura w zasadzie o dowolnej porze. W progu szpitala wpadła na mnie pędząca na łeb, na szyję kobieta. Zderzyłyśmy się, aż huknęło. Na moment zabrakło mi tchu, jej zaś z ręki wypadła torebka. Na ziemię posypały się różne fanty: telefon, chusteczki, jakieś papiery, paczka gum do żucia, pomadka i inne szpargały. W odruchu bezinteresownej empatii pochyliłam się, żeby pomóc jej to pozbierać. Kiedy zamierzałam oddać skarby właścicielce, podniosłam wzrok i spojrzałam w jej twarz. Wpatrywała się we mnie, nic nie mówiąc, jakby zaskoczona. Moja pamięć dokonała błyskawicznej analizy i gdy znalazła właściwą odpowiedź, przekazała impuls do ust, nie pytając mnie o zdanie: – Agata! – wykrzyknęłam. – Edyta! Kopę lat! Tak właśnie na nią trafiłam. Na Agatę, która stanowiła fundament mojego dzieciństwa, a teraz całe dalsze życie miała wywrócić do góry nogami, burząc wytrwale budowaną, nudną i bezpieczną stagnację. Znałam ją od małego. Mieszkała w sąsiedztwie. Chodziłyśmy razem do podstawówki i do gimnazjum jako pierwszy, eksperymentalny rocznik po reformie oświaty. Byłyśmy nierozłączne. Papużki takie. Oczywiście kłóciłyśmy się zażarcie, jednak foch nie trwał nigdy dłużej niż godzinę. Razem uczyłyśmy się do sprawdzianów, odwalałyśmy dodatkowe, karne prace domowe za gadanie na lekcjach i wspólnie zakochiwałyśmy się w tych samych chłopakach. Przez lata to była najbliższa mi osoba na świecie. Nasze losy różniły się bardzo, choć miały wspólny mianownik: obie straciłyśmy matki. To nas łączyło. Ja wychowywałam się z bratem przy forsiastym ojcu, który mnie olewał, ona zaś miała starą, schorowaną babkę i tatusia, którego podstawowymi zajęciami było upijanie się i bicie córki. Agata wiele razy nocowała u nas, kiedy bała się wrócić do domu. Pamiętam, jak mój ojciec postanowił być szlachetny i dał jej kilka złotych. Poszła do sklepu, kupiła warzywa i ugotowała babce zupę. Umiała. Jej tatuś wpadł w szał. Zlał ją tak, że na zawsze zostały jej na skórze jasne, długie pręgi. Powinna wszak oddać mu ten gigantyczny majątek, żeby mógł przekuć go beztrosko w kilka flaszek piwa. Moja przyjaciółka była bardzo ładna. Zawsze licho ubrana, zawsze w rozpadających się butach i upiornie chuda, ale miała klasyczną, śliczną twarz o symetrycznych rysach. Ogromne, błękitne oczy patrzyły wesoło spod blond grzywki. Imponujące włosy nosiła splecione w potężny, lśniący złotem warkocz. Śmiała się, że to jej największy majątek. Poza tym cechowało ją fantastyczne poczucie humoru, dużo większy niż mój dystans do rzeczywistości, za to mniejszy do ludzi, morze optymizmu oraz wewnętrzne przekonanie, że świat jest piękny i dobry. Pod koniec gimnazjum babka Agaty zmarła. Podczas którejś z rzędu interwencji policji zabrali dziewczynę do pogotowia opiekuńczego. Wtedy widziałam ją po raz ostatni. Patrzyłam zalana łzami, w typowej dla tego wieku egzaltacji nastoletniej duszy, jak wywożą mi gdzieś przyjaciółkę. Wydawało mi się, że świat się kończy. Od tego momentu zaczęły się ze mną tak zwane problemy wychowawcze: wagarowałam, jarałam szlugi, eksperymentowałam z narkotykami i wyglądałam jak upiór. Ojciec, podpuszczony przez ciotkę i zaalarmowany przez Wojtka, zawlókł mnie do lekarza. Stwierdzono depresję i prochy we krwi. Dopiero zaczęła się zadyma. Zaliczyłam kilku psychiatrów, odwyk, antydepresanty i dwa szpitale. Do porządku doprowadzili mnie dopiero przed maturą. Tymczasem od Agaty przychodziły coraz rzadsze listy, a potem maile z kolejnych, równie nietrafionych rodzin zastępczych w różnych miejscowościach. Wreszcie przestała pisać. Parę lat temu dotarła do mnie plotka, że wyszła za mąż. Miałam nadzieję, że to prawda i że jest szczęśliwa. – Co tu robisz? – spytałam, kiedy minął pierwszy szok. – A ty? – Morduję raka radioterapią. Przez chwilę przyglądała mi się, nic nie mówiąc. Wyglądała nieco inaczej niż kilkanaście lat temu. Nadal była chuda i wciąż z jej stroju można było wyczytać deficyt budżetowy. Brakowało jednak warkocza, a po jej twarzy plątało się gigantyczne zmęczenie. Mimo wszystko oczy błyszczały determinacją. Poza tym chyba ucieszyła się ze spotkania, choć okoliczności nie zachwycały. – Niech to szlag! Ty też? – Ano też. Drań strzela na oślep i wali we wszystko, co się rusza, bez względu na miejsce i czas. – Cholera… Czas! Spieszę się! Muszę odsiedzieć czterdzieści minut wlewu. Urwą mi uszy, jeśli znów się spóźnię. Aha. Czyli chemia. Znaczy się jest gorzej. Miałam pożegnać się grzecznie i umówić na kawę, jednak nagły odruch kazał mi zrobić coś zupełnie innego. – Mogę zostać z tobą podczas zabiegu. Pogadamy o starych czasach. Spojrzała na mnie z wahaniem, ale pokiwała głową. Ruszyłyśmy labiryntem szpitalnych korytarzy. Od tego dnia zaczęły się nasze cotygodniowe czwartkowe konferencje odbywane podczas jej chemii. Prawie jak za króla Stasia, tylko żadna z nas nie miewała przy tym, jak monarcha, ochoty na obiad. Spędzałyśmy w szpitalu po kilka godzin, bo tuż po wlewie Agata czuła się licho i nie chciała od razu wychodzić. Szalejąca na dworze jesień z wolna przeistaczała się w zimę. Gadałyśmy o wszystkim, żartowałyśmy z dawnych znajomych i z choroby, leczyłyśmy się wzajemnie śmiechem i zwyczajną ludzką obecnością. Bywało też, że beczałyśmy bez umiaru lub popadałyśmy w fatalistyczny stan otumanienia strachem, choć to należało do rzadkości. Na ogół starałyśmy się trzymać fason i świecić sobie nawzajem przykładem. Czasem widywałyśmy się także w inne dni, zawsze z rana po moich naświetlaniach. Poddałam się i w połowie leczenia wyraziłam zgodę na wypisanie mi wycieczki na elQuatro, czyli banalne L4. Lekarza zaniepokoiły moje wyniki krwi i stanowczo zalecał odpoczynek. Agata też się leniła zawodowo, bo chemia i poprzedzająca wlewy mastektomia całkowicie pozbawiły ją sił. Dowiedziałam się, że sześć lat temu, po tym jak rozstała się z mężem, wróciła do Łodzi i wynajęła mieszkanko na Starym Widzewie. Pracowała jako pomoc nauczyciela w pobliskim przedszkolu, co ułatwiało jej życie, bo do tej samej placówki udało się jej zapisać syna. Dziecko stało się przyczyną rozwodu. Wybranek nie dorósł do roli ojca i zanim przyszło do zmieniania pieluch, wyleciał beztrosko na Zachód, a teraz robił karierę w Londynie. Syna uznał, jednak pieniądze przysyłał rzadko lub wcale tego nie robił. Ściganie go o alimenty graniczyło z cudem. Niechętnie o tym opowiadała. Różowo nie było. Mimo to wciąż, kiedy tylko chemia nie powalała jej na kolana, Agata zachowywała nieprawdopodobną radość życia i wolę walki. Z każdym dniem wyraźniej uświadamiałam sobie, jak bardzo brakowało mi jej przez te wszystkie lata. Jedynie ona umiała ustawiać mnie do pionu i brutalnie tłamsić wrodzoną skłonność do emocjonalnego samobiczowania. Poza tym na każdym kroku podkreślała, jak cieszy ją moje towarzystwo, a wierzyłam jej jak nikomu innemu na świecie. Rozdział 4 Nadeszła połowa grudnia, a z nią kolejny czwartek. Wyjątkowo późno, bo po południu, po załatwieniu licznych spraw mogłam wreszcie utartym zwyczajem zajrzeć do sali, w której podawano Agacie chemię. Zastałam pustą leżankę. Najwyraźniej zabieg się zakończył. Cały proces był mi już doskonale znany, więc poszłam do dystrybutora po wodę i przycupnęłam na krześle. W milczeniu czekałam, aż przyjaciółka wyjdzie z łazienki. Przyczłapała wolnym krokiem, usiadła i wzięła ode mnie kubek. – Kolejny raz odfajkowany – zagaiłam. – Jeszcze aż trzy – powiedziała, patrząc w przestrzeń. – Już tylko trzy – poprawiłam. Chwilę siedziałyśmy w ciszy. Dopiła wodę, zgniotła kubek i wrzuciła go do kosza na śmieci. Automatycznie zgarnęła torebkę, kurtkę, telefon, jakieś recepty i chusteczki. – Agata, posiedź jeszcze – naciskałam, bo fatalnie znosiła pierwsze godziny po chemii. Zwykle raz po raz wstrząsały nią torsje. Sama tego dnia zaliczyłam już ostatnie światełka. Gdyby nie papierologia, wszystko trwałoby krócej. Byłam pełna sił i nadziei. Na kilka miesięcy spokój. Potem zrobią mi powtórkę z badań i albo stwierdzą „masz szczęście, kobieto”, albo zapędzą mnie w piekło chemii jak teraz Agatę. Tymczasem ona, wciąż dręczona reakcjami organizmu, blada i słaba zbierała się do wyjścia, wpychając wychudzone ciało w wysłużoną puchówkę i udając chojraka. – Jest okej. Naprawdę. Muszę jechać. – Dlaczego tak gnasz? – Irytowałam się jej brakiem szacunku dla samej siebie. – Zamkną mi przedszkole. Tego argumentu nie dałabym rady zbić. Dziecko to dziecko. Mogłam się nie znać na macierzyństwie, jednak tyle przecież rozumiałam. Ciężko było mi ją tak po prostu zostawić, szczególnie że miałam mnóstwo czasu. Rozpierały mnie energia i poczucie odzyskanej wolności po leczeniu. – Czym będziesz jechać? – Normalnie. Autobusem. – To jest normalnie? W tym stanie? – zapiekliłam się. – A jak inaczej? – spytała Agata. Przyjrzałam się jej, szukając odpowiedzi, i nagle mnie olśniło. To proste. Czuję się aż za dobrze. Lekarz kazał mi odbębnić jeszcze rekonwalescencyjny miesiąc, zanim wrócę do pracy. Jej zostały trzy wlewy chemii. Za tydzień, za dwa i za trzy. Wszystko pasuje. Nie zastanawiałam się ani chwili. – Jedziemy autem – zdecydowałam. – Zawiozę cię. W ogóle ci pomogę. Dziś i jutro. I do końca zabiegów. – Odbiło ci? Nie masz co robić? Też powinnaś odpoczywać. – To właśnie odpocznę – palnęłam, sama się dziwiąc tym słowom. – Twoje towarzystwo dobrze mi robi. Zaparkowałyśmy najbliżej, jak się dało, choć po przeciwnej stronie ulicy. Pod przedszkolem remontowano nawierzchnię i brakowało miejsc. Slogan „Łódź buduje” zakłuł nas w oczy. Nauczycielka dyżurująca w szatni od razu poszła po dziecko. Było drobne, miało bujną blond czuprynę przystrzyżoną na pazia i błękitne oczy. Buzia okrągła, choć nie pucułowata. Na oko jakieś sto piętnaście centymetrów, może sto dwadzieścia. Chłopiec był większy od bliźniąt Wojtka i bardzo podobny do mamy. Podszedł i z rozmachem rzucił się jej na szyję. Agata przysiadła. Synek stanął między jej kolanami i spojrzał na mnie pytająco. – Ubieraj się szybko, bo mama musi się położyć – zarządziłam. – Kto ty jesteś? – zapytał. – Edyta, to jest właśnie Grześ. – Agata dokonała prezentacji. – Grzesiu, to moja koleżanka Edyta. – Czemu ta Edyta mnie tak pogania? – Bo wie, że się źle czuję – wyjaśniła. – To idę do szatni – zakomunikował i pobiegł w kierunku szafek z wieszakami. Siedziałyśmy w długim, wąskim przedsionku. Dalej dla rodziców wstęp wzbroniony, bo dzieci mają być samodzielne. Przez wielkie uchylone okno wpadały krople deszczu ze śniegiem. Gorąco było jak w piekle, bo dwa spore kaloryfery dawały czadu. Miejsce masowego udręczenia dorosłych. Czekając na Godota, przeleciało mi przez głowę. Minuty mijały, kolejne przedszkolaki i dorośli się przewijali, a my siedziałyśmy. W końcu dziecko Agaty przylazło. Boso, za to w szaliku. – Nie mogę zapiąć buta – oznajmił chłopiec. – To przynieś, a ja ci pomogę – powiedziała coraz bledsza Agata. Popatrzyłam na nią z niepokojem i wcisnęłam jej w ręce kluczyki. – Idź do samochodu i tam zaczekaj. Tu jest zbyt duszno. – Nie dasz sobie z nim rady. – To tylko dziecko. No idź. – Jak chcesz – rzuciła zrezygnowanym tonem i poczłapała do drzwi. Wstałam i odprowadziłam ją wzrokiem przez okno. Kiedy wsiadła, odwróciłam się, żeby znowu opaść na długą, wąską ławkę. Chłopiec stał tuż za mną i bacznie mnie obserwował. – Gdzie mama? – Poszła do auta. Tam jest jej wygodniej. – Do jakiego auta? – Mojego. Zawiozę was do domu i z butem też ci pomogę. Mały zerknął na mnie powątpiewająco, ale usiadł obok. Zarzucił małą stopę na moją nogę i wetknął mi w rękę ubłocone obuwie. Spojrzałam krytycznie. – Byliśmy dziś na spacerze – wyjaśnił, jakby to zamykało temat. Udało mi się opanować sprawę butów. Dałam radę kurtce i czapce. Przy rękawiczkach dziecko nagle zamarło i oznajmiło: – Muszę siku. – Idź. – Ale muszę zdjąć kozaki… Jasny szlag. Zdjęliśmy cholerne buty i chłopiec ruszył do ubikacji. We mnie w tym czasie szalała wrodzona niecierpliwość podbudowana niepokojem o Agatę. Jakieś pół roku później mały wrócił. Bardzo zadowolony. Ponownie ogarnęliśmy ubieranie. – Masz fotelik? – spytał. – Bez fotelika nie jadę. – Jaki znowu fotelik? – warknęłam cokolwiek zirytowana. – Dzieciom nie wolno jeździć autem bez fotelika. To sprawa bezpieczności. Najwyższej wagi – poinformował mentorskim tonem. Zdławiłam przekleństwo. Miał rację. Sprawa najwyższej wagi. Skąd ja, do diaska, wezmę mu fotelik? Rozejrzałam się bezradnie i utkwiłam wzrok w nauczycielce, która z rozbawieniem przyglądała się nam od jakiegoś czasu. – Pożyczę pani zapasowy, przedszkolny. Jutro rano proszę przywieźć. Musi pani kupić fotelik – pouczyła mnie, wywlekając wielkie, nieporęczne coś zza drzwi szatni. – Dziękuję. Jutro kupię na pewno – obiecałam i ruszyłam do wyjścia. Dziecko bez słowa podreptało za mną. Aby dotrzeć od budynku do auta, wystarczyło pokonać pięćdziesiąt metrów, mijając cukiernię i przechodząc przez jezdnię. Chłopiec człapał za mną ze dwadzieścia kroków, po czym zatrzymał się i oświadczył zbolałym głosem: – Jestem głodny. Bardzo. Popatrzyłam z rezygnacją i pchnęłam drzwi cukierni. Przez bite dziesięć minut wybierał ciastko. Kiedy wreszcie się zdecydował, jedynki miałam starte od zgrzytania i zaczynałam się bać o resztę zębów. Z furią zapłaciłam i razem z drobniakami reszty złapałam zapakowaną w papierową tytkę bułę z budyniem. Bez zastanowienia wcisnęłam to wszystko do torebki i wyciągnęłam dziecko za rękę na dwór. Agata jakoś się trzymała, choć nie mówiła ani słowa. Tymczasem ja stoczyłam dziką walkę z fotelikiem, którego oczywiście nie umiałam odpowiednio zamontować. Dziecko siedziało za kierownicą i szarpiąc nią na wszystkie strony, buczało, piszczało i warczało. Wyglądało na uradowane. W końcu udało mi się przypiąć „sprawę bezpieczności” i usadowić w niej małego. Zmęczona i spocona jak mysz po starciu z dywizją kocurów, opadłam ciężko na siedzenie. Gdy tylko ruszyłam, ogarnęły mnie upiorne dźwięki. Chłopiec zaczął beztrosko śpiewać o psie, może nawet nie fałszując, za to drąc się przeokropnie. Oparłam się przytępieniu, ruszyłam mózg do pracy i przypomniałam sobie, że mam w torebce tę bułę z budyniem, którą koniecznie trzeba było kupić. Na pierwszych z brzegu światłach wydobyłam ją i rzuciłam dziecku na pożarcie. Piosenka zamarła w połowie zwrotki. Z tyłu dobiegały już tylko radosne mlaskania i posapywania. Kwadrans potem weszliśmy do mieszkania. Mały pobiegł pastwić się nad pilotem do telewizora, a Agata z ciężkim westchnieniem położyła się na łóżku. Była blada, wręcz przezroczysta. Zrobiłam jej herbatę, przysiadłam obok i spytałam: – Macie obiad? Powinnaś coś zjeść. – W lodówce jest zupa. Odgrzej Grzesiowi. Ja może potem… – W porządku. Spróbuj się zdrzemnąć. Zajmę się wszystkim. W progu natknęłam się na stojące w nonszalanckiej pozie cwaniaka i patrzące na mnie spode łba dziecko. – Nie będę jeść zupy. Zupa jest ble. – Jest zdrowa – usiłowałam argumentować. – No to co? – Chyba chcesz być zdrowy? – Mama jadła zupę i jest chora – oświadczył chłopiec i natychmiast dodał: – Poza tym w przedszkolu jadłem zupę. – A co chcesz na kolację? – Frytki. Zadumałam się nad problemem, rozważając, czy walka jest w ogóle zasadna. Przekopałam w pamięci nikłą wiedzę o dzieciach i wielce zadowolona wypaliłam: – W porządku. Jeśli zjesz trochę zupy, to zrobię frytki. – Ile? – Co ile? – Ile tej zupy? Bo ja mogę tylko do niebieskiego paseczka. O, Janie Fryderyku Herbarcie, ojcze współczesnej pedagogiki, natchnijże mnie jakąś wychowawczą mądrością! O co mu chodzi? – Gdzie jest ten paseczek? – spytałam bezradnie. – Na miseczce. Aha, no jasne! Wiele mi to wyjaśniło. – Na jakiej miseczce? – Na mojej – tłumaczyło dziecko spokojnie. – Gdzie ona jest? – A tu! – oznajmił mały z triumfem, po czym wdrapał się na stołek, otworzył szafkę i wyjął cholerną miseczkę, tłukąc przy tym dwa kubki. Zanim posprzątałam skorupy, pochłonął zupę, którą nalałam oczywiście tylko do niebieskiego paseczka. – To teraz zrób frytki – zarządził i poszedł się bawić. Nawet dość cicho. Ich mieszkanie było sporo mniejsze od mojego i znacznie skromniej urządzone. Wprost z dużego pokoju wchodziło się do mniejszego i do mikroskopijnej kuchni. Przy drzwiach wejściowych znajdowała się miniaturowa toaleta. To wszystko. Żadnych luksusów. Nawet balkonu. Do tego proste, tanie meble, typowe dla wynajętych czterech kątów. Agata spała spokojnie, co mnie ogromnie cieszyło. Wyszukałam potrzebny sprzęt i składniki, po czym wykonałam popisową porcję frytek. Weszłam po cichu do pokoju małego i stanęłam jak wryta. Wszystko, włącznie ze ścianami, szafkami i samym dzieckiem zostało uwalane farbą. Na małym biurku widniały smętne strzępki mokrego papieru. – Co robisz? – wymamrotałam. – Maluję dla ciebie laurkę – zakomunikował chłopiec z dumą i wskazał ręką na kłąb makulatury, dodając: – Jesteś dobra dla mamy. – Bardzo ładnie. Dziękuję – wydusiłam przez zęby. Lekceważąc komplement, zarządziłam porządki. Pół godziny później czyste już dziecko usiadło nad frytkami. – Ble, zimne. Zupa była lepsza. Chcę jeszcze zupę. Opadły mi ręce. Poczułam wyraźnie, że siwieję. Zaczęłam się zastanawiać, czy dotrwam żywa do końca chemioterapii Agaty. Przypomniałam sobie, dlaczego nie pracuję w szkole i od zawsze unikam wszelkich kontaktów z dziećmi. Gwałtownie zatęskniłam za ciszą, porządkiem i własnym fotelem w moim salonie. Następnie zrezygnowana postanowiłam nie analizować, nie myśleć i nie czuć, tylko działać. W tej chwili najważniejsza była Agata. Znacznie istotniejsza niż mój święty spokój. Poszłam do kuchni i odgrzałam zupę. Wieczór mijał wolno. Koszmarnie wolno… Rozdział 5 Kolejnego dnia rano podjechałam do nich, gotowe już dziecko odwiozłam do przedszkola i oddałam pożyczony fotelik. Przy okazji dowiedziałam się, że przybycie przedszkolaka rejestruje się elektronicznie, przykładając kartę do puszki zwanej pikaczem. I tu się rozpanoszył dwudziesty pierwszy wiek. Dziecko entuzjastycznie pouczyło mnie, jak należy zapikać, a nauczycielka ostrzegła, że jeśli zamierzam sama odebrać chłopca, Agata musi napisać upoważnienie. Odnotowałam formalność w pamięci i pojechałam po zakupy do Tesco. Pakowałam do koszyka wszystko, co mi się nawinęło, pozostając w twardym postanowieniu odżywienia, podtuczenia i rozpieszczania Agaty. Ponieważ jednak brakowało mi doświadczenia, co chwilę wydzwaniałam, wyrywając ją ze snu i dopytując, czy dziecko będzie jadło to albo tamto. W końcu nie wytrzymała i nawrzeszczała do słuchawki, że jej syn to nie kosmita i je to samo, co my. Uwierzyłam z lekkim ociąganiem. Zakup fotelika także zmusił mnie do wykonania telefonu, bo okazało się, że należy znać wagę dziecka. – Dziewiętnaście kilo z kością – wywarczała Agata. Sprzedawca miał niezły ubaw, gdy bezmyślnie to powtórzyłam. Zawiozłam zakupy do domu, zmusiłam przyjaciółkę do zjedzenia twarożku ze szczypiorkiem, wychłeptałam ze trzy kawy, ogarnęłam chałupę, upichciłam obiad i obiecałam, że po południu zabiorę dziecko do parku. Agata nie była jeszcze na siłach. Dwa dni po wlewie zwykle znosiła najgorzej. Potem nieco się poprawiało. Marudziła coś o tym spacerze, bo świat pokrył pierwszy śnieg i należało malucha przewietrzyć, więc co mi tam. Uznałam, że to nie może być trudne. Park znajdował się rzut beretem od przedszkola, po drugiej stronie remontowanych torów kolejowych, doskonale widoczny spod drzwi placówki. Pamiętałam o upoważnieniu, miałam naszykowane drobniaki na bułę i w ogóle czułam się doskonale zorganizowana, przygotowana i pomocna. Dziecko po chwilowym wahaniu uwierzyło mi, że przyszłam po nie na zlecenie mamy, i zgodziło się ubrać. Odcierpiałam swoje w przedsionku spokojniej niż poprzedniego dnia, bo byłam już na to nastawiona. – Kupisz mi coś? – Usłyszałam. Ha! Nie uda mu się mnie zaskoczyć! Zaciągnęłam chłopca do cukierni. – Nie chcę ciastka – zameldował po kilku minutach kontemplacji wypieków. – A na co masz ochotę? – Na kabanoska. Cholera. Przeleciałam po osiedlu w poszukiwaniu sklepu i bohatersko dorwałam tego piekielnego kabanoska. Dziecko zjadło pół, a poobgryzaną resztę wepchnęło mi w rękę. – Zostawiłem trochę dla ciebie – oznajmiło z dumą. Podziękowałam, wyrzuciłam pod śmietnikiem dla zbłąkanego psa lub kota i poszliśmy do parku. Słońce skrzyło się na cienkiej warstwie śniegu. Złapał lekki mróz. Było przepięknie z zabielonymi konarami i gładkimi połaciami białego puchu na trawnikach. Te właśnie upatrzył sobie mój podopieczny, aby szerzyć na nich dzieło destrukcji. – Patrz, robię tory! Jestem pociąg! Ciuch, ciuuuch! I tak pociuchując, zaczął szurać po ośnieżonym trawniku. W mgnieniu oka wyżłobił w nieskazitelnej bieli ślady aż po burą zieleń zmarzniętej trawy. Patrzyłam zdegustowana. Mały wandal. Snułam się wolno alejką wzdłuż szyn kolejowych rytych dziecięcymi butami. Po chwili usłyszałam wołanie: – Ej, Edyta! Chodź! Będziesz wagonik! Co ja będę? Wagonik? Nie ma mowy! Absolutnie nie jest to możliwe! Jednak dziecko nie ustępowało. Darło się i darło, aż w końcu nie wytrzymałam. Lataliśmy w kółko jak szaleńcy, warcząc i ciuchając. Zryliśmy śnieg niczym stado zwariowanych kretów. Ono śmiało się do rozpuku, ja starałam się jakoś przetrwać, patrząc co chwilę na zegarek i licząc mijające minuty. W głowie powtarzałam na pociechę, że dzięki moim cierpieniom Agata odpoczywa. W końcu dziecko się zmęczyło i zarządziło czas na huśtawkę. Poszliśmy na plac zabaw. Oczyściłam siedzisko z bieli i wilgoci, żeby chłopiec nie odmroził sobie tyłka, i nastawiłam się na rytmiczne, nudnawe bujanie. W końcu znałam to z dzieciństwa. Tymczasem on miał inny plan. Postanowił urozmaicić mi czas atrakcyjną pogawędką. – A gdzie ty masz swojego synka? – Nie mam. – Niemożliwe. Każda duża pani ma synka. No chyba że córeczkę. Masz córeczkę? – Nie mam. – Dlaczego? – Bo nie mam męża. – Mama też nie ma męża. A ma synka. No i lipa. Robiło się coraz trudniej. Pokontemplowałam sielską, zimową dal, zebrałam się w sobie i wróciłam do rozmowy: – Bo twoja mama jest wyjątkowa. – No tak. A chłopaka masz? – Chłopaka? – No takiego pana, co cię kocha i przytula. – Nie. Twoja mama też przecież nie ma chłopaka. – Moja mama ma. Zdziwiłam się. – Kogo? – Mnie. Kiedy urosnę, to się z nią ożenię. Uśmiechnęłam się krzywo, opierając plecy o metalowy słupek. – Chyba ci się to nie uda. Synkowie nie żenią się z mamami. – Kłamiesz! – powiedział rozsierdzony, zerkając na mnie bykiem. – Nie będę się z tobą bawił! Nie lubisz mnie! – Zeskoczył z huśtawki i ruszył samotnie ścieżką w stronę wejścia do parku. Przez chwilę obserwowałam go spokojnie, stojąc dalej jak słup przy huśtawce. W sumie gdybym miała być tak absolutnie szczera, pasowało mi, że się oddala. Kiedy jednak minął zakręt i zniknął za drzewami, z miejsca szarpnął mną niepokój. Zginie gdzieś i za cholerę go nie znajdę! Nie mogę ryzykować. Pobiegłam za nim, wrzeszcząc: – Grzesiu! Grzesiu! Zaczekaj! Zatrzymał się w końcu i spojrzał na mnie kpiąco: – O, wiesz, jak mam na imię. – Oczywiście, że wiem. I lubię cię. – Nie lubisz. – Lubię. Ja tylko po prostu nie znam się na dzieciach – zwierzyłam się w akcie desperacji, bo zrobiło mi się głupio. Przez chwilę wyraźnie analizował moje słowa. – Rozumiem – powiedział wreszcie. – Nie znasz się, więc cię wszystkiego nauczę. – Złapał mnie za rękę i poszliśmy do samochodu. Przez weekend wracałam do równowagi, wychodząc z założenia, że skoro nie ma przedszkola, to nie będę Agacie potrzebna. Zakupy zrobiłam co najmniej na tydzień, nalepiłam im na zapas pierogów ze szpinakiem i uznałam, że jakkolwiek Agata będzie się czuła, jakoś ogarnie własne dziecko. Najwyżej nie pójdzie na spacer i któryś parkowy trawnik dłużej zachowa biel. Strata niewielka. Skupiłam się na własnych sprawach, czyli na kawie i książkach. Spragniona samotności, nawet na moment nie wychyliłam nosa z domu, chrzaniąc piękno zimowej pogody. W poniedziałek dzielnie odwaliłam poranne pikanie w przedszkolu i poleciałam na plotki. – Cały weekend mówił o tobie – narzekała Agata. – Myślałam, że oszaleję. – Mocno się skarżył? – spytałam nieco roztargniona. Walczyłam ze starym ekspresem, który przyniosłam do mieszkania przyjaciółki, nie mogąc znieść rozpuszczalnej lury. Stał u mnie nieużywany, od kiedy szarpnęłam się na luksus nowoczesnej, sterowanej elektronicznie maszyny do produkcji szczęścia. – Nawet nie. Chyba traktuje cię jak wyzwanie. – Cholernik zakamieniały – wysapałam. – Grześ? – zdziwiła się Agata. – Jaki Grześ? – Czyś ty zgłupiała już z braku kofeiny? Mój syn! Widziałaś go. Nawet dziś rano. Oderwałam się od próby poruszenia wrednej nakrętki od pojemnika na wodę i popatrzyłam nieprzytomnie. – Powtórz, bo nie daję rady. Chyba mózg mi nie nadąża za uszami. Agata parsknęła śmiechem. – Stwierdziłaś, że Grześ to cholernik i w dodatku zakamieniały. – Idiotka! – Popukałam się palcem w czoło i wróciłam do walki o kawę. – Ekspres zakamieniały. Daj mi chwilę. Zaraz go pokonam. Zaparłam się z całej siły. Nagle syknęło, nakrętka wystrzeliła jak korek w sylwestra i zgodnie z szampańskim zwyczajem potłukła żarówkę w zapalonej kuchennej lampie. Armatni huk wstrząsnął całym Widzewem. Agata bez słowa dała za wygraną i dopiero kiedy posprzątałam bałagan, użyłam zmaltretowanego ekspresu i wypiłam pół kubka siekiery, wróciła do tematu. – Grześ uważa, że jesteś dziwna, bo nie umiesz się bawić. Postanowił cię tego nauczyć. Podobno dzielnie, acz z wielkimi oporami robiłaś w parku za wagonik. – No. Nie miałam wyboru. Darł się tak, że ludzie się za nami oglądali. – Myślisz, że zostawi to trwałe ślady na twojej psychice? – Niewykluczone. Zniszczyliśmy kawał trawnika. – Dzisiaj też zamierzacie ryć w śniegu? – pytała. – A skąd ja mogę wiedzieć, co on wymyśli? Ty powinnaś przeczuwać. To twoje wariackie geny. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że masz wpływ na to, co będziecie robić? – Doprawdy? – rzuciłam z kpiną. – Tak – odpowiedziała Agata. – Wystarczy, że spróbujesz z nim rozmawiać jak z człowiekiem. Nie byłam przekonana, czy aby się ze mnie nie nabija. Około piętnastej weszłam do piekielnego przedszkolnego przedsionka z bohaterskim nastawieniem, że będę z Grzesiem rozmawiać. Wymyśliłam już nawet początek. Nie zawlokę go ani do cukierni, ani po kabanoska, tylko zwyczajnie spróbuję zapytać, na co ma ochotę. Jak człowieka. Bo to podobno jest człowiek. Więc niech mu tam. Przy wejściu stała znana mi już nauczycielka i od razu zaatakowała mnie tematem, który błąkał się po moich obu półkulach. – Czy mogłaby pani porozmawiać z Grzesiem? – Właśnie mam taki zamiar – powiedziałam z dumą, zastanawiając się, jak ona na to wpadła. – Skąd pani wie, w czym problem? – Jaki problem? Nie ma żadnego problemu. Jego matka twierdzi, że to też człowiek i idzie się z nim porozumieć. – Proszę pani… Oczywiście, że to człowiek i można się z nim porozumieć – sparafrazowała mnie z podziwu godnym spokojem jak ostatnią jełopę – ale nie pozwolę na to, żeby bił inne dzieci. Wlepiłam w nią zbaraniały wzrok zapewne średnio inteligentnie, więc poczuła się w obowiązku doprecyzować: – Szarpał dziś kolegę, a potem go popchnął. Sebek upadł i uderzył głową o krzesło. Stanowczo proszę o rozmowę z Grzesiem – zakończyła, lecz wkrótce, oceniając mnie widocznie nie najlepiej, dodała: – Albo przynajmniej proszę o przekazanie mojej prośby jego mamie. To mnie uruchomiło. Jakiej mamie? Nie ma potrzeby zawracać głowy Agacie! Powinna odpoczywać, a nie przejmować się głupotami. Spróbowałam przybrać myślący wyraz twarzy i spytałam, wreszcie do rzeczy, spokojnym głosem: – Czy tamtemu chłopcu coś się stało? – Wystraszył się i popłakał. – Dobrze, dziękuję za informację. Oczywiście porozmawiam z Grzesiem o tej sprawie. Odczekałam cierpliwie standardową akcję – ubieranie, toaleta i ponowne ubieranie – aż wreszcie wyszliśmy z dusznego piekła na rześki, zimowy świat. – Na co masz dziś ochotę? – spytałam zgodnie z planem. – Możemy iść na ciacho albo po kabanoska. – A po malowankę? – Jaką malowankę? – Z psami. Najbardziej bym chciał z Psiego patrolu. Znasz? – Nie. – To taka bajka. Mogę ci pokazać w domu. Moja ulubiona. Zastanowiłam się, co powinnam zrobić i jak na moim miejscu zachowałaby się Agata. Przypomniałam sobie, że przecież rozmawiam z człowiekiem, więc z pewnością damy radę ustalić logiczną kolejność wydarzeń. – Pójdziemy po tę malowankę i chętnie obejrzę z tobą bajkę, tylko najpierw musimy pogadać. Zapraszam do samochodu. Usiedliśmy w toyocie. Było względnie cicho i mróz nie urywał zadków. Kazałam chłopcu się umościć na przednim siedzeniu pasażera, bo przypływ geniuszu podsunął mi myśl, że tak będzie łatwiej o pomocny w porozumieniu kontakt wzrokowy. Mój rozmówca niespodziewanie uznał to za nobilitację. Zapunktowałam. – Dlaczego pobiłeś Sebka? – zaatakowałam, nie tracąc czasu. – Bo to głupek – padła odpowiedź. – Dlaczego tak uważasz? – Wnerwił mnie okropnie. To potrafiłam zrozumieć. – A wiesz, że nie wolno nikogo bić, nawet gdy cię mocno wnerwi? – Wiem. – Więc dlaczego to zrobiłeś? – Bo mnie wnerwił. W sumie jasna sprawa. Nawet mu się specjalnie nie dziwiłam. Odpowiedź była wyczerpująca. Zdarzało mi się działać podobnie, choć bez przemocy fizycznej. – Wiesz, mnie też ludzie czasem wnerwiają i też nie zawsze wytrzymuję. – Bijesz ich? – spytał z zaciekawieniem. – Bardzo się staram, żeby tego nie robić. Za to psioczę pod nosem. – Co to znaczy? – Gadam sobie coś w złości, żeby się uspokoić. – Dupa, dupa, dupa? Zaśmiałam się, niepewna, czy nie powinnam go skarcić. – No, dokładnie. Albo: cholera, cholera, cholera. Teraz i on się śmiał. – To pomaga? – Nie zawsze. Ale na pewno jest lepsze od bicia, bo nie robisz nikomu krzywdy. Spojrzał na mnie bezradnie i rozpłakał się, mówiąc: – Ja naprawdę nie chciałem mu zrobić krzywdy. – Wiem, Grzesiu… – powiedziałam i po raz pierwszy go przytuliłam. To było dla mnie niecodzienne i zupełnie zaskakujące doznanie. Zadziałałam odruchowo, w sumie nie zastanawiając się. Był ciepły, miękki i idealnie dopasował się do moich ramion. Czułam, jak jego jasne włosy delikatnie łaskoczą mnie w szyję i w brodę. Pachniały szamponem zmieszanym z przedszkolnym obiadem i chyba po prostu dzieckiem. Całe zdarzenie odebrałam jako wyjątkowo przyjemne. Nie przeszkadzało mi nawet to, że się przy tym łkaniu usmarkał. Utulonego chłopca poprosiłam, żeby przesiadł się do tyłu i zapiął pas. Ruszyłam w kierunku księgarni, by kupić obiecaną malowankę. Dopiero na światłach na rogu Piłsudskiego i Niciarnianej uświadomiłam sobie, że nie wszystko zostało wyjaśnione. – Grzesiu, proszę, powiedz mi – rzuciłam, zerkając na niego w lusterku – czym cię ten Sebek tak wnerwił? – A nie powiesz mamie? – Nie powiem. To będzie nasza tajemnica. – Powiedział, że jesteś wredna – poinformował konspiracyjnym szeptem. – Dlaczego? – zdumiałam się. – Bo rude baby to wredne czarownice. Tak mówi jego tata. Musiałem cię bronić. Przecież ty taka nie jesteś. Wzruszyłam się. Bardzo. Zupełnie jak nie ja. Przecież się nie rozklejam od byle czego. Jakby mnie popsuł czy co? Całą drogę do księgarni walczyłam w ciszy z rosnącą w gardle gulą. Rozdział 6 Przez kolejne tygodnie codziennie zawoziłam Grzesia rano do przedszkola, a po południu zabierałam go na spacer, do kina, na sanki czy gdzie tam nas poniosło. Agata w tym czasie mobilizowała siły na wieczory, kiedy to oddawałam jej syna do wyłącznego użytkowania. Spędzanie z nim czasu nie było już tak stresujące i krępujące, jak na początku. Łapałam się na tym, że odbieram je wręcz za naturalne i przyjemne. Robiłam to nie tylko dla Agaty, lecz także dla niego. Nauczyłam się, jak rozumieć go i myśleć dziecięcymi kategoriami. Ciągle jednak potrafił mnie zaskakiwać. Któregoś dnia wracaliśmy ze wspólnych zakupów, kiedy nagle oświadczył: – Tylko nie myśl, że lubię cię dlatego, bo mnie rozpuszczasz. – Ja cię rozpuszczam? – No. Kupujesz mi różne rzeczy, które wcale nie są takie potrzebne. – I to jest rozpuszczanie? – Tak. Bo gdy tylko czegoś chcę, od razu mi to dajesz. Tak się nie wychowuje dzieci. Stropiłam się. – Myślisz, że nie powinnam tego robić? – Możesz nadal mnie rozpuszczać, bo ja wiem, że nie to jest najważniejsze. I nie dlatego cię lubię. – A co jest najważniejsze? – Życie i kochanie. Tak powiedziała mi mama. Jest ważniejsze nawet od ciastek i miliona złotych. – To za co mnie lubisz? – spytałam zagubiona, bo miałam wrażenie, że poza ciastkami i kabanoskami dostaje ode mnie niewiele. Niemal natychmiast padła odpowiedź: – Za to, że ze mną jesteś. Nowy rok przyszedł niepostrzeżenie. Po cichych i spokojnych świętach, podczas których unikałam spotkania z ojcem, zostały jedynie lekko przybrudzone i wystrzępione uliczne ozdoby. Od dziecka nie lubiłam gwiazdkowej atmosfery i nie przeszkadzało mi, że te dni przepłynęły bez echa. Agata w sylwestra zaliczyła ostatni wlew chemii. Tym samym udało nam się dość symbolicznie zakończyć etap choroby i przejść do fazy nadziei na zdrowie. To było ważne dla nas obu i bardzo chciałyśmy wierzyć, że oznacza zmianę na lepsze. Wprawdzie w kilka godzin po zabiegu nie nadawała się zupełnie do upojnej, nocnej zabawy, jednakże rozwiesiliśmy z Grzesiem balony w mieszkaniu, kupiliśmy mnóstwo zimnych ogni i cukierków, po czym cały wieczór graliśmy w planszówki, które dostał ode mnie pod choinkę. Agata drzemała na łóżku. Staraliśmy się jej nie przeszkadzać. Przed północą obudziła się, kazała mi nalać do trzech lampek słabej herbaty i obiecała uroczyście, że od tej pory zaczyna zapuszczać nowy warkocz i wkracza na drogę optymizmu. Dwa dni później oznajmiła, że jest świetnie, ma mnóstwo sił i sama może zaprowadzić Grzesia do przedszkola. Niespodziewanie rozczarowało mnie to i rozeźliło. Irracjonalnie uznałam, że nie jestem jej już do niczego potrzebna, i postanowiłam ostatnie dni przed powrotem do pracy spędzić w górach. Zaklepałam ulubioną miejscówkę w Kościelisku i zabrałam się do pakowania walizki. Zadzwoniła około piętnastej. – Słuchaj, on nie chce wyjść z przedszkola bez ciebie. – Kto? – Jak to kto? Przecież nie Kaczor Donald! Grześ nie chce! – Dlaczego? – Diabli wiedzą. Strzelił focha i nie gada ze mną. Rozpaprałaś go. – Dobra, daj małego do telefonu – mruknęłam, starannie maskując uciechę. Podała Grzesiowi aparat, trochę zbulwersowana, a trochę rozbawiona sytuacją. Po chwili usłyszałam bąknięte obrażonym tonem: – Cześć, to ja. – Cześć, a to ja. – Wiem. Przecież dzwonię do ciebie. – Dlaczego nie wychodzisz z mamą z przedszkola? – Od razu przeszłam do rzeczy. – Bo chce mnie strasznie skrzywdzić. – W jaki sposób? – Chce mnie zabrać do dentysty. – A ty się boisz? – No co ty? Ja się niczego nie boję. Po prostu nie mam ochoty. Oczywiście. Dlaczego mnie to nie zdziwiło? – A na co masz ochotę? – Żeby iść na spacer. Z tobą. I na żelki dżdżownice. – Jeśli ci przywiozę te żelki, to pójdziesz do dentysty? – A spacer też będzie? – Tak, ale we trójkę. Nie zostawimy przecież mamy. Mój rozmówca przez chwilę odpalał w głowie kalkulator zysków i strat. W końcu powiedział: – Czekam z mamą pod przedszkolem. Ochoczo przełożyłam noclegi w Kościelisku o jedną noc, kupiłam dżdżownice i pojechałam po nich. Dentysta okazał się konieczny, bo pierwszy stały ząb rósł dramatycznie krzywo, a jego poprzednik za diabły nie chciał ustąpić mu miejsca. Grześ po przeprowadzeniu ze mną handlu wymiennego zniósł stomatologiczną gehennę bohatersko. – Przyznajcie, że byłem dzielny. Najdzielniejszy! – domagał się pochwał, prezentując światu puste miejsce po utraconym mleczaku. – Oczywiście! Mało tego, uważam, że należy ci się nagroda. Prawda? – Spojrzałam na Agatę wymownie, choć z góry wiedziałam, że się zgodzi. – A co byś chciał dostać? – spytała syna. Szliśmy powoli Piotrkowską, korzystając ze szczególnego dobrodziejstwa zimowego słońca i z całkiem niezłego już samopoczucia Agaty. Grześ rozradowany tą zwyczajnością rodzinnego spaceru, ostatnio niecodzienną, podskakiwał między nami, trzymając nas obie za ręce. Jednak usłyszawszy ostatnie pytanie, stanął w miejscu i najpoważniej w świecie odparł: – Psa. Łypnęłam na Agatę. To nie był dobry pomysł. Ich małe mieszkanko i wciąż wątpliwy stan zdrowia mojej przyjaciółki nie pozwalały o sobie zapomnieć. Konsternacja nie trwała dłużej niż trzy psie szczeknięcia. – Oj, dziewczyny, dziewczyny… Przecież nie mówię o takim psie na prawdziwo. Ja chcę tego psa! – Pociągnął nas za ręce do witryny sklepu z zabawkami, gdzie na pierwszym planie leżał wygodnie niczym król życia paskudny, rudy i kudłaty pluszowy pies. – Na pewno to ma być właśnie ten? – zapytałam. – Wejdźmy. Może spodoba ci się coś innego. – Nie chcę innego. Chcę tylko jego. Poza tym powinnaś się cieszyć, bo on jest podobny do ciebie. Trochę mnie zatkało, ale jasne, no pewnie, że się ucieszyłam. Taki pies, co jest podobny do mnie, nie może dużo kosztować. Faktycznie, nie puścił nas z torbami. W ramionach Grzesia prezentował się nader gustownie. Chłopiec oglądał go z każdej możliwej strony. – O, i ma kieszonkę na brzuszku! Zobaczcie! Kiedyś schowam tu skarb, gdy już go będę miał. – Jak pluszakowi dasz na imię? – Pan Pies. Agata przyjęła to ze spokojem. Znała przecież pomysły syna nie od dziś. Dla mnie tok myślenia sześciolatka był, mimo wszystko, ciągle jeszcze nowością. – Jak to Pan Pies? Nie może się nazywać po prostu Pies! To tak, jakbyś ty się nazywał Człowiek. Ty Człowiek i ja Człowiek. Okropnie by się wszystkim myliło. – Ale ty jesteś Edyta, a nie żaden Człowiek. A ja jestem Grześ. To jest Pan Pies i koniec dyskusji – powiedział stanowczo Grześ-nie-Człowiek i nieco obrażony ruszył przodem z kudłatym, rudym ciężarem w ramionach. Agata śmiała się z nas całe popołudnie. Po namyśle uznałam tę jej nieokiełznaną, beztroską uciechę za największy sukces tego popołudnia. No i Pana Psa oczywiście. Kilka dni później po krótkim resecie w Kościelisku poczułam, że jestem w formie i dalsze miganie się od roboty nie ma sensu. Na oblodzonych szlakach zrzuciłam z siebie stres i czułam się jak nowo narodzona. Wróciłam do banku z przyjemnością. Kończyłam przerwane warsztaty w jednej z placówek w centrum Łodzi. Sprawiało mi to przyjemność. Któregoś dnia ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że nie chciałabym już pracować w okienku. Szkolenie ludzi i obserwacja poprawy ich wyników dawały mi ogromną satysfakcję. Oczywiście zdarzały się trudne momenty. Nie zawsze ze wszystkimi łapałam dobry kontakt i nie z każdym umiałam się od pierwszego razu dogadać, jednak to chyba normalna ludzka sprawa, a nie kwestia mojego dziwactwa. Kilka wieczorów w tygodniu spędzałam z Agatą i Grzesiem. Robiliśmy całkiem zwyczajne rzeczy: chodziliśmy do parku, na zakupy, do zoo czy do kina, oglądaliśmy telewizję, graliśmy w karty i planszówki, czasem zabierałam ich do jakiegoś muzeum albo na wycieczkę za miasto. Z Agatą rozumiałyśmy się niemal bez słów, tak samo jak wtedy, gdy jako dziewczynki powierzałyśmy sobie najgłębsze sekrety. To niezwykłe uczucie znowu mieć kogoś tak blisko, znów czuć się ważnym. Grześ był dla mnie przedłużeniem Agaty. Traktowałam go jak jej nieodłączną część. Stanowili dla mnie nierozerwalną jedność. Był pierwszym dzieckiem, które nie odgrywało dla mnie wyłącznie roli tła. I to tła uciążliwego. Przez tych kilka miesięcy nauczyłam się o nim znacznie więcej niż o własnych bratankach przez wszystkie lata. Znacznie częściej niż kiedykolwiek wcześniej spotykałam się też z Wojtkiem. Nie wiem nawet, z czyjej inicjatywy. Czy to on sam z siebie, czy ja go czymś zachęciłam? Wpadał do mnie jak po ogień i gadaliśmy głównie o pracy. Wypijał kawę, a potem pędził do własnych spraw. Nie opowiadał o rodzinie. Chyba zdawał sobie sprawę, że nigdy mnie nie interesowała. Nie oczekiwał tego ode mnie ani nie miał żalu. On też raczej nie zagłębiał się w moje prywatne sekrety. Balansowaliśmy w naszych relacjach po bezpiecznej tafli, bojąc się zanurkować w głębinę i dostrzec więcej. W naturalny sposób był obecny w moim życiu i to się liczyło znacznie bardziej niż te wszystkie wymuszone kontakty przez ostatnie lata. Comiesięczne spotkania rodzinne w jego domu znosiłam z większą łatwością niż dawniej. Udawało mi się czasem zamieniać po kilka niezobowiązujących zdań z Marzeną lub ojcem bez poczucia, że za chwilę się uduszę. Odbywaliśmy tylko puste rozmowy, jednak nie siedziałam już jak tępa, milcząca kłoda. Ciotka zniknęła i nikt nie poruszał jej tematu. Jolkę ojciec wymienił na inną, prawie taką samą. Berenikę nie Berenikę. Jakoś tak. Znów tylko na moment, więc szkoda pamięci, żeby kodować przelotną obecność. Moja dawna samotność, z determinacją broniona i tak zachwalana, wydawała mi się teraz wręcz niedorzeczna. Spotkanie Agaty i wspólne przeżycie choroby otworzyło we mnie dawno pozamykane drzwi. Oczywiście nie oznacza to, że zadekowany w chaszczach dzikus przepoczwarzył się w wielbiącego świat ekstrawertyka. Nadal lubiłam zapadać się w ulubionym fotelu z kawą i książką, ale przecież nie każdego dnia. Wystarczyło od czasu do czasu. Z jednej strony mnie to cieszyło, a z drugiej utrzymywało w stanie permanentnego czuwania wrodzone poczucie zagrożenia. Rozdział 7 Zima mijała i nikt jej specjalnie nie żałował. Niby nie była zła, jednak wciąż trzymała w napięciu, bo nie pozwalała zapomnieć o chorobie. Na liście spraw zasadniczych nieustannie podkreślała dwa wielkie znaki zapytania – mój i Agaty. Wreszcie przedszkolaki z grupy Grzesia uroczyście utopiły marzannę w pobliskim bajorku. Dzięki temu świat z wolna ogarnęło pierwsze nieśmiałe tchnienie wiosny. Siedziałyśmy z Agatą na ławce przed szpitalem i nerwowo obgryzałyśmy paznokcie. Było za wcześnie. Musiałyśmy czekać, a rozmowa się nie kleiła. Bez zainteresowania śledziłyśmy wzrokiem coraz liczniejsze samochody zapełniające szpitalny parking. Wskazówka na moim zegarku lazła ospale jak zdychająca jaszczurka. Pomyślałam, że to niemożliwe, i złapałam Agatę za przegub. Do kitu. Jej zegarek pokazywał to samo. Westchnęłam zrezygnowana. Ona także, komicznie mnie przy tym parodiując. Dla zabicia czasu wróciłyśmy do pustej, niemrawej dysputy o niczym. W ostatnich dniach obie wykonałyśmy wszystkie niezbędne badania kontrolne i przyszedł termin na odebranie wyników. Od nich zależało nasze dalsze życie i samopoczucie. W tym momencie były dla nas sprawą fundamentalną. Dlatego czekanie wydawało się taką katorgą, szczególnie że żadna z nas nie grzeszyła cierpliwością. Jak to jednak bywa, w końcu jaszczurka dolazła, gdzie trzeba, o dziwo ciągle żyjąc, wrota szpitala stanęły otworem, my zaś rzuciłyśmy się do rejestracji, a potem odstać swoje przed wizytą, każda do innego lekarza. Onkolog pogrzebał energicznie w stosie papierów składających się na moją historię choroby, uśmiechnął się szeroko i zakomunikował: – Fantastycznie. Jeden zero dla pani. Gratuluję i zapraszam na kontrolę za pół roku. – Jestem zdrowa? – wydusiłam z powątpiewaniem. – Jest pan pewien? – Proszę mi wierzyć. Szukałem, jak tylko mogłem, i nic niepokojącego w pani nie siedzi. Z morfologii wynika tylko lekka anemia. Proszę dbać o siebie, jeść zdrowo, korzystać ze świeżego powietrza i łykać witaminy. – Nabazgrał hieroglifami jakąś receptę, zebrał papiery w teczkę, zamknął ją, podał mi i wyciągnął do mnie rękę. – Dziękuję – zdołałam wysapać, po czym złapałam zachłannie dokumenty, uścisnęłam jego dłoń i na miękkich nogach wyszłam na korytarz. Ulga, jaką odczułam, pozbawiła mnie sił i zafundowała ostrą karuzelę pod czaszką. Z mroczkami przed oczami dotarłam do krzesła i ciężko na nie opadłam. Usiłując odzyskać panowanie nad własnym organizmem, czekałam na Agatę. Po kilku minutach wypadła z gabinetu obok z taką energią, że mało nie wyrwała drzwi z zawiasów. Trzymała identyczną teczkę jak ja. Rozejrzała się lekko nieprzytomnym wzrokiem i rzuciła się w moją stronę. – Gadaj! – zakomenderowała, gdy tylko zdołała klapnąć na krześle obok. – Jestem czysta – odpowiedziałam, intensywnie badając wzrokiem jej twarz. Podniosła oczy. – Ja też – oznajmiła cicho, jakby nagle opadła z sił. Zaczęła beczeć. Szlochałyśmy i smarkałyśmy w duecie, póki nie zeszło z nas całe napięcie, zanim nie spłynęła na nas jasna i prosta konkluzja: jest wiosna, świat wypiękniał, a my wyzdrowiałyśmy. Życie przed nami! – Będziemy dzisiaj pić – zdecydowała nagle, kiedy już jako tako wróciłyśmy do równowagi. – Jak to pić? – zdziwiłam się, bo żadna z nas nie tykała alkoholu. – Normalnie. Trzeba to opić. Nie dyskutuj ze mną. Spijemy się jak bąki. Wieczorem, po odwaleniu wszystkich obowiązków, usiadłyśmy u niej w domu nad wielkim kawałem sernika oraz butlą wina i przystąpiłyśmy do świętowania. Grześ po uszczknięciu swojej porcji ciasta oddalił się w celu zbudowania dla Pana Psa budy z klocków. Pożyczył mój telefon, bo znalazł na YouTubie jakiś filmik instruktażowy i koniecznie musiał z niego korzystać w swoim pokoju, gdzie nie było komputera. Komórki chwilowo nie potrzebowałam. Wolałam pojemny kieliszek. Z każdą godziną robiło się coraz weselej. Otrzymane w szpitalu teczki leżały na honorowym miejscu na środku stołu. Trunek topniał w butelce, a nam szumiało w głowach. Popadłyśmy w nastrój zdecydowanie frywolny i ruszyłyśmy w tany przy hitach lat dziewięćdziesiątych. Grześ co jakiś czas zaglądał do nas z niepokojem, a ponieważ za każdym razem rzucałyśmy się na niego, żeby go wyściskać i wycałować z pijackim wrzaskiem „Nasz mały mężczyznaaa!”, uciekał najszybciej, jak tylko mógł, i bunkrował się w swoim pokoju. Było głośno, wesoło i bardzo imprezowo. W hałasie, którego narobiłyśmy, całkowicie umknęły nam dźwięki cichej rozmowy, którą odbył Grześ. Tymczasem gdy w butelce widniało już dno, do drzwi wejściowych ktoś załomotał. Zamarłyśmy na ułamek sekundy, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem. – Zobacz, Agata, jakiś dobry duch pewnie przyniósł nam nową flaszkę – wymamrotałam, gdy tarabaniła się niezgrabnie do przedpokoju, żeby wpuścić potencjalnego darczyńcę. Otworzyła i zbaraniała. W drzwiach stał mocno wkurzony Wojtek. – A… Agata? – zająknął się, jakby to on był na rauszu, jednak szybko się opanował. – Co wy wyprawiacie? – palnął i wtargnął do środka, nie pytając o zgodę. Ona zaś oparła się ciężko o ścianę i z udawaną złością zaczęła go obsobaczać: – Nie widzieliśmy się od lat i nagle przyłazisz tu bez butelki wina w garści? Wstyd, panie krawaciarzu! – Jesteście pijane? – spytał głupio, jakby nie było tego widać. – A jak? Zabronisz nam? Jesteśmy dorosłe! Obie! – krzyczałam z głębi mieszkania, nie mając zamiaru powiększać tłoku w ciasnym przedpokoju. – Gdzie wycyganiłeś mój adres? – dołożyła Agata. – Dostałem od jakiegoś dziecka – tłumaczył skonsternowany. Zaczął na zmianę przyglądać się jej i lustrować pokój. – Rozmawiałem z nim przez twój telefon – dodał, wskazując mnie oskarżycielsko palcem. Grześ, który najwyraźniej podsłuchiwał pod swoimi drzwiami, nagle zmaterializował się tuż przy intruzie i zasugerował niewinnym głosem: – Czy może pan im coś powiedzieć? Chyba zwariowały przez te teczki. – Machnął małą, zdradziecką ręką w kierunku dokumentów. Zamurowało nas. Tymczasem Wojtek bez słowa podszedł do stołu, capnął dokumenty i zaczął je studiować. Niby wiedziałam, że to nie jego sprawa – mogłam mu to nawet w każdej chwili wygarnąć – a jednak czułam się dziwnie winna. Dokładnie tak, jak wtedy, kiedy w szóstej klasie wychowawca przyłapał nas na paleniu fajek przy szkolnym boisku. Stałyśmy skruszone, w milczeniu, lekko się chwiejąc. Mały donosiciel także czekał bezdźwięcznie na to, aż gość zakończy lekturę. Po paru minutach Wojtek ogarnął wiedzę medyczną i zdołał ją zrozumieć. Odłożył dokumenty na stół, popatrzył w przestrzeń i dokonał trafnego oraz wyczerpującego podsumowania: – Kurwa mać!!! – Nie przy dziecku! – wrzasnęłyśmy jednocześnie. – Spoko – wymsknęło się zachwyconemu Grzesiowi. – Sebek mówi gorsze rzeczy. Przelotnie pomyślałam, że może trzeba zainteresować się, kim jest ów Sebek. Tymczasem Wojtek sprawdził, że butelka jest opróżniona, wybadał barek, wyraźnie ciesząc się, że zieje pustką, i zrobił nam po kubku kawy. Następnie, już całkowicie opanowany, podszedł pod drzwi i rzucił obojętnym tonem: – Jeśli jeszcze kiedyś ukryjesz przede mną coś takiego, to zwyczajnie cię spiorę. – Phi… – zaczęłam. Przerwał mi zdecydowanie, mówiąc tym razem do Agaty: – I ciebie przy okazji też. – Trzasnął drzwiami i zniknął. Zapadła cisza. Obie nieco zażenowane sytuacją trwałyśmy przez jakiś czas w przymulonym bezruchu. Miałam wrażenie większego obsobaczenia, niż gdyby na mnie nawrzeszczał. Moja przyjaciółka chyba też. – On jednak ma klasę. Pomijam prezencję. Dlaczego ja go w szkole nie poderwałam? – przerwała milczenie. – Bo miał pryszcze – podpowiedziałam zgodnie z prawdą. – No miał. Za to teraz… Trochę szkoda, mimo wszystko. Przypomniałyśmy sobie o Grzesiu. Mały zdrajca zerknął na nas groźnie i oświadczył: – No właśnie. Spokój ma być! Bo ja też was spiorę! – Odwrócił się w miejscu i zniknął za drzwiami swojego pokoju. Rozdział 8 Jakiś czas później już po Wielkanocy niespodziewanie wpadł do mnie Wojtek. Od pamiętnego pijackiego wybryku widzieliśmy się po raz pierwszy bez asysty reszty rodziny. – Pamiętaj, że wtedy mówiłem poważnie – podkreślił jeszcze w progu. – Dobra, dobra – zakpiłam. – Kawy chcesz? – Zrób i siadaj, bo mamy do pogadania. Cholera. Co znowu? Przecież przyjęłam do wiadomości, że się przejął i że mam być grzeczna, a szkolenia odwalałam potulnie i bez szemrania, jak sobie życzył. Naprawdę nie miał się o co czepiać. – Mów. Byle szybko. Miejmy to za sobą. – Czego się jeżysz? Mam dla ciebie niespodziankę. – Nie cierpię niespodzianek. – A to pech – zaśmiał się. – Dla tej możesz zrobić wyjątek. Dostałaś misję specjalną. – Że co? – spytałam, stawiając przed nim kubek. – Daleko, daleko stąd… – zaczął. – Za górami, za lasami – podpowiedziałam. – No mniej więcej – zgodził się. – Teraz na serio. Jest jedna nasza placówka, całkiem mała, z najsłabszymi w kraju wynikami. Nawet nie to, że ludzie tam są do kitu, tylko nie ma kto wziąć ich za pysk i odpowiednio ustawić, zmotywować i udowodnić im, że potrafią. Ty możesz tego dokonać. Spodziewałam się czegoś takiego. Za długo było spokojnie. Z budzącą się we mnie rezerwą zapytałam: – Gdzie to jest? – Wiesz, jeśli się tego nie podejmiesz, ta placówka padnie. – Gdzie? – I ludzie stracą robotę. – Gdzie, do cholery?! – W Świnoujściu – oznajmił ze stoickim spokojem i po chwili złapał w panice książkę, którą w niego rzuciłam, bo akurat tylko ją miałam pod ręką. – Sfiksowałeś – oznajmiłam. – Dlaczego? Wiem, że to nie zbocza Zawratu, których się domagałaś, ale tam są pagórki i klify. Spodoba ci się. Lubisz, gdy jest wysoko. – Jasne. Prawie Karakorum. – I uratujesz kilka osób przed tułaczką na bezrobociu – mądrował, jakby na wszystko miał odpowiedź. – Może im to wyjdzie na zdrowie. Znajdą coś lepszego. Nadal uważam, że korporacja to zło. – Przyda ci się wyjazd. – W styczniu byłam w Kościelisku i to mi wystarczy. – Złapiesz dystans. – Mam dystans. Aż za duży. – Dasz Agacie trochę od siebie odpocząć, bo chyba nie umiesz już bez niej żyć. Uzależniłaś się – palnął wreszcie, wiedząc, że grzmotnie w sedno. I tu mnie miał. Cholera, przecież wiedziałam, chociaż starałam się o tym nie myśleć. W ogóle o wszystkim starałam się myśleć jak najmniej. Spojrzałam na niego z mordem w oczach i stwierdziłam z rezygnacją: – Poddaję się. – Brawo – pochwalił mój najdroższy brat. – Łatwo poszło. Czas na szczegóły. Pokazał mi dokumentację i roztoczył wizję pełnej swobody. Placówka składała się ledwie z kilku pracowników, chwilowo funkcjonowała bez szefa, zatem całe dowództwo spadłoby na mnie. Miałam ich wytresować, odwalając przy okazji krótkie szkolenia w pobliskich miejscowościach. Dostałam na to pół roku. Sześć długich miesięcy na wygnaniu, hen na dalekiej północy pod niemiecką granicą. – Weź pod uwagę, że tam jest świetny klimat. Dużo jodu i zieleni. Możesz chodzić na spacery. Podobno masz anemię. Szybciej dojdziesz do siebie. – Goń się – wyburczałam. – Rozumiem, że pojedziesz? – Mówię ci, goń się. – Zajmiesz kwaterę w bardzo sympatycznej willi. Dostaniesz pokój z łazienką, darmowym wi-fi, dostępem do kuchni i wszystkim, co tam chcesz – uzupełnił moją wiedzę, powoli szykując się do wyjścia i wreszcie, już w progu, zadowolony dodał: – Wyjeżdżasz zaraz po majówce. Umiałam się spakować na tydzień. Na upartego – na dwa. A na tak długo? Kompletnie nie wiedziałam, co zabrać, więc gromadziłam rupiecie bez ładu i składu, wrzucając do walizek, co popadnie. Przede wszystkim laptop, zapas książek i ekspres do kawy. Wiedziałam, że bez ekspresu się z Łodzi nie ruszę. Pomknęłam z toyotą do przeglądu, by mieć pewność, że da radę mnie dowieźć na koniec świata, i popłaciłam wszystkie rachunki na sześć miesięcy z góry, żeby potem nie zawracać sobie tym głowy. Na koniec zostało spotkanie z Agatą i Grzesiem. To przez nich uległam Wojtkowi. Miał rację. Potrzebowałam dystansu. Oboje powoli stawali się osią mojego życia. Obudziło to we mnie głęboko zakotwiczone poczucie zagrożenia. Potrzebowałam ich znacznie bardziej niż oni mnie. Byłam tego pewna. Takich sytuacji od dziecka bałam się panicznie. Już raz to przerabiałam. Zabrali mi Agatę i nie umiałam przejść nad tym do porządku dziennego. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie dopuściłam nikogo do siebie tak blisko. Za nic nie chciałam powtórki z rozrywki. Przecież Agata już nie choruje, w dodatku oni są we dwoje, a ja jedna. Nie analizowałam. Postanowiłam działać. Przez sześć miesięcy zdążę nauczyć się na nowo samodzielności i uniezależnię się od nich. Od Wojtka też, bo ostatnio zrobił się zbyt braterski i bliski. W ogóle uwolnię się od wszystkich i od wszystkiego. Może to dobry pomysł. Jadę i już! Ostatniego wieczoru przed ekspedycją wybrałam się na wizytę pożegnalną z wielką paką łakoci jako łapówką. – Nie chcę twoich ciastek – oświadczył Grześ. – Dlaczego? – Nie będziesz na moich urodzinach. Powiało ciężką obrazą, aż zrobiło mi się głupio. – Przyślę ci prezent. – Usiłowałam go udobruchać. – To nie to samo. – A ty mi wyślesz mailem zdjęcie tortu. – Po co? Zdjęcia nie zjesz! – Możemy rozmawiać przez telefon. Tu pojawiła się szansa. Rybka złapała haczyk. – Kiedy? – A kiedy będziesz chciał? Przez chwilę głęboko dumał nad odpowiedzią. – W sobotę. Chcę w sobotę, bo wtedy nie ma przedszkola ani pracy i można długo gadać. – Zgoda. Może być w sobotę. – Zawsze? – Oczywiście. – A ile będzie tych sobót? Policzyłam szybko. – Jakieś dwadzieścia pięć. – Strasznie dużo – zmartwił się. – Pomyśl, ile rzeczy zdążysz mi opowiedzieć – przekonywałam go. – Poza tym mam do ciebie wielką prośbę. – Jaką? – Zaopiekuj się mamą i Panem Psem, kiedy mnie nie będzie. – Luzik. To się da załatwić. Tylko kto zaopiekuje się tobą? Zrobiło się smutno. Pozwoliłam sobie na smętną refleksję. – Chyba nikt – prorokowałam z głęboką wiarą we własne słowa. – Nie przejmuj się – rzucił z powagą, szybko znajdując rozwiązanie. – Po prostu musisz tam od razu kogoś poszukać. Nie doceniłam wtedy jego smutku. Nie myślałam, co może oznaczać. Przecież przed tym właśnie uciekałam. Chciałam czuć jak najmniej i żadnych emocji nie definiować. Sądziłam, że tak jest lepiej, nie wnikając, czy to aby nie egoizm, czy kogoś przypadkiem nie zranię. Nie obchodziło mnie to. Niby coś we mnie drgnęło, jednak wciąż jeszcze niewiele mnie obchodziło. Jak ślepy osioł nie dostrzegałam, że zachowuję się jak ojciec. Uparcie tkwiłam w przekonaniu, że wszystko, co w moim życiu złe, jest jego winą, bo nigdy mnie nie kochał. Przez niego musiałam bronić się przed resztą świata. Było późne majowe popołudnie. Po pokonaniu ponad pięciuset kilometrów w wiosennym upale padałam na pysk. Moja mała, dzielna toyota ledwo zipała. Nie nawykła do tak długich wycieczek. Świeciła mi już z pretensją różnymi kontrolkami. Olewałam to dokumentnie, czując, że meta jest blisko. W Wolinie przetoczyłam się przez most i pierwszy raz w życiu znalazłam się na wyspie. Nawet mnie to nieco wzruszyło. Może to nie palmy na środku Pacyfiku, jednak trzeba przyznać, że okolica okazała się malownicza. Z prawej cały czas widziałam wodę – ni to rzekę, ni jezioro. Poruszała się niemrawo. Ja też jechałam wolno, bo zwyczajnie miałam dość podróży. Po mniej więcej dziesięciu kilometrach załapałam, że jadę za bardzo na północ i jeśli tak dalej pójdzie, wyląduję w Międzywodziu albo nawet wprost w Bałtyku. Zawróciłam, żeby nie kombinować, a po powrocie do Wolina wypatrzyłam właściwą trasę. Miejscami wiodła przez las, który pysznił się rozszalałą feerią wiosennych odcieni zieleni. Skarciłam się w duchu za to, że wyjeżdżając w pośpiechu, nie uzbroiłam się w wiedzę geograficzną i historyczną o okolicy. Kołatały mi jakieś obrazy wikingów urządzających tu swoje bazy wypadowe i Bolesława Krzywoustego w szale radości po zdobyciu Pomorza. Kojarzyłam wielki głaz narzutowy, który nie wiadomo skąd się wziął, i stojącego na nim dumnie monarchę odbierającego defiladę floty pomorskiej. Szczegóły jednak poumykały. Postanowiłam zatem, że gdy dojadę, zrobię użytek z zapakowanego do walizki laptopa i z obiecanego przez Wojtka wi-fi. Poza tym będę przecież mieć dużo czasu. Mam pracować i odpoczywać, więc już zacierałam ręce na myszkowanie po okolicznych muzeach i archiwach miejskich. Przedarłam się przez przeprawę przy Karsiborze. Przed wyjazdem Wojtek straszył mnie korkami i godzinami stania, a tu niespodzianka: dwadzieścia minut i po przygodzie. Nawet mi się podobało, bo nigdy wcześniej nie płynęłam promem. Kolejne kilka minut jechałam przez las i znów znalazłam się w otoczeniu cywilizacji. Zaparkowałam na miniaturowym placyku pod jakimś kantorem i odpaliłam nawigację. Stanowczo nie chciałam ryzykować, że wyląduję za granicą ojczyzny i zacznę się błąkać po obcej, niemieckiej ziemi. Sprawdziłam w telefonie zapisany adres. Ulica Rycerska. Zacnie. Przemówiła do mnie ta nazwa. Czułam coraz większe podekscytowanie, zwłaszcza że mapa obiecywała rychły koniec podróży. Świnoujście to nie Łódź. Czekała mnie przyjemna odmiana. Nie będę potrzebowała połowy dnia, aby się przebić z jednego końca miasta na drugi. Po paru minutach w ostatnich promieniach zachodzącego słońca dotarłam we właściwe miejsce. Wysiadłam z auta i namierzyłam tabliczkę z numerem zawieszoną na niewielkim, jasnym i wyraźnie zadbanym piętrowym domu otoczonym wysokim płotem. Ogród tonął w zieleni. Pomyślałam, że to miejsce wygląda na uroczy miniaturowy pensjonat prowadzony przez dyskretne starsze małżeństwo. Może wynajmują pokoje letnikom? Nawet jeśli tak, jest dopiero maj. Na plażowiczów z parawanami za wcześnie. Będzie święty spokój. Może zanim zjadą tłumy, zdążę się ekspresowo uwinąć z robotą. Jest szansa, że Wojtek pozwoli mi wrócić wcześniej z tej przymusowej fuchy. Nacisnęłam przycisk dzwonka. Bez skutku. Powtórzyłam – znowu nic. Po trzeciej próbie chwyciłam niepewnie klamkę przy furtce i w oczekiwaniu na to, że jakiś rozszalały brytan za chwilę odgryzie mi pół nogi, wślizgnęłam się do środka. Ku mojemu zdziwieniu żadne psisko się nie zjawiło. Doczłapałam do drzwi wejściowych i ponowiłam operację z dzwonkiem. Skutek był taki sam. Złapałam klamkę i weszłam do mrocznego przedpokoju. Z daleka dobiegały stłumione głosy. W pomieszczeniu naliczyłam troje drzwi: wejściowe, przez które się tu dostałam, typowe łazienkowe, wąskie, z małą szybką na górze, i trzecie, solidne, drewniane, nieprzeszklone, prowadzące w głąb domu. – Raz kozie śmierć – wyszeptałam na odwagę i ruszyłam przed siebie. Za tymi trzecimi, nieprzeszklonymi drzwiami hałas znacznie się wzmógł i wypadła na mnie grupa rozchichotanych, wyraźnie podchmielonych ludzi. – O, gwiazdo jasna, coś nam tu z nagła rozbłysła, powiedzże, kim jesteś! – wyrecytował w natchnieniu łysy, barczysty i nawet dość przystojny facet stojący najbliżej mnie. – Czyżby to morze Wenus nam wyrzuciło do stóp z nadejściem wiosny? – dodał drugi, wyższy, za to upiornie chudy, z długim, ciemnym końskim ogonem i takąż twarzą do kompletu. Wykonał krok w przód, opierając się ramieniem na tym łysym. Obaj mocno się zachwiali i ciężko zatoczyli na ścianę. – Czy jest tu ktoś w miarę normalny? – zapytałam w przestrzeń, przekrzykując dudnienie czegoś, co od biedy można by uznać za muzykę. – Na to nie licz! – zawołała młoda, ładna blondynka z krótką, rozwichrzoną fryzurą. – Tu mieszkają same bankowe korposzczury i każdy dawno oszalał. – Zamknij się, Gośka! – Dobiegł mnie damski głos z tyłu. – To pewnie nasza nowa super mistrzyni sprzedaży i motywacji! Głos należał do postaci stojącej dotąd w mroku. Zgromiwszy Gośkę, wytoczyła się niezgrabnie do przodu. Moim oczom ukazała się korpulentna, ciemnowłosa dziewczyna z wielką przerwą między przednimi zębami. Wyciągnęła do mnie rękę i lekko zmienionym przez alkohol głosem powiedziała: – Witaj w domowych pieleszach oddziału Future Banku w Świnoujściu. Zapraszamy dalej. Koledzy naleją ci whiskacza, a ja pokażę twój pokój. – Zawahała się i spojrzała na mnie. – Chyba że wolisz piwo? – Pokój będzie prawie całkiem twój – dodała Gośka – bo Renata przychodzi tam tylko zmieniać ciuchy. Poderwała milionera z mariny i zwykle nocuje na jego jachcie. Ta grubsza złapała mnie za ramię i pociągnęła w jakieś głębsze, tajemnicze rejony. Pomyślałam, że pewnie zmierzamy do tego pokoju, co to miał być prawie całkiem mój. Poczułam, że nie wytrzymam tego ani minuty dłużej. Jednym ruchem wyrwałam się i bez słowa wyminęłam podpierających ścianę łysego oraz ciemnego. Wypadłam do przedpokoju. Szarpnęłam drzwi zewnętrzne, przeskoczyłam przez czerniejącą w mroku zieleń ogrodu i znalazłam się w kojącej ciszy ulicy tuż obok mojej poczciwej toyoty. – Rycerska, psia ich mać – wymamrotałam, patrząc ze złością na tabliczkę z nazwą ulicy. – Pijacka chyba. Z westchnieniem ulgi zapadłam się w fotelu i oparłam czoło o kierownicę. Po paru minutach opanowałam oddech i udało mi się nie rozbeczeć z rozczarowania. Zaczęła ogarniać mnie furia. To on mnie w to wmanewrował! Wygrzebałam z torebki telefon i wybrałam numer. – Powaliło cię dokumentnie? – wrzasnęłam, gdy tylko odebrał. – Gdzie ty mnie wysłałeś? – O co ci chodzi? – zapytał Wojtek nieprzytomnie. – Nie zawracaj mi teraz głowy. Mam spotkanie. – Jeżeli myślisz, że będę mieszkać z tą bandą zdegenerowanych oszołomów, to jesteś nienormalny tak samo jak oni. Wracam do Łodzi! – Nigdzie nie wracasz! – warknął. – Mieszkaj, gdzie chcesz, chociażby w latarni morskiej. Masz ich przeszkolić, żeby działali, jak trzeba. Po to tam pojechałaś. Dałem ci, do cholery, wolną rękę i nienormowany czas pracy, żebyś mogła odpocząć. Odwalisz robotę od początku do końca bez pokazywania się w Łodzi. A teraz daj mi spokój, bo nie mam czasu na twoje histerie! – wywrzeszczał niemal jednym tchem i się rozłączył. – Niech cię szlag, kretynie! – krzyknęłam bez sensu, bo i tak nie mógł mnie już usłyszeć. Włożyłam kluczyk do stacyjki i powoli wykręciłam na wąskim podjeździe. Po chwili ruszyłam w kierunku promu. Z zaciętym buntem powtarzałam sobie w myślach, że chrzanię go, chrzanię. Chrzanię i wracam do domu. Rozdział 9 Niemal natychmiast po pokonaniu Świny zdradziecka toyota zdechła. Dotoczyła się jedynie do pobocza przy jakimś skrzyżowaniu. Żaden ze mnie mechanik, więc nawet nie próbowałam z nią walczyć. Byłam potwornie zmęczona, wkurzona i głodna, wobec tego oddałam się najbardziej oczywistej czynności: zaczęłam ryczeć. Płakałam spokojnie, choć kwitło we mnie przekonanie, że jeśli się nie uspokoję i nie zadzwonię po pomoc drogową, posiedzę tak do rana, bo zapadł już zmrok. Tymczasem coś mnie trzymało w miejscu i nie pozwalało się ruszyć. Olałam rozsądek i oddałam się beztroskiej histerii. Kiedy już zasmarkałam prawie wszystkie chusteczki, ktoś nagle poświecił mi jupiterem prosto w oczy, a potem załomotał w drzwi. Nie miałam nawet siły się przestraszyć. Bez zastanowienia opuściłam lekko szybę. – Czego chcesz? – zapytałam, widząc na zewnątrz ciemną postać. – Co się stało? – Usłyszałam męski głos. – Miałaś wypadek? – Nie. Po prostu wszystko się popieprzyło. – Czyli co? – Rozmówca nie dawał za wygraną. – Czyli wszystko. Naprawdę chcesz tego słuchać? – Jeśli mnie wpuścisz do środka, to nie ma sprawy. Mam czas. Mogę słuchać. To nie było rozsądne. Nawet nie widziałam jego twarzy. W ciemności świeciły tylko oczy, a z samych oczu przecież nic nie wynika. Chyba zrozumiał mój niepokój, bo nagle wsunął coś przez szparę w uchylonym oknie. – Dowód osobisty i legitymacja służbowa – oznajmił. Pełna wątpliwości wzięłam od niego dokumenty, wciąż jeszcze pociągając nosem. Następnie, nie zważając na to, że sterczy mi nad głową tuż za oknem, przystąpiłam do lektury. Dowiedziałam się, że nazywa się Andrzej Bliński, że jest trzy lata starszy ode mnie, ponadto jest autochtonem. Wynikało to zarówno z adresu zameldowania, jak i miejsca urodzenia. Poza tym legitymacja służbowa poinformowała mnie, że jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Szczecińskiego. Nieźle. – Nie masz jakiegoś zaświadczenia z policji albo chociaż z plebanii, że nie jesteś mordercą, bandytą czy innym popaprańcem? Zaśmiał się. Ciepło i szczerze. Podobał mi się ten śmiech. Mówił o nim więcej niż te plastikowe szpargały w mojej dłoni. – Niestety mam jeszcze tylko prawo jazdy i rachunek za telefon. Niezapłacony. I termos. – Z kawą? – Przykro mi. Z zieloną herbatą. – Na zieloną herbatę mnie nie skusisz – poinformowałam go niefrasobliwie i straceńczym ruchem odblokowałam drzwi od strony pasażera. – Mam też chusteczki do nosa – dodał, wsiadając, i podsunął mi paczkę, z czego ochoczo skorzystałam, przy okazji mu się przyglądając. Był dość wysoki, jednak na oko nieco niższy od Wojtka. Pewnie gdybyśmy stanęli obok siebie, sięgałabym mu do nosa. Nie był też tak mocno zbudowany jak mój brat. Raczej smukły, chociaż widać, że nie cherlak. Umiarkowanie krótkie, gęste włosy, chyba ciemny blond. Nie byłam tego pewna. Twarz miał pokrytą krótkim zarostem, szczęśliwie nie na drwala. Prosty, dość duży nos, szczupła twarz i niesamowicie przenikliwe oczy z głębokim, magnetyzującym spojrzeniem. Wcale tego nie planowałam, a jednak nabuzowana nadmiarem atrakcji, kiedy tylko zaczęłam puszczać farbę, popłynęłam i wychlapałam mu wszystko. No, może nie od Adama i Ewy, tylko trochę później. Wiedział już, że przyjechałam tu z Łodzi w ramach akcji humanitarnego ratowania lokalnych bankowców przed bezrobociem, że nie zachwycili mnie ani oni, ani proponowany lokal oraz że mam najgłupszego brata pod słońcem, a do tego wredny samochód oraz że padam z głodu i na pysk. Jednocześnie. Wysłuchał tego bardzo cierpliwie, cały czas mnie obserwując. Zamyślił się na chwilę i spokojnie zaraportował: – Zabieram cię do mnie. Moim autem. To blisko, mniej niż trzy kilometry. Dom jest duży i okropnie pusty. Wyświadczysz mi przysługę, jeśli zajmiesz chociaż jeden pokój. Nie będę miał poczucia, że mi się przestrzeń marnuje. – Mam z tobą jechać? – A wolisz tu siedzieć? Oczywiście możesz zadzwonić po holowanie, tylko to nie rozwiąże sprawy noclegu. Zresztą sama wiesz, że do Łodzi wrócić nie możesz. – A to dlaczego? – spytałam, zerkając na niego spode łba. – Bo nie chcesz rozczarować brata. Poza tym głupio byłoby zostawić tych ludzi na lodzie. W gruncie rzeczy są całkiem sympatyczni. Wiem, bo mam u was konto. – Chyba że tak… – Zaczynałam się łamać. – A co z gratem? – Jutro po niego przyjadę i załatwię przywrócenie go do żywych. – Dokumentów ci nie oddam! – A trzymaj je sobie! – Zaśmiał się. – Ważne, że mnie nie ograbiłaś z prawa jazdy. Przy okazji od razu oświadczam, że nie mam zwyczaju zaciągać nikogo na siłę do łóżka. Wysiadaj… A właśnie, jak ty masz w ogóle na imię? Trochę zbił mnie z tropu tak otwartym postawieniem sprawy. Chociaż w sumie mi pasowało. Tak będzie zdecydowanie łatwiej. Nie wiem, co mnie podkusiło. Przez chwilę się wahałam i doszłam do wniosku, że ta cholerna Edyta nie przejdzie mi przez gardło. Podziękowałam w duchu ciotce za obdarowanie mnie alternatywą i na pewniaka wypaliłam: – Baśka. – Serio? A ja Andrzej. Jakby co, przyjaciele mówią na mnie Jędrek. – Nie jesteśmy przyjaciółmi – skomentowałam jak skończona idiotka. – Jak chcesz. Tak czy siak razem stanowimy niezły kawał Trylogii. Tylko nam Bohuna dołożyć i siedemnasty wiek stoi przed nami otworem. Roześmiałam się. Bohunem mnie przekonał. Porozumienie na bazie ukraińskich Dzikich Pól skutecznie do mnie przemawiało. Wysiadłam niezgrabnie z toyoty, zabierając tylko torebkę. Otworzyłam bagażnik i pokazałam największą walizkę. Po chwili pozwoliłam się poprowadzić w ciemności do jakiejś terenówki stojącej nieopodal. – Ahoj, przygodo – wymamrotałam do siebie, usiłując podtrzymać się na duchu. – Może nie będzie tak źle. Jechaliśmy faktycznie krótko. Najpierw mostem, a potem wąską ulicą wśród niskich zabudowań. W oknie od strony kierowcy za czerniejącymi zarysami domów mieniła się w świetle księżyca woda. Chyba ta sama, nad którą przerzucono most. Nie byłam pewna, czy to Świna. Wreszcie wjechaliśmy na przestronne podwórko ogrodzone wysokim płotem i wypełnione mnóstwem zieleni. Po lewej stały budynki gospodarcze, po prawej duży dwupoziomowy dom z uroczym gankiem i spadzistym, rozczłonkowanym dachem. Na dole zdobiły go spore oszklone wykusze, na których urządzono balkoniki. Budynek był jasny – biały albo kremowy. Nie dałam rady stwierdzić tego w ciemności. Mimo sporych rozmiarów sprawiał wrażenie przytulności i sielskości. Trwał w ciszy i mroku rozproszonym jedynie małą lampką nad wejściem. Między domem a zabudowaniami gospodarczymi, na wprost bramy, biegł szeroki chodnik z kostki. Kończył się dziwną konstrukcją, która zapewne pełniła funkcję pomostu, bo odrobinę dalej na wodzie kołysała się niemrawo łódka. Istne rajskie sioło dla samotnika. – To jeszcze Świnoujście? – Jasne – powiedział gospodarz lekko kpiącym głosem. – Witaj w krainie czterdziestu czterech wysp. Otworzył drzwi wejściowe i wpuścił mnie do środka, zapalając światło. Już w progu oniemiałam. Wnętrze było spełnieniem marzeń. W odróżnieniu od stalowoszarego chłodu mojego mieszkania tu dominowały ciepłe brązy i beże. Wszędzie drewno. Dużo drewna. Na podłodze, schodach, a nawet na ścianach, gdzie stanowiło uzupełnienie pastelowych kolorów farby. I mnóstwo przestrzeni. Meble były nowoczesne, a mimo to ciepłe, z charakterem, zachęcające tak bryłą, jak i wykończeniem do korzystania z nich. Pasowały do obrazu całości. Zachwyciła mnie także przestronna, z wielkim oknem, intensywnie żółta kuchnia. Białe szafki przy dwóch ścianach i na niewielkiej wysepce pośrodku pomieszczenia kontrastowały z mahoniowym odcieniem blatu i sporego stołu, przy którym ustawiono sześć krzeseł. Na półkach i parapecie ulokowano kilka doniczek z paprotkami. Fakt, że nieco zasuszonymi. Na bufecie między pojemnikami na przyprawy i mnóstwem różnych herbat rozpanoszyły się okruchy chleba. Obok zlewu tkwił stos brudnych naczyń, a otwarta zmywarka świeciła pustką. Na lodówce leżały w nieładzie cztery kartony po mleku i dwa po soku pomidorowym. Bez zakrętek, zatem niewątpliwie puste. Najwyraźniej duch pedantyzmu omijał to urocze domostwo szerokim łukiem. Mimo to rozglądałam się pełna podziwu. – Naprawdę mieszkasz sam w tym bajkowym pałacu? – spytałam ze zdumieniem, podczas gdy mój gospodarz kręcił się już przy garach z zamiarem dożywienia mnie. – Tak. Sprzątam też sam – potwierdził, a widząc w moich oczach wielki znak zapytania, dodał: – Moi rodzice prowadzili tu niewielki pensjonat i kameralną knajpkę dla gości. Tata dodatkowo miał mały statek wycieczkowy, którym zabierał turystów na rejsy po delcie. Niestety oboje cztery lata temu zginęli w wypadku. – Przykro mi – powiedziałam odruchowo. – Nie chciałeś kontynuować tego biznesu? Postawił przede mną kubek z herbatą i talerz z zupą jarzynową upichconą po męsku, gęstą i treściwą. Pachniała wspaniale. – Jedz – nakazał i dopiero gdy spełniłam jego polecenie, zaczął opowiadać: – Początkowo próbowałem. Jakoś radziliśmy sobie z bratem i bratową, ostatecznie jednak, kiedy trafiła im się okazja wyjazdu na stałe do Norwegii, zabrali dzieciaki i zostawili mnie z całym bałaganem. Wiedziałem, że to koniec, bo nie zamierzam rezygnować z uczelni. Lubię moją pracę. Po prostu zwinąłem interes, posprzedawałem niepotrzebne graty, statek ojca zamieniłem na mały jacht i urządziłem tu sobie nieco przerośniętą samotnię. – Widujesz się z bratem? – spytałam, mając na uwadze własne kulawe relacje z Wojtkiem. – Oczywiście. To najbliższa mi osoba. Dzięki niemu mam etat ulubionego stryjka. Pochłonęłam zupę, nawet tego nie zauważając. Andrzej był obcym człowiekiem, a słuchałam go z przyjemnością. Jak na moje standardy – nietypowe zjawisko. Roztaczał wokół siebie spokój i stonowaną pewność siebie, która mimo wszystko nie zalatywała zarozumialstwem. Zamiast natrętnie o wszystko wypytywać, zadowolił się moimi zasmarkanymi wyznaniami w toyocie, a potem bez wahania i swobodnie poddał się przesłuchaniu. Jednak było późno i raczej miał dość, bo kiedy zjadłam kolację, ruszył w kierunku schodów ze słowami: – Chodźże, waćpanno Barbaro. Pokażę ci twoją komnatę. Zaprowadził mnie szerokimi, wygodnymi schodami do jasnozielonego niewielkiego pomieszczenia na piętrze. Wstawił za próg walizkę, życzył dobrej nocy i poszedł precz. Skorzystałam z przyklejonej do pokoju łazienki. Z ulgą wzięłam prysznic i zapakowałam się do łóżka z laptopem na kolanach. System wyszukał sieć. Wygrzebałam się z pościeli i zeszłam na dół, w piżamie i boso, żeby spytać o hasło. Andrzej siedział przy stole nad swoim komputerem i zawzięcie walił w klawiaturę. Postałam chwilę za jego plecami, nie chcąc mu przeszkadzać. W końcu mnie zauważył. – Co tam? – rzucił nieprzytomnie. – Dasz mi hasło do wi-fi? – spytałam, nie siląc się na szczególnie wyrafinowane sformułowanie prośby. – Dam – padła równie prosta odpowiedź. Wziął z półeczki nad stołem papierowy bloczek i długopis, nabazgrał na pierwszej z wierzchu kartce „batalion01”, wyrwał i wetknął mi w garść. Chciałam podziękować i po cichu się wycofać, bo wyglądał na pochłoniętego pisaniem, ale coś mnie jeszcze podkusiło, żeby spytać: – Masz jakieś powiązania z wojskiem? – Skąd ten pomysł? – mruknął, nie odrywając oczu od tekstu na ekranie. – No ten batalion… – To taki ptak – oświadczył z westchnieniem, pocierając dwoma palcami nasadę nosa, jakby był mocno zmęczony lub zirytowany. – Z rodziny bekasowatych. Wędrowny, rzadki, ściśle chroniony, ale latem pojawia się u nas w okolicach delty. – Pierwsze słyszę – przyznałam, lecz nie miałam jeszcze dość kompromitacji na ten wieczór, bo natrętnie dalej wypytywałam: – Co piszesz? Łypnął na mnie z lekkim rozbawieniem, a ja natychmiast się spłoszyłam, uznając, że jeśli klepie tak wytrwale list do kochanki, to zaraz spalę przy nim cegłę i tak się skończy moje śledztwo. – Książkę. – Naprawdę? – Podekscytowałam się, bo nigdy nie widziałam pisarza przy pracy. – O czym? Odwrócił się na krześle w moją stronę i zaczął mi się dokładnie przyglądać, od rozszalałych i mokrych po prysznicu włosów, aż po zmarznięte palce bosych stóp. Pod wpływem jego wzroku zaczęłam nerwowo przestępować z nogi na nogę. Nie przywykłam do taksujących spojrzeń, szczególnie że towarzyszyła im absolutna cisza. Po zakończeniu przydługawej eksploracji wreszcie jednym tchem wyrzucił: – O wpływie zmian klimatycznych na półkuli północnej na zwyczaje i rytmy godowe populacji wybranych gatunków ptaków w delcie Świny. – Aha – skomentowałam głupawo zbita z pantałyku, bo spodziewałam się kryminału albo sensacji. – To ja już nie przeszkadzam. – Zawróciłam w miejscu i zaczęłam się wycofywać. – Nie lataj po domu boso, bo dostaniesz kataru, a więcej chusteczek już nie mam. – Jego głos dogonił mnie przy schodach. Uśmiechnęłam się i wróciłam do siebie. Skorzystałam z hasła i sprawdziłam na mapach Google, gdzie jestem. Wiedza w tym zakresie nieco mnie uspokoiła, więc oprzytomniałam. Kretynka. Przecież mogłam włączyć lokalizację w telefonie bez logowania się do wi-fi. Wygrzebałam aparat z torebki i odkryłam, że padła bateria. Pomyszkowałam ponownie i wyszperałam ładowarkę. Podłączyłam ją, uruchomiłam telefon i dowiedziałam się, że Wojtek dzwonił czternaście razy. Wolałam nie truć mu tyłka akustycznie o tej porze, więc wysłałam esemesa o lakonicznej treści: „Żyję i mam gdzie spać”. Ziewnęłam przeciągle. Odłożyłam elektronikę na szafkę nocną. Po namyśle dorzuciłam do tej kolekcji jeszcze klucze od auta i dokumenty mojego gospodarza. Wreszcie wstałam i profilaktycznie zamknęłam się od środka na klucz, który tkwił w zamku. Strzeżonego… i tak dalej. Lepiej zachować ostrożność. Wreszcie zgasiłam światło i uspokojona wróciłam do łóżka. W tym momencie zabrzęczał telefon. Wojtek jednak nie spał. „Mówiłem, że Cię spiorę” – napisał. Wytknęłam język w kierunku wyświetlacza, ponownie odłożyłam aparat, padłam na poduszkę i zasnęłam jak kamień. Jak zwykle nie myślałam o niczym. Obudziło mnie łomotanie do drzwi. Usiadłam i rozejrzałam się nieprzytomnie po obcym pokoju rozświetlonym blaskiem wczesnego poranka. Był wyposażony dość spartańsko. Prawdopodobnie stanowił pozostałość po pensjonacie: łóżko, pojedyncza wąska szafa, mały stolik z krzesełkiem i szafka nocna, do tego spore okno w spadzistej ścianie. Mój wzrok padł na leżące przy łóżku dokumenty, co gwałtownie przywróciło mi pamięć. Ktoś wali. Pewnie on. Trzeba się odezwać. – To ty? – ryknęłam i od razu uświadomiłam sobie, że głupiej już nie było można, bo przecież nikt tu poza nami nie mieszka. – Nie. – Usłyszałam. – Duch zamordowanej żony starego Janiaka. Od lat krążę po wyspie w poszukiwaniu rozrywki. – Ale ja nie przyjmuję wizyt przed poranną kawą. – To nie przyjmuj. Daj mi tylko kluczyki od toyoty, jeśli chcesz, żebym się nią zajął. Szlag jasny! Toyota! Zerwałam się na równe nogi i dopadłam drzwi. Przez szparę podałam mu to, czego chciał. – Niezła fryzurka – zażartował i już go nie było. Poczłapałam flegmatycznie do lustra. Spojrzałam pełna obaw. Oczywiście. Wczoraj nie odpaliłam suszarki, więc włosy schły podczas snu, odgniatając się w każdą stronę. Utworzyły przerośnięte, nieuporządkowane gniazdo. Skoro pisze o ptakach, nic dziwnego, że się zainteresował. Stanowiłam osobliwą zagadkę ornitologiczną. Bez entuzjazmu podjęłam z góry skazaną na porażkę próbę naprawy sytuacji. Pół godziny później zeszłam do kuchni. Wiedziałam, że jeśli natychmiast nie napiję się kawy, to na pewno zacznę mordować. Wprawdzie dotąd ekspres nie wpadł mi w oko, jednak niemożliwe, żeby go nie uwzględniono przy urządzaniu tak wypasionej kuchni. Przejrzałam wszystkie wyeksponowane powierzchnie płaskie, a potem te poukrywane w szafkach. Ba, niemal je obwąchałam. Ekspresu nie było. Nie znalazłam śladu po jakiejkolwiek kawie: ani sypanej, ani rozpuszczalnej, ani nawet po niewinnej ince. Miotałam się nerwowo, szukając czegokolwiek podobnego do ulubionego napoju. Pewnie gdyby wpadła mi w ręce paczka niezmielonych ziarenek, zaczęłabym je żuć. Kiedy zdesperowana miałam wybiec na ulicę w poszukiwaniu sklepu, moja toyota dumnie wtoczyła się na podjazd. Dopadłam do niej od strony kierownicy i zaatakowałam: – Dlaczego nigdzie nie ma ekspresu do kawy? – Tak, oczywiście, nie musisz mi dziękować. Z autem wszystko w porządku. – Że co? – Halo, tu Ziemia! Przyprowadziłem twój samochód. Nic mu nie dolega – mówił Andrzej. Mój niedokofeinowany mózg zaczął powoli ogarniać sytuację. Znów wyszłam na idiotkę. – Nie no, oczywiście, dziękuję bardzo. Dlaczego wczoraj odmówił współpracy? – Bo nie dostał pić. – Co? – Nie zatankowałaś. Bez paliwa nie pojedzie. – Widać było, że ma niezłą radochę i czeka, jaki cyrk jeszcze zdołam odstawić. – Cholera jasna… – rzuciłam w przestrzeń, w przelocie wspominając migające kontrolki. Zagapiłam się na leżące na tylnym siedzeniu graty. Olśniło mnie. – Mam! – Co takiego? – spytał, z trudem wydostając się przez zbyt lekko uchylone drzwi. Stałam blisko i je blokowałam. – Mam ekspres! – zakomunikowałam z triumfem. Wiedziałam, że spakowanie go wraz z nieotwartą jeszcze paczką kawy może mi w tej dzikiej podróży uratować życie. Sięgnęłam po ukochanego przyjaciela i tuląc go w ramionach, ruszyłam w kierunku domu. Mleko było w lodówce. Po dziesięciu minutach siedziałam odprężona przy kuchennym stole i czułam, że wszystko wraca do równowagi. Przede mną stał pełen parującego płynu kubek, a naprzeciwko siedział facet, który w ciągu ostatnich kilkunastu godzin zdołał postawić na nogi mnie i toyotę oraz poznać nas obie z najgorszej strony. Natarczywie wpatrywałam się w jego błękitnozielone oczy. Jak Bałtyk, przeleciało mi przez głowę i chyba bezmyślnie powiedziałam to na głos, bo zdziwił się i spytał: – Słucham? – Nic, nic. Tak gadam do siebie – mruknęłam. – Jesteś uzależniona – wygłosił odkrywczą tezę. – Jestem – przyznałam. – I dobrze mi z tym. Naprawdę nie lubisz kawy? – Nie wiem. Nie mam zwyczaju jej pijać. – Jak to możliwe? Jesteś takim grzecznym chłopcem? – Niekoniecznie. Dobra, teraz muszę już lecieć. Mam spotkanie i dwa wykłady – oznajmił i wstał od stołu. Po chwili wrócił i położył obok kubka moje kluczyki oraz skórzaną podniszczoną saszetkę zapinaną na suwak, mówiąc: – Tu masz zapasowe klucze od domu. Zamknij, gdy będziesz wychodziła. I nie zgub. Toyotę zatankowałem. Dojazd stąd do banku zajmie ci czterdzieści minut. Weź to pod uwagę. Jedź ostrożnie. Będę po osiemnastej. – Nie czekając na moją odpowiedź, wyszedł, a po chwili na podjeździe wyminął swoją terenówką mojego grata i pomknął w siną dal, aż się zakurzyło. Dopiłam kawę, wypłukując z siebie wraz z magnezem całe oszołomienie wywołane tym skomplikowanym porankiem. Uznałam wreszcie, że nad kwestią zakwaterowania w tym domu nie będę się zastanawiać, bo czas nagli. Nad moim intrygującym gospodarzem też nie. Było już po dziesiątej, więc placówka działała pełną parą i powinnam tam być. Zebrałam wszystkie potrzebne klamoty i udałam się na kolejny bój o dobre imię pracodawcy i rodzonego brata. Spędziłam przyjemny dzień, głównie obserwując pracę nowych podopiecznych. Planowałam przyglądać się im przez kilka dni, potem przygotować plan naprawczy i powoli wprowadzać zmiany. Okazało się, że to faktycznie całkiem sympatyczni ludzie, bardzo ze sobą zaprzyjaźnieni i działający jak jedna drużyna. Byli młodsi ode mnie, studiowali zaocznie, więc weekendy w większości spędzali w Szczecinie. Wspólnie wynajmowali willę przy Rycerskiej, a bank w ramach świadczeń socjalnych dokładał się do tego, prezentując ludzką twarz korporacji. Byli inteligentni, otwarci i w sumie zmotywowani. Brakowało im tylko odpowiedniego warsztatu. Wiedziałam, że sobie poradzę. – Naprawdę nie chcesz z nami mieszkać? – dopytywała Gośka, kiedy po zamknięciu oddziału zgodziłam się pójść z nimi na lody w celu przełamania… lodów. – Uwierz, nie tarzamy się co dzień w rozpuście. – Dajcie mi trochę czasu, to może uwierzę – zażartowałam. – Znalazłam sobie przytulne gniazdko. – Gdzie? – zaciekawiła się Renata, ta, z którą miałam dzielić prawie całkiem mój pokój. – Na Karsiborze – odpowiedziałam, choć ciągle nie miałam pewności, czy będę mogła tam zostać. – Uuu… daleko – zafrasował się łysy Łukasz. – Daleko, lecz w pięknych okolicznościach przyrody – podsumowałam, zrywając się z kawiarnianego krzesła. – Muszę już lecieć, bo mój gospodarz za chwilę wróci do domu i z pewnością będzie usychał z tęsknoty. Wśród wiele mówiących pogwizdywań i cmokań pożegnałam towarzystwo i oddaliłam się w kierunku promu, zaliczając aprowizację. Postanowiłam odwdzięczyć się za wczorajszą zupę, czyli wykonać popisowe danie: pierogi ze szpinakiem. W ogóle byłam wyjątkowo pozytywnie nastawiona, co w moim przypadku nieczęsto się zdarza. Morski klimat zdecydowanie mi służył. Kiedy kończyłam szykować obiad, przyjechał Andrzej. Wpadł do domu, zatrzymał się w progu kuchni i wypalił: – Uf, jesteś. Bałem się, że mi zwiejesz i będę cię musiał szukać po całym Pomorzu Zachodnim. – Po co miałbyś mnie szukać? – Jak to po co? – zdziwił się, jakby to było oczywiste i zajrzał do garnka. – Przepadam za domowymi pierogami! – Porwał jedną sztukę z cedzaka, połknął z wyraźnym zadowoleniem i dodał: – Ciebie też da się lubić. Skoczę pod prysznic i za dziesięć minut możemy zaczynać ucztę. Przy kolacji zdołałam się o nim dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Był zoologiem ze szmerglem ornitologicznym. Wykładał nie tylko na uniwerku w Szczecinie. Szlajał się naukowo po całej Polsce, a hobbystycznie pisał o faunie z rodzimej okolicy. Maniak, pasjonat, a przy tym inteligentny i obyty człowiek z szeroką wiedzą ogólną i poważaniem w społeczeństwie. Zabawny, choć nie szalony. Taktowny, ale nie mruk. Twierdził, że umie sterować stojącym za domem jachtem. Miałam wrażenie, że przy nim z moją pokręconą osobowością, nudną wiedzą historyczną, która zawsze tak drażniła ojca, i kuriozalnym drygiem sprzedażowym jestem kompletnie nikim. Postanowiłam jednak zostać u niego, bo nie wyglądało na to, że chce mnie wyrzucić. Może faktycznie dzięki pierogom. Rozdział 10 Czas płynął, a z biegiem dni moje życie zaczęło dopasowywać się do nowego rytmu, ugniatając się bez większych oporów jak plastelina. Na Wybrzeżu wciąż królowała upalna i słoneczna wiosna usiłująca podszywać się pod lato. Wbrew wcześniejszym obawom zostałam na Karsiborze na stałe. Andrzej uznał to za oczywiste, a mnie nie chciało się z nim sprzeczać. W gruncie rzeczy ten układ był bardzo wygodny i dawał nadzieję na w miarę przyjemne odbębnienie tej przydługawej delegacji służbowej. W każdym razie Karsibór z Rycerską wygrywał w przedbiegach. Kilka godzin dziennie spędzałam w banku na wychowywaniu swoich podopiecznych, po trochu naginając ich zwyczaje do wymogów rynku, gustów klientów i zwykłych zasad marketingu. Polubiłam pracę z tą żywiołową, wiecznie rozbawioną grupą. Nawet odrobinę zazdrościłam im wyluzowania. Miałam wrażenie, że żyją bezproblemowo, lekko i jakoś tak powierzchownie. Jakby ich świat zamykał się w kręgu bankowych obowiązków i imprez. Wydawali mi się bardzo do siebie podobni, choć pewnie wcale tak nie było. Nie chciało mi się tego zgłębiać ani poznawać ich bliżej. Ograniczałam się do dyskusji służbowych, nie słuchałam wynurzeń o prywatnym życiu, nie mówiłam o sobie i nie chodziłam z nimi na piwo. Byli dla mnie obcy i w gruncie rzeczy, mimo okazywanej sympatii, miałam ich gdzieś. Dostosowali się do tego bez oporów. Zaraz po zamknięciu placówki, a często i o wcześniejszej porze, porzucałam rozbawione towarzystwo i szłam na plażę lub pędziłam do domu. Nie dokuczała mi urozmaicona przeprawą odległość. W Łodzi denerwowało mnie stanie w korkach, a tu nawet kolejki na prom wydawały się sympatyczne. Z rzadka miałam ochotę szarpać, gryźć i mordować. Przypisywałam tę zasługę zbawczemu wpływowi jodu na mój układ nerwowy. Nie bez znaczenia pozostawał też fakt, że nikt się mnie nie czepiał i nie stawiał przede mną żadnych towarzyskich wymagań. Wieczorami zwykle jedliśmy wspólnie z Andrzejem spóźniony obiad, a potem albo siedzieliśmy długo przy kuchennym stole, prowadząc pogawędki na luźne tematy, albo bunkrowaliśmy się każde w innym pokoju i nie wchodziliśmy sobie w drogę. Niezależnie od scenariusza wszystko wydawało mi się naturalne i swobodne. Zarówno pogaduchy, jak i chowanie się po kątach odbywało się w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Nie męczyło mnie jego towarzystwo, bo nigdy, absolutnie nigdy mnie do niczego nie zmuszał. Ani do bycia miłą, ani rozmowną, ani tym bardziej piękną, elegancką i dystyngowaną, co było wieczną zmorą w moich kontaktach z rodziną. Poznawałam go coraz lepiej i dostrzegałam, że mimo ciepła, z jakim odnosił się do ludzi, miał duszę samotnika. Cenił spokój, ciszę i własne zamyślenie. Nie paplał bez sensu. Jego słowa były zawsze wyważone, zarówno w żartach, jak i przy poważnych tematach. Poza przelotnymi spotkaniami z rodziną z sąsiedztwa nie widywałam go z nikim. Jeśli gadał przez telefon, to w swoim pokoju. Nie było kumpli ani kobiet, co wydawało mi się dziwne, zważywszy na jego niekłopotliwy charakter i atrakcyjny wygląd. Nie nadszedł jednak jeszcze czas, żebym miała chęć i odwagę pytać go o to. Z irytujących kwestii cechowało go jedynie uporczywe bałaganiarstwo: porzucanie rzeczy tam, gdzie popadło, walanie się ciuchów i brudnych kubków po kątach, lekkomyślne zostawianie niedojedzonych resztek na blacie w kuchni i zadeptywanie ubłoconymi buciorami podłogi. Umiał to sprzątnąć sam, choć nie od razu. Zauważał dopiero, gdy zerkałam wymownie. Poza tym zdawał się odkrywać we mnie znacznie więcej, niż chciałabym pokazać. I to mnie najbardziej martwiło. Czasami znikał na kilka dni. Miewał wykłady i konferencje w miejscach na tyle oddalonych, że konieczne było nocowanie poza domem. Zostawałam wówczas sama na gospodarstwie i z zadowoleniem poświęcałam ten czas na odbudowanie odpowiedniego i zgodnego z moim charakterem dystansu. Nie chciałam dopuścić do niewygodnej dla moich zwichrowanych emocji sytuacji. W końcu, patrząc w kontekście całego życia, mieszkałam tam tylko chwilowo. Zwykle raz w tygodniu odzywał się Wojtek z kontrolą na poły zawodową, na poły braterską. Zadowalał się zdawkową informacją, że żyje mi się nieźle, a interesujące go wykresy z wynikami placówki wędrują szerokim, choć łagodnym szlakiem w górę. Nie były to Tatry, bardziej może Beskidy, lecz moim zdaniem powinien być kontent. I chyba był, bo nie marudził. Wieczorami co jakiś czas meldowała się Agata. Bywało, że telefonicznie, choć szybko zaczęła nalegać na pogaduszki przez Messengera. Upierała się, że tak jest wygodniej. Opowiadała o Grzesiu, o pracy, chwaliła się coraz dłuższą fryzurą i ogólnie tryskała szczęściem. Gadałyśmy o bzdurach. Było przyjemnie. Nie brakowało mi spotkań z nią. Te rozmowy i czaty w pełni wystarczały. Grześ, zgodnie z umową, gawędził ze mną w każdą sobotę o poranku. Podświadomie czekałam na te jego telefony, tak jak w dzieciństwie czekało się na ulubioną kreskówkę albo na pójście do kina. Niezależnie od tego, co mieli grać, wiedziało się, że zabawa będzie przednia. Tego samego doświadczałam podczas pogaduszek z Grzesiem, chociaż nie tęskniłam. Wtedy jeszcze tęsknota była dla mnie zupełnie nieznanym odczuciem. W któryś sobotni poranek pod koniec maja, kiedy wciąż rozbawiona pomysłowością chłopca odkładałam telefon, do mojego pokoju zapukał Andrzej. Nie pytając o zgodę, wetknął głowę w drzwi i rzucił wesoło: – Waćpanna Barbara ma ochotę na wyprawę w nieznane? – Czyli gdzie? – Czyli na wielką wodę. – Na morze? – Nie, nie! Nie na aż tak wielką. Na deltę. Zawahałam się, bo mimo słońca było dość wietrznie i rzeka falowała niespokojnie. – Czy to bezpieczne? – Jasne, że nie. Stado aligatorów i piranii już tam na ciebie czyha. Poza tym popłyniesz tylko ze mną, więc będę mógł cię zgwałcić, obedrzeć ze skóry i zamordować. – Tu też jestem z tobą zupełnie sama i jeszcze żyję. – Wybacz, to tylko małe niedopatrzenie z mojej strony. – Kusisz. Jeszcze chwila i się złamię. – Wobec tego dodam, że na jachcie mam lodówkę z małym zamrażalnikiem i wszystko, co potrzeba do serwowania mrożonej kawy w plenerze. Ten argument przeważył szalę. – Będę gotowa za dziesięć minut – poinformowałam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. W końcu co mi szkodziło? Nie miałam nic do roboty i mnóstwo czasu. Uznałam, że nawet jeśli to wspólne siedzenie na małej, ciasnej łupinie okaże się męczące i krępujące, mogę milczeć jak zaklęta i zmienić się w nadętego gbura. Ubrałam się możliwie skromnie, żeby nie było, że mnie kusi perspektywa gwałtu i po niecałym kwadransie dreptałam nerwowo po pomościku, pełna obaw przed wejściem na chyboczący się jacht. – Nie przewróci się? – zapytałam. – Nie dowiesz się, jeśli nie sprawdzisz. – Złapał mnie za rękę i zdecydowanie pociągnął. Zachwiałam się, wpadłam na niego niezgrabnie i niewiele brakowało, żebyśmy oboje wodowali. Widocznie to przewidział, bo wytężył siły i udało mu się w miarę zgrabnie opanować sytuację. Z tej perspektywy potwór wodny wydawał się znacznie większy i stabilniejszy niż z lądu. Byłam w tej dziedzinie totalnym ignorantem. Zdołałam zarejestrować wzrokiem wygodny pokład, na którym dałoby się swobodnie usiąść, a nawet się położyć. Poczucie bezpieczeństwa zapewniały solidnie wyglądające relingi. Poza tym część jachtu była zadaszona. Znajdowało się tam pomieszczenie z wąskimi kanapami po bokach, fotelem, sterem i mnóstwem nieznanych mi z nazwy urządzeń służących zapewne do kierowania oraz obiecana lodówka dająca nadzieję na mrożoną kawę. Z boku wisiało koło ratunkowe, co mnie na dobre uspokoiło. – Umiesz pływać? – spytał Andrzej. – Zamierzasz wyrzucić mnie za burtę? – Nie wykluczam tej możliwości, jeśli staniesz się zbyt napastliwa – zagroził ze śmiechem w oczach. Nieustannie szokował mnie radością życia sprzęgniętą ze spokojem i stonowaniem. Potrafił cieszyć się drobiazgami, każdym dniem, każdą godziną, jakby codzienność nie była niczym innym jak tylko niemożliwą do przecenienia wartością. I ze wszystkiego żartował. Nie kpił. Żartował! To duża różnica. Pod tym względem bardzo przypominał mi Grzesia. Wciąż mnie podpuszczał, żebym wchodziła z nim w słowne utarczki, a kiedy mu się to udawało, puszył się jak paw. – Na wodzie się utrzymam, jednak do Otylii mi daleko. Na drugi brzeg nie dociągnę – przyznałam z żalem, wskazując szuwary szumiące na wietrze w niejakim oddaleniu od nas. – Już wiem, czym cię straszyć – podsumował. Odcumował potwora, silnik zamruczał z zadowoleniem jak podrapany za uchem gigantyczny kocur. Pozwoliłam się uprowadzić w tajemniczą dal. Andrzej zajął miejsce za sterem, a ja ulokowałam się wygodnie na siedzisku po przeciwnej stronie. Wypływaliśmy wolno na niepokojone wiatrem wody Starej Świny. Zapatrzyłam się w horyzont, a on opowiadał o okolicznej przyrodzie i pochodzeniu wyspy Karsibór, która pierwotnie była częścią Uznamu. Powstała w wyniku sztucznego przekopania Kanału Piastowskiego przez Niemców dobre sto pięćdziesiąt lat temu. Dowiedziałam się też, że historia osady na tej ziemi sięga dwunastego wieku. Temat mnie fascynował, a ponieważ Andrzej wiedział już, że mam historycznego hopla, obiecał dostarczyć mi stosownej karmy, żeby tego hopla dożywić. Zobowiązał się do wypożyczenia dla mnie lokalnych publikacji w szczecińskiej bibliotece uniwersyteckiej. Z wolna po prawej stronie zostawialiśmy za sobą Karsiborską Kępę, a z nią ptasi rezerwat. Na brzegu widziałam wysokie trawy, podmokłe łąki czy pastwiska i rozpanoszone wodne zielsko. Żadne żywe stworzenie nie rzuciło mi się w oczy. Zachłannie zapoznawałam się z ciekawostkami o niemal każdej mijanej wysepce. Wreszcie Andrzejowi znudziło się gadanie, więc wyjął ze schowka dwie lornetki, odprawił mnie na rufę i przykazał szperanie po niebie oraz krzakach w poszukiwaniu ptactwa. Wtedy właśnie mimo dzikich wysiłków wyszedł ze mnie głąb, bo za diabła nie umiałam nic sama wypatrzeć. Tymczasem on co chwilę wskazywał palcem ornitologiczne cudeńka: a to kormorany, a to wodniczki, a to bataliony czy cyranki. Były piękne, ciekawiły mnie i raz-dwa nauczyłam się je odróżniać. W końcu oznajmił, że jeśli dopisze nam szczęście, dorwiemy bielika. Faktycznie, udało się kawałek dalej, gdy wypływaliśmy z wąskiego wodnego gardła na rozległe jezioro. Andrzej pokazywał przepływające ławice ryb i obiecywał, że na dniach spotkam się z nimi przy patelni. Słuchałam jak zaczarowana, rozglądając się bez ustanku, bo widoki były zachwycające. Pomyślałam wtedy, że bezbrzeżna przestrzeń morska nie umywa się do tego bogactwa krajobrazu, jakim dysponuje delta Świny. Chociaż nie miałam jeszcze wówczas pojęcia, że to miejsce stanie się dla mnie tak ukochane i bliskie. – Patrz – powiedział Andrzej, nakierowując moją lornetkę na widniejące w oddali zabudowania. – To Lubin. Widzisz? Góruje nad nim wieża kościoła. A obok masz punkt widokowy na deltę. Kawałek za nim ukrywa się najpiękniejsze i najbardziej magiczne miejsce w okolicy. Jeśli będziesz grzeczna i zasłużysz, to cię tam kiedyś zabiorę. – A co tam jest? – spytałam zaciekawiona. – Tajemnica. Dziś na pewno nie zdradzę. Jeszcze nie wiem, czy można ci zaufać. W drodze powrotnej zostałam obdarowana wielkim kubkiem mrożonej kawy oraz grzeczną prośbą o przymknięcie gęby na jakiś czas, bo jednak chciał odnieść choć minimalną korzyść naukową z wycieczki i zależało mu na pstryknięciu ptasich fotek. Ucichłam zatem, rozkoszując się smakiem i wszechogarniającym spokojem. Ku mojej uciesze to przymusowe milczenie okazało się złotem, bo w pewnej chwili tuż nad jachtem zaczęły się kręcić dwa ogromne bieliki. Siedziałam z zadartą głową i gapiłam się na nie z zachwytem. Zataczały koła i wirowały razem w jakimś szalonym tańcu. Były niesamowite, jednocześnie dzikie i fascynujące, budzące respekt i piękne. Masywne, brunatne skrzydła z zapałem młóciły powietrze, w słońcu mieniły się żółte dzioby i białe pióra na końcach ogonów. W głowie zaroiło mi się od pytań, bałam się jednak odezwać, bo nie chciałam ich spłoszyć. Kiedy znudziło je to przedstawienie nad wodą, odleciały hen, na wschód w stronę Wiszowej Kępy. – Wiedziałaś, że są monogamiczne? Często łączą się w pary na całe życie. Wczesną wiosną, jeśli dopisze szczęście, można zobaczyć, jak wykonują wspólne loty godowe. To takie romantyczne, podniebne randki. Ze śniadaniem. Odwróciłam głowę. Andrzej stał na pokładzie i wcale nie patrzył w ślad za bielikami. Trafiłam wzrokiem wprost w jego oczy, przenikliwe i gorące. Poczułam, jakby coś się we mnie topiło i zaczęło kapać jak wosk na czystą, białą kartkę. Przyszło mi na myśl, że można bez trudu usunąć świecę i zdrapać zaschnięte krople, a ślady na kartce zostaną na zawsze. Przestraszyłam się i uciekłam spojrzeniem daleko na wodę. Nie chciałam takich wrażeń ani takich myśli. To nie mogło być dobre. Burzyło porządek i niosło za dużo niewiadomych. Andrzej usiadł za sterem i skomentował gdzieś w przestrzeń ciepłym głosem: – Tchórz. Wosk, nie licząc się zupełnie z moim zdaniem, kapał nieustannie. Powoli i w przyczajeniu. Nie umiałam go skutecznie zatrzymać. Od tej pory wypływałam z Andrzejem na deltę w każdy weekend, kiedy tylko chciał mnie zabrać na pokład. Pakowałam książki i kremy z filtrem, bo lato zaborczo ogarnęło całe Wybrzeże. Czytałam albo chłonęłam widoki za burtą. Starałam się nie przeszkadzać, bo przecież dla mojego gospodarza to była przede wszystkim praca. Wypatrywał swoich ulubieńców, robił im zdjęcia i sporządzał notatki odręcznie oraz na laptopie, a kiedy tylko odrywał się od ornitologii, chętnie rozmawiałam z nim na wszystkie możliwe tematy od fauny i średniowiecza, przez Sienkiewicza, aż do przyziemnych zagadnień jak polityka czy menu na kolację. Wykłócałam się głupio i zażarcie o to, czy piękniejsze są Tatry czy Karkonosze, przy czym moja głupota polegała na tym, że on znał jedne i drugie, a ja poza okolicami Zakopanego widziałam w życiu niewiele. Andrzej chętnie opowiadał o swoim dzieciństwie. Ja w tym zakresie uparcie milczałam. Niby nie było najgorzej, jednak to nie jest mój ulubiony temat. Wolałam słuchać, jak tłukł się z bratem i raz za razem zarabiał kolejne szlabany w domu i w szkole. Rzadko mówił o dorosłym życiu, jakby ograniczało się do uczelni i pływania po delcie. Nie wnikałam. Brałam, co dawał, i nie prosiłam o więcej. Te wędrówki pośród kanałów, wysepek, szuwarów, kęp i błota po mieszanej cudem natury słodko-słonej wodzie były dla mnie jak bajka. Oddzielały mnie grubą kreską od przeszłości, jakbym niespodziewanie weszła do bezpiecznego i dobrego świata czarów. Takiego, w którym chce się zostać na zawsze. Rozdział 11 O siódmych urodzinach Grześ przypominał mi niemal w każdej naszej rozmowie. Opowiadał o planach, nadziejach na ten dzień i ciągle sprawdzał, czy aby na pewno pamiętam. Poza tym wciąż podkreślał, jak poważną oznaczają dorosłość. Kiedy zbliżała się połowa czerwca, uznałam, że nadszedł czas i sama ruszyłam temat: – Grzesiu, a co chciałbyś dostać ode mnie na urodziny? – zapytałam, kiedy zdał mi dokładną relację z całego tygodnia. – Nic. Chcę, żebyś przyjechała – powiedział bez zastanowienia. – Przykro mi, ale to niemożliwe. – Nie to nie. Już cię nie lubię! – krzyknął i przerwał połączenie. Po kilku minutach telefon znów zadzwonił. – Cześć, to ja. – Cześć, a to ja. – Wiem, przecież dzwonię do ciebie. – Już się nie gniewasz? – Wcale się nie gniewałem. To Pan Pies wyrwał mi telefon. – Aha – zgodziłam się i nie drążyłam sprawy. – To co chcesz na urodziny? – Muszelkę. – Muszelkę? Jaką? – Którą specjalnie dla mnie znajdziesz na plaży. – Co zrobisz z tą muszelką? – Wsadzę do kieszeni i pójdę na spacer. – A dlaczego? – zdziwiłam się. – Bo to będzie tak, jakbym poszedł z tobą. Siedziałam przez długą chwilę oszołomiona, z komórką w dłoni, chociaż dawno skończyliśmy rozmawiać. W gardle podejrzanie mnie piekło. Przez chwilę przeleciał mi przez głowę szalony pomysł, żeby wsiąść w toyotę, pognać do Łodzi, spędzić z nim i z Agatą urodzinowe popołudnie i wrócić następnego dnia. Rozsądek podpowiadał, że to głupota. Po co robić ponad tysiąc kilometrów w dzikim upale, skoro możemy pogadać przez telefon? Prezent, nawet razem z muszelką, mogę mu wysłać pocztą. Zadumana zeszłam do kuchni, gdzie Andrzej już się energicznie krzątał. – Chcesz kawę? – rzucił i nie czekając na odpowiedź, postawił przede mną kubek. – Słucham? – Pytałem, czy chcesz… Zresztą nieważne. Jakieś kłopoty? – zapytał i usiadł obok z zieloną herbatą. – Co? Nie. Tylko muszę znaleźć muszelkę. Najpiękniejszą. A potem ją wysłać w prezencie. – Nie ma problemu – powiedział, nie dziwiąc się niczemu. – Pojedziemy tam, gdzie są najpiękniejsze muszelki i najcudowniejszy widok na Bałtyk. Tego właśnie dnia pokazał mi wzgórze Gosań, najwyższy i najbardziej malowniczy klif polskiego wybrzeża, z którego rozciąga się imponująca panorama na morze. I tego dnia po raz pierwszy spróbował mnie pocałować. Plątaliśmy się po skraju wody, którą wcześniej podziwialiśmy z góry. Szukaliśmy muszelek, taplając się po kostki w mokrym piasku. Wędrowaliśmy chyba już dosyć długo, nie licząc się z czasem, jakby nie miał żadnego znaczenia. W pewnym momencie plaża zrobiła się bardzo kamienista i wąska, a my myszkowaliśmy z nosem przy ziemi w poszukiwaniu skarbów. Było ciepło, słonecznie i bezchmurnie, choć nie upalnie. Po lewej stronie ciągnęła się żółtozielona ściana klifu, po prawej hałasowało morze, rzucając raz po raz falą o falę. W zasięgu wzroku nie mieliśmy nikogo. Taki brzeg to średnia atrakcja dla parawanowców. Dla nas jednak był idealny. Nazbieraliśmy już pełne kieszenie różnych cudeniek, spośród których spokojnie mogłam wybrać niezłą kolekcję dla Grzesia. Zbliżał się wieczór. Na niebo od zachodu powoli wpełzały niemal płynne, ogniste barwy, rozlewając się leniwie po nieskalanym dotąd błękicie. – O czym tak dumasz? – zagaił Andrzej, stając tuż obok mnie. – Chyba nie ma na świecie nic bardziej banalnego, a jednocześnie piękniejszego niż zachód słońca nad morzem w ciepły letni dzień – wypaliłam. – O nie, moja droga. Jestem w stanie jeszcze sporo do tego banału dołożyć. – A co takiego? – spytałam autentycznie zaciekawiona. – Chociażby to, że w tym zachodzie jest ci wyjątkowo do twarzy – powiedział i przytrzymał mnie za dłoń, bo już zaczynałam wrzucać wsteczny bieg. – I to, że za chwilę cię pocałuję. Po krótkim ułamku zaskoczenia, który zdążył wytrącić mnie z równowagi, wyrwałam rękę i zwiałam. Jak ostatni dzikus. Jak idiotka. Jak Edyta! Edyta, a nie Baśka, którą przecież tak bardzo chciałam być. Przeleciałam niezły kawałek, jakby goniło mnie stado dzików, jednak zmęczywszy się, uświadomiłam sobie, że to bez sensu. Przecież gnał za mną i miał znacznie lepszą kondycję ode mnie – miejskiego szczura z blokowiska. Zmieniłam więc ciężko zdyszany pęd na szybki chód i próbowałam wyrównać oddech. Było mi cholernie wstyd. Przez jakiś czas szedł obok mnie w milczeniu. Wreszcie powiedział: – Wygrałaś. Niech będzie po twojemu. Nie musisz uciekać. Mogę cię chociaż wziąć za rękę? Skinęłam głową. Schował moje palce w swojej dużej, ciepłej dłoni. Bezpiecznej i cierpliwej. Chyba od wczesnego dzieciństwa nikt nie szedł tak ze mną poza Grzesiem. W każdym razie niczego takiego nie pamiętam. Chciałam zwiać i zostać jednocześnie. Zatrzymać go, lecz tak, żeby nie odebrał mi mnie samej. I nie bać się, że gdy wosk się stopi, nie zostanie zupełnie nic. Tymczasem coś we mnie niemal krzyczało. Nie chciałam się temu poddawać. Powtarzałam sobie, że to nic. To były tylko jego usta. Przez krótką chwilę. Nic takiego, żadne szaleństwo. To nie powód, żeby nagle czuć wszystko aż tak wyraźnie i mocno. Nie pomagało… Spacerowaliśmy długo, aż ze świata zaczęły znikać ostatnie ślady zachodu. I banału. Poza hukiem morza słyszeliśmy tylko ciszę. Miałam wrażenie, jakby pod mostkiem ugrzązł mi ciężki kamień. Cały zestaw muszelek wysłałam w jednej paczce z górą słodyczy i z prezentem. Poczta nie nawaliła, bo w odpowiedzi przyszedł mail z podziękowaniami i zdjęciem tortu, który upiekła Agata. Był nieprzyzwoicie wczesny poranek na początku lipca. Ponieważ okno mojego pokoju wychodziło na północ, wprost na wodę, panował półmrok. Dzwonek telefonu brutalnie wyrwał mnie z głębokiego, beztroskiego snu. – Cześć, to ja. – Cześć, a to ja – odpowiedziałam. – Wiem, przecież dzwonię do ciebie. – Dlaczego już nie śpisz? Jak ci mijają wakacje? – spytałam po fali zwyczajowych powitań. – Wyjeżdżamy nad jezioro! – wykrzyknął Grześ. – Naprawdę? – spytałam zdziwiona i od razu bardziej przytomna usiadłam na łóżku. – Tak. Odwiedził nas wujek Wojtek. Ten, który miał cię sprać. Wszystko nam opowiedział. Możemy tam być całe dwa tygodnie, a to strrrasznie długo. Zbaraniałam. Nie dałam jednak tego po sobie poznać i twardo ciągnęłam rozmowę: – To wspaniale! Pewnie bardzo się cieszysz. – Jasne. Pan Pies też. Tylko wiesz co? Nie będziesz bardzo się martwiła, jeśli przestanę na trochę dzwonić? – Dlaczego miałbyś nie zadzwonić? – Wiesz, jak jest – powiedział mały mądrala. – Na wyjeździe mogę nie mieć do tego głowy. – Skąd taki pomysł, Grzesiu? – Przecież ty jesteś na wyjeździe i nigdy nie dzwonisz. Zawsze ja. Mama mówi, że nie masz do tego głowy. – Nie powiedział tego z pretensją, żalem ani z żadną znaną mi odmianą focha. Nie pouczał mnie i nie przesadzał. Po prostu taka była prawda. Kiedy skończyliśmy rozmowę, szarpana wyrzutami sumienia uznałam, że raczej już nie pośpię. Ubrałam się, zbiegłam na dół i z kubkiem kawy w ręku wyszłam za dom nad rzekę. Usiadłam na pomoście z nogami dyndającymi nad wodą i zagapiłam się w dal. W głowie walczyły mi na raz dwa tematy. Po pierwsze: Wojtek. Skąd mu przyszło do głowy, żeby dać Agacie klucze od działki w Wiartlu? I dlaczego u diabła ja na to nie wpadłam? Przecież wiedziałam, że nie stać jej na kosztowne wakacje. Ten mały, drewniany mazurski domek należał do naszego ojca. W ostatnich latach jeździł tam rzadko, bo wolał egzotyczne luksusy. Zwykle korzystał z działki właśnie mój brat, urządzając z którymś kumplem kilkudniowe wypady na ryby. Bywało, że jesienią, zjawiałam się tam w celach typowo grzybiarskich. Oczywiście w towarzystwie solidnego wiaderka, kozika i kaloszy. Dla Agaty i Grzesia to idealne miejsce na wypoczynek. W zasadzie na wsi, z dala od tłumu i hałaśliwej, agresywnej komercji, za to w pełnym przepychu przyrody, w otoczeniu potężnego lasu i niezwykle urokliwych jezior oplatających miejscowość z dwóch stron. Po krótkiej analizie wyparłam sprawę Wiartla. W końcu to nie powód do zmartwień. Powinnam się cieszyć, że tam pojadą. A dlaczego Wojtek to zrobił? Ot, może w akcie spontanicznej i nieujarzmionej chęci popełnienia dobrego uczynku? W końcu przez większość roku domek stał pusty i było to zwyczajne marnotrawstwo. Mój brat nic podstępnego ani niestosownego nie mógł mieć w planach, bo ani nie leżało to w jego naturze, ani nie miał czasu na takie głupoty. Należy zająć się inną sprawą. Zatem po drugie: Grześ miał rację. Nie zadzwoniłam do niego ani razu. I przecież nie dlatego, że nie chciałam z nim rozmawiać. Zwyczajnie nie przyszło mi to na myśl. Jego telefony sprawiały mi ogromną frajdę. Zaczynałam łapać się na tym, że czekam na nie niecierpliwie, wypatrując kolejnej soboty. Nie wiedziałam, czy to, czego mogłam dzięki niemu doświadczać, jest typowe dla wszystkich dzieci, czy tylko dla tego chłopca. Posiadał genialną umiejętność mówienia o sprawach trudnych i przykrych w sposób prosty i jasny, jakby były zwyczajne, jakby stanowiły nieodłączną część życia, jakby uznawał, że wobec braku możliwości walki trzeba się z nimi po prostu pogodzić. Czy to nie dlatego miałam wrażenie, że jest pierwszą osobą na świecie, która akceptuje mnie w całości, ze wszystkimi dziwactwami i ułomnościami? Czułam się potwornie zdeprymowana, bo wyglądało na to, że chociaż jestem od niego o ponad dwadzieścia lat starsza, Grześ jest ode mnie dojrzalszy. Trwałam bez ruchu, ponuro i głęboko zamyślona, lekko pociągając nosem i gapiąc się na drugi brzeg, na którym dwie siwe czaple kłóciły się o coś zawzięcie. Obserwowanie ich nieposkromionej ekspresji i zacietrzewienia działało na mnie kojąco. Tak samo zdrowo gwizdnięte wariatki jak ja. Powoli dochodziłam do wniosku, że to nie introwertyzm oddziela mnie od świata, a czysty, zdrowy egoizm. Może strach przed innymi to tylko wygoda i nadmierna koncentracja na sobie, a pozbawione uczuć dzieciństwo stanowi przykrywkę? Postawiłam niezbyt przyjemne konkluzje. Zatopiona w odrętwieniu nie zauważyłam, kiedy podszedł do mnie Andrzej. Lekko drgnęłam, gdy usiadł tuż obok, spuszczając bose stopy do wody. – Znowu potrzebujesz chusteczek – stwierdził, wyciągając paczkę z kieszeni. – Na to wygląda – przyznałam i skwapliwie przystąpiłam do ich rozbrajania. – Chcesz mi o tym opowiedzieć? – Chyba nie – wymamrotałam, bo wciąż nie byłam gotowa na mówienie mu o Agacie, Grzesiu, a tym bardziej o swoich dziwactwach. – Wiesz, że jeśli zmienisz zdanie, to tu jestem? – Wiem – wydusiłam z siebie cicho i rozbeczałam się na dobre. Andrzej najpierw mnie objął, a potem zdecydowanie przytulił. To nie było fair. Tą swoją ciepłą obecnością pogłębił moje poczucie winy. Siedzieliśmy tak dosyć długo. Zdążyłam mu usmarkać rękaw. W końcu jednak zakończyłam przedstawienie, bo jak powszechnie wiadomo – niezasilana fontanna w końcu musi wyschnąć. – Jestem idiotką – stwierdziłam odkrywczo. – Emocjonalnym imbecylem. Nikogo nie szanuję i niszczę wszystko, co spotykam na swojej pokręconej ścieżce. – Wywinęłam mu się z ramion i spojrzałam wymownie na mokre plamy na jego koszuli. – Widzisz? Ciebie też to czeka. Uciekaj, póki możesz. – Za późno – mruknął i pogłaskał mnie wnętrzem dłoni po policzku i włosach. – Nie jesteś idiotką. Po prostu boisz się odrzucenia. Tak bywa, jeśli ktoś jest zbyt długo sam. Płoszysz się jak wilga albo sójka, zamiast atakować świat z dziką pewnością siebie niczym rasowy rudzik. Prawdziwy rudzik może i jest skryty, ale za to odważny i przebojowy. Popatrzyłam na niego zaskoczona, w biegu analizując to, co mógł mieć na myśli. Wreszcie doszłam do wniosku, który wydał mi się równie słuszny, co zastanawiający. – Jesteś bardzo mądry – powiedziałam. – Krępuje mnie to. Uśmiechnął się lekko, jakby ten niewątpliwy komplement wydał mu się niedorzeczny. – Bo dużo wiem o ptakach? – Bo dużo wiesz o mnie. I chyba rozumiesz znacznie więcej niż ja. – Nie przejmuj się. Ty też zrozumiesz. Potrzebujesz tylko kogoś, kto w ciebie uwierzy. A ja zgłaszam się na ochotnika. Pochylił się, a potem pocałował mnie szybko, tak, żebym nie zdążyła nawet pomyśleć o ucieczce. Wstał i poszedł sobie, zostawiając mnie w stanie czegoś pomiędzy popłochem a głupawym rozanieleniem. Rozdział 12 Tydzień później Grześ odezwał się z Wiartla. Jednak miał do tego głowę! Poinformował mnie o wszystkim, co znajdowało się w okolicy. Najważniejsze okazały się rowery wodne w Rucianem i Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Obie atrakcje znałam osobiście, więc mieliśmy o czym dyskutować. Przede wszystkim zachwyciło go przełażenie po drabinach pomiędzy poszczególnymi wybiegami i oswojona sowa, którą mógł pogłaskać. Drewniane konstrukcje pamiętałam, sowę nie bardzo, więc obiecał mi jej zdjęcia w mailu. Chyba świetnie się bawili z Agatą, bo w tle słyszałam jej chichotanie. Tymczasem ja od trzech dni pogrążona byłam w ciężkim stresie. Zaczęło się w środę po południu. Andrzej złapał mnie w korytarzu tuż po tym, jak weszłam z pracy do domu. – Ogarnij się biegiem i chodź na obiad. Muszę z tobą porozmawiać. – Coś się stało? – spytałam podejrzliwie, bo rzadko zdarzało mu się upichcić coś przed moim powrotem. Zwykle kucharzyliśmy razem. – I tak, i nie – odpowiedział tajemniczo i zniknął w kuchni. Z niepokojem poleciałam na górę. Pod skórą czułam zmiany, a nie chciałam żadnych rewolucji. Mieszkałam nad morzem już dwa miesiące i przyzwyczaiłam się do tutejszego rytmu życia. Miałam nadzieję, że do jesieni nic go nie zaburzy. Kiedy po kwadransie zeszłam na dół, roboczy blat był w stanie totalnej rozpierduchy, za to na stole stała micha pełna ryb, a obok druga z sałatką. – Co to? – rzuciłam, wietrząc rodzimą faunę. – Dziś wszystkie Basie jedzą karasie – wyrecytował z dumą. – Osobiście łowione z samego rana. – Wszystkie Basie? – spytałam rozbawiona tą rybną poezją. – Na pewno jedna. Inne mnie nie interesują – wybrnął zgrabnie i nałożył mi potężną porcję na talerz. Przez chwilę jedliśmy, gawędząc o wędkowaniu. Wciąż czekałam na tę zasadniczą rozmowę. Przy ostatniej rybie nie wytrzymałam i sama zaatakowałam temat. – O czym chciałeś porozmawiać? Coś się stało? – Nie – zaprzeczył od razu. – Wyluzuj. Po prostu chciałem ci powiedzieć, że mój brat przyjeżdża z rodziną na urlop. W ten weekend. I po sielance. Cholera jasna, gdzie ja się teraz podzieję? W głowie rosły mi wściekłość i strach niewiadomego pochodzenia. Nie chcę, nie chcę, nie chcę! Jeszcze bardziej nie chciałam, żeby zauważył, jaką zasiał we mnie panikę, więc siląc się na lekki ton, rzuciłam beztrosko: – Czyli w piątek muszę się wyprowadzić. Spojrzał na mnie tak, jakby nagle wyrosło mi na czole trzecie oko. – Zwariowałaś? Też wymyślił. Toż przecież nie dziś. Dotąd nie zauważył? – Nie… Dlaczego? Przecież po to mi to mówisz. – Zwariowałaś – potwierdził tę niewątpliwie słuszną diagnozę. – Dziewczyno, mówię o tym po to, żebyś zdążyła się nastawić psychicznie na biegającą po domu i wrzeszczącą bandę potworów. Mój brat ma czworo dzieci! To zmieni nasz rytm życia i ten cichy bunkier. A żadne wyprowadzanie się w grę nie wchodzi. Sam nie dam rady ich wykarmić. Bratowej chciałbym oszczędzić gotowania, skoro przyjeżdża na wakacje. Niechże raz w roku odpocznie. To bardzo sympatyczna osoba. Trudno było się nie roześmiać. – Niech ci będzie. Nalepię wiadro pierogów i knedli, a potem postaram się nie wchodzić wam w drogę. Może być? – Pierogi i knedle mogą oczywiście być – zgodził się grzecznie – tylko nie myśl, że uciekniesz do swojej jaskini i nie wychylisz nosa z pokoju aż do ich wyjazdu. Chciałbym się tobą pochwalić rodzinie. – Nie ma czym. – To twoje zdanie. Nie masz monopolu na rację – oznajmił i zamykając temat, zabrał się za wkładanie naczyń do zmywarki. W pełnym stresie, nadęta i niezadowolona, lepiłam mu te cholerne pierogi przez cały piątkowy wieczór. W sobotę po rozmowie z Grzesiem dałam się wywlec na rejs i przesiedziałam go z nosem w książce. Andrzej nie komentował mojego zachowania. Wyglądało na to, że zupełnie nie jest zaskoczony i rozumie przyczynę. Po powrocie do domu obdarował mnie tylko informacją, że jedzie do Goleniowa, by odebrać gości z lotniska. Automatycznie odpaliłam opcję ewakuacji. W połowie schodów uświadomiłam sobie jednak brak sensu tego, co powiedział. – Jak zamierzasz ich przywieźć? – Normalnie. Samochodem. – Przecież jest ich sześcioro. Nie zmieścicie się. – Brat z żoną przyjadą autobusem. Wezmę tylko dzieciaki i bagaże – oznajmił i wyszedł z domu. Dogoniłam go na podjeździe. Sama nie wierzyłam w to, co robię. Jakaś resztka przyzwoitości musiała się we mnie kotłować. – Tubylcy przodem – zakomenderowałam, wskazując mu ręką bramę, i wskoczyłam dziarsko do toyoty. Samolot spóźnił się tylko dwie godziny. Przez ten czas Andrzej, ogromnie uradowany moją otwartością i spolegliwością, zdążył mi przekazać milion informacji o całej szóstce. Mieszkali w Trondheim, blisko portu, w otoczeniu fiordu i polodowcowych wzgórz. Brat Andrzeja oraz jego żona zajmowali się skałami, minerałami i wodami gruntowymi w ośrodku badań naukowych, którego norweskiej nazwy oczywiście nie zdołałam zapamiętać. Byli geologami. Dzieci w wieku od szóstego do dwunastego roku życia chodziły do miejscowej międzynarodowej szkoły, gdzie nauczano po angielsku. Dzięki temu z każdym rokiem stawały się coraz bardziej trójjęzyczne. Norweski wchodził im do głowy sam razem z wiatrem znad Morza Norweskiego, który od czasu do czasu – podpuszczany przez okoliczne trolle – wpadał do miasta, przepychając się między skałami i burząc wody fiordu. Zapamiętałam, że brat Andrzeja jest starszy od niego o dwa lata, żonę poznał już na początku liceum i dla wszystkich od dwudziestu lat stanowili wzór pary doskonałej. To było intrygujące. Jak dotąd jedyną idealną parę, jaką znałam, stanowili Wojtek i Marzena. Wobec tego istniała szansa, że sobie popatrzę i porównam. Wprawdzie nie wiedziałam, czemu miałoby to służyć, lecz zawsze stanowiło temat, którym mogłam zająć głowę przy okazji wymuszonych przez sytuację kontaktów z tymi ludźmi. Najbardziej bałam się dzieci. Wciąż żywiłam przekonanie, że to kosmiczne stwory, z którymi ciężko się porozumieć. Wyjątkiem był Grześ. Wyjątkiem potwierdzającym regułę oczywiście. A tu takie zagęszczenie na raz! Byłam przekonana, że będą hałaśliwe, natarczywe i natrętne, z mnóstwem pytań i propozycjami zabaw, na które na pewno nie będę miała ochoty. Szczęśliwie cała czwórka tuż po wylądowaniu tak silnie przywarła do ukochanego stryjka, że kwestia rozlokowania gości w samochodach była oczywista. Andrzej zabrał młodsze towarzystwo, ja dorosłych i pognaliśmy do domu. Po pierwszych dniach spędzonych w napięciu, kiedy wszystkie wykonane przeze mnie pierogi zniknęły i zażądano nowych, uznałam, że może jakoś przetrwam rodzinny urlop, chociaż czas dłużył mi się niezmiernie. Dzieci robiły potworną zadymę, bałaganiły okrutnie i tupały po domu niczym stado wściekłych żubrów. Głównie trzymały się Andrzeja, na obcy element nie zwracając uwagi. Chyba wyczuwały, że ze mną to żadna zabawa. Brat Andrzeja i jego żona znikali na całe dnie, chcąc nacieszyć się możliwością spędzania czasu bez potomstwa. Zachowywali się jak para nastolatków. Chichotali, trzymali się za ręce i całowali po kątach. Aż mnie zastanawiało, czy to normalne. Jakoś nie umiałam sobie wyobrazić Wojtka robiącego takie rzeczy. Zupełnie niepoważni ludzie. Cieszyłam się, że Andrzej taki nie jest. Chwilami. Bo momentami zdawało mi się, że mógłby być, gdyby poznał kogoś odpowiedniego. Nie wiedziałam, czy mi się podoba ta myśl. Popadałam w paranoję od wytężonej pracy mózgu w tym zakresie. W każdym razie dorośli urlopowicze wracali późnym wieczorem, dając stryjkowi szansę samodzielnego poupychania bratanków do łóżek. Wypełniali mu swoimi dziećmi czas aż do granic snu i absurdu. Wyglądało na to, że gospodarz jest z tego rozwiązania zadowolony. Może taką mieli tradycję? Korzystając z sytuacji, skupiłam się na banku, by nadgonić nieco zaniedbaną robotę. Widywaliśmy się wszyscy głównie przy śniadaniu i czasem przy kolacji. Tyle mogłam znieść. Rejsów po Świnie musiałam się wyrzec. Andrzej zabierał na wodę przede wszystkim dzieciaki. Z naszych rozmów o wszystkim i o niczym też nic nie wychodziło, bo zawsze ktoś do nas dołączał, dosiadał się i zmieniał atmosferę na kompletnie nie naszą. Nie byłam o to zła, nie miałam żalu. Może tylko czasem, kiedy widziałam, jak cała czwórka baraszkuje z nim na dywanie, zanosząc się śmiechem, przelotnie czułam ukłucie zazdrości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym nie potrafiła tego wyprzeć i zwyczajnie stłumić. Ostatniego wieczoru przed wylotem siedzieli wszyscy nad rzeką przy wielkim ognisku i piekli kiełbaski. Wróciłam późno, bo po pracy postanowiłam przejść się na plażę pod Stawę Młyny zwaną potocznie wiatrakiem. Legenda głosi, że mieszkał tam kiedyś stary marynarz, który potrafił odmładzać ludzi przez okładanie błotem, kąpiele w morzu i spacery. Wątpiłam w skutki czarów, więc błoto i kąpiel sobie darowałam, ale spacer kusił. Pokręciłam się po mokrym piasku, połaziłam wzdłuż brzegu, postałam na samiutkim końcu falochronu zachodniego, kontrolując czujnie wpływające i wypływające statki, aż poczułam się sama jak znak nawigacyjny i po paru głębokich oddechach słonym powietrzem byłam gotowa na powrót do domu. Z podjazdu przemknęłam cichutko do swojego pokoju, żeby im nie przeszkadzać w pożegnalnej imprezie. Jako jedyna cieszyłam się, że wyjeżdżają. Panowały skwar i duchota. Przez otwarte okno docierał do mnie szmer rozmów i co jakiś czas głośniejsze śmiechy. Poczłapałam ospale pod prysznic. Wiedziałam, że nie zasnę, dopóki będą się tam na dole kotłować. W pewnej chwili wraz z zapachem dymu z ogniska dobiegło aż pod drzwi łazienki brzdąkanie gitary. Zdziwiłam się, bo nigdy nie było mowy o graniu. Szybko uznałam, że brat Andrzeja miał zadołowany na strychu instrument. Dźwięki odbierałam jako nawet przyjemne, ni to szanty, ni harcerskie szlagiery pachnące lasem i młodością. Postanowiłam skoczyć do kuchni po kawę i wysłuchać reszty koncertu w towarzystwie ulubionego napoju. Na dole, już z pełnym kubkiem w ręku, spotkałam starszego z braci. Zaskoczył mnie, bo muzyka nadal płynęła przez uchylone drzwi na taras od strony wody. Otworzył lodówkę w poszukiwaniu puszek piwa i soku dla dzieci. – Cześć – zagadnął. – Może do nas dołączysz? – Nie chcę przeszkadzać – odpowiedziałam wymijająco. – To przecież wasze pożegnanie. – Nie wygłupiaj się. Jemu jest przykro, że cię tam nie ma. Zawahałam się i popatrzyłam niepewnie. – Znam go przecież – dodał. – Ucieszy się. Chociaż na tyle mogłabyś się dla niego poświęcić. W dodatku dziś są jego urodziny. – Naprawdę? – Nie. I co z tego? Przecież możemy udawać, że są – skwitował z krzywym uśmiechem. Racja. Możemy udawać. To już ostatni wspólny wieczór i Andrzej miał prawo do tego, żeby zrobić mu małe święto. Nie myśląc ani chwili dłużej, dałam się posadzić na szerokim pniaku. Odmówiłam kiełbasek i piwa, pozostając przy trzymanym w garści kubku z kawą. Naprzeciwko mnie po drugiej stronie ognia siedział Andrzej z gitarą. Wokół niego rozlokował się wianuszek fanów wpatrzonych w stryjka jak w tęczę. Zamawiali kolejne, doskonale im znane piosenki. Nawet ja niektóre kojarzyłam. Śpiewali, śmiejąc się i koszmarnie fałszując. Nikomu to nie przeszkadzało. Andrzej też śpiewał, ładnym, czystym, mocnym głosem. Cholera, ale ładnym! Głębokim, bardzo męskim, docierającym do miejsc, które wolałabym zostawić w świętym spokoju. Aż ciężko było słuchać. A jeszcze ciężej przestać. Nie wiedziałam, że tak potrafi. Chyba wielu rzeczy jeszcze o nim nie wiedziałam. Co jakiś czas odrywał rękę od strun i sięgał do tyłu po puszkę z piwem. Nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi, skupiony na dzieciach. Powinien mieć własne, stanowczo powinien… Przyglądałam się im i coraz bardziej uświadamiałam sobie, jaka jestem żałosna. Spędziliśmy pod jednym dachem dwa tygodnie, a nawet nie pamiętałam ich imion. Żadnego. Nic o nich nie wiedziałam poza tym, co przed przyjazdem powiedział mi Andrzej. To chore. Coś ze mną było nie tak. Dopiero tuż przed północą rodzice pogonili potomstwo do łóżek. Zabrałam się za usuwanie śladów po kolacji w plenerze. Andrzej wciąż tkwił przy gasnących płomieniach i wyczarowywał jakieś spokojne, usypiające ballady. Wstawiłam wszystkie naczynia do zmywarki i zamierzałam wycofać się na górę, gdy jego brat znów mnie zatrzymał, tym razem na schodach. – Widziałem, jak na ciebie patrzy – powiedział. – Co ty gadasz? Wcale na mnie nie patrzył. Przecież cały czas był zajęty dziećmi. – Tak ci się tylko zdaje. Nie zrób mu krzywdy – poprosił, wprawiając mnie w osłupienie. – On już przeżył wystarczająco dużo rozczarowań. – Co chcesz przez to powiedzieć? – dopytywałam, wietrząc zmory z przeszłości. – Po prostu go szanuj. To porządny facet. Nie potrzebuje, by znów go potraktowano jak śmiecia – wycedził i zniknął za drzwiami swojego pokoju. Miałam wrażenie, że usiłował być uprzejmy i otwarty, jednak nie miał o mnie dobrego zdania. Nie potrafiłam odgadnąć, o co mu chodziło. Szanowałam Andrzeja. W każdym razie nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby potraktować go z pogardą. Przecież on to wie. Powinien wiedzieć. Zawahałam się i wyszłam na dwór. Andrzej przestał grać i spoglądał z zaciekawieniem, jakby próbował zgadnąć, czego się może po mnie spodziewać. Sama nie byłam pewna. Siedział na niskim pniaku. Dla mnie brakowało tam miejsca. Podeszłam blisko i przykucnęłam tuż przy mężczyźnie, podpierając się rękami o jego kolana. Odłożył ostrożnie gitarę na trawę, otoczył dłońmi moją twarz i przez jakiś czas nie działo się nic poza tym, że zaglądałam w błyszczącą w mroku głębię Bałtyku. Potem zaczął mnie całować. Czułam smak piwa. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. W sumie przez dłuższy czas nic mi nie przeszkadzało, aż w końcu zwyczajnie ścierpły mi nogi. Mimo eksplodujących we mnie doznań nie byłam w stanie długo tego ignorować. Zaczęłam się wiercić, a on uznał to za sygnał do zakończenia tej sceny. Cofnął ręce. Wstałam i z ulgą masowałam łydki. Uśmiechnął się ze zrozumieniem. Sięgnął po gitarę i wciąż mi się przyglądając, zaczął grać nastrojowy szlagier sprzed kilkunastu lat. Milczeliśmy zgodnie. Nie wlałam w siebie nic poza kawą i nie padło ani jedno słowo, a i tak czułam się skołowana, jakbyśmy oboje wypili i powiedzieli za dużo. Конец ознакомительного фрагмента. Текст предоставлен ООО «ЛитРес». Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/katarzyna-kielecka/sedno-zycia-42651270/?lfrom=334617187) на ЛитРес. Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом.
КУПИТЬ И СКАЧАТЬ ЗА: 489.93 руб.